OBSERWACJE KOBIETY PRACUJĄCEJ Z DRUGIEJ STRONY LADY

4 października minie rok mojej pracy w sklepie piekarniczo-cukierniczym na stanowisku sprzedawca – kasjer. Chciałam podzielić się z Wami, Drodzy Czytelnicy najciekawszymi spostrzeżeniami i sytuacjami jakie spotkały mnie podczas obsługiwania klientów. Być może zainteresuje Was to co czuje i przeżywa sprzedawca. Każdy z nas robi zakupy, ale mało kto wie, co dzieje się tam gdzie nie mamy dostępu, czyli za kontuarem. Lubię swoją pracę i ludzi, których mam przyjemność obsługiwać, kłopoty zaś ,,zostawiam w domu”. Klienci, z reguły, widzą mnie uśmiechniętą i pozytywnie nastawioną do tego co robię. Myślę, że właśnie moja postawa i zachowanie ma ogromny wpływ na to jak postępują w stosunku do mnie. Wyznaję zasadę, że dobrego człowieka, szanującego innych, trudniej przychodzi skrzywdzić, komukolwiek. Chociaż nikt nie jest idealny i zdarzają mu się potknięcia, lubianemu łatwiej się wybacza, zapomina i przechodzi do porządku dziennego.                                                                                                                            

Przede mną w tym sklepie, przez sześć lat, pracowała pani, nazwijmy ją umownie Genia, bardzo lubiana przez klientów. Potem, po jej przeniesieniu, przez jakiś czas punkt obsadzano przypadkowymi ludźmi wypożyczonymi z innych cukierni Firmy. Ludzie tego nie tolerują, lubią mieć swoją panią w osiedlowym sklepie. Sami rozumiecie więc, że w takiej sytuacji, nastawienie kupujących do mnie było, mówiąc eufemizmem, nieprzychylne. Co więcej niektórzy, najbardziej zdesperowani w walce o powrót dawnej pani, robili wszystko by zniechęcić mnie do pracy w tym miejscu. Po prostu nie chcieli mnie tu i tyle. Byłam niewzruszona i zawsze równie grzeczna i uśmiechnięta. Wiedziałam, że po jakimś czasie ,,odpuszczą”, uznają mnie za swoją. Długo nie musiałam czekać, bo z każdym dniem ubywało frustratów, a atmosfera stawała się przyjemna przede wszystkim dla mnie. Teraz mogę, z pełną odpowiedzialnością, powiedzieć, że praca w sklepie to sama przyjemność.                                                                                                                          

Ale wróćmy do początków. Nieprzyjemnych incydentów, które zapamiętałam, nie było wiele, bo tylko dwa. Bardzo przykra, w dzień wigilii Bożego Narodzenia, miała miejsce nieprzyjemna sytuacja, której autorem był niezadowolony klient. ,,Wściekł się”, chyba tylko to słowo pasuje w tym momencie, o zupełnie błahą sprawę. Otóż przyjęłam zamówienie na rodzaj chleba, którego w tym dniu nie wypiekano. Podczas zamówienia nie wiedziałam o tym,  informacja z biura przyszła później. Nie miałam możliwości skontaktowania się z mężczyzną i wyjaśnienia. Dopiero w dzień odbioru pan dowiedział się, że towar nie jest w całości zarezerwowany. W jednej chwili zrobił się czerwony i tak zły, że nie potrafił opanować emocji, a niezadowolenie wyładował, nie przebierając w słowach, na mnie. Byłam spokojna i wyjątkowo opanowana, przeprosiłam, zaproponowałam inny asortyment, podobny do zamówionego. Nie uspokoiło to sfrustrowanego klienta, wymyślał i wyzywał bez końca. Nie wytrzymała tego długo cierpliwa pani stojąca za nim. Pewnie stwierdziła, że musi mi pomóc i zakończyć incydent. Zwróciła, grzecznie, uwagę mężczyźnie, że nie powinien w takim wyjątkowym dniu awanturować się z tak błahego powodu. Kolory na jego twarzy przeszły z jasno czerwonych w bordo, wtedy rozpętała się burza na dobre. Byłam przez moment pewna, że pan użyje laski, którą się podpierał i zbije ją i zapewne mnie też. Nagle opanował się, odpuścił i wyszedł nie kupując nic. Myślałam, że nigdy już nie zajrzy do naszej piekarni. Myliłam się, przyszedł zaraz po świętach, z czekoladą w ramach przeprosin. Do dzisiaj kupuje i jest jednym z milszych klientów. Przemyślał pewnie swoje zachowanie i uznał, że nie powinien tak postąpić. Przyjęłam przeprosiny i ,,prezent” też, czym sprawiłam przyjemność ,,odmienionemu” człowiekowi.                                                                                                         Druga przykra sytuacja miała miejsce niedawno. Klient był wyraźnie niezdecydowany co do ilości i jakości towaru, który chce kupić. Najpierw zażyczył bomby rumowe, wydrukowałam paragon. Potem drożdżówki, również na oddzielny kwit. Zakończył zakupy reklamówką, trzecim paragonem. Podsumowałam wszystkie kwoty i skasowałam należność, po czym podałam komplet dowodów  zakupu towaru. Pan wyszedł, nie zabierając paragonów, jak większość kupujących. W powyższej sytuacji doszukał się nieprawidłowości kolejny klient, który czekał  na zakup towaru. Do mnie nie powiedział nic, zadzwonił do właściciela Sieci, w której mam przyjemność pracować. Skłamał mówiąc, że nie dałam paragonu klientowi, a w ogóle sprzedałam towar bez rejestracji na kasie. Tak twierdził. Krótko potem zadzwoniła do mnie pani z biura i prosiła o wyjaśnienie sprawy. Wersja moja i pana różniły się diametralnie. Znalazłam pognieciony komplet połączonych trzech kwitów i przekazałam  jako dowód, że prawda jest po mojej stronie.                             

Więcej takich scen nie było. Drobne zgrzyty tak, typu ,,Genia wiedziała, że dla mnie chleba nie trzeba kroić, a pani nie wie”. Pomyślałam, że po sześciu latach też będę wiedziała więcej niż teraz, ale nie powiedziałam tego pani. Podałam chleb z uśmiechem i więcej przykrych uwag nie słyszałam. Inne ,,Genia miała w kącie stoliczek i krzesło, można było odpocząć porozmawiać, a pani nie ma, dlaczego?” . ,,Zawsze mogę zmęczonej osobie podać krzesło z zaplecza, kiedy poprosi, nie ma problemu”, ale nie może stać sprzęt w miejscu przeznaczonym dla klientów stojących w kolejce. Takie uszczypliwości i porównania do ukochanej poprzedniczki, wyeliminował czas całkowicie. Teraz wszyscy klienci są uprzejmi. W miejsce tamtych niegrzecznych uwag pojawiają się słowa typu: ,,Jak dobrze zaczynać z panią dzień, bo czuje się tu dobrą energię”, albo ,,Miłego dnia życzę” – słyszę od wielu wychodzących ze sklepu. ,, Dzień dobry” i ,,Do widzenia” mówimy sobie wszyscy. Rzadko wchodzi ktoś bez powitania i wychodzi bez pożegnania. To jest bardzo miłe, kiedy sklep jest pełen ludzi, a w tle słyszy się ,,dzień dobry”, ,,do widzenia”. Odpowiadam pomimo tego, że jestem zajęta, kroję chleb lub ważę ciastka. Tak trzeba. Podczas mniejszego ruchu rozmawiam z klientami. Pomimo, że jest wiele do zrobienia, staram się każdego wysłuchać. Zwłaszcza starsze osoby, samotne potrzebują podzielić się swoimi troskami z drugim człowiekiem. Oczekują pocieszenia w chorobie, usprawiedliwienia dla dzieci, które zapomniały o starej matce, ojcu. Sami rzadko ich winią, bo praca, dzieci, dom, to ich pochłania bez reszty, nie mają czasu dla samotnych Rodziców. Trzeba być taktownym, nie mówić wiele, słuchać, to wystarczy. Inni najchętniej chcieliby porozmawiać o polityce. To temat, który ucinam w zarodku. Nie mam nic na ten temat do powiedzenia.  

Dodam, na koniec, że pracuję na zmianę z bardzo młodą (22 lata) dziewczynką. W ciągu roku były trzy różne panie.  Dwie poprzednie krótko, zmieniły miejsce na polecenie właściciela. Renatka jest tu od ponad pół roku. Miła i uśmiechnięta ciągle. Nie zauważyłam żeby choć raz okazała komuś zdenerwowanie i niecierpliwość. Szybka i zwinna jak sarenka, chociaż ma poważne problemy ze zdrowiem. Klienci uwielbiają ją. Zatrudniona jest w Firmie trzy lata. Wędrowała w tym czasie od sklepu do sklepu. Zaliczyła wszystkie ( ponad 30) i w każdym miała problemy z załogą. Nikt nie chciał z nią pracować. Nie rozumiem dlaczego?  U mnie ma najwyższe noty za profesjonalizm, wiedzę, samodzielność, uczciwość, szacunek do ludzi i pozytywny stosunek do pracy, którą wykonuje.              

Pracuję i lubię tu przychodzić. Tyle na dzisiaj. Wrócę do tematu, może po kolejnym roku pracy?

 

WNIOSKI WYNIKAJĄCE Z OBSERWACJI ŻONY I MATKI

,,Współcześni mężowie i ojcowie angażują się w życie rodziny aktywniej niż w ,,czasach mojej młodości”. Na początku tekstu postawiłam tezę,  w dalszej części postaram się uzasadnić jej słuszność.

Obserwuję młode małżeństwa w rodzinie, miejscu zamieszkania, na ulicy i placach zabaw. To co widzę owocuje czasem mimowolnymi myślami i automatycznym powrotem do przeszłości, a ściślej mówiąc, do czasów kiedy byłam młodą żoną i matką. Refleksja pozwala na stwierdzenie pewnych, a właściwie zdecydowanych różnic w zachowaniu młodych mężczyzn, ich roli i zaangażowaniu w życie swojej rodziny. Najłatwiej opisać zjawisko na podstawie własnych obserwacji i doświadczeń. Wtedy nie może być mowy o błędzie, kłamstwie, wypaczonym spojrzeniu na problem. Tak też uczynię w tym przypadku. Znam temat omawiany dobrze, bo sama w nim uczestniczę, a ustaleniami i wnioskami chcę podzielić się z Wami Szanowni Goście mojego bloga. Sprawa dotyczy każdego z nas, więc nie kryję, że liczę na ciekawą dyskusję, w zamieszczonych pod postem komentarzach.

Najpierw omówię przeszłość, czyli czasy, w których moja rodzina była młodą komórką, na progu życia małżeńskiego. Jak wtedy swoją rolę wypełniali mężowie i ojcowie? Trzeba zacząć od tego, że większość kobiet, po urlopie macierzyńskim, występowała do firmy z prośbą o trzyletni urlop wychowawczy. Mężczyzna, zarabiał na rodzinę sam, zaś matka, do ukończenia przez dziecko trzeciego roku życia, przebywała z nim w domu. Kobiety integrowały się na placach zabaw, wymieniały opinie i doświadczenia na temat wychowywania dzieci. Przyjaźnie zawiązane przez matki przetrwały do dziś, z przyjemnością wspomina się podczas przypadkowych spotkań tamte czasy. Ojcowie pracowali często całymi dniami, a nawet w nocy. Mało mieli czasu i sił, by aktywnie spędzać czas z rodziną. Rzadko angażowali się w życie dziecka. Matka najczęściej chodziła z latoroślą do kina, teatrzyku, na miejskie imprezy, do cyrku czy na spacery, a nawet do kościoła, sama. Mężczyźni popołudniami i wieczorami, a także w  dni wolne od pracy, regenerowali siły najczęściej oglądając telewizję. Nie mieli siły, a może przede wszystkim potrzeby ani ochoty, uczestniczyć w spacerze, zabawach z dziećmi, wyjściach z domu. Przypuszczam, że duży wpływ na taką sytuację miało wychowanie. Od zawsze wpajało się mężczyznom, że to oni są samcami alfa, na barkach których spoczywa utrzymanie rodziny. To i nic więcej było ich obowiązkiem. Rzadko który mąż i ojciec chciał wychylić się poza tę rolę. Bał się o utratę statusu macho. Place zabaw, kina i teatrzyki w większości wypełnione były dziećmi z matkami, niestety bez ojców. Tak pamiętam tamten czas ja i zapewne wiele kobiet – moich rówieśniczek, z czasów PRL-u.

Dzisiaj obserwując młode rodziny, serce aż rośnie z radości i podziwu. Czasy zmieniły się diametralnie, a wraz z tym rola męża i ojca w rodzinie. Dzisiaj młodzi mężczyźni aktywnie uczestniczą w życiu ,,swojego stadka”. Dumnie towarzyszą żonie i dziecku w spacerach, zabawach. Młodzi ojcowie uczą swoje dzieci jeździć na wrotkach, rowerze, grają w klasy. Zaprowadzają dziecko na pozaszkolne zajęcia, noszą torby wypełnione zakupami. Pięknie wygląda tatuś niosący dziecko na rękach, które regularnie o godzinie 17.00 śpi na jego ramieniu. Dodam tylko, że młody tata musi zanieść je na czwarte piętro. Zaprowadzanie dzieci do przedszkola, odbieranie i zajmowanie się nimi w domu, przez ojców, jest dzisiaj regułą. Matki często zmuszone są, ze względu na potrzeby finansowe, pójść do pracy, zaraz po urlopie macierzyńskim. Przynajmniej tak było do momentu wydłużenia płatnego urlopu macierzyńskiego, do roku. Władze dostrzegły potrzebę pomocy rodzicom i ustaliły pomoc w kwocie 500 złotych na drugie dziecko i każde kolejne, do ukończenia przez nie 18 roku życia. Nie będę rozpisywać się, czy to rozdawnictwo, zniechęcanie kobiet do aktywności zawodowej (różne opinie da się usłyszeć na ten temat). Faktem jest, że mężczyźni mają czas i siły, by uczestniczyć w pełni w życiu rodziny, angażować się w proces wychowania syna czy córki. Sami też tego chcą. Sprawia im to przyjemność. Daje wiele radości i satysfakcji. Nie uważają, że tracą część swojej męskości, niewieścieją. To zjawisko napawa radością i nadzieją, że idziemy w dobrym kierunku. Skończyła się epoka pracy mężczyzny i zarabiania na całą rodzinę. Dzisiaj oboje rodziców pracuje, razem uczestniczą równo w życiu własnych dzieci. Myślę, że ta sytuacja jest normalna. We wspomnieniach z wczesnych lat życia, dziecko powinno widzieć często obojga rodziców u swojego boku. Niestety dzieci moje i większości rodzin z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wspominają tylko czas spędzony z matką, bo ojcowie mieli czas i siły tylko na pracę. Reszta należała do kobiet.

Proszę podzielcie się własnymi spostrzeżeniami i doświadczeniami. Być może są one zupełnie inne niż moje.

PODOBNIE JAK GABUNIA76: USPRAWIEDLIWIAM SIĘ I PRZEPRASZAM.

SZANOWNI GOŚCIE I CZYTELNICY MOJEGO BLOGA. PRZEPRASZAM ZA NIEOBECNOŚĆ I MAŁĄ AKTYWNOŚĆ.

Wcześniej remont i praca na bazarze. Teraz inny rodzaj aktywności zawodowej. To wszystko, niestety, wypełniało mi w ostatnim czasie życie. Mało wolnego czasu zostało na prowadzenie bloga, odwiedzanie zaprzyjaźnionych autorów, komentowanie ich ciekawych tekstów. Postaram się pisać i komentować jak najczęściej. Proszę nie zapomnijcie o : szescdziesiat-rowna-sie-dwadziescia.blog.pl.

Pozdrawiam wszystkich gorąco.

Elżbieta

W TYM ROKU NIE BĘDĘ KOCHANKĄ BAMBRA, NIESTETY

27 maja, podobnie jak każdego, roku od siedmiu lat, rozpoczęłam sezonową pracę na bazarku. Zarezerwowane wcześniej miejsce, czekało na mnie bym tchnęła w nie kolorowe życie, wystawiając do sprzedaży, na początek, dojrzałe, czerwone truskawki. W zasadzie nic się nie zmieniło, ten sam inkasent, ci sami właściciele stoisk, podobne towary. A jednak nie jest tak samo. Zaprzyjaźniony, jedyny przychylny mi konkurent w handlowaniu, był tego dnia nieobecny. Okazało się, że definitywnie zrezygnował ze sprzedaży swoich produktów rolnych w tym miejscu i w ogóle. Powód: pani z którą dzielił stoisko, swym jadem i zaborczością, wyeliminowała go, jako intruza z terenu wspólnie zajmowanego. Szkoda, że dał się wyrzucić ze straganu, który dzierżawił od początku istnienia ryneczku, czyli od ponad dwóch dekad. Był jednym z pierwszych gospodarzy z pobliskiej wsi, którzy właśnie mieszkańców tego osiedla chcieli zaopatrywać w swoje warzywa i owoce. Miał dobrą markę wśród klientów, a niektórzy z nich, bardziej zaprzyjaźnieni, mówili na niego  ciepło dziadek. Bez bambra to miejsce jest gołe, straciło swój klimat. Dziadek był tu centralną postacią, żaden klient nie przeszedł obok bez serdecznego dzień dobry, skierowanego specjalnie do niego.

Obraził się na wszystko, poczuł niesprawiedliwość, złamał się i zamknął w swoim domu. Pomimo, że władze Targowisk zaproponowały mu inne miejsce, nie przyjął go. Wycofał się. Tylko raz w tygodniu, w soboty przyjeżdża jego syn, który nie przywiązuje wagi do miejsca, na którym przyszło mu handlować. Od niego wiem, co dzieje się z ojcem. Zdrowie, mocno nadszarpnięte, pozwalało przyjeżdżać na rynek i obsługiwać klientów, ale  do pracy na roli nie bardzo się nadaje. Zamknął się w swoim świecie i czeka……………na…. Smutna reakcja na przeciwności, które w końcu nie są dla przeciętnego człowieka, nie do pokonania. Ale rolnik, to specyficzny odbiorca rzeczywistości. Uraza, będąca dla każdego z nas błahostką, jego powala na kolana, z których człowiek ze złamanym kręgosłupem, nie da rady się dźwignąć. Dwa lata temu pokonał ciężką chorobę, pomału wrócił do pracy. Wola walki o zdrowie zwyciężyła niemoc. Teraz pokonała go złośliwa, chciwa kobieta.  Już w ubiegłym roku, pani ta ograniczała mu przestrzeń handlową do minimum, zostawiając małą część tego co zajmował wcześniej. Teraz wyrzuciła jak niepotrzebną rzecz, zużytą zawalidrogę. Rolnika złamał żal i brak wiary w ludzką uczciwość.

Boję się o bambra, mojego kochanka, którego w ubiegłym roku przypisała mi wcześniej opisana pani. Marazm, depresja, zły stan psychiczny, rozmyślania i patrzenie bez celu w sufit, dla człowieka ze wsi, rolnika z krwi i kości od pokoleń, może okazać się zgubna. Zostałam sama, z zachwianą wiarą w sprawiedliwe i równe traktowanie każdego człowieka. Nawet w tak małym środowisku, jak społeczność handlowców na osiedlowym bazarze, zdarzają się sytuacje obrzydliwe. Konkurencję rozumiem, ale uczciwą, z zasadami, nie niszczącą drugiego, który też chce  sprzedać wystawione produkty. Wojny ukryte, oszczerstwa, donosy i walka na noże nie licują z zasadami dobrego wychowania, szacunku do drugiego człowieka. Sama, cały czas wierze w ludzkie dobro, ta sytuacja nie podważyła fundamentów na których je opieram. Czy przyjdzie moment, że zwątpię w ludzi? Nie chciałabym tego. Co sądzicie o opisanym zdarzeniu? 

Drodzy Goście i Sympatycy moich publikacji. Ważna sprawa na koniec. Pracuję już sezonowo, z tego powodu będę mniej aktywna na blogu. Proszę nie zniechęcajcie się i odwiedzajcie mnie jak dotąd. Nie chciałabym stracić z Wami kontaktu ani na chwilę. W miarę wolnego czasu i sił będę starała się zamieścić notkę, odpowiedzieć na  komentarze zostawione przez Was i odwiedzić zaprzyjaźnione blogi, czytając i komentując zamieszczone teksty.

KOBIETY NIE CHCĄ RODZIĆ DZIECI. JAK JE DO TEGO ZACHĘCIĆ?

Wykonanie wszystkich obietnic z dwóch kampanii; prezydenckiej i parlamentarnej jest ważne dla Polaków. Leki darmowe dla seniorów, bo Ci chorują najwięcej, a środki jakimi dysponują najniższe. Emerytury wcześniejsze, bo tego oczekują umęczeni pracą Polacy. Frankowicze, bo przez swoją beztroskę przy zadłużaniu się na trzy dekady, nie przewidzieli, że kurs franka pójdzie w górę. Nie dziwi mnie, że nowy rząd zaczął od pomocy rodzinom. Realizację obietnicy ,,Rodzina 500 plus” i wsparcie na drugie i kolejne dziecko postawił na czele najgorętszych potrzeb. Od wielu lat zmniejsza się liczba urodzeń w Polsce, co skutkuje coraz mniejszą liczbą potencjalnych rodziców. Na skutek migracji, poszukiwania lepszych warunków życia opuszczają kraj, często na stałe, przede wszystkim ludzie młodzi. Społeczeństwo starzeje się w zastraszającym tempie, mniej dzieci rodzi się w stosunku do tych, którzy umierają. Dobra proporcja powinna wynosić 2,1 dziecko urodzone przez kobietę, w odpowiednim do tego wieku. Teraz dla Polski jest to 1,3 dziecka dla jednej kobiety.

Dr Krzysztof Szwarc z Katedry Statystyki i Demografii Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu powołuje się na długofalowe prognozy Banku Światowego dla Polski (Głos Wielkopolski, 16 – 17 stycznia 2016). Nie ukrywa, że trzeba patrzeć na te wyniki z niepokojem. Sporządzone wykresy podają analizy do 2100. Gdyby przyrost naturalny, w Polsce, utrzymywał się na obecnym poziomie, pod koniec XXI wieku nasz kraj będzie miał tylko 12 milionów ludności, przy dzisiejszej liczbie 38 milionów. Badania i wyniki są tylko hipotetyczne, w ciągu prawie 90 lat nie można przewidzieć, jakie czynniki będą decydować o przyroście demograficznym Polski. Biorąc pod uwagę obecne tendencje, prognozy nie mogą być optymistyczne. Obserwujemy, że młodzi ludzie często nie decydują się na posiadanie dzieci lub o wiele później niż miało to miejsce kilka lat temu. Obecnie, na pierwszym miejscu młodzi stawiają stabilizację, jej gwarancję i pewność. Zdobycie dobrego wykształcenia, potem płatnej, satysfakcjonującej pracy, wreszcie mieszkania lub domu. Rzadko młodzi chcą żyć pod jednym dachem w rodzinie wielopokoleniowej, co było bardzo popularne jeszcze kilka dekad wstecz. Wszystko przesunęło się w czasie. Założenie rodziny i  urodzenie pierwszego dziecka przez kobietę także.

A jak wygląda sytuacja w Poznaniu? Statystycznie, w moim mieście, jedna kobieta w wieku rozrodczym rodzi niewiele ponad jedno dziecko (1,1). Maksymalną liczbę ludności Poznań osiągnął  w 1990 roku i wynosiła  ona 590101 mieszkańców (GUS). Potem notowany jest jej spadek, a w rok 2016 wchodzimy z liczbą poniżej 500 tys., czyli wróciliśmy do stanu z roku 1973. Wiele czynników ma wpływ na złą sytuację demograficzną miasta. Zjawiska powodujące spadek ludności podobne są do tych w Polsce. Mniejsza liczba urodzeń, odpływ ludności do innych krajów lub do ościennych miejscowości. Około 2 tysiące ludzi, w wieku 30-40 lat, w ciągu roku, opuszcza Poznań. Zamieszkują w ościennych gminach, gdzie mają domy lub działki, a pracują w stolicy Wielkopolski. Zachęca ich do tego dobry dojazd, czasem szybszy niż z centrum na obrzeże miasta. Poznanianki, podobnie jak reszta Polek, rodzą pierwsze dziecko późno. Obecnie średni wiek kobiety to 30-34 rok życia, w czasie wyżu demograficznego 20-24. Nie trudno zauważyć, że wiek rodzących przesunął się o 10 lat.

Według Krzysztofa Szwarca, oprócz programu 500+, należy podjąć wiele działań długofalowych. Przede wszystkim stabilizacja na rynku pracy. Likwidacja niekorzystnych, dla kobiet, form zatrudnienia, które obecnie nie gwarantują często nawet zasiłku macierzyńskiego. Umowy zapewniające świadczenia i godziwą płacę, a także gwarancję powrotu na poprzednie stanowisko. Te rozwiązania powinny przeprowadzone być przez rząd, a do miasta należałoby stworzenie takich warunków życia w mieście, by młodzi ludzie nie chcieli go opuszczać. Trzeba pomyśleć nad obniżeniem kosztów zamieszkania w Poznaniu (obniżyć czynsz), tańsze mieszkania, lepsza komunikacja, niższe ceny biletów na transport publiczny. Promować i postawić na rodzinę, usprawnić funkcjonowanie Karty Rodziny Dużej. Prognozy przewidują, że do roku 2050 liczba mieszkańców Poznania ledwo przekroczy 400 tysięcy. Przed władzami naszego miasta, podobnie jak całej Polski, stoją duże wyzwanie i walka o każdego mieszkańca. Czy program ,,500 plus” pomoże zatrzymać spadek ludności kraju? Czy będzie tylko jedną z wielu prób, które nie dały spodziewanego rezultatu? 

NOWA USTAWA EMERYTALNA MAJ-2015. MEDIA MILCZĄ.

Jestem wściekła. Od 01.05.2015 weszła w życie i obowiązuje emerytów nowa ustawa. Ażeby skorzystać z jej dobrodziejstwa, zainteresowany musi złożyć stosowne dokumenty w odpowiednim oddziale ZUS, właściwym dla jego miejsca zamieszkania. Nie dzieje się to z urzędu, a informacja na ten temat, dotarła do nielicznych, bo przez media jest przemilczana.

Mam pretensje do środków masowego przekazu. Na każdym kanale, po kilka razy dziennie, możemy usłyszeć lub przeczytać na pasku jakąś sensację. Jedno wydarzenie, a słyszymy o nim przez cały dzień kilkadziesiąt razy. Bombarduje się nas sensacjami, tragediami, aferami na każdym kroku. Pamiętamy te wydarzenia  długo, ale nie są nam one potrzebne w takim nasileniu i częstotliwości, absolutnie. Ten zmasowany przekaz daje nam Polakom poczucie napięcia i obawy, że żyjemy ciągle w jakimś niepewnym, zagrożonym  świecie. Mam wrażenie, że jest to robione świadomie, ma to jakiś cel. Ale nie o tym chcę pisać, a o sprawie, która dotyczy tysięcy, a może nawet setek tysięcy ludzi.

Chodzi o ustawę emerytalną, która weszła w życie 01.05. tego roku, ale niewielu zainteresowanych o niej słyszało. Temat ważny – tym razem, część przepisów, dotyczy emerytów urodzonych przed 1949 roku, a inne urodzonych po tym roku. Ludzie, których ustawa dotyczy, sami pocztą pantoflową, dowiadują się, że mogą zyskać dodatkowe pieniądze do emerytury. Media przemilczały tę ważną sprawę, albo bardzo nieśmiało o niej wspominały, tak by jak najmniej ludzi zwróciło na nią uwagę. Mam wrażenie, że jest to świadome działanie, sterowane odgórnie, tak by przeszło bez echa. W moim mieście lokalna gazeta podała to jednorazowo, bez podkreślenia ważności informacji. Moim zdaniem właśnie tak ważne dla obywateli sprawy powinny być powtarzane dziesiątki razy przez media, by do każdego zainteresowanego wiadomość dotarła. By każdy, kogo zmiany dotyczą złożył stosowny wniosek.

Na stronie ZUS-u pojawiła się taka informacja:

„1 maja 2015 r. weszły w życie przepisy ustawy z dnia 5 marca 2015 r. o zmianie ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (Dz. U. z 2015 r., poz. 552), zwanej dalej ustawą zmieniającą.

Ustawa zmieniająca wprowadziła następujące zmiany w zakresie ustalania (ponownego ustalania) kapitału początkowego oraz emerytury:

1.Możliwość zastosowania tablicy trwania życia z dnia osiągnięcia wieku emerytalnego (art. 26 ust. 6 ustawy emerytalnej)

2.Nowe zasady ustalania kapitału początkowego za okresy opieki nad dzieckiem (art. 174 ust. 2a ustawy emerytalnej)

3.Nowe zasady uwzględniania w kapitale początkowym okresów ukończonych studiów wyższych (art. 185a ustawy emerytalnej)

4.Obliczenie emerytury na nowych zasadach dla osób urodzonych przed 1 stycznia 1949 r., które miały ustalone prawo do wcześniejszej emerytury (art. 55a ustawy emerytalnej)

5.Możliwość ponownego ustalenia emerytury na podstawie art. 110a ustawy emerytalnej

Szczegółowy opis do wymienionych punktów znajdziecie państwo pod adresem:

http://www.zus.pl/default.asp?p=1&id=5508 https://www.google.pl/#q=nowa+ustawa+emerytalna+od+1+maja+2015

Serwis ZUS – Zmiany w ustawie emerytalnej od 1 maja 2015 r.

Jestem osobą, której wymieniona ustawa dotyczy w punkcie drugim. Opieka nad dzieckiem, urlop wychowawczy bezpłatny, dwa razy po trzy lata. Razem sześć. O tym, że zmieniono przepisy emerytalne, dowiedziałam się w rozmowie z zaprzyjaźnioną klientką. Nie czekałam długo, mąż zastąpił mnie w handlowaniu, a ja w poniedziałek odwiedziłam  oddział ZUS-u w moim mieście. Oczywiście okazało się, że przyszłam w słusznej sprawie. W biurze podawczym otrzymałam stosowny formularz, wypełniłam go i oddałam pani, od której go dostałam. W ciągu 60 dni ZUS ponownie przeliczy moją emeryturę, uwzględniając wszystkie zmiany w ustawie, które mnie dotyczą. Nowa wysokość emerytury obowiązywać będzie od pierwszego dnia miesiąca, w którym złożyłam wniosek, czyli od 1 czerwca. Niestety w wyniku niedoinformowania społeczeństwa, a także mnie przez media, straciłam wyższe świadczenia za miesiąc maj.

Ktokolwiek dotrze do mojego artykułu i stwierdzi, że jego sprawa dotyczy, proszę niech skorzysta z tej wiedzy i odwiedzi odpowiedni dla miejsca zamieszkania, oddział ZUS-u. Tam dowie się wszystkich szczegółów i złoży wniosek. Czas nagli, bo każdy miesiąc, który przejdzie, pozbawi Was podwyższonych świadczeń. Proszę, podzielcie się tą wiedzą z rodziną i znajomymi, tak jak ja to zrobiłam. Mnie poinformowała klientka, ja napisałam na ten temat post i ustnie przekazuję tę wiedzę wszystkim w rodzinie i znajomym.

Proszę napiszcie, czy do Was dotarła wiadomość o zmianie ustawy emerytalnej. Nie było mnie miesiąc w Polsce na przełomie kwietnia i maja. Być może wtedy o ustawie było głośno?

WRACAMY DO NIEWOLNICTWA

Kobieta w wieku 55 lat, czuje się młoda, atrakcyjna, pełnowartościowa, sprawna w pełni zarówno intelektualnie jak i fizycznie. Chce dalej pracować. Często bywa tak, że pracodawca w podstępny i wyrafinowany sposób pozbywa się jej zaraz po osiągnięciu wieku emerytalnego.

Wszystkie kobiety urodzone przed i w roku 1953 miały prawo do pójścia na wcześniejszą emeryturę, z chwilą ukończenia 55. roku życia i przepracowania wymaganego okresu czasu. Każda z tego prawa chętnie skorzystała, bo świadczenia z ZUS, choć niewielkie, są zagwarantowane co miesiąc i traktowane jako stałe i pewne źródło dochodu. W tym wieku rzadko która pani chce siedzieć w domu i oglądać głupawe seriale, więc z wielką ochotą chciałaby dalej pracować, pobierając jednocześnie świadczenia emerytalne, do których nabyła prawo zgodnie z przepisami. Ustawodawca jednak postawił warunek. Aby otrzymać pieniądze z ZUS-u należy zwolnić się z zakładu pracy, a świadectwo pracy dostarczyć do organu emerytalno-rentowego wraz z wymaganą dokumentacją. To rozwiązanie, oczywiście, z wielkim entuzjazmem przyjmowały firmy. Ponowne zatrudnienie odbywało się tylko na niekorzystnych dla emeryta umowach śmieciowych, czyli umowa zlecenie, o dzieło i inne. Wymiar czasu pracy wynosił teraz 3/4 etatu, czyli sześć godzin, ale zakres obowiązków, z reguły, pozostawał na poprzednim poziomie. Pensja takiego pracownika też była niewysoka i wynosiła 75% minimalnego wynagrodzenia obowiązującego w Polsce na dany rok. Pracodawcy w perfidny sposób wykorzystywali emeryta, który pokornie pracował, szczęśliwy że może, nie stawiając żadnych wymagań, nie upominając się o swoje prawa, wynagrodzenie, podwyżki. Wykonywał pracę bez żadnych sprzeciwów, bez urlopu, płatnego chorobowego oraz innych przywilejów należnych pracownikom zatrudnionym na umowy stałe. Emeryt zyskiwał niewielkie dodatkowe dochody. Za to zakład pracy doświadczonego, pełnowartościowego pracownika dzięki któremu mógł znacznie obniżyć koszty pracy, zwiększyć elastyczność zatrudnienia, obniżyć koszty zwalniania pracowników.

Doświadczenie uczy, że tych wszystkich korzyści zarządom firm było mało. Przy przechodzeniu pracownika na emeryturę, by go zachęcić, gwarantują bezterminowe dalsze zatrudnienie, w rzeczywistości już po upływie pół roku szukają powodu, by emeryta zwolnić. Nie jest istotne, że ten pracownik był wierny jednej firmie przez cały okres swojej aktywności zawodowej, potrzebuje dodatkowych funduszy na kształcenie niesamodzielnych jeszcze dzieci, chce dalej być aktywny zawodowo. Nie są to argumenty istotne dla władz zakładu, bo jest szansa jeszcze taniej pozyskać pracownika. Urzędy pracy przez pół roku finansowały zatrudnienie osoby figurującej u nich jako poszukująca zatrudnienia. Więc trzeba to wykorzystać i zamiast taniego emeryta, zaangażować darmowego pracownika rekomendowanego przez Urząd Pracy. Te wyrachowane metody nie mogą budzić pozytywnych sądów byłych pracowników o swoim do niedawna pracodawcy. Choć niektórzy pomimo mocno przekroczonego wieku emerytalnego, są uprzywilejowani, mają pracę zagwarantowaną do czasu, aż sami stwierdzą, że nie są zdolni jej dalej wykonywać.

Przez całe stulecia pracownicy walczyli o swoje prawa. By przywołać do porządku bogacącego się fabrykanta, zakładali związki zawodowe. Jako jednostka nie byli w stanie się obronić. Często tracili przez to zatrudnienie, a ich rodziny nie miały nawet chleba. Z wielkim trudem poprzednie pokolenia zdobywały krok po kroku szacunek i godziwe warunki pracy, sprawiedliwe wynagrodzenie, adekwatne do swojego wysiłku i poświęcenia. Trudno było wyrwać pracodawcy część jego zysku. Urlopy, płatne chorobowe, urlopy macierzyńskie. Wszystkie te przywileje rodziły się w bólach i powoli. Ostatecznie powstał Kodeks Pracy, który gwarantował przestrzeganie przepisów w nim zawartych, a sporne sprawy załatwiały Sądy Pracy. Mamy XXI wiek, demokrację i kapitalizm. Oczekiwany i dający nadzieję wszystkim na sprawiedliwość, dobrobyt, zachodni styl życia. 25 lat żyjemy w nowej rzeczywistości. Powoli z cichym przyzwoleniem władzy, cofamy się wstecz. Pracodawcy omijają przepisy. Zatrudniają pracowników na warunkach niekorzystnych dla nich, bezrobocie sięga zenitu, a o pracownika nie ma kto się upomnieć. Związki zawodowe kupczą z pracodawcą, a pracownik nie ma pewności kto jest jego przedstawicielem i komu powierzyć swoją obronę.

Jak postępują pracodawcy z nowym pracownikiem? Żeby nie mieć obowiązku zatrudnienia go na bezterminową umowę o pracę, po pięciu latach pracy, zwalnia się go i zatrudnia na nowo po miesięcznej przerwie, tak jakby przyszedł do firmy po raz pierwszy. Lata przepracowane poprzednio nie liczą się, bo nowy – stary pracownik zaczyna od zera. Oczywiście, jako nowy traci na zarobkach i innych przywilejach, których zdążył dorobić się w ciągu pięcioletniego zatrudnienia. Osoby, które w ten sposób potraktowano, po dziesięciu latach pracy zarabiają mniej niż podczas pierwszych miesięcy poprzedniego zatrudnienia. Państwo zezwala na takie praktyki, a pracownik godzi się, bo chce za wszelką cenę mieć zatrudnienie. Harmonogramy, na których widnieje normatywny czas pracy, zmuszony pracownik podpisuje, choć nie zgadzają się zupełnie z przepracowanym faktycznie czasem. Najbardziej przygnębiające jest udawanie. Dyrektor firmy wie, dział personalny też, związki zawodowe również, ale każdy jest zaskoczony, kiedy od czasu do czasu zbuntowany zgłosi to do Inspekcji Pracy. Hipokryzja, obłuda niegodna człowieka. Czy o takie warunki pracy, nędzne zarobki, głodowe pensje walczyła niezadowolona , w czasach PRL-u i wcześniej, klasa robotnicza?

Mam wrażenie, że kapitalizm w Polsce ma wypaczony charakter. Zakłady pracy padają jeden po drugim. Biurokracja rozrosła się jak perz w ogrodzie, szkoły zawodowe unicestwione, bo po co komu robotnik wykwalifikowany? Stawiamy tylko na ludzi wykształconych, najchętniej na uczelni wyższej. Nie jest ważne, że z dyplomem tym, zasili grono bezrobotnych, albo usiądzie jako kasjer w markecie lub będzie pracował za euro na zmywaku w innym kraju. Rządzący wypychają młodych, wykształconych ludzi z ojczyzny i cieszą się, że spada nam bezrobocie……. Władza wpada ze skrajności w skrajność, a traci na tym najbardziej, najliczniejsza klasa średnia (czyt. uboga).

Zapraszam do dyskusji.

MIGRACJA EDUKACYJNA

O tym, że Polacy masowo wyjeżdżają do krajów Unii, mówi się od pewnego czasu z niepokojem. Szeroko omawiany jest aspekt zarobkowej emigracji. O wyjazdach, w poszukiwaniu wiedzy, rzadko się wspomina.

Okres studniówek to pierwsze miesiące roku. Po nich nieubłaganie zbliża się maj, a wraz z nim pierwszy ważny egzamin, czyli matura. Jeszcze przed podchodzeniem do egzaminów, młodzi ludzie mają konkretnie sprecyzowane plany, co do dalszej nauki. Niektórzy z nich już przed wyborem liceum wiedzą, że dalszą wiedzę będą zdobywać na jednej z europejskich uczelni, dlatego wybierają szkoły z maturą międzynarodową. Możliwości są nieograniczone. Studia zagraniczne wybiera coraz więcej maturzystów. Młodzi ludzie korzystają z możliwości jakie daje im członkostwo Polski w Unii Europejskiej. Na większości uczelni wyższych nauka dla studentów wspólnoty jest bezpłatna. Można ubiegać się również o różnego rodzaju stypendia. Najwięcej młodych Polaków wybiera uczelnie w Wielkiej Brytanii. Chętnie wyjeżdżają też do Danii, Niemiec, Włoch czy Francji. Młodzi Polacy wierzą, że na zagranicznych uczelniach zdobędą lepsze wykształcenie, do tego podszkolą język, w którym przyjdzie im studiować. To z kolei będzie atutem w ubieganiu się o lepszą pracę. Wielu z nich już nie wraca do kraju tylko daleko od domu znajduje prace i osiedla się na stałe poza Polską.

Bardzo dobrze znam realia związane ze studiowaniem na Sorbonie w Paryżu, więc chętnie podzielę się wiedzą na ten temat z maturzystami zamierzającymi wyjechać na ten Uniwersytet. Najważniejsza rzecz – nawet celująco zdana matura z języka francuskiego, nie wystarczy. Trzeba koniecznie zdobyć certyfikat językowy, zdając egzamin DELF/DALF  w jednej ze szkół francuskich działających w Polsce. Taki dokument potwierdza znajomość języka francuskiego i uznaje się go na całym świecie. To świadectwo dodatkowych kwalifikacji  uprawniające do kontynuowania dalszej edukacji na uczelniach francuskich. Certyfikat DELF zwalnia przyszłego studenta z egzaminu wstępnego do wybranej szkoły. Aby egzamin zaliczyć i dostać certyfikat należy uzyskać nie mniej niż 50 punktów, na 100 możliwych.

Mając taki certyfikat wystarczy zdać maturę, wybrać uczelnię, wysłać komplet dokumentów w wymaganym terminie i czekać na przyjęcie w poczet studentów. Koszty związane z nauką w Paryżu, wbrew krążącym mitom, nie są wysokie. Jak już wspominałam wcześniej, za naukę student z Unii nie płaci. Obowiązuje tylko jednorazowa kwota wpisowa (około 170 euro).  Mieszkanie w zależności od dzielnicy i ilości osób waha się od 300 do 800 euro.  Każdy płacący za kwaterę student ma prawo ubiegać się o dofinansowanie z CAF-u. Kwota dopłaty zależna jest od kosztu wynajmu, ale także od tego czy student pracuje. Otrzymywana wypłata ma dodatni wpływ na wysokość dodatku mieszkaniowego. Bardzo łatwo dostać pracę w sieciach handlowych lub popularnych fast foodach. Chętnie potencjalni pracodawcy dostosowują grafik do planu zajęć studenta. Z reguły nie proponują etatu tylko pracę na godziny. Zarobek w stolicy Francji jest godziwy, średnio około 9 euro na godzinę. Pracując kilka godzin tygodniowo, można utrzymać się w Paryżu i spokojnie studiować stacjonarnie.  Uczący się mają do dyspozycji sieć kantyn, gdzie smacznie i niedrogo (około 3 euro) mogą zjeść obiad, a nawet kolację. Panie kucharki gotują bardzo dobrze, jedzenie jest urozmaicone, owoce, desery, chleb stanowią uzupełnienie głównego dania. Sorbona  to miejsce gdzie spotykają się różne kultury i ludzi z całego świata, dlatego młodemu człowiekowi  łatwo jest się zaaklimatyzować i poznać przyjaciół z różnych krajów. Kadra profesorska na uczelni jest bardzo przychylna studentom przyjezdnym. Pomaga rozwiązywać problemy i student można liczyć na dobre rady, w każdej sprawie dotyczącej studiów.

Jedynym poważnym mankamentem życia we Francji jest arogancka, niekompetentna, niechętna  do pomocy obcym (zapewne także swoim rodakom) administracja. Urzędnicy uwielbiają mnożyć dokumenty, a potem ginąć w ich nadmiarze. Moje zastrzeżenia dotyczą zarówno pracy urzędów, jak i dziekanatu na uczelni. Żeby cokolwiek załatwić w sprawach dotyczących studiów, w banku, u operatorów telefonii komórkowej, w energetyce i nie wiem jeszcze gdzie, trzeba podchodzić do jednego zagadnienia minimum trzy razy. Co jeszcze? Często zdarza się uzyskać błędne informacje w ważnych sprawach np. dotyczących przysługującej pomocy w zakresie stypendiów lub dofinansowania do mieszkania.  Należy samemu dobrze orientować się w tym, co studentowi się należy i nie pozwolić urzędnikowi odesłać się z kwitkiem. Tylko osoby wytrwałe, silne i mocno stąpające po ziemi osiągną cel. Jedzenie i godziny posiłków dla urzędnika francuskiego są najważniejsze, niestety nie petent. Najczęściej jednak można sobie skutecznie poradzić z tym niedogodnościami i przyzwyczaić się do funkcjonowania w społeczeństwie francuskim.

Studia na Sorbonie to prestiż i satysfakcja. Do tego bezpłatna nauka języka francuskiego na uczelni i w życiu codziennym. Absolwent tej szkoły ma szansę na dobrze płatną pracę po powrocie do Polski. Język francuski zna tylko 2% Polaków, więc firmy z kapitałem zagranicznym rozchwytują  osoby dobrze znające ten język.

Tegorocznym maturzystom życzę powodzenia, a Was Drodzy Czytelnicy zachęcam do podzielenia się wiedzą na temat studiów za granicą. Być może Wasze informacje przydadzą się maturzystom i nie tylko.

http://www.paris-sorbonne.fr/IMG/jpg/Chapelle-Litt-01-petit.jpg


http://www.paris-sorbonne.fr/IMG/jpg/Chapelle-Litt-01-petit.jpg

PODARUJ 1% SWOJEGO SERCA

Zbliża się okres rozliczenia podatku za 2014 rok. Jak co rok, w telewizji, prasie i radio, pojawiają się spoty reklamowe z prośbą o wsparcie jednej z wielu fundacji.

Na początku stycznia odwoływali się do naszej hojności, dyrygent WOŚP Jurek Owsiak i jego sztab, zaangażowani w pozyskiwanie środków dla szpitali. W tym roku, jak zawsze, cel był konkretnie sprecyzowany, a Polacy, co było do przewidzenia, nie zawiedli. Z wielkim sercem dokładali swoją cegiełkę do szczytnego celu.

Od stycznia do końca kwietnia mamy okazję znowu pomóc. Przez cały okres rozliczania się z fiskusem, organizacje pozarządowe będą odwoływać się do wrażliwości Polaków i prosić o wsparcie. Nie dla siebie, a dla swoich podopiecznych. Chorzy ludzie, przede wszystkim dzieci, nie zawsze mogą liczyć na leczenie w całości finansowane przez NFZ. Są przypadki, gdy instytucje państwowe odmawiają pomocy lub procedury pozyskiwania środków są tak mozolne i długotrwałe, że chory nie może czekać. Rodzina, z reguły nie jest w stanie pokryć drogich zabiegów lub sfinansować zakupu leków ratujących życie chorego, dlatego we własnym zakresie trzeba szukać pomocy. Jedyną nadzieją na ratunek jest wtedy wsparcie fundacji, której podopiecznym jest chory pacjent. Te właśnie instytucje, przez cały rok, a przede wszystkim w okresie rozliczeń podatników z Urzędami Skarbowymi, gromadzą środki dla osób, które znikąd nie mogą liczyć na wsparcie.

Jak wygląda działalność organizacji pozarządowych? W Polsce zarejestrowanych jest ponad 80 tys. tego typu organizacji (dane za rok 2012). Trzy czwarte z nich działa aktywnie. Połowa polskich organizacji nie posiada żadnego majątku, nawet w postaci wyposażenia biurowego. Działalność ich opiera się przede wszystkim na pracy społecznej, zarówno członków, jak i władz, czyli na wolontariacie. Prawie wszystkie osoby pracują w stowarzyszeniach i fundacjach nieodpłatnie, dlatego niemal całość zebranych środków trafia do potrzebujących. Tylko 6% czyli ok. 4800 organizacji zajmuje się ochroną zdrowia. I te właśnie interesują mnie najbardziej, bo pomagają tym, którym ich wsparcie jest niezbędne, a nierzadko dzięki ich środkom setki chorych mogą dalej cieszyć się życiem!

Około 12% wpływów finansowych dla wszystkich organizacji pozarządowych stanowią odpisy z podatku (1%). Możemy ten odsetek zwiększyć. Wystarczy trochę dobrej woli. Ja od 10 lat 1% podatku, mojego i moich najbliższych, przeznaczam dla Fundacji Dzieciom „Zdążyć z pomocą”, ze wskazaniem na konkretną osobę, czyli Macieja. Rodziców chłopca znam od dawna, jeszcze jako praktykantów, a potem pracowników w naszej firmie. Obydwoje niezwykłej urody, mądrzy, pełni optymizmu, życia i energii. Miło wspominam czas spędzony z tą dwójką młodych ludzi. Lubię ich do dziś, bo nieczęsto spotyka się tak dojrzałych, młodziutkich rodziców w sytuacji, gdy trzeba zaakceptować chore dziecko w swoim życiu, domu, rodzinie. Maciuś urodził się z zespołem Downa. Niewiele dawano mu szans na przeżycie. Oprócz choroby genetycznej, miał kilka innych schorzeń, które zagrażały jego życiu. Mama zawsze stała przy jego łóżeczku w szpitalu, trzymała za maleńką rączkę i pilnowała, by żył. Maciuś ma dzisiaj 10 lat. Jest dobrze rozwijającym się chłopcem. To dzięki wsparciu Fundacji, ciągłej rehabilitacji na miejscu i podczas turnusów, zrobił tak wiele. Mam satysfakcję, bo chociaż maleńkie moje ziarenko, kiełkuje w postępach i drodze do zdrowia tego dziecka.

Pomóżcie i Wy Drodzy Goście mojego bloga. Wystarczy, że w odpowiednie rubryki właściwego PIT-u wpiszecie dane wybranej fundacji/stowarzyszenia. W ten prosty sposób wyrazicie własną wolę przekazania 1% swojego podatku na szczytny cel. W szczególności zachęcam emerytów i rencistów. Ta grupa osób najczęściej otrzymany PIT-11 odkłada ad acta. Nie musi się rozliczać, bo ZUS załatwia to bezpośrednio z US. Ale można, ze względu na odpis, rozliczyć się samemu i w ten sposób wesprzeć potrzebujących. W najpopularniejszym formularzu PIT-37 są to rubryki o symbolach I, J i numerach od 131 do 135. Zachęcam serdecznie!!! Tak niewiele nas to kosztuje, tylko kilka poświęconych minut na wypełnienie PIT-u. Z każdej najmniejszej kwoty otrzymanej od milionów ludzi można zebrać znaczne sumy i pomóc chorym. W razie potrzeby chętnie pomogę wypełnić arkusze.

Napiszcie, co o tym sądzicie, a może podobnie jak ja wspieracie już wybrane organizacje pozarządowe?

MARYSIA Z PODWÓRKA

Marysia, albo jak mówią jej koleżanki z podwórka Mania, to mała rezolutna dziewczynka, która mieszka w naszej kamienicy na drugim piętrze. Znam ją i jej rodziców od samego początku, kiedy cztery lata temu wprowadzili się na miejsce poprzedniego lokatora. Rosła na moich oczach… Kiedy skończyła trzy lata poszła do przedszkola. Wtedy słyszałam (po raz pierwszy) każdego ranka, jak płacze przed wyjściem z domu. Teraz ma pięć lat, nosi dwa jasne, sterczące warkoczyki i czerwone dziecięce okularki. Śmiesznie patrzy przez nie, nie jak dorośli prosto przez szkła, a ponad nimi, przedtem spuszczając je na czubek noska :-)

Dlaczego piszę o Marysi? Myślę, że pomału daje o sobie znać tęsknota za tym co w moim wieku jest naturalne i oczywiste… czyli za własnymi wnukami. Patrzę na tę obcą dziewczynkę oczami potencjalnej babci, przepełnionej miłością i czułością. Pełną sił i wolnego czasu. Tym wszystkim mogłabym obdarować co najmniej tuzin dzieci. Wiek i emerytura wskazują na to, że powinnam mieć przy sobie gromadkę wnucząt. Niestety tak nie jest, chociaż jestem matką trójki dorosłych dzieci.

Dzisiaj młodzi ludzie są dobrze wykształceni, zarabiają dużo, jedzą w dobrych restauracjach. Nauczyli się żyć w ciągłym biegu, wciąż pędzą, gonią i nie zastanawiają się nad tym co w życiu jest najważniejsze. Kariera, dom lub mieszkanie, dobry samochód i koniecznie wczasy w egzotycznym kraju. Bo tak trzeba, tak należy, tak wypada, tak robią znajomi! Takie pokolenie wychowaliśmy my, ich rodzice. Ten pęd rozpoczęliśmy po upadku komuny. Tak jakbyśmy chcieli nadrobić stracony czas. Już od najwcześniejszego dzieciństwa fundujemy naszym dzieciom bieg na złamanie karku, bez chwili oddechu. Szukamy najlepszego przedszkola, potem szkoły, gimnazjum, liceum. Wszystko z najwyższej półki. Do tego kilka dodatkowych zajęć (języki obce, taniec, gra na instrumentach, sport i inne). Ciągle rankingi, statystyki i lokaty. Dzieci rzadko mają czas wolny tylko dla siebie. To nasze wygórowane ambicje (może niespełnione kiedyś) i wysokie wymagania spowodowały, że młodzi ludzie ciągle chcą być NAJ…, bo inaczej nie potrafią!!!!!!!!!

Nie wiem, może każde pokolenie mówi: „za moich czasów było inaczej”. Ja jestem pewna, że w mojej młodości było inaczej. Po szkole zakładaliśmy rodziny. Brak mieszkania nie był przeszkodą. Prawie zawsze zaczynaliśmy z minusowym kontem. Sprawy materialne nie miały znaczenia. Potrzeba miłości, drugiego człowieka obok siebie, posiadania dzieci pojawiała się bez chłodnych kalkulacji. To było jakby filarem, opoką naszego życia. Potem wspólnie działaliśmy, by w naszej rodzinie było dobrze. Teraz młodzi odwrócili kolejność. Najpierw rzeczy, potem posiadanie rodziny odwleczone w czasie, albo wcale jej nie zakładają. Według statystyk mamy ponad 10% singli. Szczęśliwych na pokaz, bogatych, mogących pozwolić sobie na luksus. Cały tydzień zaganianych i wesołych, mieszkających w pięknych apartamentach. Tylko samotność, która dopada ich w czterech ścianach złotych klatek, jest nie do zniesienia. Po cichu płaczą, walczą z depresjami i nerwicami.

Wydaje mi się (może tylko tak mi się wydaje?), że moje dzieci nigdy nie musiały być NAJ. Chodziły do szkoły najbliżej domu. Prawie w ogóle nie miały markowych ubrań i drogich zabawek. Same stawiały sobie poprzeczkę wyżej niż wymagaliśmy z mężem. Jak na początek swojego dorosłego życia dokonały wiele. Czekają na swoją miłość i szukają drogi, na której mogą spotkać drugą połowę, przeznaczoną im na całe życie. A ja marzę i widzę najpiękniejszy obrazek namalowany przez moje myśli: dziecko w wózku, a przy nim JA, jego własna babcia…

Ten tekst walczy o miano Tekstu Roku 2014:


http://blogroku.pl/2014/kategorie/marysia-z-podwalrka,cln,tekst.html


http://m.ocdn.eu/_m/f4c1d85532c99c60e146563e3ddbccdd,0,1.png

http://m.ocdn.eu/_m/f4c1d85532c99c60e146563e3ddbccdd,0,1.png


http://m.ocdn.eu/_m/f4c1d85532c99c60e146563e3ddbccdd,0,1.png