OBSERWACJE KOBIETY PRACUJĄCEJ Z DRUGIEJ STRONY LADY

4 października minie rok mojej pracy w sklepie piekarniczo-cukierniczym na stanowisku sprzedawca – kasjer. Chciałam podzielić się z Wami, Drodzy Czytelnicy najciekawszymi spostrzeżeniami i sytuacjami jakie spotkały mnie podczas obsługiwania klientów. Być może zainteresuje Was to co czuje i przeżywa sprzedawca. Każdy z nas robi zakupy, ale mało kto wie, co dzieje się tam gdzie nie mamy dostępu, czyli za kontuarem. Lubię swoją pracę i ludzi, których mam przyjemność obsługiwać, kłopoty zaś ,,zostawiam w domu”. Klienci, z reguły, widzą mnie uśmiechniętą i pozytywnie nastawioną do tego co robię. Myślę, że właśnie moja postawa i zachowanie ma ogromny wpływ na to jak postępują w stosunku do mnie. Wyznaję zasadę, że dobrego człowieka, szanującego innych, trudniej przychodzi skrzywdzić, komukolwiek. Chociaż nikt nie jest idealny i zdarzają mu się potknięcia, lubianemu łatwiej się wybacza, zapomina i przechodzi do porządku dziennego.                                                                                                                            

Przede mną w tym sklepie, przez sześć lat, pracowała pani, nazwijmy ją umownie Genia, bardzo lubiana przez klientów. Potem, po jej przeniesieniu, przez jakiś czas punkt obsadzano przypadkowymi ludźmi wypożyczonymi z innych cukierni Firmy. Ludzie tego nie tolerują, lubią mieć swoją panią w osiedlowym sklepie. Sami rozumiecie więc, że w takiej sytuacji, nastawienie kupujących do mnie było, mówiąc eufemizmem, nieprzychylne. Co więcej niektórzy, najbardziej zdesperowani w walce o powrót dawnej pani, robili wszystko by zniechęcić mnie do pracy w tym miejscu. Po prostu nie chcieli mnie tu i tyle. Byłam niewzruszona i zawsze równie grzeczna i uśmiechnięta. Wiedziałam, że po jakimś czasie ,,odpuszczą”, uznają mnie za swoją. Długo nie musiałam czekać, bo z każdym dniem ubywało frustratów, a atmosfera stawała się przyjemna przede wszystkim dla mnie. Teraz mogę, z pełną odpowiedzialnością, powiedzieć, że praca w sklepie to sama przyjemność.                                                                                                                          

Ale wróćmy do początków. Nieprzyjemnych incydentów, które zapamiętałam, nie było wiele, bo tylko dwa. Bardzo przykra, w dzień wigilii Bożego Narodzenia, miała miejsce nieprzyjemna sytuacja, której autorem był niezadowolony klient. ,,Wściekł się”, chyba tylko to słowo pasuje w tym momencie, o zupełnie błahą sprawę. Otóż przyjęłam zamówienie na rodzaj chleba, którego w tym dniu nie wypiekano. Podczas zamówienia nie wiedziałam o tym,  informacja z biura przyszła później. Nie miałam możliwości skontaktowania się z mężczyzną i wyjaśnienia. Dopiero w dzień odbioru pan dowiedział się, że towar nie jest w całości zarezerwowany. W jednej chwili zrobił się czerwony i tak zły, że nie potrafił opanować emocji, a niezadowolenie wyładował, nie przebierając w słowach, na mnie. Byłam spokojna i wyjątkowo opanowana, przeprosiłam, zaproponowałam inny asortyment, podobny do zamówionego. Nie uspokoiło to sfrustrowanego klienta, wymyślał i wyzywał bez końca. Nie wytrzymała tego długo cierpliwa pani stojąca za nim. Pewnie stwierdziła, że musi mi pomóc i zakończyć incydent. Zwróciła, grzecznie, uwagę mężczyźnie, że nie powinien w takim wyjątkowym dniu awanturować się z tak błahego powodu. Kolory na jego twarzy przeszły z jasno czerwonych w bordo, wtedy rozpętała się burza na dobre. Byłam przez moment pewna, że pan użyje laski, którą się podpierał i zbije ją i zapewne mnie też. Nagle opanował się, odpuścił i wyszedł nie kupując nic. Myślałam, że nigdy już nie zajrzy do naszej piekarni. Myliłam się, przyszedł zaraz po świętach, z czekoladą w ramach przeprosin. Do dzisiaj kupuje i jest jednym z milszych klientów. Przemyślał pewnie swoje zachowanie i uznał, że nie powinien tak postąpić. Przyjęłam przeprosiny i ,,prezent” też, czym sprawiłam przyjemność ,,odmienionemu” człowiekowi.                                                                                                         Druga przykra sytuacja miała miejsce niedawno. Klient był wyraźnie niezdecydowany co do ilości i jakości towaru, który chce kupić. Najpierw zażyczył bomby rumowe, wydrukowałam paragon. Potem drożdżówki, również na oddzielny kwit. Zakończył zakupy reklamówką, trzecim paragonem. Podsumowałam wszystkie kwoty i skasowałam należność, po czym podałam komplet dowodów  zakupu towaru. Pan wyszedł, nie zabierając paragonów, jak większość kupujących. W powyższej sytuacji doszukał się nieprawidłowości kolejny klient, który czekał  na zakup towaru. Do mnie nie powiedział nic, zadzwonił do właściciela Sieci, w której mam przyjemność pracować. Skłamał mówiąc, że nie dałam paragonu klientowi, a w ogóle sprzedałam towar bez rejestracji na kasie. Tak twierdził. Krótko potem zadzwoniła do mnie pani z biura i prosiła o wyjaśnienie sprawy. Wersja moja i pana różniły się diametralnie. Znalazłam pognieciony komplet połączonych trzech kwitów i przekazałam  jako dowód, że prawda jest po mojej stronie.                             

Więcej takich scen nie było. Drobne zgrzyty tak, typu ,,Genia wiedziała, że dla mnie chleba nie trzeba kroić, a pani nie wie”. Pomyślałam, że po sześciu latach też będę wiedziała więcej niż teraz, ale nie powiedziałam tego pani. Podałam chleb z uśmiechem i więcej przykrych uwag nie słyszałam. Inne ,,Genia miała w kącie stoliczek i krzesło, można było odpocząć porozmawiać, a pani nie ma, dlaczego?” . ,,Zawsze mogę zmęczonej osobie podać krzesło z zaplecza, kiedy poprosi, nie ma problemu”, ale nie może stać sprzęt w miejscu przeznaczonym dla klientów stojących w kolejce. Takie uszczypliwości i porównania do ukochanej poprzedniczki, wyeliminował czas całkowicie. Teraz wszyscy klienci są uprzejmi. W miejsce tamtych niegrzecznych uwag pojawiają się słowa typu: ,,Jak dobrze zaczynać z panią dzień, bo czuje się tu dobrą energię”, albo ,,Miłego dnia życzę” – słyszę od wielu wychodzących ze sklepu. ,, Dzień dobry” i ,,Do widzenia” mówimy sobie wszyscy. Rzadko wchodzi ktoś bez powitania i wychodzi bez pożegnania. To jest bardzo miłe, kiedy sklep jest pełen ludzi, a w tle słyszy się ,,dzień dobry”, ,,do widzenia”. Odpowiadam pomimo tego, że jestem zajęta, kroję chleb lub ważę ciastka. Tak trzeba. Podczas mniejszego ruchu rozmawiam z klientami. Pomimo, że jest wiele do zrobienia, staram się każdego wysłuchać. Zwłaszcza starsze osoby, samotne potrzebują podzielić się swoimi troskami z drugim człowiekiem. Oczekują pocieszenia w chorobie, usprawiedliwienia dla dzieci, które zapomniały o starej matce, ojcu. Sami rzadko ich winią, bo praca, dzieci, dom, to ich pochłania bez reszty, nie mają czasu dla samotnych Rodziców. Trzeba być taktownym, nie mówić wiele, słuchać, to wystarczy. Inni najchętniej chcieliby porozmawiać o polityce. To temat, który ucinam w zarodku. Nie mam nic na ten temat do powiedzenia.  

Dodam, na koniec, że pracuję na zmianę z bardzo młodą (22 lata) dziewczynką. W ciągu roku były trzy różne panie.  Dwie poprzednie krótko, zmieniły miejsce na polecenie właściciela. Renatka jest tu od ponad pół roku. Miła i uśmiechnięta ciągle. Nie zauważyłam żeby choć raz okazała komuś zdenerwowanie i niecierpliwość. Szybka i zwinna jak sarenka, chociaż ma poważne problemy ze zdrowiem. Klienci uwielbiają ją. Zatrudniona jest w Firmie trzy lata. Wędrowała w tym czasie od sklepu do sklepu. Zaliczyła wszystkie ( ponad 30) i w każdym miała problemy z załogą. Nikt nie chciał z nią pracować. Nie rozumiem dlaczego?  U mnie ma najwyższe noty za profesjonalizm, wiedzę, samodzielność, uczciwość, szacunek do ludzi i pozytywny stosunek do pracy, którą wykonuje.              

Pracuję i lubię tu przychodzić. Tyle na dzisiaj. Wrócę do tematu, może po kolejnym roku pracy?

 

ZAWIŚĆ, KŁAMSTWO I CHCIWOŚĆ SKUTECZNIE NISZCZĄ DOBRE STOSUNKI MIĘDZY LUDŹMI

Jestem częścią tego mini świata. Pieniądze, a może ich brak powodują wśród ludzi zatracanie zasad godnych człowieka.  Mały ryneczek, a reguły gry, według których postępują jego użytkownicy, niczym nie różnią się od tych,  jakie dotyczą pracowników wielkich korporacji. Kilku sprzedawców  warzyw i owoców, a walka między nimi jak na ringu, między stojącymi naprzeciw siebie bokserami. Zawiść, kłamstwo i chciwość, to zasady jakimi kierują się  pracujący tu ludzie.

Piąty rok prowadzę sezonowo (cztery miesiące w roku) mały kramik na bazarze miejskim. Na początku to miejsce tętniło życiem, a ilość klientów chętnych do kupna oferowanych towarów była wystarczająca. Każdy z handlujących mógł bez problemu utrzymać swój mały biznes, pokryć koszty, zapłacić podatki i mieć kilka groszy w portfelu. Niestety nasze miasto opanowały wielkie sieci handlowe, a klienci chętnie zaopatrują się w nich kompleksowo. Systematycznie rezygnują z zakupów świeżych warzyw i owoców na targach. Wszyscy odczuwamy tego skutki, bo coraz mniejszy zarobek zostaje  do naszej dyspozycji. Małym, takim jak ja, bez darmowej pomocy rodziny, dawno przyszłoby interes zamknąć.

Godzę się ze spadkiem zarobków i staram się z pokorą i sercem obsłużyć każdą osobę, która zatrzyma się przy moim stoisku i zechce kupić  cokolwiek. Już wcześniej, ale szczególnie w tym roku zauważyłam, że konkurencja postępuje nie fair. Właściciele dwóch całorocznych straganów roszczą sobie prawo do każdego klienta, który pojawi się na bazarze. Postępowanie ich jest do tego stopnia nieetyczne, że potrafią zapytać kupującego wprost: „Dlaczego kupuje pani/pan truskawki i maliny u konkurencji, a po pyry przychodzi do mnie?”. Podobnych zarzutów i wyrzutów w stosunku do klientów jest wiele i powtarzają się nagminnie. Dziwi mnie reakcja kupujących. Jakby ukrywali się z tym, że ośmielili się  kupić u mnie  truskawki czy czereśnie, z tego tylko powodu, że są świeże i smaczne. Czują się winni za brak lojalności wobec stałego sprzedawcy. Proszą by zakupiony towar przechować, bo muszą zaopatrzyć się w  ziemniaki i ogórki, których ja nie prowadzę. Ubolewam nad poczuciem małej wartości i służalczością klientów. Czy gnąc kark przed sprzedawcą rzodkiewek, potrafią zachować się godnie i odważnie, kiedy przyjdzie podjąć ważne decyzje?  Pozwalają sobą manipulować sprzedawcy  owoców i warzyw na bazarze. Nie potrafią obronić i wyartykułować swojej decyzji głośno i wyraźnie. Wolą ukryć się z nią przed atakami nachalnych kramarek.

Kiedy pierwszy raz przyjechałam na rynek z owocami, zauważyłam wrogość innych sprzedawców. Nie tylko do mnie, ale także wobec siebie. Klany potworzyły się dwa i każdy wiodący handlarz miał swoją grupę popierających i wrogów, czyli tych którzy łączyli się z przeciwnym obozem. Nie mówiono sobie dzień dobry rano, ani do widzenia po pracy. Nie zmieniano pieniędzy u przeciwników, nie porównywano też cen. Każda kasta robiła to w swoim środowisku. Długo byłam neutralna. Starałam się rozmawiać i witać z każdym. Tak nie dało się postępować. Trzeba było opowiedzieć się po czyjejś stronie. Nie wybrałam przez 5 lat nikogo, kontakty bliższe z konieczności, utrzymywałam z tymi, którzy byli bliżej mojego straganu, nie występując jednocześnie przeciwko tamtym, którzy  byli dalej. Z czasem sami mnie odrzucili, uważając że przystałam do wroga.

Wiele rzeczy razi mnie, staram się nie nawiązywać bliższych rozmów z nikim. Tylko kurtuazyjne powitania i zdawkowa wymiana zdań. I tak naraziłam się jednej z ekspedientek, kiedy chciałam zapoznać się z jej cenami. „Wynocha do swojego straganu”.  Takie słowa usłyszałam od dziewczyny w wieku mojego syna, rok temu. Od tego czasu, poza powitaniem nic więcej nie mam jej do powiedzenia. Nikomu tego nie mówiłam, nawet mężowi, bo najnormalniej na świecie wstyd mi za tę młodą osobę.  W tym sezonie z kolei (może miesiąc temu), jej pracodawczyni przyszła do mojego stanowiska z takimi słowami: „Ela jak nie chcesz być o, to przychodź dalej do bambra (sprzedają obok siebie). To, że śpisz z nim, mnie nie obchodzi, ale szeptać przy mnie nie pozwalam”. I tak zostałam kochanką bambra, o czym dotąd nie wiedziałam. Również tego incydentu nie opowiedziałam mężowi, bo nie chciałam go martwić.

Kto to jest bamber? To rolnik, który zna moją rodzinę i jako pierwszy 5 lat temu z sympatią i uśmiechem przyszedł porozmawiać z nową, czyli ze mną. Widzę w nim wiele bezinteresowności, mało zawiści, prostotę i szczerość w obcowaniu z innymi. Handluje na tym rynku, własnymi warzywami i owocami od momentu jego powstania, czyli od 20 lat. Zawsze w jednym miejscu, na połowie straganu z inną panią. Tak było do ubiegłego roku. W tym zostawiono mu tylko ćwiartkę, a resztę zajęła osoba chciwa, która ma lepsze układy, niż bamber, z zarządzającymi tym rynkiem. Ponieważ  nie rozmawiają  ze sobą, nie życzy sobie, bym ja z nim utrzymywała kontakt. Nie należę do ludzi strachliwych i niczym dla mnie są słowa żądnej władzy i panowania, nad całym placem, kobiety. Tak jak rozmawiałam wcześniej tak i teraz utrzymuję kontakty z bambrem, z tą różnicą, że przy moim stanowisku. 

Różne incydenty przytrafiają się pracującym na bazarze. Zastawienie drogi przejazdowej samochodem dostawczym, przebita opona, zepsute owoce podrzucone pod stanowisko, złośliwe spojrzenia, nieprawdziwe plotki. Czy tak musi być? Walka o przetrwanie, o klienta, zyski, zaślepiają ludzi. Szukają zemsty na podobnych do siebie. Srebrniki zgubiły Judasza, żółte grosze- współczesnych, pazernych ludzi. Cały niesmak tej sytuacji wynagradzają mi zaprzyjaźnieni klienci. Rozmowy z nimi działają na mnie jak balsam na obolałe miejsce. 

Zapraszam do dyskusji na temat bazarowych stosunków. Może ktoś z Was ma porównywalne doświadczenia do moich, albo jako klient spotkał się z  podobnymi praktykami. Czy mój plac handlowy jest wyjątkiem, niespotykanym nigdzie?