PRZESZŁOŚĆ ZAPISANA DROBIAZGAMI.

Przyszła pora na remont. Od 4. maja ekipa doprowadza nasze mieszkanie do przyzwoitego wyglądu. Jak zawsze przed działaniem, trzeba przejrzeć nagromadzone przez lata  rzeczy, niektóre zachować, inne uznane za nieprzydatne, wyrzucić. Nazbierało się tego, w szafkach korytarzowych, sporo. Likwidujemy je, więc skarby w nich zbierane, przez każdego domownika, trzeba poddać selekcji. Chciałam podzielić się z Wami, Drodzy Czytelnicy, wspomnieniami zapisanymi w przedmiotach, które pożółkły mocno od czasu, który je przygniata. Bez nich historia naszej rodziny, nie mogłaby zostać odtworzona z dokładnością co do dnia i miejsca, w którym się działa.

Każdy z nas ma potrzebę gromadzenia, zapisywania w pamiętnikach, zmieniania hobby, w zależności od tego co robi i wieku, w którym to się dzieje. Najstarsza pasja mojego męża, której ślady zachowały się, dotyczy lat sześćdziesiątych. Jako wielki fan motoryzacji, wycinał zdjęcia samochodów z czasopism i wklejał w zeszyt A4. Jest ich tam sporo, różne marki, z państw całego świata. Potem, kiedy byliśmy już małżeństwem, kleił modele samolotów. Pamiętam, były imponujące, stały w szeregu, na segmencie, pod samym sufitem. Jeden z nich, najbardziej atrakcyjny, zdobił telewizor. Niestety pracy przy tym było dużo, a cierpliwość modelarza, czasem wystawiana na wielką próbę. Żywot zaś takiego plastikowego cudeńka, wyjątkowo krótki. Żaden z nich nie zachował się do dzisiaj,  dawno się rozpadły i przeszły w stan niebytu, ale ich piękno pozostało w naszej pamięci.

Moje wspomnienia odczytałam z pamiątek, darowanych naszej rodzinie, z różnych powodów. W jednej z teczek życzenia z okazji naszego ślubu. Duże laurki z kwiatami, obrączkami, karetą i gołąbkami białymi, na stronie głównej. Od rodziny, znajomych, sąsiadów, z pracy. Między innymi nazwiska i imiona osób, które już odeszły, zostały z nami tylko w pamięci i zapisane na papierze. Trzy inne skoroszyty zawierają pamiątki Chrztu św. i I Komunii trójki naszych dzieci. Dalej albumy i karton z mnóstwem zdjęć. Najstarsze jeszcze z czasów młodości matki mojego męża. Potem nasze, jeszcze sprzed wspólnego życia. Moje z pobytu w górach, pamiątkowe z dedykacjami ,,Dla kochanej…..”, od kuzynek, kuzynów ich dzieci. Siostra i bracia, od dzieciństwa, przez czasy szkolne, potem wojsko i śluby. Komplety zdjęć komunijnych ich dzieci. Wcześniejsze z pięknymi sukienkami, w które ubrane były dziewczynki, chłopcy w ciemne garnitury. Później wszystko się zmieniło. Moje dziewczynki  szły w białych albach. Nie były obowiązkowe, wybór stroju należał do rodziców. Mało która mama skorzystała z tej możliwości, większość dzieci ubrana była równo. Główki różniły się tylko fryzurami i wiankami, których część była z żywego asparagusu, a inne kupione w sklepie, z sztucznych kwiatów.

Syn, w czasach dziecięcych i wczesnej młodości,  pasjonował się znaczkami pocztowymi. Do dzisiaj przetrwały, zachowane w idealnym stanie,  cztery klasery, wypełnione po brzegi zbiorami filatelistycznymi. Są tam kolekcje z całego świata. Wydaje mi się, że ich cała waga mieści się w sferze emocjonalnej i wspomnieniowej. Raczej nie mają wartości rynkowej. Niewiele kosztowały te kolekcje. Niektóre znaczki są bardzo piękne, dają w czasie oglądania zaspokojenie  potrzeb wyjątkowych estetów, ale majątku w nich  ukrytego, na pewno nie ma. Wspominamy ten okres zbieractwa bardzo miło. Pasja należała do naszego dziecka, ale zarówno ja jak mąż zaangażowani byliśmy w nią na równi z naszym dzieckiem. Kiedy syn był mały, znaczki kupowałam ja. Potem sam to robił. W klaserach umieszczali je mąż z synem, z wielką ostrożnością, jakby były to jedyne unikaty w światowych zbiorach kolekcjonerskich. Potem syn pokochał koszykówkę i jej poświecił czas poza zajęciami szkolnymi. Jego idolem był i jest do dzisiaj Michael Jordan. Znalazłam również pamiętnik syna, w sztywnej kartonowej oprawie, gdzie wpisali się, z reguły koślawymi literami, wszystkie dzieci z jego klasy. Pozwólcie, że zacytuję jeden z wierszyków, w książeczce zamieszczony przez Zuzię: ,,Na górze róże, na dole fiołki, a my się kochamy, jak dwa aniołki”.

Córki mają w swoich zbiorach pamiętniki, a młodsza także całą kolekcję pucharów, kubków, koszulek i statuetek, które dokumentują jej kilka lat życia. Cała Polska, każdy jej zakątek, od morza do gór, widnieje na pamiątkowych napisach, do tego rok, w którym wydarzenie miało miejsce.  Miło jest przeżyć ten czas, raz jeszcze. Prześledzić drogę triumfów i niższych lokat. Witaliśmy powracającą tancerkę zawsze na dworcu kolejowym, z symbolicznym kwiatkiem. Pamiętam jej oczy zmęczone, ale płonące jak dwa ogniki, w Noc Świętojańską, wyrażające radość i zadowolenie, z tego co było jej udziałem. Plastikowe i metalowe pamiątkowe przypinki, przywożone z każdego turnieju, pomagają umiejscowić w czasie te ważne, dla całej rodziny, wydarzenia. Każde wiązało się z jakimś niezwykłym przeżyciem, przygodą. Jednego razu spali na statku zacumowanym przy brzegu. Nie uwierzycie, ale moje dziecko przeżyło prawdziwą chorobę morską, podczas snu w bujającej się, wraz z całym statkiem, kajucie.

Teraz coś ekstra. Między drobiazgami znalazłam miniaturową książeczkę z roku 2008, zatytułwaną: Moje Prawa Podstawowe w Unii Europejskiej. Nie wiem skąd ona trafiła do mojego domu? Być może któraś z córek dostała ją w liceum lub na uczelni? Albo rozdawano je na ulicy? Postaram się to wyjaśnić. 

20160427_144350       20160427_144506

Zdjęcia własne autorki bloga

FERIE ZIMOWE: CZAS RADOŚCI, BEZTROSKI, ALE TAKŻE ZAGROŻEŃ

Oficjalnie od poniedziałku, czyli 18 stycznia, praktycznie już w piątek po południu, dzieci i młodzież, wybranych województw, zaczynają wakacje. To czas najmilszy w całym roku szkolnym, obok długich wakacji letnich. Po trudach nauki pierwszego semestru, pora na labę. Od samego rana do wieczora wolne. Trzeba ten czas wypełnić. Różne formy bezpiecznego relaksu, swoich pociech, wybierają rodzice. Jedni, mający dzieci w szkołach podstawowych i gimnazjach, wysyłają je na zorganizowany wyjazd w góry albo w atrakcyjne miejsca zimowych szaleństw. Inni korzystają z licznych ofert instytucji nastawionych na zapewnienie dzieciom zróżnicowanego, bogatego w atrakcje, bezpiecznego spędzania ferii, w ramach tak zwanych półkolonii. Ten rodzaj grupowego wypoczynku organizowany jest w szkołach, domach kultury i innych miejscach do tego przeznaczonych. Kolejna grupa rodziców, w czasie ferii, bierze urlop i całą rodziną wyjeżdżają do ośrodków zimowych w kraju i za granicą. Część dzieci oddawana jest pod opiekę dziadków mieszkających na wsi lub w mieście. Pozostałe  zostają w domu pod okiem starszego rodzeństwa. O tę grupę młodych ludzi możemy być spokojni, bo mają zapewnioną opiekę instytucji i osób starszych.

Niestety część młodzieży, a nawet często dzieci, zostaje bez nadzoru i jakiejkolwiek kontroli przez wiele godzin aż do popołudnia, w ciągu dwóch tygodni ferii zimowych. Same muszą zorganizować sobie czas i wypełnić go atrakcjami. To, że rodzice wymagają od dziecka bezpiecznych zachowań, nie oznacza, że tak dzieje się w rzeczywistości. Jest okres zimowy, jeziora i sadzawki w pobliżu miejsc zamieszkania kuszą. Niestety lód na nich nie jest gruby, każde wejście na taflę grozi tragedią. Dzieci nie potrafią przewidzieć zagrożenia. Zwłaszcza, kiedy jest ich kilkoro, myślą, że nic złego im nie grozi. Jedno popisuje się przed drugim, chce pokazać swoją odwagę, udowodnić, że się nie boi. Takie zachowanie, można porównać do balansowania na linie, nad przepaścią. Może być też powodem nieszczęścia.  

Jako przykład tego co myślą rodzice, a tego co wyczyniają dzieci, przytoczę dwa charakterystyczne dla zimowych zabaw zdarzenia z przeszłości. Sama, jako dziecko, byłam świadkiem wielu nieodpowiedzialnych zachowań dzieci i młodzieży. W pobliżu mojego domu, na wsi, był staw. W okresie zimowym, zawsze pełen śmiechu i radosnego gwaru. Szaleliśmy tam całymi dniami, z przerwami na posiłek i zmianę mokrych butów (jeżeli ktoś miał zapasowe, jedne suszył przy piecu drugie zakładał). Czerwone policzki i nosy, smarki do samej brody, ale nikt się nie poddawał, tkwił na posterunku. Nie zawsze lód był na tyle gruby, by bezpiecznie utrzymała się na nim grupa dzieci. Najczęściej chłopcy przebiegali przez cienką, falującą taflę. Kiedyś kilkoro z nas zdołało dotrzeć do brzegu, niestety osłabiony lód załamał się pod moim najmłodszym bratem i wpadł do lodowatej wody. Tym razem skończyło się na wielkim strachu i przemoczeniu. Na szczęście  zbiornik nie był głęboki, a od brzegu do brzegu niewielka odległość. Starsi uczestnicy zabawy zdążyli mu pomóc   dotrzeć do suchego miejsca. Rodzicom wydawało się, że jesteśmy bezpieczni pod opieką prawie dorosłych braci. Nic bardziej mylnego. Grupa starszej młodzieży ma swoje zajęcia, flirtuje z koleżankami. Nie w głowie im śledzenie, o kilka lad młodszego, rodzeństwa.  Niebezpieczne zjazdy z pobliskiej górki też miały miejsce. Choć szosa była dość daleko, starsi chłopcy potrafili nadać taki pęd swoim sankom, że nierzadko wypadali na jezdnię, a nawet przez nią przejeżdżali, lądując w rowie. Ruch samochodowy nie był wtedy tak intensywny jak dzisiaj, ale od czasu do czasu auto przejeżdżało. Na szczęście nigdy te dwa różne pojazdy się nie spotkały i nie doszło do tragedii. Nikt też z mojego rodzeństwa i wiejskich dzieci, z którymi się bawiliśmy nie stracił życia i nie został kaleką. Nie pozostała w mej pamięci trauma na całe życie, więc spokojnie mogę o tym pisać.

Dlaczego opowiadam te dawne historie? Chcę uczulić rodziców, dziadków i opiekunów. Pilnujcie, nie ufajcie swoim dzieciom do końca. Poświęćcie, nawet ostatni grosz, by zapewnić pociechom bezpieczny wypoczynek, pod okiem dorosłych ludzi. Jeżeli ślizgawka, to tylko na lodowiskach, nigdy na jeziorach. Mamy odwilż, lód na zbiornikach wodnych jest, niestety, kruchy i cienki. Zabawa na nich może skończyć się nieszczęśliwie. Zróbmy wszystko, by temu zapobiec. Reagujmy, nie ważne, czy to nasze dziecko, czy sąsiada, albo zupełnie obce. Kiedy zauważymy, że jego zabawa może zakończyć się nieszczęściem, ostrzegajmy, uczulajmy, zabraniajmy. Nie możemy być obojętni, kiedy nas osobiście sytuacja nie dotyczy. Wszystkie dzieci są nasze i tak je traktujmy.

Ferie zimowe to czas radości, beztroskich zabaw i śmiechu. Mają takie pozostać w pamięci, wszystkich, na zawsze. Nie dopuśćmy do tego, by tragiczne wydarzenia zabrały, nam dorosłym i dzieciom, radość nie tylko w czasie ferii ale zmieniły resztę życia w koszmar.

ŚWIĘTA BOŻEGO NARODZENIA. TRADYCJE I ZWYCZAJE ZWIĄZANE Z PODARUNKAMI.

Tym razem zapraszam serdecznie do przeczytania tekstu lżejszego, na czasie. Boże Narodzenie zbliża się szybkim krokiem, niedługo zapuka do naszych drzwi, a wraz z nim Mikołaj, Gwiazdor, Dziadek Mróz czy inny Pan przyniesie i obdaruje nas  prezentami. Czekamy na wieczór wigilijny i pełno pięknie zapakowanych pudełek z niespodziankami dla dzieci i dorosłych. Nie ważne ile mamy lat, na prezent czekamy niezmiennie każdego roku, bo wierzymy w św. Mikołaja, w to , że przybywa saniami ciągnionymi przez dorodne renifery z dalekiej, mroźnej Laponii  na północy Finlandii i na pewno o nas też będzie pamiętał. 

W Polsce i wielu krajach o podobnej kulturze do naszej, prezenty przynosi Gwiazdor. Jest to pan z białą broda, w czerwonym stroju, miły i przyjemny dla każdego. Najbardziej kochają go dzieci. Dorośli wiedzą, że mogą dostać lanie rózgą, bo nie zawsze byli grzeczni. Czasem  Mikołaj nie pokazuje się nikomu, zostawia prezenty pod choinką, w pustym pokoju i pędzi dalej by obdarować wszystkich czekających na jego wizytę. W Polsce po wigilii dostajemy prezenty, a jak jest w innych krajach? Pozwólcie, że przedstawię Wam to w krótkiej prezentacji.

Włosi na prezenty czekają do rana. Niektóre rodziny celebrują kolację wigilijną, ale wiele rodzin zaczyna w tym kraju świętowanie dopiero od 25 grudnia i właśnie w tym dniu rozdawane są prezenty, bo najważniejszym świętem dla Włochów jest pierwszy dzień Bożego Narodzenia. Dzieci młodsze dostają zabawki, starsze smartfony lub inny sprzęt elektroniczny. Panie obdarowuje się przede wszystkim perfumami albo galanterią skórzaną. Zazwyczaj Mikołaj przychodzi po cichu o północy, kiedy wszyscy już śpią i zostawia podarki dla całej rodziny.

W Norwegii świętowanie zaczyna się od mszy, około godziny 16.00 w dniu 24 grudnia. Po zakończeniu uroczystości kościelnych biją dzwony, a wierni udają się do swoich domów i otwierają prezenty. Ci, którzy nie byli w kościele czekają na dzwony i punktualnie o godzinie 17.00 otwierają prezenty. Nie wszyscy Norwegowie celebrują tę tradycję. W niektórych domach, podobnie jak we Włoszech prezenty odwija się dopiero rano pierwszego dnia  świąt Bożego Narodzenia. Tu św. Mikołaj bardziej przypomina krasnala w czerwonej czapce z długą białą brodą.

W Australii święta Bożego Narodzenia obchodzone są w zupełnie innej scenerii niż w Europie. Toteż Mikołaj przybywa z prezentami w inny sposób, czyli przypływa na desce surfingowej lub wychodzi z morskich fal. Australijskie rodziny, mieszkające nad wodami, celebrują często święta przy stole ustawionym na piaszczystej plaży, na brzegu oceanu, a ma to miejsce 25 grudnia. Ze względu na upały Mikołaj ma strój letni, czyli krótkie spodenki i koszulkę, kapelusz zamiast ciepłej czapy obszytej futrem, a na nogach japonki. Towarzyszą mu misie koala i kangury w miejsce nam znanych reniferów.

Wiszące, czerwone skarpetki, to domena Irlandczyków i Amerykanów. W Irlandii, ci co liczą na dużych rozmiarów paczki, zamiast skarpetki, wieszają przy swoim łóżku poszewkę lub worek. Św. Mikołaj odwiedza ich, po cichu, w nocy z 24 na 25 grudnia. W oknach domów pali się świeca, by nie zabłądził i nie ominął żadnego domu. W USA, skarpety wiesza się z reguły przy kominku, bo Santa Claus wchodzi do domów przez komin, więc uzasadnione jest wybranie tego miejsca. W tym kraju, jak mało gdzie na świecie, dekoruje się też domy (zewnętrzne ściany i dachy) setkami migających światełek. Tworzy to dodatkowy element świątecznego nastroju, bajkowej aury.

W Meksyku do dziś pielęgnowana jest i ciągle żywa tradycja chowania prezentów i zgadywania, gdzie został ukryty. Jest to dodatkowa atrakcja, forma zabawy, zwłaszcza dla dzieci. Właśnie dla najmłodszych pod sufitem wieszane są kolorowe kubeczki wypełnione mąką lub piaskiem. W jednym z nich ukryta jest niespodzianka. Zabawa polega na tym, by jak najszybciej wytypować miejsce, w którym ukryty jest podarunek.

Z kolei w Hiszpanii na prezent trzeba poczekać do Trzech Króli. Ale tendencja idzie w kierunku podobnej tradycji jak w innych krajach. Coraz więcej rodzin obdarowuje się prezentami w pierwsze święto Bożego Narodzenia czyli 25 grudnia. Hiszpanie mimo to kultywują dawną tradycję, czyli wierzą , że prezenty przynoszą Trzej Królowie, a nie  tak jak my, św. Mikołaj. Zwolennicy starej tradycji zostawiają podarki 5 stycznia wieczorem, a uroczyste ich rozpakowanie ma miejsce 6 stycznia rano. Dzieci wierzą, że trzej wędrowcy goszczą w ich domu i zostawiają im na talerzykach słodycze.

Francuzi nie obchodzą wigilii, zaczynają święta od 25 grudnia. Rano na wszystkich czekają prezenty. Dzieci wierzą, że to mały Jezus przynosi im oczekiwane podarunki. Przychodzi w poprzednią noc i wkłada je do bucików postawionych przy kominku.

Przedstawiłam Wam kilka ciekawych zwyczajów związanych z obdarowywaniem się prezentami w okresie świąt Bożego Narodzenia. Może znacie inne tradycje? Zapraszam do podzielenia się wiedzą na ten temat w komentarzach.

Inspiracja. Piątkowo -niedzielny (11-13.12.2015 roku) Głos Wielkopolski.Jolanta Korucu ,,Gdzie szukać prezentów”.

13 GRUDNIA 1981. KAŻDEGO ROKU CZUJĘ TO SAMO.

Odnośnik

Moje wspomnienia związane z pierwszym dniem stanu wojennego, każdego roku są takie same. Czas mija i znów o rok jesteśmy dalej od wydarzeń tamtej zimowej niedzieli, ale pamięć i strach związany z niewiedzą, o tym co nas czeka, został na zawsze w głębi serca wyryty i nigdy się go nie pozbędę. Winni zostali osądzeni, główni sprawcy już nie żyją. Historia po latach oceni ich działanie. Czy intencje były czyste, czy strach przed nowym ruchem był silniejszy niż dobro Polski i Polaków?

Załączam tekst napisany rok temu. Proszę osoby, które już treść znają, by przeczytali raz jeszcze, a innych o zapoznanie się z moimi osobistymi przeżyciami, związanymi z dniem wprowadzenia stanu wojennego.

13 GRUDZIEŃ 1981

Każdy z nas pamięta ten dzień inaczej. Rano w niedzielę powitał nas głos generała,  wojskowy, przerażająco spokojny.

Moi rodzice mieszkali na wsi, a mama obchodziła imieniny 9. grudnia. Ponieważ co roku zbierała się na tę uroczystość cała rodzina, uzgodniliśmy spotkanie na sobotę 12. grudnia. Goście dopisali frekwencją, a imieniny były wyjątkowo wesołe i dostatnie. Nie wracaliśmy w nocy do swojego domu, spaliśmy u rodziców. Zamierzaliśmy poleniuchować dłużej, bo impreza przedłużyła się, a przecież niedziela to dzień wolny od pracy. Rano obudziły nas rozmowy rodziców, zabarwione niepokojem i wzmożony ruch. W piżamach usiedliśmy przed telewizorem. W milczeniu i z przerażeniem na twarzach. Czułam to samo, co w okresie wczesnego dzieciństwa podczas burzy. Zawsze kiedy moja mama okazywała oznaki strachu, my dzieci też baliśmy się. Teraz czułam ten sam lęk.

Jaruzelski spokojnym, wyważonym głosem przeczytał informację o wprowadzeniu STANU WOJENNEGO. Chociaż siedzieliśmy licznie wpatrzeni w ekran, nikt nie wiedział, co nas Polaków czeka w najbliższym czasie. Złu znanemu da się zaradzić, ale jak przygotować się na wielką niewiadomą? W ponurych nastrojach spędziliśmy niedzielę. Już ten nasz pobyt u rodziców stracił blask. Rozmowy nie kleiły się. Każdy miał swoje własne myśli i z nimi musiał się uporać. Po obiedzie zaczęliśmy rozjeżdżać się do swoich domów. W poniedziałek czekał nas normalny (jeśli można mówić w tej sytuacji o normalności) dzień pracy. Było już bardzo ciemno, kiedy opuściliśmy dom rodziców. Mróz był w tym dniu dosyć solidny, ale nam w samochodzie nie było źle. Ja siedziałam obok męża z przodu, a nasz mały synek na tylnej kanapie. Po kilku kilometrach zatrzymał nas patrol wojskowy z karabinami w rękach. Chodziło o kontrolę dokumentów. Wpadłam w panikę, bo nie miałam ze sobą dowodu osobistego. Poczułam straszną bezsilność i obawę o bezpieczeństwo moich najbliższych. Na tylnej półce stała wytłoczka z jajkami od mamy. Do dzisiaj nie wiem czemu, ale przez moment pomyślałam, że przez to będziemy mieli kłopoty. Mąż uspokajał mnie i zapewniał, że nic nam nie grozi. Był spokojny i opanowany. Przecież to nasi, nic nam nie zrobią. Synek nie wiedział co się dzieje, więc cichutko siedział na swoim miejscu, jakby czuł powagę sytuacji. Mąż pokazał dokumenty i pozwolono nam jechać dalej. Droga nie była bezpieczna. Bez przerwy mijały nas czołgi i konwoje samochodów ciężarowych. Jechały w kolumnie. Ich ryku nie zapomnę nigdy. Wydawało się, że droga nie wytrzyma ich ciężaru i zamieni się w rozjechaną polną ścieżkę. Wyglądało to koszmarnie. Bałam się, że za chwilę zaczną wojnę. Tylko z kim? Żołnierze, część jechała samochodami, inni w czołgach, a pozostali szli pieszo. Jeden z nich, pewnie zdezorientowany jak my, zabłądził albo spóźnił się. Zatrzymał nas i zapytał:

     – Czy widzieliście kolumnę czołgów?

     – Tak, mijała nas kilka kilometrów wcześniej – odpowiedziałam.

Ruszył pieszo za nimi. Nie wiem ile drogi musiał pokonać, ale żal mi było tego młodego człowieka. Podobnie jak my był zaskoczony sytuacją. Pewnie  rozkaz wyrwał go z ramion matki albo żony i dziecka. Nikt nie czuł się dobrze w tym dniu. Ani cywile ani żołnierze. Wszyscy mieli trwogę w sercach. Przecież oni też byli czyimiś mężami, braćmi, ojcami i pewnie nie chcieli nikogo krzywdzić. Ale ich tragedia i nasza polegała na tym, że nikt nie wiedział, jakie rozkazy mogą dostać od zwierzchników. A wiadomo, żołnierz musi rozkaz wykonać.

Do domu dojechaliśmy bezpiecznie. Dobrze się stało, że nie doszło do masowego rozlewu krwi w czasie tych trudnych miesięcy. Oskarżamy, rozliczamy, chcemy więzić winnych. Niedługo nie będzie kogo rozliczać, bo ci co decydowali umrą śmiercią naturalną. Jednak trauma stanu wojennego będzie w nas żyła zawsze i wracała każdego roku 13 grudnia.

Proszę podzielcie się swoimi wspomnieniami z tamtych dramatycznych dni w komentarzach. Zapraszam serdecznie do rozmowy.

PRYWATNOŚĆ WYSTAWIONA NA SPRZEDAŻ. WIELKI BRAT PODGLĄDA BEZ PRZERWY.

Poznańska rodzina z czwórką dzieci zainstalowała 12 kamer w swoim domu, które przez całą dobę rejestrują ich życie, wszędzie poza łazienką. Nie kryją, że upubliczniają ten specyficzny film, w internecie, w celach komercyjnych. Chociaż od pierwszego programu, typu Big Brother, minęło już kilkanaście lat, a kolejne pokazywały coraz więcej, tego typu posunięcie budzi niechęć i odrazę większości z nas. Można się zastanawiać, czy dla pieniędzy, można obnażyć się do końca? Na co możemy sobie pozwolić bez negatywnych skutków, a co będzie odbierane z odrazą i niechęcią?

Wydaje się, że powód ekonomiczny, to nie jedyny, jakim kierowali się poznaniacy. Modne słowo celebryta, czyli znany z gazet, telewizji, popularny w internecie. Drugi to reklama firmy, którą założyli kilka lat temu. Być może, wyjście z anonimowości, zaistnienie na szerszym polu, bycie obiektem dyskusji pchnęło, obok korzyści materialnych, tę rodzinę do tak kontrowersyjnej decyzji? Pewnie ukryte są jeszcze inne przyczyny, o których nie mówią. Wystawienie siebie i dzieci na widok publiczny, oddanie swoją prywatność, a nawet intymność każdemu, kto się tym zainteresuje, to mówiąc eufemizmem, odważne posunięcie. Zastanawiam się, czy dobre? Dorośli mają prawo decydować o sobie w dowolny sposób. Narażać dzieci na hejt i inne niebezpieczeństwa w sieci, nie mogą. Na straży dobra dzieci, jeżeli rodzice nie potrafią zadbać o nie, stoją powołane do tego instytucje państwowe, z sądem na czele. Podobno wszystko można sprzedać, nawet prywatność. Jest jeden warunek, tylko swoją, nie cudzą.

Przed okiem wielkiego brata chroniona jest tylko łazienka. Sześcioosobową rodzinę można oglądać całą dobę w salonie, pokojach dziecięcych, sypialni rodziców i w kuchni. Nierzadko w negliżu, a nawet w sytuacjach intymnych. Społeczeństwo jednoznacznie oceniło czyn małżeństwa jako zły. Wyraz tego dali w internecie, pisząc słowa oburzenia, złości i krytyki. Nie obyło się też bez obraźliwych wyzwisk przez telefon. Rodzice czują się nękani. Również ich dzieci odczuły niechęć i krytykę ze strony rówieśników. ,,Kowalscy”, choć znane jest nazwisko rodziny, tak popularnie nazwijmy tych ludzi, przy pomocy tego przedsięwzięcia, chcą zrealizować projekt. Ma to być organizacja biegu z udziałem miliona zawodników. Potrzebują do tego sponsorów, wolontariuszy i ogromnych pieniędzy. Pula nagród ma wynosić 100 milionów złotych. 

Ze względu na upublicznienie wizerunku dzieci, sprawą zajął się Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie, Marek Michalak – rzecznik praw dziecka, który  wnioskował do Sądu Rejonowego w Poznaniu o rozpatrzenie sytuacji dzieci. Wystawianie dzieci do ogólnodostępnego podglądania, narażanie ich na atak zwyrodnialców i zboczeńców, których pełno w sieci, to igranie z ich bezpieczeństwem. Skutki wystawiania i upubliczniania ich wizerunku, mogą spowodować wypaczenie charakterów, co odbije się negatywnie w dorosłym życiu.

Żadne zagrożenia, kontrowersyjnych rodziców, nie zrażają. Upierają się przy swojej decyzji, twierdząc, że nic złego nie robią, a pokazują życie rodziny, bo nie mają nic do ukrycia. Chcą zapewnić dzieciom dostatnie życie i dobre wykształcenie. Czy te powody usprawiedliwiają ich działanie? Czy warte są, by dzieci narażać na dyskomfort życia codziennego i ataki?

LUBIĘ JESIENNĄ PORĘ, LENIWY DESZCZ I CZEKANIE……..

Dokładnie rok temu, w listopadzie, napisałam tekst zatytułowany ,,Jesień pisana melancholią”. Byłam wtedy nieupierzoną autorką i nikt mnie nie znał, bo blog prowadziłam dopiero miesiąc. Myślę, że szkoda, by moi obecni goście, komentatorzy nie poznali, jak  wyglądały moje  początki. Publikację kopiuję w całości. Proszę przeczytajcie i zostawcie komentarz, jeśli tekst Was zainteresuje. Jestem pewna, że macie inne zdanie na temat jesieni?  Przypuszczam, że niewielu jest ludzi podobnych do mnie, którzy uważają, że jesień można lubić. Jeżeli wśród czytelników są tacy, którzy tekst znają, proszę przeczytajcie raz jeszcze, może znajdziecie w nim elementy, na które wcześniej nie zwróciliście uwagi.

JESIEŃ PISANA MELANCHOLIĄ

Lubię jesienną porę, leniwy deszcz i czekanie…

Na zewnątrz szaro, ponuro i smutno. Otoczenie przybrało wyraz przygnębienia, a chmury jakby przyspieszyły wędrówkę po niebie. Ptaki już grzeją się w ciepłych krajach, tylko wróble i sikorki nic sobie nie robią z nadchodzącej zimy. Drzewa łyse, zastygły w swej walecznej pozie, szykują się do odparcia ataku wiatru i mrozu. Matka Natura pokornie oddaje Persefonę Hadesowi. A Ziemianie?????? Żyją jakby w hibernacji i większość stawia na przeczekanie.

Może zdziwię Was, ale ja lubię jesień! Podobnie jak moja mama. Okres ten nastraja mnie pozytywnie. Życie jakby zwalniało tempo, a tym samym czas, jaki jest nam dany staje się dłuższy. Są chwile na zadumę i rozmyślanie, w długie wieczory, przy gorącej herbacie z sokiem, koniecznie malinowym. W domu ciepło i bezpiecznie, a na dworze słota, więc w przeciwieństwie do lata chętnie się tu wraca. Lubię jesień ze względu na miłe wspomnienia z dzieciństwa. Zapisane w pamięci jako bezpieczne, błogie i szczęśliwe. A konkretnie?

Jesienią mieliśmy mamę dla siebie. Latem zawsze zapracowana do samej nocy, nie mogła należeć do nas. Zmęczona dawała nam siebie w okrojonej ilości. Wszystkie zaległości nadrabialiśmy jesienią i zimą. Długie wieczory, przy trzaskającym ogniu, spędzaliśmy na graniu w chińczyka, Piotrusia, czytaniu książek i rozmowach o wszystkim. Mamę otaczała piątka dzieci, jedno od drugiego niewiele starsze. Jak ONA umiała nas godzić, łagodzić temperamenty, akcentować i utrwalać w pamięci sprawy najważniejsze. Wydaje mi się po latach, że wychowywała nas w czasie deszczu, wiatru, śniegu i zamieci. I nigdy, ale to nigdy nie biła. A muszę zaznaczyć, że do „aniołków” nie należeliśmy, sąsiedzi często przychodzili z pretensjami. Już pół wieku temu moi kochani rodzice wiedzieli, że dzieci bić nie wolno. Byli chyba jedyni w swoich poglądach. Bo cała wieś regularnie, dla zasady i często bez powodu swoje dzieci biła. Wiem z opowiadań koleżanek, że to nie były klapsy, a razy zadane pasem, kablem albo rzemieniami. Razy, których nie da się wymazać z pamięci do końca życia, a im człowiek starszy tym bardziej bolą. Dzisiaj dorośli ludzie potrafią płakać na wspomnienie bólu zadanego przez rodziców i nie czują żalu i współczucia w chorobie, a nawet po ich śmierci. Znam wiele domów, gdzie łańcuch przemocy trwa od kilku pokoleń do dziś i na pewno następne pokolenia go nie przerwą.

Dlaczego moi rodzice nas nie bili? Po prostu, oni też nie byli bici. Ja jako następne ogniwo tej układanki nie mogłabym postępować inaczej. Moje dzieci wychowaliśmy na dobrych ludzi bez używania przemocy. Czasem nie miałam cierpliwości, kiedy któreś z nich kaprysiło przy myciu czy nauce. Klaps niechybnie położyłby temu kres natychmiast. Ale na uderzenie nie pozwalało mi wspomnienie mojej mamy. Miała życie cięższe od mojego, ale nigdy nie wyładowywała swojego niezadowolenia na bezbronnych, małych istotach. Kiedyś moja najmłodsza córka przyszła z przedszkola z pytaniem: „Mamusiu co to jest lanie? Wszystkie dzieci mówią, że dostały lanie, a Ty mi nigdy nie dałaś”. W czasie choroby jeździłam 30 km z dziećmi do szpitala do ojca. Zdziwiony był, że kilka razy w tygodniu nie jest mi ciężko go odwiedzać. Pytał: „Dlaczego to robisz?” . Odpowiedź była prosta i krótka: „BYŁEŚ DOBRY TATO!”.

Lubię jesień też za to, że poprzedza Boże Narodzenie. A przecież to czas radości, odwiedzin, zapachu pierników i prezentów. Nieważne ile mamy lat zawsze czekamy na ten wyjątkowy czas w ciągu roku.

KŁAMSTWO DO PEWNEGO MOMENTU, A DALEJ TO JUŻ TYLKO PRAWDA

Kiedyś podczas rozmowy z współpracownikami, jeden z panów powiedział, że dzieciom można do pewnego wieku mówić kłamstwa na temat pojawiania się na świecie dzieci i innych spraw związanych z cielesnością  i  płcią. Za normalne uważał  tłumaczenie, że braciszka lub siostrzyczkę rodzice znaleźli w kapuście lub podrzucił je bocian. Dodam, że był to wierny sługa Kościoła. Zapytałam, w jakim wieku dziecko jest gotowe na przyjecie prawdy i odkręcanie bzdur, którymi  było karmione przez lata? Nie potrafił odpowiedzieć rzeczowo, ale był pewny swoich racji i nie dał zbić się z tropu, ani przekonać, że tak wychowywać własnych, ani żadnych dzieci nie należy. Z prostej przyczyny, bo rodzic musi być autorytetem dla dzieci i kojarzyć się synowi i córce z bezwzględną uczciwością i prawdomównością. Na pewno ten rodzic nigdy nie będzie wiarygodny dla swoich dzieci.

Dlaczego przywołuję ten fakt dzisiaj? Zakłamanie i walka z przekazywaniem wiedzy dzieciom na tematy cielesności budzą u wielu rodziców bunt i brak akceptacji. Co ciekawe, najbardziej protestują ci mające więcej niż jedno dziecko i popierający bez zastrzeżeń dyktat Kościoła w tej i innych dziedzinach życia człowieka.  Tłum ludzi, rodzin z małymi dziećmi na rękach lub w wózkach przeszedł przez ulice stolicy (30.08.2015), by zamanifestować swój bunt i odrzucenie propozycji MEN w sprawie edukacji seksualnej wprowadzonej  zgodnie z  wytycznymi WHO,  określając ją jako demoralizującą dzieci.

Manifestacja odbyła się pod patronatem, wsparciu i  udziale dwóch katolickich mediów Radia Maryja i Telewizji Trwam. A ta mieszanka nic dobrego nie wróży. Nie zwróciłabym na nią uwagi, bo moje dzieci skończyły już naukę i temat nie dotyczy mnie ani ich. Ale dla ogółu Polaków jest ważki i trzeba o nim mówić. Gdybyśmy żyli w Wiekach Średnich i czasach Świętej Inkwizycji, zapewne nie odważyłabym się na ten artykuł i otwartą krytykę Kościoła. Mamy XXI wiek, na szczęście dużo więcej możemy, by nie obawiać się oskarżenia o czary i spalenia na stosie. Klerykałowie i biskupi roszczą sobie prawo zawłaszczania coraz to nowych dziedzin życia i decydowania w obszarach, które dotąd podlegały wyłącznej władzy świeckiej. Episkopat swój ideologiczny dyktat agresywnie przemyca w każdą dziedzinę naszego życia i każe czuć się nam winnymi kiedy chcemy postąpić inaczej niż Kościół nakazuje ( bo nie są to nauki, ale nakazy). Lekarze podpisują lojalki wobec Kościoła, co ogranicza im możliwość wykonywania zawodu zgodnie z prawami świeckimi, dzieci urodzone dzięki in vitro obarczane są przez Kościół winą za śmierć swoich braci (absurd). Pod fałszywym hasłem obrony rodziny obwiniani są też rodzice. O zgrozo najwięcej na temat rodziny mają do powiedzenia ludzie, którzy rodziny nie mają. Bo celibat zabrania tego księżom. Tylko, że Kościół z łatwością odrzuca doktryny dlań niewygodne, ale sztywno trzyma się tych które mogłyby materialnie zubożyć tę firmę nastawioną przede wszystkim na zysk.

Właśnie niedawno przeczytałam, że Kościół upraszcza procedury związane z rozwiązaniem ślubów kościelnych. Za odpowiednio dużą opłatą (1000 – 1500, a nawet 2200 złotych) proces zamiast wielu lat może zakończyć się w ciągu 45 dni. Takie prawo ustanowił papież Franciszek I, a ma obowiązywać od 8 grudnia tego roku. Następna rzecz, Episkopat stawia prawo naturalne nad prawem stanowionym. Gdybyśmy ulegli tym absurdom i spełnili oczekiwanie hierarchów Kościoła, w Polsce zapanowałaby anarchia i niewyobrażalny chaos. Wrócilibyśmy do czasów walki o przeżycie, co dawałoby prawo silniejszemu zabić słabszego. Dalej, biskupi chcą za wszelką cenę wpływać na decyzje polityków, a zbuntowanych przykładowo z bezwzględnością karzą. Ta służalczość i manifestacja uległości wobec hierarchów Kościoła spotykana jest na każdym kroku (pani premier w Watykanie na kolanach, prezydent Duda na każdej uroczystości nisko przy ziemi). Episkopat często i dobitnie podkreśla, że władza świecka i kościelna powinna iść w parze, a Państwo i Kościół stanowić nierozerwalny twór. Przecież konstytucyjnie jesteśmy państwem z władzą świecką więc skąd tak jawna chęć współrządzenia okazywana przez Episkopat.

Nie jest tak, że wszyscy księża są uwikłani w kościelną obłudę.  Wielu, tych z niższego szczebla, to ludzie przyzwoici, rozsądni, życzliwi i uczciwi. Ale nie wolno im powiedzieć czegokolwiek, co psułoby wizerunek Kościoła. Wszyscy kościelni funkcjonariusze w drodze do wyższego szczebla, przechodzą proces intensywnego prania mózgu, aż z czasem nie są w stanie samodzielnie myśleć. Publicznie żaden nie wypowie tego, co można od niego usłyszeć w prywatnej rozmowie. To coś podobnego jak z naszymi politykami. Klasykiem tego przykładu jest były marszałek Sejmu, a wcześniej minister spraw zagranicznych, Radosław Sikorski. Oficjalne jego stanowisko wobec wielu spraw     (dla przykładu nasze stosunki z Bratem zza oceanu), było diametralnie różne od tego zajmowanego podczas  biesiad przy dobrych potrawach i markowych trunkach. Kościół wymusza na swoich podwładnych bezwzględną dyscyplinę. Duchowni wręcz panicznie boją się zwierzchników. Na bezwzględnym posłuszeństwie opiera się cała potęga Kościoła. W pracy miałam kolegę, którego wujek (brat matki) był proboszczem w jednej z parafii miasta wojewódzkiego. Często odwiedzał rodzinę i tam mógł dać popis swobodzie wypowiedzi na wszystkie tematy. Kochanka z dala od kościoła, którym zarządzał, dziecko na które łożył z datków swoich parafian i poglądy dalekie od oficjalnych.

Religia w szkołach. Tą decyzją Kościół spowodował, że dzieci rzadziej, bo tylko na mszy św. przebywają na terenie swojej parafii. Ale ważne były pieniądze, które wydzierane są państwu za naukę, choć w pierwotnym założeniu nauka religii miała być prowadzona bez wynagrodzenia. Potężne ilości sal katechetycznych teraz wynajmowane są za duże pieniądze. Kogo obchodzi, że atmosfera do nauki religii była idealna na terenie parafii. A teraz wróćmy do nauki o wychowaniu w rodzinie. To Kościół najbardziej broni sztywnego stanowiska, by edukacji seksualnej nie było. Dlaczego? Przecież dziecko na każdym poziomie rozwoju powinno poznawać swoją seksualność. Wiedza pozwoliłaby mu rozpoznać zagrożenia, nadużycia dorosłych, zły dotyk. Rozmowa szczera na każdy temat pozwoliłaby uniknąć wielu tragedii związanych z molestowaniem, nie tylko przez obce dla dziecka osoby, ale też przez najbliższe. Jednym z najważniejszych czynników chroniących dziecko, jest jego świadomość i pewność, że jest kochane i ma się do kogo zwrócić kiedy ma problem. Nauczyć trzeba też dziecko mówić: NIE. Kiedy jest przymuszane do rzeczy których nie chce robić musi potrafić powiedzieć NIE. Tego nie nauczy się samo. My dorośli musimy o to zadbać, zarówno w szkole jak i w własnych domach.

Wiara i Kościół. To dwa diametralnie różne pojęcia. Według Episkopatu ten kto nie bierze udziału w niedzielnej mszy św. automatycznie wyklucza siebie z Kościoła. Sama wiara, nawet najgorliwsza nic nie znaczy. A wiara daje ludziom siłę, zwłaszcza ta mocna, bezwarunkowa, pewna, uczciwa i gorliwa. Ale wiara i Kościół jako instytucja pazerna, obłudna, skostniała, zakłamana i służalcza mają ze sobą niewiele wspólnego.

Podobnie jak wspomniany na początku artykułu ojciec, Kościół nigdy nie będzie kojarzył się wiernym z prawdą. Od niepamiętnych czasów właśnie ta instytucja ludziom wiernym i nie tylko przypomina machinę nastawioną na mnożenie swojego majątku, trzymanie  ludzi krótko na smyczy, budzenie w nich nieustannie poczucia winy. Nie ma to nic wspólnego z nauczaniem Chrystusa, wiarą w Boga, który dał człowiekowi wolną wolę i możliwość wyboru. Współcześni biskupi są apodyktyczni i bardziej konserwatywni, niż w państwach uznanych za ostoję chrześcijaństwa. O duszę swoich owieczek Kościół troszczy się najmniej. Ma wiele innych ważniejszych dla siebie zadań, a grozi palcem bardzo często nie tylko wiernym ale też władzy. To bezpośredni powód i przyczyna, że do kościoła chodzi coraz mniej ludzi. Polacy wierzą, deklarują się jako katolicy, ale nie uczestniczą w mszach. Modlimy się, dziękujemy Bogu za łaski, odwiedzamy Dom Boży, ale w ciszy kiedy nie ma tam księdza. Wybieramy często bezpośrednią rozmowę z Bogiem, bez udziału innych osób. Według Episkopatu, to nie jest wiara. A przecież wiara i Bóg jest w nas. Swoim życiem zgodnym z wolą bożą najwierniej świadczymy, że wierzymy. Kościół chce zawłaszczyć nasze życie w każdej dziedzinie. To niesie odwrotny skutek do oczekiwanego. Działa tu zasada: czym bardziej ludzie są do czegoś przymuszani, tym bardziej sie przed tym bronią. Podobny efekt przyniosła religia wepchnięta na siłę do szkół. Teraz są tego widoczne negatywne skutki.

Myślę, że nie obraziłam niczyich uczuć religijnych. Jeżeli tak, zapewniam, że nie miałam takiego zamiaru.

NA „GIGANCIE”, CZYLI WAKACYJNE UCIECZKI DZIECI I MŁODZIEŻY.

Wakacje, to okres odpoczynku i radości. Po dziewięciu miesiącach wytężonej nauki zaczyna się czas swobody. Większość młodych ludzi spędza go zgodzie z oczekiwaniem rodziców: bezpiecznie, wesoło, w gronie innych dzieci i przyjaciół. Jednak znaczny odsetek ucieka z domu, popada w kłopoty, fundując sobie wspomnienia złych przeżyć na wiele lat.  Rodzinie dramat, strach i obawę, by nie okazało się, że  dziecko spotkało to najgorsze……….

Każdego roku, na początku wakacji temat ucieczek dzieci i młodzieży z domu, wraca jak bumerang.  Oklepany, powielany wielokrotnie do znudzenia, ale aktualny w dalszym ciągu, bo ilość wakacyjnych ucieczek dzieci i młodzieży z domów rośnie z roku na rok. Odpuścić, nie mówić, nie pisać? Tak nie można. Należy temat nagłaśniać  w prasie, telewizji, radio, a także w każdy inny sposób. Nawet zapobiegnięcie jednemu oddaleniu dziecka z domu  warte jest tego, by krzyczeć głośno o tym problemie, uczulać rodziców i opiekunów na zagrożenia jakie mogą spotkać dziecko na „gigancie”. Co niepokoi z roku na rok  bardziej? Wzrost liczby ucieczek oraz oddalanie się samowolnie z domów dzieci coraz młodszych.  Dawniej uważano, że uciekają najczęściej zbuntowane nastolatki, będące w kryzysie wieku dojrzewania. Obecnie problem dotyczy także tak zwanych dobrych domów.

Da się wyjaśnić ucieczki z rodzin patologicznych: biedą, chęcią przeżycia tego, czego brak im w domu, poznanie nowych miejsc, ludzi. Trudniej usprawiedliwić i  wyjaśnić oddalenia z domów uważanych za normalne. Tych z roku na rok przybywa w szybkim tempie. Koniecznie trzeba szukać przyczyny i podjąć działania, by ten proces zatrzymać. Powodów jest dziesiątki: przemoc w domu, kłótnie między rodzicami, nałogi rodziców (alkoholizm, narkomania), brak czasu dla dzieci, zmęczenie rodziców, praca ponad normatywny czas, brak miłości, akceptacji, zbyt duże wymagania, niespełnianie oczekiwań rodziców, odrzucenie, ciągła krytyka, a także chęć poczucia się wolnym. Inne przyczyny dotyczą nieporozumień z rówieśnikami i kłopotów w szkole. Możemy mnożyć powody w nieskończoność. Czasem rodzice błędnie myślą, że wystarczy kupić dziecku nowy tablet, markowe rzeczy, wysłać na wakacje za granicę. To za mało, bo brak miłości i czasu dla dziecka, nie da się zastąpić rzeczami.

Dane biją na alarm. Statystyki pokazują wyraźnie, że ilość oddaleń z domu dzieci i młodzieży jest największa w czasie wakacji. Najczęściej uciekają  nieletni mieszkańcy miast mający 14-16 lat. Jak podaje Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych Itaka, w naszym kraju co 2-3 dni zgłasza się zaginięcie dziecka poniżej 7 roku życia, a każdego dnia  policja przyjmuje zgłoszenie o oddaleniu dwojga dzieci w przedziale wiekowym 7-13 lat.  Porównując  ucieczki w latach  2013 i 2014 widać, że w każdej grupie wiekowej zaginięcia mają tendencję rosnącą.

ZGŁOSZONE POLICJI ZAGINIĘCIA DZIECI

Rok Do 7 lat 7-13 lat 14-17 lat
2014 525 964 6 615
2013 481 951 6 121


http://statystyka.policja.pl/st/wybrane-statystyki/zaginieni/50885,Zaginieni.html

Na szczęście większość zaginionych zostaje odnaleziona w ciągu pierwszych 14 dni od zgłoszenia. 95%  dzieci w ciągu pierwszych 7 dni z powrotem trafia do swoich domów.

Ucieczka, to nie tylko oddalenie się młodego człowieka lub dziecka z domu. Tragedia zaczyna się w momencie sięgania po narkotyki, alkohol, dopalacze. Uciekinierzy  najczęściej są bez pieniędzy lub mają ich niewiele. By przetrwać sprzedają to, co mają przy sobie, czyli własne ciało. Chętnych na ten rodzaj usług jest dużo. Często to dewianci, zboczeńcy, którzy krzywdzą dziecko na całe życie. Nawiązać kontakt  nie jest trudno. Może to być wcześniejsze  umówienie się przez Internet lub za pomocą oszustwa (podstępu) propozycji dobrze płatnej pracy (modelka, hostessa). W rezultacie chodzi o prostytucję. Inni przestępcy wyszukują samotne dzieci i młodzież na dworcach, w galeriach, w parkach i na placach. Proponują im mieszkanie, jedzenie i wabią w ten sposób do siebie.

Czujność rodziców nie powinna nigdy być uśpiona. Opieka nad dzieckiem, to nie tylko dostatek materialny, a także dbanie o jego bezpieczeństwo. Rozmowa, to ważny element kontaktu z dzieckiem, nigdy nie jest jej za dużo. Podczas rozmów poznajemy myśli dziecka, problemy, wiemy czego pragnie, a co sprawia mu kłopoty. W porę możemy zareagować, zapobiec tragedii.  Dziecko powinno czuć nieustanną obecność rodzica przy sobie.  Wpojone zasady postępowania powinny towarzyszyć mu na co dzień. Dorosły ma obowiązek swoim autorytetem i doświadczeniem chronić nieletnich przed złymi czynami. Łatwiej zapobiegać, bo nieprzemyślane decyzje mogą prowadzić młodych do tragedii, a ich rodzicom zabrać spokój i radość do końca życia.

Pamiętajmy, że pewien odsetek młodych ludzi i dzieci nie odnajduje się nigdy, znika bez śladu. Część z nich  żyje na własny rachunek. Niestety są też przypadki śmierci dziecka, które oddaliło się z domu. Wakacje to czas radości i nadmiaru wolnego czasu. Kontrolujmy życie dziecka, by uchronić je przed błędami.

WÓZEK NIE JEST PRZESZKODĄ

Dzieci dzieciom dają to, co najpiękniejsze. Zdrowe chorym swoją sprawność, chore zdrowym swoją silną wolę i umiejętność pokonywania barier.

W nawiązaniu do  poprzedniego tematu, prezentuję sylwetkę  chłopca, który bez  pomocy fundacji nie mógłby normalnie żyć. Krzyś to chłopiec z dysfunkcją ruchową kończyn dolnych, poruszający się tylko na wózku, teraz siedemnastoletni tancerz Integracyjnego Klubu Tańców Polskich.

Urodził się  w styczniu  1998 roku. W swoim krótkim życiu przeszedł wiele skomplikowanych operacji, najpierw ratujących życie, potem sprawiających, żeby  mogło być zbliżone do codzienności zdrowych rówieśników. Jednak wózek towarzyszy mu od pierwszych dni życia i nigdy się od niego nie uwolni. Z czasem zaakceptował go i polubił. Przekonaliśmy się wszyscy, że stał się atutem małego artysty. Krzyś naukę rozpoczął w szkole integracyjnej. Tam też miał próby zespół, w którym tańczyły pary mieszane. Jedno dziecko zdrowe, a drugie na wózku. Pani prowadząca zajęcia zapytała  chłopca, czy chciałby przyjrzeć się próbie? Zgodził się chętnie, bo w zespole tańczył kolega z klasy, Michał. Podobnie jak Krzyś  poruszał się tylko na wózku, ale to nie przeszkadzało mu tańczyć. W zespole brakowało dzieci na wózkach. Chętnych, zdrowych było za dużo, ale żeby stworzyć grupę potrzebni byli partnerzy z dysfunkcjami ruchowymi. Dzieci takie trudno przekonać, by pokazały się na scenie. Opór mają nawet dzieci zdrowe, bo czasem trema jest tak silna, że paraliżuje ruchy, a dziecko chore ma dodatkowo obawę, czy ktoś nie wyśmieje jego kalectwa, czy nie będzie przyglądał się natarczywie? Krzyś podobnie do innych dzieci też miał obawy. Udział w próbach zespołu poprzedziły długie rozmowy z mamą. Ona szybko rozwiała jego wątpliwości, które często nie pozwalały mu spokojnie spać. Przekonała syna, że spróbować zawsze warto, a to czy zostanie i będzie tańczył, zależy od niego i tylko on będzie o tym decydował. Mając takie zapewnienie, Krzyś zaczął chodzić na próby i już po trzech miesiącach pojawił się po raz pierwszy na scenie. W szkole, do której chodził, miał miejsce Turniej Tańców Polskich. Grupa Integracyjna z Krzysiem i Michałem otwierała te zawody swoim występem. Tak więc młody tancerz, w bardzo krótkim czasie, miał swój debiut sceniczny. Nie pamiętał, że porusza się na wózku, czuł jakby niewidzialne skrzydła unosiły go nad ziemią. Występ został nagrodzony gromkimi brawami i grupa jeszcze raz zatańczyła na zakończenie potyczek turniejowych. Chłopiec przekonał się wtedy ostatecznie do udziału w grupie tanecznej, chętnie brał udział w próbach i późniejszych koncertach. Próby są męczące, żeby dojść do zadowalającego poziomu, trzeba mieć dużo cierpliwości i wytrwałości. Dotyczy  to także zdrowego partnera. Zgranie, wzajemną sympatię i radość z tańca widać na scenie. W parze nie mogą tańczyć osoby, których nie łączy zrozumienie i zadowolenie z tego co robią. Tu nie da się udawać, trzeba być szczerym.  Choć czasem dochodzi do spięć, szybko są one łagodzone przez instruktora i samych tancerzy. Krzyś nie widzi różnicy między nim, a tancerzami bez wózka. Grupę łączy nie tylko taniec. Razem wyjeżdżają na wakacje. Tworzą zgraną paczkę w tańcu, ale także poza nim. Pomagają sobie, kiedy jest to wskazane, bawią się wspólnie na dyskotekach, zwiedzają. Tu, wśród przyjaciół można zapomnieć o wózku. Starsi potrafią pocieszyć młodszych kolegów, tęskniących za domem i rodzicami. Nie ma czasu na nudę.

Krzyś i Michał są przykładem dzieci z dysfunkcją ruchową, a jednak aktywnych. Ogromna zasługa jest w tym przedsięwzięciu rodziców. To oni są najważniejsi w sprawach wożenia, odbierania, czekania. Kosztem własnego odpoczynku, czasem resztką sił są przy swoich dzieciach. Pomagają im, by jak najmniej odczuwały swoją chorobę. To oni pokonują bariery i trudności. Szyją stroje, starają się by młodzi artyści prezentowali się perfekcyjnie. Nagrodą są występy galowe i udział ich dzieci w turniejach. Wtedy łzy lecą po policzkach, mimo woli.

http://www.folklorpoznan.pl/integracyjny-klub-ta324coacutew-polskich.html


http://www.folklorpoznan.pl/integracyjny-klub-ta324coacutew-polskich.html

Moja najmłodsza córka tańczyła w Grupie Integracyjnej kilka lat. Dlatego tak dobrze znam to środowisko i dzieci tworzące pary taneczne. Sama zawsze płakałam widząc moje dziecko na scenie z Michałem. Teraz nasze dzieci są dorosłymi ludźmi, ale więź która połączyła ich poprzez  wspólny taniec, przetrwała do dziś. Córka, kiedy tylko wraca do domu odwiedza przyjaciół z zespołu. Myślę, że te piękne przyjaźnie przetrwają długo. Warto traktować swoje niepełnosprawne dziecko, od najwcześniejszych lat życia, jak normalnego człowieka. Dawać mu zadania i zajęcia, które jest w stanie wykonać. Wyręczanie we wszystkim, to robienie mu krzywdy. Tak można wychować człowieka, któremu trudno będzie poradzić sobie w dorosłym życiu. Drodzy Rodzice niepełnosprawnych dzieci nie bójcie się, pozwólcie i zachęcajcie dziecko do aktywnego życia i samodzielnego pokonywania trudności. Nie można zrażać się drobnymi niepowodzeniami. Trzeba  być silnym i nie zniechęcać się. Grupa potrafi dać siłę tym mniej odważnym i przebojowym. Działa tu zasada: ja potrafię, on potrafi, więc jak się postarasz, potrafisz ty też! A wspólny taniec rodzi przyjaźń i radość, z tego co się robi.

Co sądzicie o  aktywnym życiu dzieci chorych. Popieracie rozczulanie się rodziców nad ich kalectwem, czy dążenie do tego, by samodzielność pozwoliła im żyć jak normalnym ludziom?

PODARUJ 1% SWOJEGO SERCA

Zbliża się okres rozliczenia podatku za 2014 rok. Jak co rok, w telewizji, prasie i radio, pojawiają się spoty reklamowe z prośbą o wsparcie jednej z wielu fundacji.

Na początku stycznia odwoływali się do naszej hojności, dyrygent WOŚP Jurek Owsiak i jego sztab, zaangażowani w pozyskiwanie środków dla szpitali. W tym roku, jak zawsze, cel był konkretnie sprecyzowany, a Polacy, co było do przewidzenia, nie zawiedli. Z wielkim sercem dokładali swoją cegiełkę do szczytnego celu.

Od stycznia do końca kwietnia mamy okazję znowu pomóc. Przez cały okres rozliczania się z fiskusem, organizacje pozarządowe będą odwoływać się do wrażliwości Polaków i prosić o wsparcie. Nie dla siebie, a dla swoich podopiecznych. Chorzy ludzie, przede wszystkim dzieci, nie zawsze mogą liczyć na leczenie w całości finansowane przez NFZ. Są przypadki, gdy instytucje państwowe odmawiają pomocy lub procedury pozyskiwania środków są tak mozolne i długotrwałe, że chory nie może czekać. Rodzina, z reguły nie jest w stanie pokryć drogich zabiegów lub sfinansować zakupu leków ratujących życie chorego, dlatego we własnym zakresie trzeba szukać pomocy. Jedyną nadzieją na ratunek jest wtedy wsparcie fundacji, której podopiecznym jest chory pacjent. Te właśnie instytucje, przez cały rok, a przede wszystkim w okresie rozliczeń podatników z Urzędami Skarbowymi, gromadzą środki dla osób, które znikąd nie mogą liczyć na wsparcie.

Jak wygląda działalność organizacji pozarządowych? W Polsce zarejestrowanych jest ponad 80 tys. tego typu organizacji (dane za rok 2012). Trzy czwarte z nich działa aktywnie. Połowa polskich organizacji nie posiada żadnego majątku, nawet w postaci wyposażenia biurowego. Działalność ich opiera się przede wszystkim na pracy społecznej, zarówno członków, jak i władz, czyli na wolontariacie. Prawie wszystkie osoby pracują w stowarzyszeniach i fundacjach nieodpłatnie, dlatego niemal całość zebranych środków trafia do potrzebujących. Tylko 6% czyli ok. 4800 organizacji zajmuje się ochroną zdrowia. I te właśnie interesują mnie najbardziej, bo pomagają tym, którym ich wsparcie jest niezbędne, a nierzadko dzięki ich środkom setki chorych mogą dalej cieszyć się życiem!

Około 12% wpływów finansowych dla wszystkich organizacji pozarządowych stanowią odpisy z podatku (1%). Możemy ten odsetek zwiększyć. Wystarczy trochę dobrej woli. Ja od 10 lat 1% podatku, mojego i moich najbliższych, przeznaczam dla Fundacji Dzieciom „Zdążyć z pomocą”, ze wskazaniem na konkretną osobę, czyli Macieja. Rodziców chłopca znam od dawna, jeszcze jako praktykantów, a potem pracowników w naszej firmie. Obydwoje niezwykłej urody, mądrzy, pełni optymizmu, życia i energii. Miło wspominam czas spędzony z tą dwójką młodych ludzi. Lubię ich do dziś, bo nieczęsto spotyka się tak dojrzałych, młodziutkich rodziców w sytuacji, gdy trzeba zaakceptować chore dziecko w swoim życiu, domu, rodzinie. Maciuś urodził się z zespołem Downa. Niewiele dawano mu szans na przeżycie. Oprócz choroby genetycznej, miał kilka innych schorzeń, które zagrażały jego życiu. Mama zawsze stała przy jego łóżeczku w szpitalu, trzymała za maleńką rączkę i pilnowała, by żył. Maciuś ma dzisiaj 10 lat. Jest dobrze rozwijającym się chłopcem. To dzięki wsparciu Fundacji, ciągłej rehabilitacji na miejscu i podczas turnusów, zrobił tak wiele. Mam satysfakcję, bo chociaż maleńkie moje ziarenko, kiełkuje w postępach i drodze do zdrowia tego dziecka.

Pomóżcie i Wy Drodzy Goście mojego bloga. Wystarczy, że w odpowiednie rubryki właściwego PIT-u wpiszecie dane wybranej fundacji/stowarzyszenia. W ten prosty sposób wyrazicie własną wolę przekazania 1% swojego podatku na szczytny cel. W szczególności zachęcam emerytów i rencistów. Ta grupa osób najczęściej otrzymany PIT-11 odkłada ad acta. Nie musi się rozliczać, bo ZUS załatwia to bezpośrednio z US. Ale można, ze względu na odpis, rozliczyć się samemu i w ten sposób wesprzeć potrzebujących. W najpopularniejszym formularzu PIT-37 są to rubryki o symbolach I, J i numerach od 131 do 135. Zachęcam serdecznie!!! Tak niewiele nas to kosztuje, tylko kilka poświęconych minut na wypełnienie PIT-u. Z każdej najmniejszej kwoty otrzymanej od milionów ludzi można zebrać znaczne sumy i pomóc chorym. W razie potrzeby chętnie pomogę wypełnić arkusze.

Napiszcie, co o tym sądzicie, a może podobnie jak ja wspieracie już wybrane organizacje pozarządowe?