WNIOSKI WYNIKAJĄCE Z OBSERWACJI ŻONY I MATKI

,,Współcześni mężowie i ojcowie angażują się w życie rodziny aktywniej niż w ,,czasach mojej młodości”. Na początku tekstu postawiłam tezę,  w dalszej części postaram się uzasadnić jej słuszność.

Obserwuję młode małżeństwa w rodzinie, miejscu zamieszkania, na ulicy i placach zabaw. To co widzę owocuje czasem mimowolnymi myślami i automatycznym powrotem do przeszłości, a ściślej mówiąc, do czasów kiedy byłam młodą żoną i matką. Refleksja pozwala na stwierdzenie pewnych, a właściwie zdecydowanych różnic w zachowaniu młodych mężczyzn, ich roli i zaangażowaniu w życie swojej rodziny. Najłatwiej opisać zjawisko na podstawie własnych obserwacji i doświadczeń. Wtedy nie może być mowy o błędzie, kłamstwie, wypaczonym spojrzeniu na problem. Tak też uczynię w tym przypadku. Znam temat omawiany dobrze, bo sama w nim uczestniczę, a ustaleniami i wnioskami chcę podzielić się z Wami Szanowni Goście mojego bloga. Sprawa dotyczy każdego z nas, więc nie kryję, że liczę na ciekawą dyskusję, w zamieszczonych pod postem komentarzach.

Najpierw omówię przeszłość, czyli czasy, w których moja rodzina była młodą komórką, na progu życia małżeńskiego. Jak wtedy swoją rolę wypełniali mężowie i ojcowie? Trzeba zacząć od tego, że większość kobiet, po urlopie macierzyńskim, występowała do firmy z prośbą o trzyletni urlop wychowawczy. Mężczyzna, zarabiał na rodzinę sam, zaś matka, do ukończenia przez dziecko trzeciego roku życia, przebywała z nim w domu. Kobiety integrowały się na placach zabaw, wymieniały opinie i doświadczenia na temat wychowywania dzieci. Przyjaźnie zawiązane przez matki przetrwały do dziś, z przyjemnością wspomina się podczas przypadkowych spotkań tamte czasy. Ojcowie pracowali często całymi dniami, a nawet w nocy. Mało mieli czasu i sił, by aktywnie spędzać czas z rodziną. Rzadko angażowali się w życie dziecka. Matka najczęściej chodziła z latoroślą do kina, teatrzyku, na miejskie imprezy, do cyrku czy na spacery, a nawet do kościoła, sama. Mężczyźni popołudniami i wieczorami, a także w  dni wolne od pracy, regenerowali siły najczęściej oglądając telewizję. Nie mieli siły, a może przede wszystkim potrzeby ani ochoty, uczestniczyć w spacerze, zabawach z dziećmi, wyjściach z domu. Przypuszczam, że duży wpływ na taką sytuację miało wychowanie. Od zawsze wpajało się mężczyznom, że to oni są samcami alfa, na barkach których spoczywa utrzymanie rodziny. To i nic więcej było ich obowiązkiem. Rzadko który mąż i ojciec chciał wychylić się poza tę rolę. Bał się o utratę statusu macho. Place zabaw, kina i teatrzyki w większości wypełnione były dziećmi z matkami, niestety bez ojców. Tak pamiętam tamten czas ja i zapewne wiele kobiet – moich rówieśniczek, z czasów PRL-u.

Dzisiaj obserwując młode rodziny, serce aż rośnie z radości i podziwu. Czasy zmieniły się diametralnie, a wraz z tym rola męża i ojca w rodzinie. Dzisiaj młodzi mężczyźni aktywnie uczestniczą w życiu ,,swojego stadka”. Dumnie towarzyszą żonie i dziecku w spacerach, zabawach. Młodzi ojcowie uczą swoje dzieci jeździć na wrotkach, rowerze, grają w klasy. Zaprowadzają dziecko na pozaszkolne zajęcia, noszą torby wypełnione zakupami. Pięknie wygląda tatuś niosący dziecko na rękach, które regularnie o godzinie 17.00 śpi na jego ramieniu. Dodam tylko, że młody tata musi zanieść je na czwarte piętro. Zaprowadzanie dzieci do przedszkola, odbieranie i zajmowanie się nimi w domu, przez ojców, jest dzisiaj regułą. Matki często zmuszone są, ze względu na potrzeby finansowe, pójść do pracy, zaraz po urlopie macierzyńskim. Przynajmniej tak było do momentu wydłużenia płatnego urlopu macierzyńskiego, do roku. Władze dostrzegły potrzebę pomocy rodzicom i ustaliły pomoc w kwocie 500 złotych na drugie dziecko i każde kolejne, do ukończenia przez nie 18 roku życia. Nie będę rozpisywać się, czy to rozdawnictwo, zniechęcanie kobiet do aktywności zawodowej (różne opinie da się usłyszeć na ten temat). Faktem jest, że mężczyźni mają czas i siły, by uczestniczyć w pełni w życiu rodziny, angażować się w proces wychowania syna czy córki. Sami też tego chcą. Sprawia im to przyjemność. Daje wiele radości i satysfakcji. Nie uważają, że tracą część swojej męskości, niewieścieją. To zjawisko napawa radością i nadzieją, że idziemy w dobrym kierunku. Skończyła się epoka pracy mężczyzny i zarabiania na całą rodzinę. Dzisiaj oboje rodziców pracuje, razem uczestniczą równo w życiu własnych dzieci. Myślę, że ta sytuacja jest normalna. We wspomnieniach z wczesnych lat życia, dziecko powinno widzieć często obojga rodziców u swojego boku. Niestety dzieci moje i większości rodzin z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wspominają tylko czas spędzony z matką, bo ojcowie mieli czas i siły tylko na pracę. Reszta należała do kobiet.

Proszę podzielcie się własnymi spostrzeżeniami i doświadczeniami. Być może są one zupełnie inne niż moje.

PRZESZŁOŚĆ ZAPISANA DROBIAZGAMI.

Przyszła pora na remont. Od 4. maja ekipa doprowadza nasze mieszkanie do przyzwoitego wyglądu. Jak zawsze przed działaniem, trzeba przejrzeć nagromadzone przez lata  rzeczy, niektóre zachować, inne uznane za nieprzydatne, wyrzucić. Nazbierało się tego, w szafkach korytarzowych, sporo. Likwidujemy je, więc skarby w nich zbierane, przez każdego domownika, trzeba poddać selekcji. Chciałam podzielić się z Wami, Drodzy Czytelnicy, wspomnieniami zapisanymi w przedmiotach, które pożółkły mocno od czasu, który je przygniata. Bez nich historia naszej rodziny, nie mogłaby zostać odtworzona z dokładnością co do dnia i miejsca, w którym się działa.

Każdy z nas ma potrzebę gromadzenia, zapisywania w pamiętnikach, zmieniania hobby, w zależności od tego co robi i wieku, w którym to się dzieje. Najstarsza pasja mojego męża, której ślady zachowały się, dotyczy lat sześćdziesiątych. Jako wielki fan motoryzacji, wycinał zdjęcia samochodów z czasopism i wklejał w zeszyt A4. Jest ich tam sporo, różne marki, z państw całego świata. Potem, kiedy byliśmy już małżeństwem, kleił modele samolotów. Pamiętam, były imponujące, stały w szeregu, na segmencie, pod samym sufitem. Jeden z nich, najbardziej atrakcyjny, zdobił telewizor. Niestety pracy przy tym było dużo, a cierpliwość modelarza, czasem wystawiana na wielką próbę. Żywot zaś takiego plastikowego cudeńka, wyjątkowo krótki. Żaden z nich nie zachował się do dzisiaj,  dawno się rozpadły i przeszły w stan niebytu, ale ich piękno pozostało w naszej pamięci.

Moje wspomnienia odczytałam z pamiątek, darowanych naszej rodzinie, z różnych powodów. W jednej z teczek życzenia z okazji naszego ślubu. Duże laurki z kwiatami, obrączkami, karetą i gołąbkami białymi, na stronie głównej. Od rodziny, znajomych, sąsiadów, z pracy. Między innymi nazwiska i imiona osób, które już odeszły, zostały z nami tylko w pamięci i zapisane na papierze. Trzy inne skoroszyty zawierają pamiątki Chrztu św. i I Komunii trójki naszych dzieci. Dalej albumy i karton z mnóstwem zdjęć. Najstarsze jeszcze z czasów młodości matki mojego męża. Potem nasze, jeszcze sprzed wspólnego życia. Moje z pobytu w górach, pamiątkowe z dedykacjami ,,Dla kochanej…..”, od kuzynek, kuzynów ich dzieci. Siostra i bracia, od dzieciństwa, przez czasy szkolne, potem wojsko i śluby. Komplety zdjęć komunijnych ich dzieci. Wcześniejsze z pięknymi sukienkami, w które ubrane były dziewczynki, chłopcy w ciemne garnitury. Później wszystko się zmieniło. Moje dziewczynki  szły w białych albach. Nie były obowiązkowe, wybór stroju należał do rodziców. Mało która mama skorzystała z tej możliwości, większość dzieci ubrana była równo. Główki różniły się tylko fryzurami i wiankami, których część była z żywego asparagusu, a inne kupione w sklepie, z sztucznych kwiatów.

Syn, w czasach dziecięcych i wczesnej młodości,  pasjonował się znaczkami pocztowymi. Do dzisiaj przetrwały, zachowane w idealnym stanie,  cztery klasery, wypełnione po brzegi zbiorami filatelistycznymi. Są tam kolekcje z całego świata. Wydaje mi się, że ich cała waga mieści się w sferze emocjonalnej i wspomnieniowej. Raczej nie mają wartości rynkowej. Niewiele kosztowały te kolekcje. Niektóre znaczki są bardzo piękne, dają w czasie oglądania zaspokojenie  potrzeb wyjątkowych estetów, ale majątku w nich  ukrytego, na pewno nie ma. Wspominamy ten okres zbieractwa bardzo miło. Pasja należała do naszego dziecka, ale zarówno ja jak mąż zaangażowani byliśmy w nią na równi z naszym dzieckiem. Kiedy syn był mały, znaczki kupowałam ja. Potem sam to robił. W klaserach umieszczali je mąż z synem, z wielką ostrożnością, jakby były to jedyne unikaty w światowych zbiorach kolekcjonerskich. Potem syn pokochał koszykówkę i jej poświecił czas poza zajęciami szkolnymi. Jego idolem był i jest do dzisiaj Michael Jordan. Znalazłam również pamiętnik syna, w sztywnej kartonowej oprawie, gdzie wpisali się, z reguły koślawymi literami, wszystkie dzieci z jego klasy. Pozwólcie, że zacytuję jeden z wierszyków, w książeczce zamieszczony przez Zuzię: ,,Na górze róże, na dole fiołki, a my się kochamy, jak dwa aniołki”.

Córki mają w swoich zbiorach pamiętniki, a młodsza także całą kolekcję pucharów, kubków, koszulek i statuetek, które dokumentują jej kilka lat życia. Cała Polska, każdy jej zakątek, od morza do gór, widnieje na pamiątkowych napisach, do tego rok, w którym wydarzenie miało miejsce.  Miło jest przeżyć ten czas, raz jeszcze. Prześledzić drogę triumfów i niższych lokat. Witaliśmy powracającą tancerkę zawsze na dworcu kolejowym, z symbolicznym kwiatkiem. Pamiętam jej oczy zmęczone, ale płonące jak dwa ogniki, w Noc Świętojańską, wyrażające radość i zadowolenie, z tego co było jej udziałem. Plastikowe i metalowe pamiątkowe przypinki, przywożone z każdego turnieju, pomagają umiejscowić w czasie te ważne, dla całej rodziny, wydarzenia. Każde wiązało się z jakimś niezwykłym przeżyciem, przygodą. Jednego razu spali na statku zacumowanym przy brzegu. Nie uwierzycie, ale moje dziecko przeżyło prawdziwą chorobę morską, podczas snu w bujającej się, wraz z całym statkiem, kajucie.

Teraz coś ekstra. Między drobiazgami znalazłam miniaturową książeczkę z roku 2008, zatytułwaną: Moje Prawa Podstawowe w Unii Europejskiej. Nie wiem skąd ona trafiła do mojego domu? Być może któraś z córek dostała ją w liceum lub na uczelni? Albo rozdawano je na ulicy? Postaram się to wyjaśnić. 

20160427_144350       20160427_144506

Zdjęcia własne autorki bloga

IN VITRO – OSTATNIA NADZIEJA. TEMAT CIĄGLE GORĄCY

Właśnie teraz, kiedy do władzy doszła partia licząca się z dyktatem Kościoła, temat in vitro, jego finansowania przez państwo, wrócił. Chciałam Wam zaprezentować problem widziany oczami niedoszłych matek, którym wmawia się, że posiadanie potomstwa przy pomocy ostatniej szansy, czyli metody in vitro, to zbrodnia przeciwko Bogu, Kościołowi i społeczeństwu. Wmawia się tym pragnącym, za wszelką cenę urodzić własne dziecko, kobietom największą przewinę wobec siebie, swojego sumienia i dziecka, które pragną posiadać. Wmawia się im, że dzieci poczęte przy pomocy metody in vitro, są mniej inteligentne, upośledzone częściej niż zapłodnione w naturalny sposób. Obrzydza się im życie, wywołuje poczucie winy i wątpliwości, których nie miałyby, gdyby nie fałszywa propaganda. 

Pozwólcie, proszę, że zacytuję dramatyczne słowa jednej z kobiet, która chce wykorzystać ostatnią szansę, czyli in vitro, by zostać wreszcie szczęśliwą matką:

,,Jestem jedną z Was. Jabłoń, która rośnie w sadzie bez wydawania owoców. W ciągu dziesięciu lat starań o własne dziecko, przeszłam wszystkie możliwe drogi. Badania, leczenie, zabiegi, wielokrotny pobyt w szpitalu. Ciągłe nadzieje i rozczarowania. Może następnym razem się uda i kolejny raz ta sama tragedia. Ta ciągła huśtawka zakończyła się załamaniem nerwowym. Do tego doszły nieporozumienia z mężem, wzajemne oskarżania, gorzkie słowa, groźba rozwodu.”

Dalej zrozpaczona kobieta mówi:

,,Kiedy zdałam sobie sprawę, że ta droga prowadzi do nikąd, zainteresowałam się możliwością zapłodnienia in vitro. Muszę wykorzystać tę ostatnią iskierkę nadziei, bo do końca życia będę miała do siebie żal, że poddałam się w ostatnim etapie walki. Myślę, że podobnie jak ja wiele małżeństw bezdzietnych, rozważało możliwość skorzystania z tej metody. Jest jednak decydująca przeszkoda; pieniądze. Wymogi jakie trzeba spełnić, by zakwalifikować się do programu są bardzo restrykcyjne. Wiele małżeństw nie spełnia kryteriów. Samofinansowanie jest bardzo drogie, niestety nie na kieszenie młodych ludzi. Jeden zabieg kosztuje około 15 tys. złotych, często potrzebny jest drugi i następny. Ta kwota przekracza nasze możliwości. Dlatego chcę działać na rzecz kobiet, niedoszłych matek, które są w podobnej sytuacji jak ja. Chcemy przekonać rząd i Narodowy Fundusz Zdrowia do dalszego finansowania tej metody, dostępności  dla każdego, uznanie jej za słuszną i moralnie uzasadnioną. Pieniądze podatników pomogą nam być rodzicami. Problem jest trudny, bo ci co decydują widzą go marginesowo.”

My, rodzice własnego potomstwa, nie zdajemy sobie sprawy, co przeżywają kobiety, żony, które nie mogą dać mężowi potomstwa. Chcą mieć pełną rodzinę, czy to tak wiele? Jest mnóstwo argumentów za i przeciw in vitro. Chcę omówić te, które przemawiają za popieraniem, finansowaniem i stosowaniem  właśnie tej metody, bez ograniczeń. Wymienię je w punktach:

  1. Bezdzietność, to problem społeczny. Około 20 % rodzin ma trudności z posiadaniem własnego dziecka.
  2. Brak dziecka rodzi tragedie: rozbite rodziny, załamania nerwowe, myśli samobójcze, alkoholizm.
  3. Pełna rodzina, to podstawowe ogniwo społeczeństwa, które dobrze działa i rozwija się. Tylko wtedy, gdy jest szczęśliwa spełnia właściwie swoją funkcję.
  4. Niż demograficzny, to skutek, przynajmniej po części  bezpłodnych kobiet i mężczyzn, obok tych którzy chcą mieć tylko jedno dziecko lub świadomie z posiadania potomstwa rezygnują.
  5. Polska, to kraj starzejących się ludzi. Długość życia rośnie, a urodzeń jest mniej. Dzięki metodzie in vitro, rodziny bezdzietne mogą zmienić te proporcje, na znacznie korzystniejsze.
  6. Dzieci zapłodnione pozaustrojowo są najbardziej chciane, wyczekiwane i wymarzone, bo inne, stosowane wcześniej metody leczenia zawiodły.
  1. Obdarowane są wielką miłością, jeszcze przed przyjściem na świat. Długie oczekiwanie, przeżyte rozczarowania kumuluję tę miłość.
  2. In vitro to najbardziej świadome macierzyństwo, zgodne z nauką Boga i Kościoła. Sprzeciw biskupów, sądzenie  i ferowanie wyroków wobec kobiet pragnących zostać matkami, nie ma w tej materii uzasadnienia.
  1. Mit o tym, że zabieg jest niebezpieczny dla matki i poczętego dziecka nie ma medycznych potwierdzeń. Specjaliści uważają, że odsetek powikłań jest zbliżony do ciąż poczętych naturalnie.
  2. Dzieci urodzone w wyniku zapłodnienia in vitro rozwijają się na poziomie równym z innymi. Potwierdzają to wyniki badań antropologów z całego świata.

Myślę, że większość moich czytelników, czuje i odbiera nakreślony problem podobnie. Metoda zapłodnienia in vitro powinna łączyć wszystkie środowiska, zarówno świeckie jak i kościelne. W czasie, kiedy Polska boryka się z kryzysem niżu demograficznego, każde dziecko jest na wagę złota. Dwadzieścia procent zamężnych kobiet nie może posiadać własnego potomstwa, ma rodziny niepełne. Pomóżmy im wykorzystać każdą metodę, by własne dziecko urodziły. Będzie to korzystne dla każdej z tych rodzin, a także dla Polski. Ta grupa ludzi jest potężna, jednak nikomu nie zależy, by pomóc im spełnić swoje największe oczekiwania. Sami nie dadzą rady. Potrzebują wsparcia, polityków, elit rządzących. Niestety ci, z reguły decydują o sprawach, które z racji wieku, ich już nie dotyczą. Nie rozumieją albo nie chcą zrozumieć dramatu rodzin bezdzietnych. 

Bóg dał człowiekowi wolną wolę i możliwość odpowiadania za popełnione czyny, zgodnie z własnym sumieniem. Czy my, jako społeczeństwo, mamy prawo mu ten przywilej zabierać? Ani rząd ani Kościół nie powinny dążyć do przejęcia dominacji nad sumieniem człowieka. Naciski hierarchów kościelnych są ogromne, by in vitro zakazać. Wszystkim Polakom jest znana prawda, że obecna władza z Kościołem idzie w parze. Każdy wierzący katolik powinien rozstrzygnąć kwestię zgodnie z własnym sumieniem. Jestem osobą wierzącą, matką trójki dzieci. Wiem jedno, że macierzyństwo, to najcudowniejsza rzecz jaką przeżyłam. Gdyby, z jakiegokolwiek powodu, zostało mi ono zabrane, wiedziałabym bez wahania, jak mam postąpić.

Proszę, moi drodzy Czytelnicy i komentatorzy, wypowiedzcie się pod zamieszczonym tekstem, na poruszony temat, według własnego spojrzenia na sprawę zapłodnienia metodą in vitro.

 

 

MAŁE FORMY LITERACKIE. RÓŻNE BARWY SZCZĘŚCIA

Na trzecim roku studiów, w ramach specjalności dziennikarskiej, napisałam tekst, który chcę Wam zaprezentować właśnie teraz. Dwa światy, diametralnie różne i wspólna płaszczyzna porozumienia. Niedużą formę literacką z elementami synkretycznymi publikuję w pierwotnej wersji.

Nazwał ją Nuka, a niedźwiadka Baba. Przystanął, zastanawiał się ile razy spotkał niedźwiedzicę z małym. Od pewnego czasu łapał się na tym, że ich wypatruje, czuje niepokój, kiedy nie przechodzą obok szałasu, chociaż raz dziennie. Wydawało mu się, że ta niezwykła para odwiedza to miejsce dla niego. Przyroda, cisza i on. Niewzruszona, surowa Alaska stała się jego domem od kiedy opuścił miasto. Wyjazd na bezludzie miał mu pomóc zapomnieć i rozstać się z dotychczasowym życiem. Chciał poczuć się wolny od złych wspomnień. Dotąd przeszłość i przeżyta trauma, pojawiały się prawie w każdym jego; działaniu, ruchu, geście, rozmowie, śnie. Szukał potwierdzenia przynależności do świata, jakiejkolwiek jego cząstki. Od wypadku i śmierci najbliższych zawisł w próżni. Wybrał samotność z dala od ludzi; szczęśliwych, drapieżnych i zaborczych, dążących za wszelką cenę do osiągnięcia sukcesu. To życie nie było już jego życiem, a przecież tak niedawno kręcił się w jego trybach. Poszukiwanie spokoju i ukojenie bólu, od dwóch lat, wypełniało wszystkie działania Thomasa. 21 maja wszystko runęło, jego życie było domkiem z kart, który pijany kierowca przewrócił jednym nieostrożnym ruchem. Miał wtedy dopiero 25 lat. Nie mógł dalej mieszkać w domu, który wiązał mu się z radością, szczebiotem dziecka i obecnością Margarett, w mieście – grobie, miejscu śmierci osób najbardziej ukochanych. Świadomość, że to on ich zabił nie opuszczała go nigdy, chociaż sąd bezspornie z winy go oczyścił. Całe zdarzenie analizował setki razy i szukał możliwości ich uratowania. To, że on żyje, a żona i dziecko spłonęli w samochodzie, wystarczyło, żeby czuł się winny i bez przerwy maniakalnie się oskarżał.

Piękne futro było powodem, dla którego tropili ją łowcy. Każdy kto zwierzę raz spotkał myślał o zabiciu, dlatego potężna niedźwiedzica od dłuższego czasu nie mogła spokojnie żyć. Odkąd pojawili się traperzy żadne zwierzę nie było bezpieczne. Ona musiała troszczyć się o siebie i malca, który bez niej zginie. Coraz trudniej było jej znaleźć bezpieczne schronienie. Mogłaby uciekać szybciej w głąb lasu, ale niedźwiadek nie był jeszcze na tyle silny, by mógł za nią nadążyć. Człowiek wiązał się jej z niebezpieczeństwem, od kiedy tamtej zimy straciła dwójkę maleństw umieszczonych przez traperów w klatkach i wywiezionych w nieznane. Nie zbliżała się nigdy do ludzi, do momentu spotkania z tym, którego wybrała na swego przyjaciela. Czuła, że nie może zrobić im nic złego. Dlatego co dzień odważniej podchodziła do jego „domu”, a czując się osaczona, tu szukała pomocy i azylu, przede wszystkim dla niedźwiadka. 

Czasem tracił rozsądek, miał wrażenie, że potężna grizzly chce mu coś powiedzieć. Szedł wtedy wysoko w góry i odrywał się od rzeczywistości. Wydawało mu się, że jest bliżej Nieba, a tam…

- Nie, nie mogę tak dłużej myśleć, to nie ma sensu. Jestem sam i to daleko od ludzi, a jedynymi istotami żywymi są dzikie zwierzęta, z którymi staram się żyć w zgodzie, omijam je, a one mam nadzieję nie będą chciały mnie zabić. 

Polował tylko wtedy, kiedy potrzebował mięsa, ale robił to niechętnie. Czuł bowiem, że śmierć każdej żywej istoty jest pogwałceniem zamysłu Boga, jest niezgodna z piątym przykazaniem boskim: „Nie zabijaj”. Na ścieżce obok szałasu pojawiła się znajoma niedźwiedzica. Jakby bardziej zmęczona i słabsza. Jej ruchy były ciężkie. Miał wrażenie, że każdy krok sprawia jej ból. Zastanawiał się, czy wcześniej nie zauważył tego, czy coś złego stało się w ostatnich dniach. Nie odchodziła, ale też nie zbliżała się. Wyczuwał wahanie z jej strony, jakby nie wierzyła, że może jej pomóc. Jest przecież człowiekiem, sprawcą cierpienia zwierząt mieszkających na Alasce, miejsca, które kiedyś należało tylko do zwierząt. Tu żyły bezpiecznie, to ludzie rządni coraz więcej i więcej spychają je stopniowo na trudne tereny i zabijają dla skóry, resztę pozostawiając na białym śniegu jako ślad swojego morderczego procederu.

- Przyszła do mnie, szuka pomocy dla siebie i malca. Dzikie zwierzęta omijają miejsca, gdzie przebywają ludzie, a ona z jakiegoś powodu tu jest.

Poczuł nagle nieopisany strach, nie o siebie, a o matkę z dzieckiem. Wiedział, że stało się coś złego, bo nie odchodziła jak zawsze. Położyła się na trawie. Odłożył wszystko co miał w rękach i zbliżał się ostrożnie, krok po kroku, w jej kierunku. Głodny malec piszczał i niecierpliwie szukał mleka. Thomas na łapie grizzly dostrzegł krew. Z szałasu przyniósł opatrunki, był nerwowy i niespokojny. Myśli szybko przebiegały mu po głowie; ona nie może umrzeć, mały nie przeżyje. Postępował tak, jakby ratował ludzi; matkę z dzieckiem. Troszczył się o nich, rozpalił ognisko i spał blisko. Wierzył, że kiedy będzie z nimi, niedźwiedzica przeżyje. Nie okazywała wrogości, pomimo bólu, jaki jej sprawiał. Tak, jakby czuła, że dzięki niemu będzie dalej ze swoim dzieckiem. Drogi człowieka i zwierzęcia przecięły się w momencie, kiedy byli sobie potrzebni. Los ich połączył. Strach, cierpienie i niepewność życia. On odarty brutalnie ze szczęścia, ona zagrożona przez traperów, postrzelona i chora. Pomogli sobie nawzajem. Grizzly wyzwoliła go z koszmarów przeszłości, a on stał się opiekunem jej i dziecka podczas choroby, a potem wiernym przyjacielem. Człowieka i zwierzę połączyła niespotykana więź. Miał wrażenie, że niedźwiedzica z niedźwiadkiem są namiastką tego co utracił. Był szczęśliwy i przypuszczał, że zwierzęta na swój sposób też.

Zmęczony usiadł na trawie obok swoich nowych przyjaciół.

MEDIATOR KRYZYSU RODZINNEGO I NIE TYLKO

Zmiany w dziedzinie profesji dokonują się na naszych oczach. Jedne zanikają, z braku zapotrzebowania na nie, inne powstają, bo problemy jakie pojawiają się, wymuszają powstawanie nowych rodzajów usług. Czasy, w których mamy przyjemność żyć, są dynamiczne i wymagają zmian w wielu dziedzinach życia. To co wystarczało naszym rodzicom, niekoniecznie dobrze służy nam. Dla przykładu, dawniej tak popularna instytucja swatki, została wyparta przez profesjonalne biura matrymonialne, a te z kolei zastąpione, formą na miarę XXI wieku, czyli bardzo szeroko rozbudowanymi i dostępnymi  każdemu internaucie, portalami randkowymi. Instytucja małżeństwa, też traci swoją popularność, a młodzi wybierają formę wolnych związków, które dają im, możliwość rozstania, bez żadnych przykrych i żmudnych, trwających miesiącami, formalności. Przecież nie zawsze trzeba się rozstawać, z byle jakiego powodu. Warto wykorzystać różne możliwości dla ratowania rodziny. 

Naprzeciw rozpadającym się związkom wychodzi nowa inicjatywa, nieznana dotąd forma pomocy w sprawach rodzinnych, czyli mediator. Czasem partnerzy, tak są ze sobą skłóceni, często z powodów błahych, że sami nie potrafią się porozumieć. Jedyna droga jaką widzą w swojej beznadziejnej sytuacji, to rozwód, w małżeństwach lub rozstanie ludzi żyjących w wolnych związkach. Krzywdzą siebie nawzajem, a przede wszystkim dzieci, jeżeli je posiadają. Najważniejsze, by nic nie utracić ze swego głupiego zacietrzewienia i być górą w stosunku do oponenta. Dawniej zgodne małżeństwo, przechodzi kryzys, a jego dalsze trwanie wisi na włosku. Te zatargi, czasem niegroźne, łatwo może rozwiązać mediator. Do niego mogą zgłosić się po pomoc, zwaśnione osoby. Nadrzędnym celem, wszystkich osób, jest doprowadzenie do porozumienia między partnerami, by konflikt dzielący ich zażegnać i pomóc zrozumieć, że prawdziwego powodu do rozstania, nie ma. Osoby skłócone muszą zrozumieć powody nieporozumień, wyjaśnić je i poszukać nowej, lepszej drogi na dalsze życie.

Są dwa sposoby pracy mediatora z rodziną: bezpośredni i pośredni. Bezpośredni, to rozmowa w trójkę. W obecności osoby trzeciej małżonkowie opowiadają po kolei, z czym mają problem, czego u partnera nie mogą zaakceptować, co ich złości, rozczarowuje i nie pozwala na porozumienie. Mediator nie może okazywać sympatii i stawać po stronie jednego z partnerów, musi być bezstronny, neutralny. Wypracowują sposób dalszego postępowania, taki który nie będzie ranił nikogo, wszyscy  powinni czuć się równi. Dobrze jest też, gdy osoby skłócone przyznają się do swoich błędów, postarają się wyeliminować je, z czasem, ze swojego zachowania. Wiedzieć, poznać to co drugiego drażni, czego oczekuje,  to połowa sukcesu. Wtedy można pracować nad sobą. Oczywiście jest to możliwe, kiedy obojgu zależy na dalszym wspólnym życiu i uczynieniu go, dla każdego,  jak najlepszym.

Czasem, wystarczy jedno z małżonków. Mediator po wysłuchaniu i w porozumieniu z nią, podejmie sposób dalszego postępowania. Są to tak zwane mediacje pośrednie, gdzie skłócone strony spotykają się z pośrednikiem (mediatorem) indywidualnie. Przeprowadza on osobne rozmowy z każdym z nich. Przekazuje, to co uzgodnione z jednym partnerem, drugiemu. Wypracowuje na odległość sposób na utrzymanie rodziny i wzajemnego stosunku do siebie, w dalszym życiu. Małżonkowie rozmawiają ze sobą poprzez osobę trzecią. Wtedy nie dochodzi do kłótni, wygadywania sobie tego co złe i tworzenie niesprzyjającej atmosfery do porozumienia. Bez niepotrzebnych napięć mediacje mają szansę zakończyć się pomyślnie.

Pamiętajmy wszyscy, że słowa, czasem ranią bardziej niż czyny. Bolą przez lata, wracają w najmniej oczekiwanych momentach, nie pozwalają zapomnieć, krzywdy jaką wyrządziły. Ważne by w chwilach emocji, złości, nie sięgać po to, co partnera zaboli najbardziej. Strzeżmy się tego i unikajmy kłótni w momentach maksymalnego wzburzenia. Wtedy łatwo przekroczyć granice. Słowa wypowiedzianego nigdy nie da się cofnąć. Sama wiem jak trudno zachować opanowanie i rozsądek, w czasie kłótni. Wiem też, z własnego doświadczenia, że po każdym takim zajściu, czuje się źle i żałuje każdego słowa, które powiedziałam. Człowiek powolnieje z wiekiem, uczy się zachowania umiaru w wypowiadaniu krzywdzących epitetów. Życie, dzięki temu, staje się o wiele prostsze i przyjemniejsze. Dlaczego, z reguły, tak bardzo reglamentujemy obdarowywaniem się na wzajem słowami miłymi, ciepłymi, dającymi drugiej osobie przyjemność? O wiele łatwiej jest nam na kogoś nakrzyczeć, bo mamy gorszy dzień albo tak bez powodu. Prawda, że to nie ma sensu? Sami możemy rozwiązywać konflikty i łagodzić napięcia, ale musimy chcieć. Jeżeli takiej woli nie ma, nie wpadajmy w rozwiązania radykalne (rozwód). Zwróćmy się do profesjonalisty, bo każdy sposób na utrzymanie rodziny, warto wykorzystać.

Mediator godzi, nie tylko zwaśnionych małżonków. Pomaga dojść do porozumienia w różnych dziedzinach życia, różnego rodzaju konfliktach. Sfera pracownicza, gospodarcza, a nawet sprawy karne, są przedmiotem mediacji. Dzięki tej pomocy, sprawa nieporozumienia, może być wyjaśniona, a strony mogą dojść do ugody, bez procesów sądowych, długich i kosztownych. 

ŻYCZENIA Z OKAZJI ŚWIĄT WIELKIEJ NOCY

Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych, wszystkim Gościom mojego bloga, składam najszczersze, serdeczne życzenia. Niech budzący się po zimie świat, zaskoczy Was swoim pięknem na nowo, promienie słońca dadzą dużo dobrej energii, którą podzielcie się z rodziną i znajomymi. Wspólne świętowanie przy stole niech będzie okazją do okazania sobie miłości i szacunku.

Elżbieta

http://www.elle.pl/kuchnia/artykul/wielkanocne-ciasta-2


http://www.elle.pl/kuchnia/artykul/wielkanocne-ciasta-2

KOBIETY NIE CHCĄ RODZIĆ DZIECI. JAK JE DO TEGO ZACHĘCIĆ?

Wykonanie wszystkich obietnic z dwóch kampanii; prezydenckiej i parlamentarnej jest ważne dla Polaków. Leki darmowe dla seniorów, bo Ci chorują najwięcej, a środki jakimi dysponują najniższe. Emerytury wcześniejsze, bo tego oczekują umęczeni pracą Polacy. Frankowicze, bo przez swoją beztroskę przy zadłużaniu się na trzy dekady, nie przewidzieli, że kurs franka pójdzie w górę. Nie dziwi mnie, że nowy rząd zaczął od pomocy rodzinom. Realizację obietnicy ,,Rodzina 500 plus” i wsparcie na drugie i kolejne dziecko postawił na czele najgorętszych potrzeb. Od wielu lat zmniejsza się liczba urodzeń w Polsce, co skutkuje coraz mniejszą liczbą potencjalnych rodziców. Na skutek migracji, poszukiwania lepszych warunków życia opuszczają kraj, często na stałe, przede wszystkim ludzie młodzi. Społeczeństwo starzeje się w zastraszającym tempie, mniej dzieci rodzi się w stosunku do tych, którzy umierają. Dobra proporcja powinna wynosić 2,1 dziecko urodzone przez kobietę, w odpowiednim do tego wieku. Teraz dla Polski jest to 1,3 dziecka dla jednej kobiety.

Dr Krzysztof Szwarc z Katedry Statystyki i Demografii Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu powołuje się na długofalowe prognozy Banku Światowego dla Polski (Głos Wielkopolski, 16 – 17 stycznia 2016). Nie ukrywa, że trzeba patrzeć na te wyniki z niepokojem. Sporządzone wykresy podają analizy do 2100. Gdyby przyrost naturalny, w Polsce, utrzymywał się na obecnym poziomie, pod koniec XXI wieku nasz kraj będzie miał tylko 12 milionów ludności, przy dzisiejszej liczbie 38 milionów. Badania i wyniki są tylko hipotetyczne, w ciągu prawie 90 lat nie można przewidzieć, jakie czynniki będą decydować o przyroście demograficznym Polski. Biorąc pod uwagę obecne tendencje, prognozy nie mogą być optymistyczne. Obserwujemy, że młodzi ludzie często nie decydują się na posiadanie dzieci lub o wiele później niż miało to miejsce kilka lat temu. Obecnie, na pierwszym miejscu młodzi stawiają stabilizację, jej gwarancję i pewność. Zdobycie dobrego wykształcenia, potem płatnej, satysfakcjonującej pracy, wreszcie mieszkania lub domu. Rzadko młodzi chcą żyć pod jednym dachem w rodzinie wielopokoleniowej, co było bardzo popularne jeszcze kilka dekad wstecz. Wszystko przesunęło się w czasie. Założenie rodziny i  urodzenie pierwszego dziecka przez kobietę także.

A jak wygląda sytuacja w Poznaniu? Statystycznie, w moim mieście, jedna kobieta w wieku rozrodczym rodzi niewiele ponad jedno dziecko (1,1). Maksymalną liczbę ludności Poznań osiągnął  w 1990 roku i wynosiła  ona 590101 mieszkańców (GUS). Potem notowany jest jej spadek, a w rok 2016 wchodzimy z liczbą poniżej 500 tys., czyli wróciliśmy do stanu z roku 1973. Wiele czynników ma wpływ na złą sytuację demograficzną miasta. Zjawiska powodujące spadek ludności podobne są do tych w Polsce. Mniejsza liczba urodzeń, odpływ ludności do innych krajów lub do ościennych miejscowości. Około 2 tysiące ludzi, w wieku 30-40 lat, w ciągu roku, opuszcza Poznań. Zamieszkują w ościennych gminach, gdzie mają domy lub działki, a pracują w stolicy Wielkopolski. Zachęca ich do tego dobry dojazd, czasem szybszy niż z centrum na obrzeże miasta. Poznanianki, podobnie jak reszta Polek, rodzą pierwsze dziecko późno. Obecnie średni wiek kobiety to 30-34 rok życia, w czasie wyżu demograficznego 20-24. Nie trudno zauważyć, że wiek rodzących przesunął się o 10 lat.

Według Krzysztofa Szwarca, oprócz programu 500+, należy podjąć wiele działań długofalowych. Przede wszystkim stabilizacja na rynku pracy. Likwidacja niekorzystnych, dla kobiet, form zatrudnienia, które obecnie nie gwarantują często nawet zasiłku macierzyńskiego. Umowy zapewniające świadczenia i godziwą płacę, a także gwarancję powrotu na poprzednie stanowisko. Te rozwiązania powinny przeprowadzone być przez rząd, a do miasta należałoby stworzenie takich warunków życia w mieście, by młodzi ludzie nie chcieli go opuszczać. Trzeba pomyśleć nad obniżeniem kosztów zamieszkania w Poznaniu (obniżyć czynsz), tańsze mieszkania, lepsza komunikacja, niższe ceny biletów na transport publiczny. Promować i postawić na rodzinę, usprawnić funkcjonowanie Karty Rodziny Dużej. Prognozy przewidują, że do roku 2050 liczba mieszkańców Poznania ledwo przekroczy 400 tysięcy. Przed władzami naszego miasta, podobnie jak całej Polski, stoją duże wyzwanie i walka o każdego mieszkańca. Czy program ,,500 plus” pomoże zatrzymać spadek ludności kraju? Czy będzie tylko jedną z wielu prób, które nie dały spodziewanego rezultatu? 

POSTANOWIĆ ŁATWO, GORZEJ Z WYKONANIEM

Myślę, że temat postanowień, przyrzeczeń, obiecań jest zawsze aktualny na początku roku. Sama się łapię na tym, że chociaż żadnej osobie trzeciej, ale sobie samej obiecuję, że w rozpoczętym roku: zacznę systematyczniej ćwiczyć, zadbam o kręgosłup, mniej będę jadła, częściej spędzę wolny czas aktywnie i inne, drobne obiecanki, których i tak nie wykonam. W ubiegłym roku zamieściłam na swoim blogu ten tekst na temat postanowień noworocznych. Zapraszam moich czytelników do zapoznania się z jego treścią, może odnajdziecie w tym co napisałam cząstkę siebie?

„NICI” Z NASZYCH STYCZNIOWYCH POSTANOWIEŃ

Rozpoczyna się rok, mamy styczeń 2015. Każdego roku, o tym czasie, w rządzie, samorządzie, partii, mieście, domu, ktoś, coś postanawia. W grudniu, okazuje się, że nic, ale kompletnie nic, nie zostało zrealizowane. Nie mamy do siebie pretensji, bo wszyscy zrobiliśmy równo –„zero czyli nic”. 

Styczeń to miesiąc twardych postanowień, bijemy się w piersi i przyrzekamy, że nie będzie tak jak w ubiegłym roku, teraz to na pewno dotrzymam obietnicy! Na każdy miesiąc wyznaczamy sobie zadania, które zamierzamy wykonać w stu procentach.

Dla mamy cały rok, dwanaście miesięcy, to czas odchudzania, aktywnego, zdrowego trybu życia: bieganie, jazda na rowerze, pływanie, aerobik raz w tygodniu, fryzjer raz w miesiącu. „Oponki” trzeba zrzucić i ładnie wyglądać! W czerwcu, lipcu, albo w sierpniu, wakacje nad morzem, z całą rodziną, bo jod potrzebny jest dzieciom, nie będą chorować zimą.

Każdy tata deklaruje rzucenie palenia. Najpierw stopniowo planuje ograniczenie ilości spalanych papierosów, co miesiąc mniej, a w grudniu, ma nadzieję, że nie kupi już ani jednej paczki, bo przecież nie warto wyrzucać pieniędzy na truciznę. Piwo też ograniczy, by pod koniec roku nie pić go w ogóle, przecież drogie, a nawet „szmerku” po nim nie ma. Do domu będzie wracał wcześniej, bo dzieci potrzebują ojca, chcą porozmawiać. Z żoną też trzeba wyjść do kina, a może do teatru, albo opery. Trochę kultury przyda się, bo telewizja nic ciekawego nie pokazuje.

Dzieci, jak zwykle, będą się lepiej uczyć. Agata poprawi jedynkę z chemii, na świadectwie w czerwcu, będzie miała czwórkę (chociaż sama w to nie wierzy). Nad językiem polskim wystarczy trochę popracować i piątka murowana. To dla niej żaden wysiłek. W maju wycieczka, ale po powrocie, ostro zabierze się do pracy. Średnia na świadectwie minimum cztery i pół. Do tego w kwietniu udział w olimpiadzie polonistycznej i koniecznie trzeba zdobyć miejsce w drugim etapie. Tomek ma więcej rozsądku i jego postanowienia są skromniejsze. Powtarzał trzecią klasie i wie, że do orłów nie należy. Chce ukończyć gimnazjum, mniej balować i wagarować, dostać się chociaż do najgorszego ogólniaka. Zawodówka nie wchodzi w rachubę, bo zamierza studiować, a matura jest do tego konieczna.

W grudniu robimy rachunek sumienia. Każdy jakby chciał ukryć część postanowień, zapomnieć, nie wspominać. Ale nie mamy się czego wstydzić, bo przed kim? Nikt nic nie zrobił i nie ma sensu się rozliczać. Za chwilę będzie nowy styczeń, znowu dobry czas na kolejne „twarde” plany. Nie przypisujemy winy sobie za brak konsekwencji, bo przecież nikt z nas nie zawinił. Brak pieniędzy, pani od polskiego to „piła” i nic nie dało się zrobić, piwo trzeba wypić, bo co mam z tego życia, w pracy muszę siedzieć do wieczora, a ja, przecież nie jestem taka gruba -  są grubsze – więc mogę jeść. Seriale lubię oglądać, więc czasu na aktywny tryb życia brakuje. Tak jest, mogę przypuszczać, że w większości domów,  w polityce, gospodarce i w każdej innej dziedzinie życia. Nie postanawiajmy, bo i tak nic z tego nie wykonamy, mobilizujmy się na bieżąco, a w grudniu nie będziemy musieli się wstydzić. Nie przed rodziną, ani sąsiadami, ale przed samym sobą, a to chyba jest najgorsze!

Podzielcie się proszę swoimi doświadczeniami. Może komuś udało się pokonać swoje słabości i zrealizować któreś z noworocznych postanowień?

POWIĄZANE WPISY:

  1. WRACAM DO TEMATU: ZWIERZĘTA W NASZYCH DOMACH. Prawie rok temu napisałam tekst na  temat zwierzaków w naszych…

13 GRUDNIA 1981. KAŻDEGO ROKU CZUJĘ TO SAMO.

Odnośnik

Moje wspomnienia związane z pierwszym dniem stanu wojennego, każdego roku są takie same. Czas mija i znów o rok jesteśmy dalej od wydarzeń tamtej zimowej niedzieli, ale pamięć i strach związany z niewiedzą, o tym co nas czeka, został na zawsze w głębi serca wyryty i nigdy się go nie pozbędę. Winni zostali osądzeni, główni sprawcy już nie żyją. Historia po latach oceni ich działanie. Czy intencje były czyste, czy strach przed nowym ruchem był silniejszy niż dobro Polski i Polaków?

Załączam tekst napisany rok temu. Proszę osoby, które już treść znają, by przeczytali raz jeszcze, a innych o zapoznanie się z moimi osobistymi przeżyciami, związanymi z dniem wprowadzenia stanu wojennego.

13 GRUDZIEŃ 1981

Każdy z nas pamięta ten dzień inaczej. Rano w niedzielę powitał nas głos generała,  wojskowy, przerażająco spokojny.

Moi rodzice mieszkali na wsi, a mama obchodziła imieniny 9. grudnia. Ponieważ co roku zbierała się na tę uroczystość cała rodzina, uzgodniliśmy spotkanie na sobotę 12. grudnia. Goście dopisali frekwencją, a imieniny były wyjątkowo wesołe i dostatnie. Nie wracaliśmy w nocy do swojego domu, spaliśmy u rodziców. Zamierzaliśmy poleniuchować dłużej, bo impreza przedłużyła się, a przecież niedziela to dzień wolny od pracy. Rano obudziły nas rozmowy rodziców, zabarwione niepokojem i wzmożony ruch. W piżamach usiedliśmy przed telewizorem. W milczeniu i z przerażeniem na twarzach. Czułam to samo, co w okresie wczesnego dzieciństwa podczas burzy. Zawsze kiedy moja mama okazywała oznaki strachu, my dzieci też baliśmy się. Teraz czułam ten sam lęk.

Jaruzelski spokojnym, wyważonym głosem przeczytał informację o wprowadzeniu STANU WOJENNEGO. Chociaż siedzieliśmy licznie wpatrzeni w ekran, nikt nie wiedział, co nas Polaków czeka w najbliższym czasie. Złu znanemu da się zaradzić, ale jak przygotować się na wielką niewiadomą? W ponurych nastrojach spędziliśmy niedzielę. Już ten nasz pobyt u rodziców stracił blask. Rozmowy nie kleiły się. Każdy miał swoje własne myśli i z nimi musiał się uporać. Po obiedzie zaczęliśmy rozjeżdżać się do swoich domów. W poniedziałek czekał nas normalny (jeśli można mówić w tej sytuacji o normalności) dzień pracy. Było już bardzo ciemno, kiedy opuściliśmy dom rodziców. Mróz był w tym dniu dosyć solidny, ale nam w samochodzie nie było źle. Ja siedziałam obok męża z przodu, a nasz mały synek na tylnej kanapie. Po kilku kilometrach zatrzymał nas patrol wojskowy z karabinami w rękach. Chodziło o kontrolę dokumentów. Wpadłam w panikę, bo nie miałam ze sobą dowodu osobistego. Poczułam straszną bezsilność i obawę o bezpieczeństwo moich najbliższych. Na tylnej półce stała wytłoczka z jajkami od mamy. Do dzisiaj nie wiem czemu, ale przez moment pomyślałam, że przez to będziemy mieli kłopoty. Mąż uspokajał mnie i zapewniał, że nic nam nie grozi. Był spokojny i opanowany. Przecież to nasi, nic nam nie zrobią. Synek nie wiedział co się dzieje, więc cichutko siedział na swoim miejscu, jakby czuł powagę sytuacji. Mąż pokazał dokumenty i pozwolono nam jechać dalej. Droga nie była bezpieczna. Bez przerwy mijały nas czołgi i konwoje samochodów ciężarowych. Jechały w kolumnie. Ich ryku nie zapomnę nigdy. Wydawało się, że droga nie wytrzyma ich ciężaru i zamieni się w rozjechaną polną ścieżkę. Wyglądało to koszmarnie. Bałam się, że za chwilę zaczną wojnę. Tylko z kim? Żołnierze, część jechała samochodami, inni w czołgach, a pozostali szli pieszo. Jeden z nich, pewnie zdezorientowany jak my, zabłądził albo spóźnił się. Zatrzymał nas i zapytał:

     – Czy widzieliście kolumnę czołgów?

     – Tak, mijała nas kilka kilometrów wcześniej – odpowiedziałam.

Ruszył pieszo za nimi. Nie wiem ile drogi musiał pokonać, ale żal mi było tego młodego człowieka. Podobnie jak my był zaskoczony sytuacją. Pewnie  rozkaz wyrwał go z ramion matki albo żony i dziecka. Nikt nie czuł się dobrze w tym dniu. Ani cywile ani żołnierze. Wszyscy mieli trwogę w sercach. Przecież oni też byli czyimiś mężami, braćmi, ojcami i pewnie nie chcieli nikogo krzywdzić. Ale ich tragedia i nasza polegała na tym, że nikt nie wiedział, jakie rozkazy mogą dostać od zwierzchników. A wiadomo, żołnierz musi rozkaz wykonać.

Do domu dojechaliśmy bezpiecznie. Dobrze się stało, że nie doszło do masowego rozlewu krwi w czasie tych trudnych miesięcy. Oskarżamy, rozliczamy, chcemy więzić winnych. Niedługo nie będzie kogo rozliczać, bo ci co decydowali umrą śmiercią naturalną. Jednak trauma stanu wojennego będzie w nas żyła zawsze i wracała każdego roku 13 grudnia.

Proszę podzielcie się swoimi wspomnieniami z tamtych dramatycznych dni w komentarzach. Zapraszam serdecznie do rozmowy.

UFAĆ, ALE KOMU? KRZYWDZĄ: RODZINA I ZNAJOMI.

Żyję w Poznaniu i podobnie jak każdy jego mieszkaniec jestem mimowolnym uczestnikiem wydarzeń, które swój początek datują na ostatni tydzień listopada. Nie będę opisywać całej tragedii i dramaturgii jaką wywołała sprawa zaginięcia młodej kobiety. To wszyscy znamy z mediów.  Zagadkowe zniknięcie człowieka, w dużym mieście, niestety nie zostało wyjaśnione i nie zakończyło się do dzisiaj. Trwa, bo poszukiwania zaginionej się toczą, a osoba, która miała chronić młodą kobietę, dostarczyć ją bezpiecznie do miejsca zamieszkania, czeka w areszcie śledczym na dalsze ustalenia policji i decyzje prokuratury. Jedno ważne pytanie nurtuje mnie od samego początku. Komu można ufać, na kim polegać, z kim czuć się zupełnie bezpiecznie? Kiedy człowiek, którego znamy, pracujemy razem, przebywamy z sobą wiele godzin w ciągu dnia, bawimy się wspólnie z innymi, zdolny jest zawieść nasze zaufanie i dopuścić się czynu zbrodniczego.

W ostatnich dniach zapadły dwa wyroki związane ze śmiercią. Jeden dotyczył dwójki młodych ludzi, którzy przed rokiem dokonali mordu na rodzicach chłopaka. Czy to są jeszcze ludzie, czy już bestie?  Zagubili gdzieś po drodze  resztki cech, którymi obdarowany jest człowiek. Jemu tylko przynależnych. Wyzbyli się uczuć, stali się maszynami do zadawania bólu, zabijania z niezwykłym okrucieństwem. Rodziców, którzy im ufali, obdarzali miłością, opieką, dobrobytem i troską na co dzień. Dzieci zapłaciły im za to śmiercią. A przecież nie mieli prawa się tego spodziewać, bo nikt na tym świecie nie pomyślałby, że tak młodych ludzi stać na zabicie najbliższych. Pytam po raz drugi, komu można zaufać do końca, kiedy własne dziecko staje się katem?

Kolejna tragedia i wyrok, tym razem dla rodziców. To oni, powinni zapewnić swojemu dziecku wszechstronną opiekę, bo powołali je na świat. Troszczyć się o zdrowie córki, zapewnić opiekę lekarską, wypełniać zalecenia, a przede wszystkim dawać jeść. Oddali się pod wpływy szarlatana, niekompetentnego znachora, który miast pomóc ich córce, doprowadził razem z nimi do jej śmierci głodowej. Dziecko, które nie mogło samo o siebie zadbać, powiedzieć co je boli, mające rodziców biologicznych, żyjące w rodzinie bez patologii i biedy, musiało umrzeć, bo matka i ojciec pozwolili na to. Kończyło życie w mękach, a oni przyglądali się beztrosko. Jak można jeść posiłki, dawać je innym dzieciom, a jednocześnie głodzić na śmierć maleństwo, własne, bezbronne, zdane w całości na innych? Rodzice, ludzie czy potwory, bez empatii i resztek człowieczeństwa?

Podobnych zdarzeń  mamy w Polsce setki, tysiące. Nikt nie jest w stanie przewidzieć co przyniesie kolejny dzień. Zbrodnie, pobicia, kradzieże będą zawsze, bo są ludzie, którzy potrafią krzywdzić innych. Podwójnym dramatem jest jednak zawsze zło doznane przez najbliższych: rodziców, dzieci, znajomych. Im ufamy bezwarunkowo, bo komu? A jednak często cios przychodzi z tej strony.