WSPOMNIENIA WIGILIJNE i ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE

W okresie poprzedzającym bezpośrednio święta Bożego Narodzenia przenoszę się często myślami, do mojej wsi, szczęśliwego dzieciństwa u boku rodziców i czworga rodzeństwa. Te chwile dawne, których wyrazistość powinien pokryć kurz minionego czasu, są żywe, co więcej jakby bardziej wyraziste, z każdym przeżytym rokiem. Miło mi, kiedy patrzę na Mamę, pochyloną nad stolnicą, szykującą ciasta, zawijane makowce, babki i sernik. Asystowałyśmy jej ustawieni wokół stołu, oblizując językiem wargi, bo przecież te smakowite słodkości, jadło się kilka razy w roku, właśnie przy okazji Świąt. Choć nasze dzieci miały to na co dzień, podobnie jak ich pociechy, świętujemy zawsze z wielkim pietyzmem i celebrą. Tak obchodzono święta w moim domu rodzinnym, podobnie robię to ja. Staram się zaszczepić i przekazać tą dobrą tradycję w moich dzieciach.

Rok temu napisałam tekst o celebrowaniu wieczerzy wigilijnej w moim domu rodzinnym. Mało osób ten artykuł przeczytało, bo niewielu miałam wtedy odwiedzających. Prowadziłam bloga dopiero  dwa miesiące. Zapraszam moich gości stałych i czytelników okazjonalnych do zapoznania się z tym co napisałam przed Gwiazdką 2014 roku.

WIGILIA W MOIM DOMU

Jedno co łączy nas, wszystkie panie domu, to pragnienie, aby dania i stół wigilijny były wyjątkowe. Do tego jak co rok, zachwycały wszystkich, którzy przy nim usiądą.

Stół przygotuję w tym roku, podobnie jak w poprzednią Wigilię, zgodnie z tradycją przekazaną przez moją mamę. Położę śnieżnobiały obrus, który wyszyłam sama haftem richelieu. Dawno, bo 30 lat temu, kiedy byłam z dzieckiem na trzyletnim urlopie wychowawczym. Bez motywów gwiazdkowych, nie lubię tego. Porcelana też biała, cieniutka, delikatna prosto z Francji. Pod obrusem tradycyjnie pęczek sianka, na talerzyku opłatek, a nad głowami zielona jemioła, powieszona na lampie wraz z kilkoma pięknymi bombkami. W wazonie gałązki żywej jodły, a w narożniku choinka prosto z lasu. Wysoka do samego sufitu, pod nią prezenty. W pokoju pachnie żywicą, a przepiękne lampki mrugając kolorowo tworzą magiczny nastrój. Sześć nakryć, choć jest nas pięcioro, zawsze jedno dodatkowe dla niespodziewanego gościa.

Kiedyś robiłam dwanaście potraw, bo tak nakazuje tradycja. Makiełki i groch z kapustą, niestety musiałam wyeliminować z zestawu, bo całe święta przekładałam niezjedzone z miejsca na miejsce. A co podaję? Zupa tylko i wyłącznie z borowików, czysta z drobno pokrojonymi grzybami na dnie talerza, zaciągnięta śmietanką kremową. Dwa rodzaje ryb smażonych. Jako jedyna jem karpia, pozostali tylko filet z mintaja lub dorsza. Koniecznie mrożony, bo w takim nie ma ości. Ryby smażę na maśle, potem zapiekam w piekarniku z kawałkiem masła na każdej porcji. Gotowana kapusta kiszona, z pokrojonymi podgrzybkami, aż ciemna od nadmiaru grzybów. Własnej roboty pierogi z grzybami i kapustą polane masłem z duszoną cebulą. To danie co rok w samą wigilię robi mąż z córkami. Do mnie należy tylko przygotowanie farszu i ugotowanie. Cała reszta to ich dzieło, a zrobić potrafią pysznie. Mamy też kompot z suszonych owoców (śliwki, jabłka, gruszki, dodaję też kilka rodzynek i moreli). Do tego ziemniaki i sos, dwa rodzaje śledzi i talerz z pieczywem. Oczywiście króluje tu sernik cioci Zosi (przepis podałam w poście z dnia 12. listopada 
http://szescdziesiat-rowna-sie-dwadziescia.blog.pl/2014/11/12/pyszny-sernik-cioci-zosi/
Polecam serdecznie, jest pyszny i łatwy w wykonaniu, a co najważniejsze, zawsze się udaje. Potem pijemy kawę, a Gwiazdor w czerwonej czapeczce z białym pomponem (młodsza córka) rozdaje prezenty. Potem śpiewamy kolędy, a córka przygrywa nam na keyboardzie.

W domu rodzinnym, na wsi nie przychodził Gwiazdor, nie było przebrania, więc mama musiała wymyślić sposób, żebyśmy uwierzyli, że prezenty są od niego. Ubierała nas i wysyłała na dwór, żeby każdy szukał gałązek. Kto będzie miał najwięcej, dostanie najładniejsze prezenty. Czasem trudno było cokolwiek wygrzebać z głębokiego śniegu, ale staraliśmy się bardzo, bo wierzyliśmy, że Święty Mikołaj to doceni. Kiedy podarunki były już pod choinką, mama wołała nas do domu. Tłumaczyła, że Gwiazdor bardzo się spieszył, bo wszystkie dzieci czekają na niego i zostawił to, co miał dla nas i ruszył dalej. Ciekawość i radość z otrzymanych niespodzianek była tak wielka, że nikt nie zastanawiał się długo nad tym, co powiedziała mama. Pamiętam, jednego roku (może miałam trzy lata), mój najstarszy brat dostał cukrową lalę. Wyobraźcie sobie, był rok 1956, na wsi. Duży karton, a na wierzchu celofan tak, że było widać co jest w środku. Wydawało mi się, że ta pięknie pomalowana lalka, w czerwonej sukience, złotych włosach i takich samych bucikach, jest większa ode mnie. Dostał ją od swojej chrzestnej matki, a my pozostali też mieliśmy cukrowe figurki, ale niestety mniejsze. Musiało to być coś wyjątkowego, bo pamiętam do dziś wygląd lalki. Jak u Was wygląda Wigilia i jakie wspomnienia z dzieciństwa macie?

    Nasza tegoroczna choinka                    20151222_203331

            Nasze choinki. Gwiazdka 2015 i 2014.

Z OKAZJI ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA ŻYCZĘ WSZYSTKIM GOŚCIOM MOJEGO BLOGA ZDROWYCH, SPOKOJNYCH, RADOSNYCH CHWIL SPĘDZONYCH W GRONIE NAJBLIŻSZYCH. NIECH AURA WSPÓLNYCH PRZEŻYĆ POZOSTANIE W PAMIĘCI PRZEZ CAŁY ROK.

Z WYRAZAMI SZACUNKU ELŻBIETA

ŚWIĘTA BOŻEGO NARODZENIA. TRADYCJE I ZWYCZAJE ZWIĄZANE Z PODARUNKAMI.

Tym razem zapraszam serdecznie do przeczytania tekstu lżejszego, na czasie. Boże Narodzenie zbliża się szybkim krokiem, niedługo zapuka do naszych drzwi, a wraz z nim Mikołaj, Gwiazdor, Dziadek Mróz czy inny Pan przyniesie i obdaruje nas  prezentami. Czekamy na wieczór wigilijny i pełno pięknie zapakowanych pudełek z niespodziankami dla dzieci i dorosłych. Nie ważne ile mamy lat, na prezent czekamy niezmiennie każdego roku, bo wierzymy w św. Mikołaja, w to , że przybywa saniami ciągnionymi przez dorodne renifery z dalekiej, mroźnej Laponii  na północy Finlandii i na pewno o nas też będzie pamiętał. 

W Polsce i wielu krajach o podobnej kulturze do naszej, prezenty przynosi Gwiazdor. Jest to pan z białą broda, w czerwonym stroju, miły i przyjemny dla każdego. Najbardziej kochają go dzieci. Dorośli wiedzą, że mogą dostać lanie rózgą, bo nie zawsze byli grzeczni. Czasem  Mikołaj nie pokazuje się nikomu, zostawia prezenty pod choinką, w pustym pokoju i pędzi dalej by obdarować wszystkich czekających na jego wizytę. W Polsce po wigilii dostajemy prezenty, a jak jest w innych krajach? Pozwólcie, że przedstawię Wam to w krótkiej prezentacji.

Włosi na prezenty czekają do rana. Niektóre rodziny celebrują kolację wigilijną, ale wiele rodzin zaczyna w tym kraju świętowanie dopiero od 25 grudnia i właśnie w tym dniu rozdawane są prezenty, bo najważniejszym świętem dla Włochów jest pierwszy dzień Bożego Narodzenia. Dzieci młodsze dostają zabawki, starsze smartfony lub inny sprzęt elektroniczny. Panie obdarowuje się przede wszystkim perfumami albo galanterią skórzaną. Zazwyczaj Mikołaj przychodzi po cichu o północy, kiedy wszyscy już śpią i zostawia podarki dla całej rodziny.

W Norwegii świętowanie zaczyna się od mszy, około godziny 16.00 w dniu 24 grudnia. Po zakończeniu uroczystości kościelnych biją dzwony, a wierni udają się do swoich domów i otwierają prezenty. Ci, którzy nie byli w kościele czekają na dzwony i punktualnie o godzinie 17.00 otwierają prezenty. Nie wszyscy Norwegowie celebrują tę tradycję. W niektórych domach, podobnie jak we Włoszech prezenty odwija się dopiero rano pierwszego dnia  świąt Bożego Narodzenia. Tu św. Mikołaj bardziej przypomina krasnala w czerwonej czapce z długą białą brodą.

W Australii święta Bożego Narodzenia obchodzone są w zupełnie innej scenerii niż w Europie. Toteż Mikołaj przybywa z prezentami w inny sposób, czyli przypływa na desce surfingowej lub wychodzi z morskich fal. Australijskie rodziny, mieszkające nad wodami, celebrują często święta przy stole ustawionym na piaszczystej plaży, na brzegu oceanu, a ma to miejsce 25 grudnia. Ze względu na upały Mikołaj ma strój letni, czyli krótkie spodenki i koszulkę, kapelusz zamiast ciepłej czapy obszytej futrem, a na nogach japonki. Towarzyszą mu misie koala i kangury w miejsce nam znanych reniferów.

Wiszące, czerwone skarpetki, to domena Irlandczyków i Amerykanów. W Irlandii, ci co liczą na dużych rozmiarów paczki, zamiast skarpetki, wieszają przy swoim łóżku poszewkę lub worek. Św. Mikołaj odwiedza ich, po cichu, w nocy z 24 na 25 grudnia. W oknach domów pali się świeca, by nie zabłądził i nie ominął żadnego domu. W USA, skarpety wiesza się z reguły przy kominku, bo Santa Claus wchodzi do domów przez komin, więc uzasadnione jest wybranie tego miejsca. W tym kraju, jak mało gdzie na świecie, dekoruje się też domy (zewnętrzne ściany i dachy) setkami migających światełek. Tworzy to dodatkowy element świątecznego nastroju, bajkowej aury.

W Meksyku do dziś pielęgnowana jest i ciągle żywa tradycja chowania prezentów i zgadywania, gdzie został ukryty. Jest to dodatkowa atrakcja, forma zabawy, zwłaszcza dla dzieci. Właśnie dla najmłodszych pod sufitem wieszane są kolorowe kubeczki wypełnione mąką lub piaskiem. W jednym z nich ukryta jest niespodzianka. Zabawa polega na tym, by jak najszybciej wytypować miejsce, w którym ukryty jest podarunek.

Z kolei w Hiszpanii na prezent trzeba poczekać do Trzech Króli. Ale tendencja idzie w kierunku podobnej tradycji jak w innych krajach. Coraz więcej rodzin obdarowuje się prezentami w pierwsze święto Bożego Narodzenia czyli 25 grudnia. Hiszpanie mimo to kultywują dawną tradycję, czyli wierzą , że prezenty przynoszą Trzej Królowie, a nie  tak jak my, św. Mikołaj. Zwolennicy starej tradycji zostawiają podarki 5 stycznia wieczorem, a uroczyste ich rozpakowanie ma miejsce 6 stycznia rano. Dzieci wierzą, że trzej wędrowcy goszczą w ich domu i zostawiają im na talerzykach słodycze.

Francuzi nie obchodzą wigilii, zaczynają święta od 25 grudnia. Rano na wszystkich czekają prezenty. Dzieci wierzą, że to mały Jezus przynosi im oczekiwane podarunki. Przychodzi w poprzednią noc i wkłada je do bucików postawionych przy kominku.

Przedstawiłam Wam kilka ciekawych zwyczajów związanych z obdarowywaniem się prezentami w okresie świąt Bożego Narodzenia. Może znacie inne tradycje? Zapraszam do podzielenia się wiedzą na ten temat w komentarzach.

Inspiracja. Piątkowo -niedzielny (11-13.12.2015 roku) Głos Wielkopolski.Jolanta Korucu ,,Gdzie szukać prezentów”.

ROGALE ŚWIĘTOMARCIŃSKIE – WIELKOPOLSKI WYPIEK Z CERTYFIKATEM.

11 listopada obchodzimy Święto Niepodległości, dzień upamiętniający odzyskanie własnego państwa po 123 latach (1795-1918) zaborów. O tym każdy uczeń i dorosły Polak wie, ale nie wszystkim jest znane znaczenie tego dnia dla Poznania i jego mieszkańców. W tym dniu, kiedy cała Polska uroczyście świętuje odzyskanie niepodległości, Wielkopolanie, a przede wszystkim mieszkańcy Poznania, obchodzą także Dzień Świętego Marcina.

Wiąże się z tym kilka tradycyjnych obrzędów. Przede wszystkim obchodzone są Imieniny Ulicy Święty Marcin, organizowane przez Centrum Kultury ,,Zamek” od 1994 roku. Głównym punktem uroczystości jest przemarsz korowodu i przejazd tą ulicą świętego Marcina na białym koniu, w stroju rzymskiego legionisty. Towarzyszą mu szczudlarze, muzycy, machiny i platformy. Celem pochodu jest CK ,,Zamek”, gdzie na dziedzińcu czeka Prezydent Miasta Poznania, aby przekazać św. Marcinowi symboliczny klucz do bram miasta. Od tej chwili mieszkańcy świętują, by o godzinie 21.00 zakończyć uroczystość uczestnictwem w pokazie fajerwerków.

O wielkopolskiej tradycji związanej z dniem 11 listopada wie zapewne niewielu spoza regionu. Dlatego pragnę ją przybliżyć gościom mojego bloga. W tym dniu, od wielu dziesiątek lat, na stołach króluje gęsina oraz wypiekane są ogromne ilości rogali świętomarcińskich. I właśnie o rogalach chciałam opowiedzieć więcej. Pierwsze wzmianki o ich wypieku na Dzień Świętego Marcina, można znaleźć już w 1860 roku w Dzienniku Poznańskim. Ale legenda przekazywana z pokolenia na pokolenie związana jest z wydarzeniem późniejszym, bo z 1891 roku. Wtedy to Jan Lewicki, proboszcz parafii Św. Marcina, zaapelował do zebranych na mszy wiernych, by wzorem rzymskiego żołnierza Marcina (uznanego później za świętego) zrobili dobry uczynek w stosunku do biednych mieszkańców Poznania. Cukiernik Józef Melzer, w odpowiedzi na apel duchownego, namówił właściciela cukierni, by wrócił do dawnej tradycji i część swoich wypieków sprzedawał bogatym, a częścią obdarowywał tych, których na kupno nie było stać. Inna legenda związana z tym słodkim wypiekiem mówi, że: wiele lat temu jeden z poznańskich piekarzy, we śnie, podniósł podkowę, którą zgubił jadący na koniu święty Marcin. Postanowił wypiekać ciasto, o podobnym do niej kształcie. Te legendy znane są prawie wszystkim Poznaniakom i mieszkańcom okolic. Ale mało kto z nas wie, że pierwsza wzmianka, o kształcie najbardziej znanego przysmaku regionu, datowana jest na czasy pogańskie. Wtedy to podczas jesiennego święta składano ofiary bogom z ciasta zawijanego w bawoli róg. 

Na początku XX wieku rogale cieszyły się, w dalszym ciągu, bardzo dużym popytem, a zwyczaj ich wypieku przejęło Stowarzyszenie Cukierników, zaś po I wojnie światowej Franciszek Raczyński dalej kultywował tradycję obdarowywania ubogich tym słodkim przysmakiem. Zygmuntowi Wasińskiemu zawdzięczamy uratowanie od zapomnienia wypieku rogali po II wojnie światowej. Obecnie cukiernicy Wielkopolski, a przede wszystkim jej stolicy wypiekają i sprzedają w Dniu Świętego Marcina 250 ton rogali świętomarcińskich, w ciągu roku pół tony, a w przeliczeniu na sztuki jest to liczba około 2 i pół miliona. Nasz lokalny wypiek i jego smak mieli okazję poznać również parlamentarzyści Unii Europejskiej, pracownicy instytucji unijnych i korpusu dyplomatycznego różnych państw. 28 listopada 2013 roku polscy cukiernicy częstowali nimi gości w Brukseli, z okazji czwartej edycji Dnia Świętego Marcina. 

Pozwolę sobie przytoczyć dwa cytaty mówiące o naszym wyrobie regionalnym, który ma swoją rejestrację w UE, podobnie jak podhalański oscypek:

,,Możliwość wypieku Rogali Świętomarcińskich jest największą chlubą poznańskich cukierni. Specjalny certyfikat Kapituły Poznańskiego Tradycyjnego Rogala Świętomarcińskiego, która powstała z inicjatywy Cechu Cukierników i Piekarzy w Poznaniu, Izby Rzemieślniczej i Urzędu Miasta Poznania, zobowiązuje cukierników do wypiekania rogali według tradycyjnej receptury i użycia składników najwyższej jakości – półfrancuskiego ciasta, białego maku, wanilii, mielonych daktyli lub fig, śmietany, rodzynek, masła i skórki pomarańczowej. Od kilku lat Unia Europejska także certyfikuje Rogale Marcińskie jako produkt regionalny Chronionym Oznaczeniem Geograficznym”. http://www.rogalemarcinskie.pl/pl/historia_rogala.html

,,Rozporządzeniem Komisji (WE) nr 1070/2008 z dnia 30 października 2008 r. nazwa „Rogal świętomarciński” została wpisana do rejestru chronionych nazw pochodzenia i chronionych oznaczeń geograficznych w Unii Europejskiej”. https://pl.wikipedia.org/wiki/Rogal_świętomarciński

Może ktoś z moich gości zechce sam upiec rogale świętomarcińskie, podaję przepis i sposób wykonania na 15 sztuk:

Produkty na masę makową: 1 szkl. białego maku, 2 szkl. okruchów biszkoptowych, 0,5 szkl. cukru, 0,5 szkl. miodu pszczelego, 12 dkg orzechów, 12 dkg rodzynków, trochę fig i różnych owoców kandyzowanych, 40 dkg masła, 1 esencja migdałowa.

Produkty na ciasto: 4,5 szkl. mąki pszennej, 40 dkg. masła, 2 jaja, pół kostki drożdży, pół szkl. cukru, 1 szkl. ciepłego mleka, pół szkl. oleju, 2 płaskie łyżeczki soli.

Wykonanie masy makowej: mak płuczemy, parzymy, po godzinie mielimy dwa razy. Dokładamy cukier, masło i podgrzewamy na małym ogniu ciągle mieszając. Gdy masa jest ciepła dodajemy: rodzynki, posiekane orzechy i esencję. Dodajemy okruchy, przykrywamy i odstawiamy do wystygnięcia.

Wykonanie ciasta:  mąkę przesiewamy, dodajemy drożdże rozpuszczone w mleku, cukier, jaja i sól. Mieszamy aż powstanie sprężysta masa, dodajemy olej i wyrabiamy. Robimy prostokąt i wkładamy do lodówki. Schłodzone ciasto wałkujemy i na 2/3 prostokąta nakładamy zimne masło. Składamy na 3 części, sklejamy brzegi, rozwałkowujemy, składamy trzykrotnie, powtarzając czynność trzy razy. Wkładamy ciasto do lodówki, wyjmujemy po 5-10 godzinach i formujemy pasy o dł. 40 cm. Wycinamy poprzecznie długie trójkąty, o podstawie 10 cm. Rękawem cukierniczym nakładamy masę makową tak, by u podstawy było jej jak najwięcej. Zwijamy ciasto od podstawy, nacinamy prostopadle, kończymy zwijanie do samego wierzchołka i oba końce zaginamy do środka. Gotowe rogale układamy luźno na blasze, smarujemy żółtkiem rozbełtanym z wodą i wkładamy do piekarnika rozgrzanego do temperatury 180 stopni. Pieczemy 35 minut, pozwalamy im trochę ostygnąć, lukrujemy i posypujemy orzechami włoskimi.

Proszę bardzo tak wygląda gotowy wypiek:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Rogal_świętomarciński
Zdjęcie: https://pl.wikipedia.org/wiki/Rogal_świętomarciński

Kilka lat pracowałam w cukierni, co prawda w biurze, ale znam proces produkcyjny rogali świętomarcińskich doskonale. 11 listopada wszyscy staliśmy przy stołach i pomagaliśmy zawodowym cukiernikom. Gdyby chętni do podjęcia próby własnego wypieku, w którymś momencie trafili na przeszkodę, służę uprzejmie radą.

WIELKANOC: TRADYCJA I OBRZĘDY

W tym roku Wielkanoc przypada 5. i 6. kwietnia. Obchodzenie tego święta w domach, to zawsze okazja do spotkań rodzinnych, biesiad przy stole, rozmów, zabaw, wypoczynku, śmiechu i serdeczności. Odwiedzamy też bliższych i dalszych znajomych.

Wielkanoc: obchodzone w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca, na pamiątkę Zmartwychwstania Jezusa, najstarsze i najważniejsze święto chrześcijańskie; Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego; Pascha.                          www.sjp.pl/Wielkanoc

W naszej religii każda niedziela, to pamięć zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, ale najbardziej uroczyście, Kościół i wierni obchodzą Niedzielę Zmartwychwstania, czyli Niedzielę Wielkanocną. Jej początek ma miejsce już w sobotę, kiedy zajdzie słońce rozpoczyna się Wigilia Paschalna, wtedy zapala się wielką woskową świecę zwaną Paschałem, symbol zmartwychwstałego Chrystusa. Ostatni tydzień przed Wielkanocą w chrześcijaństwie nazwano Wielkim Tygodniem, a ostatnie trzy doby, to Triduum Paschalne, które obejmuje Wielki Czwartek (wieczór), Wielki Piątek, Wielką Sobotę i Niedzielę Zmartwychwstania.

W Polsce msza rezurekcyjna zaczyna się radośnie wypowiedzianymi słowami Alleluja czyli Chwalcie Boga. W okresie wielkanocnym używa się pozdrowienia „Chrystus zmartwychwstał z odpowiedzią „Zmartwychwstał prawdziwie”. Do XVIII wieku ta msza celebrowana była o północy. Obecnie odprawia się ją wcześnie rano. Zmartwychwstanie Chrystusa oznajmia bicie dzwonów. W wielu parafiach w tym czasie słychać strzelby, petardy, armatki i inną broń palną. Cały ten hałas niesie informację, że pora obudzić świat do życia. Przed mszą ma miejsce procesja z Najświętszym Sakramentem. W kościele, przy Grobie Pańskim ksiądz oznajmia  zmartwychwstanie Chrystusa. Następnie procesja z kapłanem niosącym monstrancję z Hostią i niosącymi figurę Chrystusa Zmartwychwstałego, wychodzi z kościoła i okrąża go. Po uroczystej mszy rezurekcyjnej chrześcijanie zasiadają do śniadania. Na stole pojawia się koszyk z poświęconymi dzień wcześniej potrawami. Domownicy dzielą się jajkiem i składają sobie nawzajem życzenia. W jadłospisie królują jajka w różnych postaciach (symbol życia), wędliny, pieczywo, baby i mazurki. Dekoracje są typowo wiosenne z baziami i bukszpanem, w bukietach tulipanów i narcyzy.

Każdy region Polski ma własne zwyczaje i zabawy wielkanocne, gdzie tradycja chrześcijańska łączy się z ludowymi zwyczajami słowiańskimi. Większość z nich, w tle, ma  symbolikę odradzającego się życia. Udekorowanie kolorowych jajek należy do kobiet i dzieci. W tym czasie mężczyźni nie maja wstępu do izby. Za to w drugi dzień świąt, to oni ruszają na wieś po tak zwane datki, najczęściej są to właśnie pomalowane jaja. Chodzą też po dyngusie i polewają panny wodą. Ta tradycja jest obchodzona po dziś, nie tylko na wsiach, ale także w miastach. Święcone palmy według wierzeń chronią przed nieszczęściami. Najpiękniejsze, mieniące się wszystkimi kolorami i najbardziej okazałe robią na Kurpiach. Z kolei w okolicach  Limanowej podtrzymywany jest zwyczaj zwany słomiokami. W lany poniedziałek przebierańcy w słomianych strojach, z kijami, trąbkami, sikawkami wychodzą na ulice. Hałasują, oblewają wodą, ale nie mówią. Śląsk z kolei słynie z parad konnych. Też w poniedziałek, kawalkada stu koni zbiera się w Raciborzu – Sudole. Objeżdżają pola i modlą się o urodzaj. Na koniec procesji odbywają się wyścigi. W Małopolsce, w Wieliczce pojawia się Siuda Baba, czyli ubrudzony przebieraniec. Rusza on po wsi i szuka młodych dziewcząt, od których najczęściej dostaje całusy. Zwyczaje te zazwyczaj są  obchodzone w lany poniedziałek. Do tradycji wielkanocnych należą także coroczne misteria pasyjne i wycieczki emausowe.

My, podobnie jak w domu rodzinnym, święta obchodzimy zgodnie z tradycją. Na wsi,  u moich rodziców był to czas radości, malowania pisanek, pieczenia bab, mazurków, łez przy tarciu świeżego chrzanu, wzmożonego ruchu i gwaru. W Wielką Sobotę, od rana, razem z mamą szykowaliśmy święconkę. Mama swoim spokojem i cierpliwością tworzyła atmosferę niezwykłości i magii. Zachęcała całą naszą pięcioosobową gromadkę do uczestnictwa w tym niezwykłym wydarzeniu. Wtedy w duży kosz, na śnieżnobiałą serwetkę, wkładało się siedem kolorowych pisanek, baranka z masła, z oczami z pieprzu, uszami i ogonkiem z listków bukszpanu, pęta kiełbasy własnego wyrobu, szynkę wędzoną, pieprz, sól i inne drobiazgi. Wszystkiego było dużo, bo musiało starczyć dla całej siedmioosobowej rodziny na śniadanie wielkanocne. Zanieść ten ciężar musieliśmy w dwójkę, bo choć nie było daleko, jedno dziecko nie dałoby rady. Ksiądz, po którego wysyłano konną furmankę (najokazalszą w całej wsi), przyjeżdżał na określoną godzinę. W jednym z domów, wszyscy mieszkańcy, układali swoje kosze z potrawami. Stoły, krzesła, półki pełne były pachnących, bogatych, kolorowych potraw, a każdy kosz okazalszy, udekorowany piękniej, baziami i gałązkami bukszpanu. Modlitwa, poświęcenie pokarmów i życzenia świąteczne. Podobnie jest teraz. Kto się spóźnił musiał jechać ze swoją święconką do miasta, bo na wsi ksiądz święcił pokarmy tylko raz i wracał do swojej parafii. Nie pamiętam żeby któryś z mieszkańców nie zdążył na tę ceremonię. W niedzielę, na czczo szliśmy do kościoła. Uroczyste śniadanie, z życzeniami, było dość niespokojne, bo po nim cała piątka szukała prezentów, które zajączek zostawił dla nas w ogródku, w gniazdkach wyścielonych sianem. Cukrowe baranki, kurki, jajeczka, smakowały jak nic na świecie. Ta słodycz wielkanocnych figurek jest we mnie do dzisiaj. Były to zwykłe figurki z cukru, pomalowane kolorowo, ale smakowały jak największy rarytas. Miło wspominam tamten czas.  Staram się, by w moim domu obchodzono Wielkanoc podobnie jak u moich rodziców.

Tradycja święcenia pokarmów, jest jedną z piękniejszych w polskiej kulturze. Obrzęd ten na stałe przyjął się już w XV wieku. Kultywowany jest do dzisiaj i myślę, że następne pokolenia zadbają o to by nie zaginął. Warto też podtrzymywać inne zwyczaje i tradycje związane z Wielkanocą. Są one częścią naszej tożsamości narodowej.

A jak wygląda Wielkanoc u Was?

dzieciowo.pl

dzieciowo.pl

KARNAWAŁ OKRESEM WIELKIEGO ŚWIĘTOWANIA

Człowiek bawi się od zarania dziejów. Dionizje i Bachanalia sięgają czasów przed Chrystusem.

Tak jak jedzenia, wody i ubrania, ludzkość potrzebuje do życia zabawy. Przyjemność sprawiały człowiekowi – tak jak wspólna praca, polowanie -  korowody, gromadne przemarsze ze śpiewem, tańcem i śmiechem. Wzmacniano przeżycia, upijając się alkoholem i odurzając ziołami oraz innymi środkami. Wszechobecny był też w te dni erotyzm. W każdej cywilizacji i kulturze, przy omawianiu jej, pojawiają się informacje na temat zabawiania się podczas świąt cyklicznych (często związanych z porami roku), jak też w wolnym czasie. Nieraz właśnie śpiew i taniec pomagały przeżyć w chwilach, kiedy nic innego nie dawało człowiekowi nadziei. Ciało człowieka podczas świętowania było bardzo ważne. Na ten czas ozdabiano je malunkami, przywdziewano w odświętne szaty i ozdoby. U innych z kolei ciało było pozbawione prawie całkiem szat, a udekorowane tylko ozdobami i farbami. Piękno u jednych znaczyło obfite kształty, a u innych szczupłe jak źdźbło. Zawsze upiększenia nadawały człowiekowi odświętny wygląd i powab. Karnawał, to czas tańca i śpiewu. Obecnie najsłynniejszy ma miejsce w Rio de Janeiro. Barwny, z wielkim rozmachem, przyciąga oczy całego świata. Przygotowania do popisów samby trwają tam cały rok.

Karnawał wywodzi się z kultów płodności i z kultów agrarnych. Jest ściśle związany z tańcami, na wsiach dookoła ogniska. Nazwa pochodzi od łacińsko-włoskiego „carnavale„, a znaczy w dosłownym tłumaczeniu, rozstania z mięsem, w Polsce  „mięsopust„, określa tylko ostatnie dni karnawału. „Karnawał” nawiązuje także do łacińskiego „carrus navalis„, tak w starożytnym Rzymie nazywano łódź na kołach – udekorowany kwiatami rydwan boga Dionizosa. Podczas hucznych obchodów powitania wiosny, przemierzał on ulice Rzymu wraz z licznym orszakiem. Karnawał to najdłuższy okres świętowania w ciągu całego roku. Tradycja chrześcijańska nakazuje obchodzić go między świętem Trzech Króli, a Środą Popielcową. Szczyt i nasilenie zabaw przypada na jego ostatnie dni tj. od tłustego czwartku do tłustego wtorku.

W średniowieczu, z hucznych zabaw karnawałowych słynęła Wenecja, w XVIII w. Rzym, potem także Hiszpania, Portugalia, Francja, Niemcy, Czechy, Ruś i Bałkany. Ten zwyczaj szybko dotarł do Polski. Tu zabawy karnawałowe miały narodowy charakter, z polską tradycją i obyczajem w tle. Czas ten był suty, hałaśliwy, wesoły i szumny. Obfitował w różne uciechy: polowania, kuligi, poczęstunki, tańce i swawole. W miastach, zwłaszcza na dworach pańskich i w bogatych rezydencjach, karnawał cechowały wystawne uczty i bale. Była to świetna okazja dla panien gotowych do zamążpójścia, aby się zaprezentować. Tańczyły one pod okiem matek, ciotek, babek, zawierały znajomości, przebierały w  konkurentach. Skromniej świętowało mieszczaństwo, kupcy i rzemieślnicy. Jednak tańce i swoboda przewyższały karnawał bogaczy. Inny w swym charakterze był  karnawał chłopski. Wesoły i różnoraki, radość kipiała tu z każdej strony. Na wsi w zapusty wolno było prawie wszystko, dużo więcej niż w zwyczajny czas. Jak wszędzie tak i tu najhuczniej obchodzono ostatnie dni karnawału. W Tłusty Czwartek i wtorek przed Popielcem nie mogło nigdzie zabraknąć smażonych na tłuszczu słodkich racuchów, blinów oraz pączków i chrustów. Tłusty Czwartek był tylko wstępem do szaleństw ostatnich trzech dni przed Popielcem, kiedy to we wszystkich domach było wielu gości i dużo tłustego, pożywnego jedzenia, żeby każdy mógł najeść się do syta przed nadchodzącym Wielkim Postem. W karczmach tańczono do upadłego, aż wióry leciały z podłogi. Skoczne obertasy, szfajery, mazury, krakowiaki, szuraki i inne tańce nie miały końca. Bawiono się do białego rana.

W PRL-u modne były wystawne bale elit politycznych, pokazywane szeroko w telewizji, opisywane w prasie, omawiane w radio. Zjawisko to miało charakter propagandowy. Świadczyło o bogactwie, dostatku i dobrobycie w kraju. Bawił się też świat niższego szczebla. Zakłady pracy, prawie wszystkie, organizowały karnawałowe zabawy pracownicze. Pączki, golonki, szampan i inne przyjemności były w symbolicznej cenie biletu. Nawet na pół naga piękność pojawiała się na parkiecie po północy. Panowie mogli z nią zatańczyć. Po zabawie, autobus odwoził uczestników do domów. Bawili się wszyscy, mało kto zastanawiał się, czy go stać na fryzjera, kreację i inne potrzeby z tym związane. Widocznie było stać każdego. Nie trzeba było kalkulować, czy starczy potem na ratę czy opłacimy czynsz? Dla dzieci też bez trudności załatwiało się opiekę. Babcie były chętne do pomocy, młode emerytki miały siłę i czas by pomóc. Sama byłam z mężem na kilku takich imprezach. Na wspomnienie łezka w oku się kręci. Może wygląda to na chwalenie PRL-u, ale tak pamiętam ten okres i tak go opisuję, bez dodatkowego upiększania. Po prostu tak było.

Dzisiaj też Polacy bawią się w karnawale. Jednak mało ludzi idzie na prawdziwe bale. Młodzi wybierają kameralne spotkania w pubach, imprezy składkowe u kogoś w domu albo wyjazd do zimowych kurortów i zabawę z lokalnymi atrakcjami. Media wspominają o Balu Sportowca, czy balach charytatywnych, ale myślę, że takiej ich mnogości, jak w czasach minionych już nie ma.

Karnawał przypada w środku zimy. Gdy u nas szaro i zimno, w Brazylii upał. Ludzie bawią się i tań­czą na uli­cach. Wraz z rozpoczęciem karnawału klucze do miasta są przekazywane w ręce Rey Momo (Króla Momo). Tu karnawał oznacza świętowanie przez cztery dni. Zaczyna się w niedzielę, a kończy w Tłusty Czwartek. W pokazach bierze udział ponad 200 najlepszych szkół samby z całego kraju. Tradycja hucznych obchodów karnawału w Rio de Janeiro sięga 1823 roku. Do miasta co rok przybywają tysiące turystów z całego świata. Chcą uczestniczyć w tym niezwykłym widowisku przygotowanym z niewyobrażalnym rozmachem, przepychem i barwnością. Uroda tancerek, skąpe stroje, zmysłowe ruchy powodują zawrót głowy u obserwatorów tego szaleństwa i pewnie pozostają w ich pamięci przez długie lata.

A czy Wy patrząc przez okno nie mielibyście ochoty znaleźć się w centrum tego brazylijskiego szaleństwa?

                                  Pieter Bruegel, Walka karnawału z postem, 1559

http://www.teatralia.com.pl/archiwum/artykuly/sierpien_2009/030809_wsow.php


http://www.teatralia.com.pl/archiwum/artykuly/sierpien_2009/030809_wsow.php

Karnawał w Rio de Janeiro

http://www.aboutbrasil.com/modules/riocarnaval/riodejaneirocarnaval2013_4.jpg


http://www.aboutbrasil.com/modules/riocarnaval/riodejaneirocarnaval2013_4.jpg

Ray Momo

http://zarzadzanie.blog.pl/szescdziesiat-rowna-sie-dwadziescia.blog.pl/wp-admin/post.php?post=230&action=edit


http://zarzadzanie.blog.pl/szescdziesiat-rowna-sie-dwadziescia.blog.pl/wp-admin/post.php?post=230&action=edit