UWIERZYCIE? SAMEJ TRUDNO MI TO ZROZUMIEĆ

Mam prawie 64 lata, a przeżywam najlepszy okres mojego życia. Kocham (od niemal 42 lat) tego samego człowieka. Co więcej? Prawie nic nie muszę.

Zapraszam do dyskusji wokół postawionej tezy. Swoją myśl rozwinę w odpowiedziach do zamieszczonych komentarzy. Nie chcę nic sugerować ani narzucać. Proszę wypowiedzcie się w oparciu o własne doświadczenia.

NIEKTÓRYCH POSŁAŃCÓW, GŁOSZENIE ZŁYCH WIADOMOŚCI O INNYCH, USKRZYDLA

Kurier złego, głosiciel niedobrych wiadomości, donosiciel, fałszywy przyjaciel, nieszczery członek rodziny. Są tacy wśród nas. Żyją zadowoleni, tylko wtedy, gdy drudzy cierpią. Chętnie mówią, o tym co gnębi innych. Jeżeli nie mają nowych ponurych wieści, wracają do złych wydarzeń z przeszłości, nimi karmią siebie i słuchaczy. Starają się w ten sposób, by ludzie z ich otoczenia, nie byli bardziej zadowolone z życia od nich samych.

Czy postawiona teza ma według Was, Drodzy Czytelnicy, uzasadnienie? Proszę porozmawiajmy.

KONWENCJA ANTYPRZEMOCOWA W SENACIE

Oczywiste jest, że nie wolno bić słabszych, stosować wobec nich słownego i psychicznego dręczenia, przemocą dopominać się zaspokojenia potrzeb seksualnych i wielu innych rzeczy robić nie wolno.

Dla polskiej prawicy i Kościoła nie jest to takie oczywiste i proste do zaakceptowania. Przeciwnicy konwencji udowadniają, że w podtekście tych deklaracji ukryte jest rozbijanie rodziny, zachwianie jej  fundamentów i gender, ze wszystkim złem świata, jakie to słowo ze sobą niesie. Udało się. Sejm przyjął konwencję przeciw przemocy, którą 15 państw Unii stosuje u siebie już od dawna. U nas ustawa od wielu miesięcy budziła ogromne emocje, zarówno zwolenników jak i przeciwników, a podczas głosowania nie obeszło się bez przepychanek, jak najbardziej niestosownych do miejsca, w którym się odbywało (Sejm). Parlamentarzyści nie znają umiaru w obrzucaniu się nawzajem błotem. Każda okazja jest dobra, a przedmiot debaty schodzi na drugi plan, jakby stanowił tło do utarczek między rządzącymi i opozycją.

Problem jest ogromny. Jak podają statystyki, w roku 2014 na policję zgłoszono użycie przemocy wobec 105 tys. osób, to jest wzrost o 18,5 tys. w stosunku do roku ubiegłego. Przypadki ujawnione stanowią tylko niewielki procent tego, co ma miejsce w rzeczywistości. Nieliczni decydują się powiadomić odpowiednie służby o domowych dramatach. Większość, z reguły maltretowanych kobiet, ukrywa przed światem swój ból. Wybacza, czym naraża siebie i bezbronne dzieci na eskalację złych czynów przez tyrana. Na podstawie przeprowadzonych badać na zlecenie MSW, co siódma osoba była świadkiem przemocy domowej, ale tylko dwie osoby na pięć zdecydowały się powiadomić odpowiednie organy. Pytani, dlaczego nie interweniowali, odpowiadali, że nie wierzą w pozytywny skutek takich interwencji, nie chcą wtrącać się w sprawy rodzinne lub nie znają żadnej organizacji czy instytucji, gdzie mogliby zgłosić fakt przemocy domowej. (Małgorzata Woźniak, rzecznik prasowy MSW. G.W.)

Wróćmy do konwencji. Przeciwnicy akcentują wyraźnie i głośno, że to spełnienie postulatów gejów i lesbijek. Zwolennicy zaprzeczają, twierdząc, że ustawa pozbawiona jest ideologii. Jej jedynym celem jest to, by walka z przemocą w czterech ścianach stała się skuteczniejsza. Niezrozumiała jest postawa Kościoła w Polsce. Takie państwa jak Malta i Włochy nie miały zastrzeżeń o ideologiczny jej charakter. Trzeba wziąć pod uwagę nadrzędne sprawy, jakie konwencja ma załatwić. Mianowicie, jej najważniejszymi i niepodlegającymi dyskusji celami są:

- zapobieganie, ściganie i eliminacja przemocy wobec kobiet i i przemocy domowej,

- wykluczanie wszelkich form dyskryminacji wobec kobiet,

- wypracowanie ogólnych ram polityki i działań na rzecz ochrony i wsparcia ofiar przemocy domowej.

Omawiana konwencja została podpisana w Istambule 11 maja 2011 roku i została ratyfikowana i wprowadzona w 15 krajach Unii Europejskiej. Z czym ma problem Polska? Kraj świecki bardziej niż Włochy i inne, które dokument uznały za obowiązujący w swoim kraju. Oczywiście problem z niektórymi punktami mają środowiska prawicowe i Kościół. Histerycznie, z ogromną determinacją starają się udowodnić, że wprowadzenie do programów nauczania, na każdym poziomie edukacji, treści dotyczących równości kobiet i mężczyzn jest złe. Niepokój wywołuje też zrównanie roli społeczno-kulturowej obu płci, wzajemny szacunek, rozwiązywanie napięć w relacjach międzyludzkich bez sięgania do przemocy, gwałcenie praw kobiet tylko dlatego, że są kobietami, gwarancja nietykalności osoby. Polscy biskupi kwestionują nową definicję płci, małżeństwa, rodziny. Zwolennicy konwencji udowadniają, że walka ze stereotypami i dyskryminacją pozwoli na skuteczniejsze przeciwdziałanie przemocy.

Argumenty przeciw były różne. Jest sprzeczna z naszą narodową i katolicką tradycją. Niektóre jej elementy naruszają cywilizację europejską. Forma konwencji szkodzi porządkowi prawnemu. Slogany, wielkie, nadęte słowa, niezrozumiałe dla przeciętnego Polaka, którego sprawa dotyczy. Zwolennicy ratyfikacji konwencji, nie kierują się emocjami. Rozsądnie, spokojnie, rzeczowo przedstawiają argumenty za przyjęciem dokumentu. Nie można wyrażać zgody na przemoc wobec kobiet, która niestety istnieje, co więcej osiąga w Polsce ogromne rozmiary. Przemoc jest złem, nie trzeba być bitą kobietą, żeby z nią walczyć. Konwencja jest ważnym dokumentem, w sposób istotny uzupełnia polskie przepisy. Pozwoli ujawnić się tym zastraszonym kobietom, które w niemocy i milczeniu znosiły katorgę. Policja i opieka społeczna będą miały większe uprawnienia, przez co wprowadzą rzeczywistą ochronę ofiar przemocy.

Jestem za wprowadzeniem w życie każdego dokumentu, który pomoże bezbronnym, skazanym na poniżanie, poniewieranie, katowanie i zastraszanie. Tyran bije (najczęściej jest to mężczyzna, choć rękoczyny wobec mężczyzn też mają miejsce), zabrany z domu wraca szybko. Dręczy dalej rodzinę i mści się na kobiecie za wezwanie policji. Kółko się zamyka. Ofiara by ratować dzieci, swoje zdrowie i życie zostawia dom i wybiera egzystencję w miejscu wskazanym przez opiekę. Winnemu zostawia wszystko: dom i wspólny dorobek całego życia. Pan tyran wreszcie ma spokój. Upaja się ciszą, może oglądać mecz, pić z kolegami, spać do południa. Wreszcie czuje się panem w domu, teraz pustym domu, gdzie cisza odbija się od ścian. Ofiara nie ma nic. Chroniąc siebie i wystraszone dzieci wyrzekła się wszystkiego, przeszła na garnuszek państwa. Takich dzielnych kobiet jest mało. Większość cierpi w czterech ścianach. Znoszą bicie, zastraszanie, gwałty, upokorzenia, obelgi. Byle tylko nie urazić oprawcy. Często to uzależnienie przypłacają kalectwem, a nawet śmiercią. Społeczeństwo nie może udawać, że to się nie dzieje. Sprawy rodzinne powinny być rozwiązywane w czterech ścianach. NIE! Te osoby nie poradzą sobie same z tym problemem! Obowiązkiem społeczeństwa jest je chronić. Właśnie temu służy konwencja o przemocy wobec kobiet. Oprawcę należy karać, ofiarę chronić.

Największym przeciwnikiem tego dokumentu jest, oczywiście, Kościół i popierające stanowisko hierarchów środowiska prawicowe. Biskupi boją się, że wzrośnie liczba rozwodów, dzieci nie będą miały pełnych rodzin. Zastanówmy się, czy te argumenty są zasadne. Żadna rodzina żyjąca w zgodzie i harmonii nie będzie korzystać z tej konwencji. Tylko rodziny, w których dzieje się źle, jest tyran i ofiary, będą miały szerszą pomoc w ujarzmieniu swojego oprawcy. Nawet jeżeli ta ustawa dopomoże w rozwiązaniu małżeństwa, to nie trzeba tego żałować. Rodzina oparta na patologii nie powinna istnieć. Nie można kosztem ofiary jednej strony utrzymywać jej istnienia za wszelką cenę. Także dzieci, chociaż zdarza się, że nie są bite, psychicznie cierpią widząc tragedię własnej matki. W tych domach jest tylko ból i strach, ukryty płacz i nieme wołanie o pomoc. O tę pomoc, która powinna przyjść w porę, a przychodzi za późno. Kościół przez całe stulecia wyrządził kobietom najwięcej złego. Skostniały, niewzruszony stoi na straży rodziny, nawet tej patologicznej. Za wszelką cenę chce utrzymania więzów małżeńskich, nawet za cenę życia maltretowanej osoby. Kobieta to przedmiot, bez własnego zdania, godności, ma służyć mężowi, nie żalić się i nie dzielić  swoją krzywdą z nikim. My wiemy, że nikomu nie wolno popierać zła, także Kościołowi.

Jestem szczęśliwa, że żyję w kraju, gdzie dobro zwycięża. Jesteśmy coraz bardziej świadomi swoich praw. Nie dajemy się nabrać na nic nie znaczące slogany. Umiemy poprzeć to, co jest właściwe i służy ogółowi.

WÓZEK NIE JEST PRZESZKODĄ

Dzieci dzieciom dają to, co najpiękniejsze. Zdrowe chorym swoją sprawność, chore zdrowym swoją silną wolę i umiejętność pokonywania barier.

W nawiązaniu do  poprzedniego tematu, prezentuję sylwetkę  chłopca, który bez  pomocy fundacji nie mógłby normalnie żyć. Krzyś to chłopiec z dysfunkcją ruchową kończyn dolnych, poruszający się tylko na wózku, teraz siedemnastoletni tancerz Integracyjnego Klubu Tańców Polskich.

Urodził się  w styczniu  1998 roku. W swoim krótkim życiu przeszedł wiele skomplikowanych operacji, najpierw ratujących życie, potem sprawiających, żeby  mogło być zbliżone do codzienności zdrowych rówieśników. Jednak wózek towarzyszy mu od pierwszych dni życia i nigdy się od niego nie uwolni. Z czasem zaakceptował go i polubił. Przekonaliśmy się wszyscy, że stał się atutem małego artysty. Krzyś naukę rozpoczął w szkole integracyjnej. Tam też miał próby zespół, w którym tańczyły pary mieszane. Jedno dziecko zdrowe, a drugie na wózku. Pani prowadząca zajęcia zapytała  chłopca, czy chciałby przyjrzeć się próbie? Zgodził się chętnie, bo w zespole tańczył kolega z klasy, Michał. Podobnie jak Krzyś  poruszał się tylko na wózku, ale to nie przeszkadzało mu tańczyć. W zespole brakowało dzieci na wózkach. Chętnych, zdrowych było za dużo, ale żeby stworzyć grupę potrzebni byli partnerzy z dysfunkcjami ruchowymi. Dzieci takie trudno przekonać, by pokazały się na scenie. Opór mają nawet dzieci zdrowe, bo czasem trema jest tak silna, że paraliżuje ruchy, a dziecko chore ma dodatkowo obawę, czy ktoś nie wyśmieje jego kalectwa, czy nie będzie przyglądał się natarczywie? Krzyś podobnie do innych dzieci też miał obawy. Udział w próbach zespołu poprzedziły długie rozmowy z mamą. Ona szybko rozwiała jego wątpliwości, które często nie pozwalały mu spokojnie spać. Przekonała syna, że spróbować zawsze warto, a to czy zostanie i będzie tańczył, zależy od niego i tylko on będzie o tym decydował. Mając takie zapewnienie, Krzyś zaczął chodzić na próby i już po trzech miesiącach pojawił się po raz pierwszy na scenie. W szkole, do której chodził, miał miejsce Turniej Tańców Polskich. Grupa Integracyjna z Krzysiem i Michałem otwierała te zawody swoim występem. Tak więc młody tancerz, w bardzo krótkim czasie, miał swój debiut sceniczny. Nie pamiętał, że porusza się na wózku, czuł jakby niewidzialne skrzydła unosiły go nad ziemią. Występ został nagrodzony gromkimi brawami i grupa jeszcze raz zatańczyła na zakończenie potyczek turniejowych. Chłopiec przekonał się wtedy ostatecznie do udziału w grupie tanecznej, chętnie brał udział w próbach i późniejszych koncertach. Próby są męczące, żeby dojść do zadowalającego poziomu, trzeba mieć dużo cierpliwości i wytrwałości. Dotyczy  to także zdrowego partnera. Zgranie, wzajemną sympatię i radość z tańca widać na scenie. W parze nie mogą tańczyć osoby, których nie łączy zrozumienie i zadowolenie z tego co robią. Tu nie da się udawać, trzeba być szczerym.  Choć czasem dochodzi do spięć, szybko są one łagodzone przez instruktora i samych tancerzy. Krzyś nie widzi różnicy między nim, a tancerzami bez wózka. Grupę łączy nie tylko taniec. Razem wyjeżdżają na wakacje. Tworzą zgraną paczkę w tańcu, ale także poza nim. Pomagają sobie, kiedy jest to wskazane, bawią się wspólnie na dyskotekach, zwiedzają. Tu, wśród przyjaciół można zapomnieć o wózku. Starsi potrafią pocieszyć młodszych kolegów, tęskniących za domem i rodzicami. Nie ma czasu na nudę.

Krzyś i Michał są przykładem dzieci z dysfunkcją ruchową, a jednak aktywnych. Ogromna zasługa jest w tym przedsięwzięciu rodziców. To oni są najważniejsi w sprawach wożenia, odbierania, czekania. Kosztem własnego odpoczynku, czasem resztką sił są przy swoich dzieciach. Pomagają im, by jak najmniej odczuwały swoją chorobę. To oni pokonują bariery i trudności. Szyją stroje, starają się by młodzi artyści prezentowali się perfekcyjnie. Nagrodą są występy galowe i udział ich dzieci w turniejach. Wtedy łzy lecą po policzkach, mimo woli.

http://www.folklorpoznan.pl/integracyjny-klub-ta324coacutew-polskich.html


http://www.folklorpoznan.pl/integracyjny-klub-ta324coacutew-polskich.html

Moja najmłodsza córka tańczyła w Grupie Integracyjnej kilka lat. Dlatego tak dobrze znam to środowisko i dzieci tworzące pary taneczne. Sama zawsze płakałam widząc moje dziecko na scenie z Michałem. Teraz nasze dzieci są dorosłymi ludźmi, ale więź która połączyła ich poprzez  wspólny taniec, przetrwała do dziś. Córka, kiedy tylko wraca do domu odwiedza przyjaciół z zespołu. Myślę, że te piękne przyjaźnie przetrwają długo. Warto traktować swoje niepełnosprawne dziecko, od najwcześniejszych lat życia, jak normalnego człowieka. Dawać mu zadania i zajęcia, które jest w stanie wykonać. Wyręczanie we wszystkim, to robienie mu krzywdy. Tak można wychować człowieka, któremu trudno będzie poradzić sobie w dorosłym życiu. Drodzy Rodzice niepełnosprawnych dzieci nie bójcie się, pozwólcie i zachęcajcie dziecko do aktywnego życia i samodzielnego pokonywania trudności. Nie można zrażać się drobnymi niepowodzeniami. Trzeba  być silnym i nie zniechęcać się. Grupa potrafi dać siłę tym mniej odważnym i przebojowym. Działa tu zasada: ja potrafię, on potrafi, więc jak się postarasz, potrafisz ty też! A wspólny taniec rodzi przyjaźń i radość, z tego co się robi.

Co sądzicie o  aktywnym życiu dzieci chorych. Popieracie rozczulanie się rodziców nad ich kalectwem, czy dążenie do tego, by samodzielność pozwoliła im żyć jak normalnym ludziom?