PARYŻ CZ.III. ŁUK TRIUMFALNY, RONDO FENOMENU KOMUNIKACYJNEGO

Tęsknię za Paryżem, może dlatego z przyjemnością napiszę tekst o tym mieście, a konkretnie o Łuku Triumfalnym i rozwiązaniach komunikacyjnych w tym newralgicznym punkcie stolicy Francji. W ubiegłym roku, w maju, ale też wcześniej, za każdym razem, kiedy byłam z córką w tym miejscu, opierałyśmy ręce na barierkach i patrzyłyśmy. Wydawało się, że za chwilę, ta płynność, z jaką wjeżdżały i opuszczały rondo pojazdy, zamieni się w gigantyczny karambol. Nic bardziej błędnego, każdy kierowca wiedział co robić, by z szybkością błyskawicy opuścić to skrzyżowanie. Dla obserwatora z Polski, gdzie ruch, nawet w Warszawie, jest niewielki w porównaniu z Paryżem, ale agresja kierowców, w stosunku do siebie ogromna, stanowi to ewenement na skalę światową, a otwarta buzia i podziw mogą być uważane za normalne. Jedno co jest charakterystyczne w tym miejscu to dźwięk klaksonów, które słychać bez przerwy. W ogóle paryscy kierowcy, w przeciwieństwie do naszych, bardzo często korzystają z tego urządzenia. Tak wyrażają swoje niezadowolenie w stosunku do współużytkowników drogi. Myślę, że w ten sposób pokazują innym gesty palcami, które u nas są bardzo popularne. Poganiają klaksonem maruderów, bo w Paryżu jeździ się, z reguły, szybko.

Wiemy z doświadczeń własnych, że ruch na rondach odbywa się częściowo na zasadzie improwizacji. Trzeba decydować samemu, tu i teraz, bo przepisy kodeksu drogowego nie wszystko regulują. Skrzyżowanie przy Łuku Triumfalnym ma 12 wlotów i 8 nieoznaczonych pasów ruchu. Co zaskakuje każdego turystę, na kole ronda nie ma żadnej linii, ani jednej strzałki, a co więcej także brakuje sygnalizacji świetlnej, która pomagałaby kierowcom w poruszaniu się po tym miejscu. Powiecie, są policjanci, którzy kierują ruchem. Nic bardziej mylnego, na tym skrzyżowaniu kierowcy rządzą się własnymi prawami. Z otwartą buzią obserwujemy ruch i podziwiamy jak niewidoczna siła pomaga kierowcom tak płynnie opuszczać Place Charlesa de Gaulle’a. Dodam tylko, że dziennie przejeżdża tędy, bagatela, około 50 tysięcy pojazdów różnego typu, od autobusów, furgonetek, przez osobowe limuzyny do motorynek i rowerów włącznie. Brakuje tylko samochodów ciężarowych. Każdy wjeżdża na rondo z jednej z 12 ulic i mknie w kierunku jednej z nich. Szybko i bezwypadkowo. Łącznie skrzyżowanie przy Łuku Triumfalnym obserwowałyśmy kilka godzin, ku naszemu zdziwieniu, nikt w tym czasie nie ucierpiał. Nawet nie doszło do niewinnej stłuczki.

Ciekawa była obserwacja konkretnego samochodu, czekającego, u wylotu ulicy, na światłach, by wjechać na rondo. Z dużą szybkością, każdy kierowca stara się je opuścić, wjeżdżając innym przed nos, wykorzystując luki między pojazdami. Wyobraźnię przechodzą jednoślady, a w szczególności dostawcy ciepłej pizzy i innych potraw typu fast food. Kierowcy tych pojazdów są akrobatami, rodem z cyrku, z wyobraźnią wybiegającą daleko w przód. Potrafią przewidzieć decyzje innych i wyprzedzić ich swoimi o ułamek sekundy. Nieraz przyszło nam zamykać oczy ze strachu, chociaż stałyśmy w bezpiecznym miejscu, za barierkami. Widziałyśmy oczami wyobraźni kraksę, śmierć albo kalectwo. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Łatwo zaobserwować, że są różne typy kierowców. Jedni użytkownicy dziko pędzą przez skrzyżowanie uważając, że jakoś to będzie. Inni bardziej ostrożni i cierpliwi przyczają się, po to by ruszyć z piskiem opon kiedy uznają, że sytuacja pozwala im na to. Inni zagubieni płyną z falą pojazdów bezwolnie, by za skrzyżowaniem zniknąć w jednej z 12 ulic.

Dla obserwatora jest to niesamowity widok. Przypomina dziecięce samochodziki na placu z karuzelami. Różnica polega na tym, że tam stłuczki i otarcia są na porządku dziennym, wpisane w zabawę. Tu nie ma mowy o kontakcie żadnych dwóch pojazdów. Kultura paryskich kierowców budzi podziw. U nas nie ma mowy, aby ktoś przepuścił innego kierowcę. Tam jest to normą, a zamiast wyzwisk i pyskówek trąbienie towarzyszy użytkownikom dróg nieprzerwanie. I to nie tylko na rondach, ogólnie jest to znak rozpoznawczy stolicy Francji. Co więcej, po paryskich ulicach, razem z samochodami, taksówkami i autobusami jeździ mnóstwo śmiałków-rowerzystów! W moim mieście chociaż ruch jest niewielki, nikt z mojej rodziny nie odważył się wjechać na ulicę. Tam uważałam to za normalne i bezpieczne.

Przyglądając się ruchowi na rondzie Charlesa de Gaulle’a, przez moment pomyślałam o komunikacji i kierowcach w Poznaniu. W czasie letniego handlowania, każdego dnia wracam z mężem samochodem z rynku. Do pokonania mamy może dwa kilometry, by dojechać do garażu niezbyt ruchliwą ulicą. Mąż, jako kierowca zawodowy, ma wyjątkową cierpliwość do współużytkowników dróg. Rozumie i wybacza wiele. Ale to, co potrafią robić polscy kierowcy, by wyprzedzić innych, nie mieści się w pojęciu przyzwoitości i elementarnych zasadach szacunku do innych kierujących. Wymusić, zajechać drogę, za nic w świecie nie pozwolić zmienić  pas ruchu, udawanie, że się nie zauważa potrzeby innych, skręt bez migacza, wyzwiska, gesty palcami o wiadomej wymowie, to tylko niektóre zachowania naszych kierowców. Nie do pomyślenia jest zamiana Francuzów na Polaków za kierownicą, na rondzie przy Łuku Triumfalnym. Wierzcie mi policja miałaby co robić i to przez pełne 24 godziny na dobę.

Może przesadziłam z krytyką polskich kierowców? Napiszcie proszę o swoich doświadczeniach na drogach polskich i nie tylko. Może ktoś z Was miał okazję poruszać się autem po stolicy Francji i przejeżdżać przez opisane przeze mnie miejsce?

Do tekstu dołączam zdjęcie własnego autorstwa z tego ważnego miejsca dla turystów, paryżan i kierowców.

 Łuk Triumfalny

NADWAGA I OTYŁOŚĆ PUKAJĄ DO DRZWI POLAKÓW

Jeszcze niedawno z wielką konsternacją i litością dla bohaterów filmów, oglądaliśmy programy telewizji amerykańskiej, o ludziach z monstrualnymi figurami,  nadwagą sięgającą 300 kilogramów. Złe nawyki żywieniowe i mało aktywny tryb życia zbierają żniwo. Niestety coraz częściej, także u Polaków. Czas, by każdemu z nas zapaliła się w porę czerwona lampka. 

Przyczynkiem do napisania tego artykułu była sytuacja, jaka miała miejsce podczas lotu z Helsinek do Paryża. Nie wiem dlaczego (starsza córka kupowała bilety), ale siedziałyśmy z młodszą córką w klasie biznesowej, linii  lotniczych Norwegian. Miejsca miałyśmy komfortowe, można śmiało powiedzieć, z nadmiarem przestrzeni na nogi. W naszej trójce, pod oknem siedziała, a właściwie spała na siedząco podczas całego lotu, młoda kobieta. Po lewej stronie od głównego ciągu komunikacyjnego, siedziały trzy osoby,w tym, przypuszczam, dwie spokrewnione ze sobą panie. Z czego wnioskuję? Były bardzo podobne do siebie, może nie z twarzy, ale figurami. Nie jestem wścibska, towarzystwo do rozmowy i miłego spędzenia czasu podczas lotu miałam. Nawet  na wprost moich oczu wisiał ekran telewizyjny, gdzie oprócz filmiku-instrukcji, jak zachować się podczas ewentualnej awarii maszyny, przez całe trzy godziny można było oglądać programy umilające lot. Było coś dla każdego pasażera, od bajek dla dzieci, po filmy przyrodnicze i rozrywkowe z miłymi piosenkami włącznie. 

Ale wzrok człowieka nie zawsze jest kontrolowany przez mózg i bezwiednie ciągnie tam, gdzie się coś dzieje. A działo się właśnie u sąsiadek, siedzących w linii prostej z nami. Nie zamierzam ośmieszać tych pań, ani ich krytykować, bo to co robią inni należy do nich samych i przed sobą mogą się usprawiedliwiać i kajać. Chcę tylko w ten sposób zagaić problem, który poruszę w tym poście. Właśnie dzięki tym paniom ważna sprawa, jaką jest otyłość, znalazła miejsce na moim blogu. Panie te nie były Polkami, prawdopodobnie nie były też Amerykankami, ale masą ich ciał można by obdzielić minimum 6 kobiet. Nie dziwiło  mnie to, że są otyłe. Czasem choroba o tym decyduje, nie nam wtrącać się w cudze życie i problemy, gdy nie znamy człowieka. Te pasażerki, z racji wielkich rozmiarów, miały kłopot z wydostaniem się z foteli, by załatwić potrzeby fizjologiczne. Niestety same zapracowały na swoją tuszę. Nie nadmiernym jedzeniem, a obżarstwem. Od kiedy serwis pokładowy ruszył z ofertą zakupową, panie objadały się przez 2 i pół godziny. Czekolady, cukierki, kanapki, napoje wysokokaloryczne, trzymały w rękach przez cały lot. Nie należę do chudzielców, ale umiar w jedzeniu potrafię zachować, chociaż nie umiem dotrzymać słowa i zrzucić kilka kilogramów jest mi trudno. Kiedyś, patrząc na amerykańskie wielkoludy, wydawało mi się, że jest niemożliwe doprowadzić się do takiego stanu. Ale widząc to co działo się na moich oczach, wiem, że jest to bardzo proste. 

Tyle wstępu, a teraz temat główny. Najpierw definicja:

,,Otyłość to nadmierne, patologiczne nagromadzenie się tkanki tłuszczowej w organizmie, które może być niebezpieczne dla zdrowia lub życia”.

W Polsce mówi się już o epidemii nadwagi i otyłości u ludzi. Połowa Polaków waży za dużo, a każdy z nas oczywiście myśli, że jego to nie dotyczy i uśmiecha się tylko pod nosem. Złe odżywianie oraz siedzący tryb życia mają decydujący wpływ na to jak wyglądamy, ile zbędnych kilogramów  nosimy i jaki stan fizyczny prezentujemy. Statystyki nie napawają optymizmem. Na świecie jest 1,5 miliarda ludzi otyłych, co stanowi 20% całej populacji, a 3 miliony umiera rocznie z tej przyczyny (http:/wiadomości.onet.pl). Jak wyglądają Polacy na tle świata w tym temacie? 53% ludności naszego kraju ma nadwagę, a 23% choruje na otyłość. To problem XXI wieku, a statystyki z roku na rok się pogarszają. Zajmujemy niechlubne 9 miejsce wśród krajów Europy. Pierwsze trzy należą do Czechów, Brytyjczyków i Rosjan. Najszczuplejsi są Szwajcarzy, Francuzi, Duńczycy i Holendrzy. Swoją wagę łatwo sprawdzić wskaźnikiem BMI (body mass index).  Obliczamy go, dzieląc masę ciała wyrażoną w kilogramach przez wzrost  w metrach,  podniesiony do kwadratu (kg/m2). Zgodnie z kryterium Światowej Organizacji Zdrowia, powyżej 25 kg/m2 notujemy nadwagę, a powyżej 30kg/m2 otyłość (Skarb, 5/2015). Większość osób otyłych, sama zapracowała na swój wygląd: spożywając nadmierną ilość kalorycznego jedzenia,  prowadząc niezdrowy tryb życia, ruszając się tylko wtedy gdy muszą (praca, zakupy, droga do domu). Tylko niecałe 10% Polaków regularnie uprawia sport, a niewiele ponad 20% systematycznie chodzi na spacer. Matki, babcie źle odżywiają dzieci. Do niedawna większość z nich miała ambicję chwalić się pulchniutkim bobasem. Rozepchany nadmiernie żołądek w dzieciństwie i złe nawyki żywieniowe, gwarantują kłopoty z nadwagą i zdrowiem w dorosłym życiu. Czasem jednak otyłość jest wynikiem choroby. Najczęściej zaburzenia hormonalne,  niedoczynność tarczycy, choroby genetyczne oraz nieprawidłowości metaboliczne są powodem niekontrolowanego przyrostu wagi. Wtedy trudno jest pogodzić dietę z leczeniem, a efekty, w zakresie walki z nadwagą, często nie przynoszą oczekiwanego rezultatu. 

zdj 2


http://www.gis.gov.pl.ckfinder/

Opisany przeze mnie problem jest duży i ma  tendencję rosnącą. W ciągu 13 lat (od 1996 do 2009 roku), ilość mężczyzn z problemami nadwagi podwoiła się, a u kobiet wzrosła o prawie 20%. Zbliża się dzień 22 maja, który ogłoszono Europejskim Dniem Walki z Otyłością. Może jest to dobra okazja, by po raz kolejny podjąć wyzwanie. Jest maj, pogoda zachęca do wyjścia z domu i ruchu na powietrzu. Zbliża się okres wakacji, wyjazdów na wczasy, kąpieli w basenach, opalania, marszrut po szlakach górskich. Zawsze osobie o ładnej figurze łatwiej rozebrać się i pokazać zadbane ciało. Człowiek nie obciążony dodatkowym balastem tłuszczu, pokonuje szlaki bez zbędnego wysiłku. Pamiętajmy o jednym, to my sami decydujemy o tym jak wyglądamy, co jemy i jak spędzamy czas. Często niewielkie zmiany i odejście od utartych, złych nawyków, mogą być widoczne w krótkim czasie, w zgrabniejszej sylwetce i lepszym samopoczuciu. Warto choć minimum zrobić dla siebie, albo chociaż spróbować, a to przecież nic nie kosztuje. Powinniśmy likwidować nadwagę, kiedy nie jest jeszcze wielka. Wtedy możemy dojść do formy własnym sumptem. Nie wydając ogromnych sum na dietetyków, trenerów, gotowe zbilansowane posiłki i kosztowne wsparcie z zewnątrz. 

Co myślicie o takiej inicjatywie? Powodzenia. Próbuję razem z Wami, bo też mam kilka kilogramów zbędnych.