PARYŻ CZ.III. ŁUK TRIUMFALNY, RONDO FENOMENU KOMUNIKACYJNEGO

Tęsknię za Paryżem, może dlatego z przyjemnością napiszę tekst o tym mieście, a konkretnie o Łuku Triumfalnym i rozwiązaniach komunikacyjnych w tym newralgicznym punkcie stolicy Francji. W ubiegłym roku, w maju, ale też wcześniej, za każdym razem, kiedy byłam z córką w tym miejscu, opierałyśmy ręce na barierkach i patrzyłyśmy. Wydawało się, że za chwilę, ta płynność, z jaką wjeżdżały i opuszczały rondo pojazdy, zamieni się w gigantyczny karambol. Nic bardziej błędnego, każdy kierowca wiedział co robić, by z szybkością błyskawicy opuścić to skrzyżowanie. Dla obserwatora z Polski, gdzie ruch, nawet w Warszawie, jest niewielki w porównaniu z Paryżem, ale agresja kierowców, w stosunku do siebie ogromna, stanowi to ewenement na skalę światową, a otwarta buzia i podziw mogą być uważane za normalne. Jedno co jest charakterystyczne w tym miejscu to dźwięk klaksonów, które słychać bez przerwy. W ogóle paryscy kierowcy, w przeciwieństwie do naszych, bardzo często korzystają z tego urządzenia. Tak wyrażają swoje niezadowolenie w stosunku do współużytkowników drogi. Myślę, że w ten sposób pokazują innym gesty palcami, które u nas są bardzo popularne. Poganiają klaksonem maruderów, bo w Paryżu jeździ się, z reguły, szybko.

Wiemy z doświadczeń własnych, że ruch na rondach odbywa się częściowo na zasadzie improwizacji. Trzeba decydować samemu, tu i teraz, bo przepisy kodeksu drogowego nie wszystko regulują. Skrzyżowanie przy Łuku Triumfalnym ma 12 wlotów i 8 nieoznaczonych pasów ruchu. Co zaskakuje każdego turystę, na kole ronda nie ma żadnej linii, ani jednej strzałki, a co więcej także brakuje sygnalizacji świetlnej, która pomagałaby kierowcom w poruszaniu się po tym miejscu. Powiecie, są policjanci, którzy kierują ruchem. Nic bardziej mylnego, na tym skrzyżowaniu kierowcy rządzą się własnymi prawami. Z otwartą buzią obserwujemy ruch i podziwiamy jak niewidoczna siła pomaga kierowcom tak płynnie opuszczać Place Charlesa de Gaulle’a. Dodam tylko, że dziennie przejeżdża tędy, bagatela, około 50 tysięcy pojazdów różnego typu, od autobusów, furgonetek, przez osobowe limuzyny do motorynek i rowerów włącznie. Brakuje tylko samochodów ciężarowych. Każdy wjeżdża na rondo z jednej z 12 ulic i mknie w kierunku jednej z nich. Szybko i bezwypadkowo. Łącznie skrzyżowanie przy Łuku Triumfalnym obserwowałyśmy kilka godzin, ku naszemu zdziwieniu, nikt w tym czasie nie ucierpiał. Nawet nie doszło do niewinnej stłuczki.

Ciekawa była obserwacja konkretnego samochodu, czekającego, u wylotu ulicy, na światłach, by wjechać na rondo. Z dużą szybkością, każdy kierowca stara się je opuścić, wjeżdżając innym przed nos, wykorzystując luki między pojazdami. Wyobraźnię przechodzą jednoślady, a w szczególności dostawcy ciepłej pizzy i innych potraw typu fast food. Kierowcy tych pojazdów są akrobatami, rodem z cyrku, z wyobraźnią wybiegającą daleko w przód. Potrafią przewidzieć decyzje innych i wyprzedzić ich swoimi o ułamek sekundy. Nieraz przyszło nam zamykać oczy ze strachu, chociaż stałyśmy w bezpiecznym miejscu, za barierkami. Widziałyśmy oczami wyobraźni kraksę, śmierć albo kalectwo. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Łatwo zaobserwować, że są różne typy kierowców. Jedni użytkownicy dziko pędzą przez skrzyżowanie uważając, że jakoś to będzie. Inni bardziej ostrożni i cierpliwi przyczają się, po to by ruszyć z piskiem opon kiedy uznają, że sytuacja pozwala im na to. Inni zagubieni płyną z falą pojazdów bezwolnie, by za skrzyżowaniem zniknąć w jednej z 12 ulic.

Dla obserwatora jest to niesamowity widok. Przypomina dziecięce samochodziki na placu z karuzelami. Różnica polega na tym, że tam stłuczki i otarcia są na porządku dziennym, wpisane w zabawę. Tu nie ma mowy o kontakcie żadnych dwóch pojazdów. Kultura paryskich kierowców budzi podziw. U nas nie ma mowy, aby ktoś przepuścił innego kierowcę. Tam jest to normą, a zamiast wyzwisk i pyskówek trąbienie towarzyszy użytkownikom dróg nieprzerwanie. I to nie tylko na rondach, ogólnie jest to znak rozpoznawczy stolicy Francji. Co więcej, po paryskich ulicach, razem z samochodami, taksówkami i autobusami jeździ mnóstwo śmiałków-rowerzystów! W moim mieście chociaż ruch jest niewielki, nikt z mojej rodziny nie odważył się wjechać na ulicę. Tam uważałam to za normalne i bezpieczne.

Przyglądając się ruchowi na rondzie Charlesa de Gaulle’a, przez moment pomyślałam o komunikacji i kierowcach w Poznaniu. W czasie letniego handlowania, każdego dnia wracam z mężem samochodem z rynku. Do pokonania mamy może dwa kilometry, by dojechać do garażu niezbyt ruchliwą ulicą. Mąż, jako kierowca zawodowy, ma wyjątkową cierpliwość do współużytkowników dróg. Rozumie i wybacza wiele. Ale to, co potrafią robić polscy kierowcy, by wyprzedzić innych, nie mieści się w pojęciu przyzwoitości i elementarnych zasadach szacunku do innych kierujących. Wymusić, zajechać drogę, za nic w świecie nie pozwolić zmienić  pas ruchu, udawanie, że się nie zauważa potrzeby innych, skręt bez migacza, wyzwiska, gesty palcami o wiadomej wymowie, to tylko niektóre zachowania naszych kierowców. Nie do pomyślenia jest zamiana Francuzów na Polaków za kierownicą, na rondzie przy Łuku Triumfalnym. Wierzcie mi policja miałaby co robić i to przez pełne 24 godziny na dobę.

Może przesadziłam z krytyką polskich kierowców? Napiszcie proszę o swoich doświadczeniach na drogach polskich i nie tylko. Może ktoś z Was miał okazję poruszać się autem po stolicy Francji i przejeżdżać przez opisane przeze mnie miejsce?

Do tekstu dołączam zdjęcie własnego autorstwa z tego ważnego miejsca dla turystów, paryżan i kierowców.

 Łuk Triumfalny

NADOPIEKUŃCZE INSTYTUCJE PAŃSTW DOBROBYTU KRZYWDZĄ, W IMIĘ PRAWA, POLSKIE RODZINY.

Od kiedy Polska jest członkiem Unii Europejskiej (1 maj 2004) pracę i zamieszkanie w Europie Zachodniej wybrało około 2 milionów naszych młodych rodaków. Najczęściej wyjeżdżają do państw rozwiniętych, by dotknąć szczęścia duszą i ciałem. Tak przynajmniej im się wydaje w chwili opuszczania kraju. Wybierają: Niemcy, Wielką Brytanię, albo państwa skandynawskie: Szwecję i Norwegię. Zarobki, a tym samym warunki życia są nieporównywalnie lepsze niż w kraju, więc wydawać by się mogło, że każdy kto tam się osiedlił żyje beztrosko jak pierwsi ludzie w Raju. Niestety, z najmniej spodziewanej strony, coraz częściej rodziny polskie doznają krzywdy stokroć większej niż niedostatek. Instytucje do tego powołane, bez zasadnych powodów, zabierają im własne dzieci.

Siniak, zadrapanie, apatia i smutek dziecka, donos sąsiada, niewinne kłótnie, nic nie znaczące słowa, podejrzane zachowanie lub inne błahostki, mogą być powodem szybkiej interwencji i wkroczenia, w ciepło polskiej rodziny, machiny urzędniczej. Bezduszne wyrwanie rodzicom, nie spodziewającego się niczego złego, dziecka i zabranie celem przekazania do adopcji, zupełnie obcym ludziom, to fakt. Horror, czarny humor, powiedziałby ktoś, kto nie zna tematu. Nie, to nie film, który ma przestraszyć, wygodnie siedzącego na kanapie, widza. To prawda, real, rzeczywistość. Polskie rodziny mieszkające za granicą, bez jakiejkolwiek winy matki i ojca, przeżywają dramaty, które rodzą w nich poczucie krzywdy, niezawinionej kary, poniżenia i ,,chłosty psychicznej”, na którą nie zapracowali niczym niewłaściwym wobec własnego dziecka.

Rodzicom zabiera się dziecko błyskawicznie, bez jakichkolwiek formalności i zbędnych pytań. Jest siniak na jego ciele, przesądzone, przemoc w polskim domu panuje. Tymczasem odzyskanie córki lub syna z rąk bezdusznych instytucji, powołanych do tego przez państwo, dobrze zorganizowanych, nastawionych z góry na zabieranie jak najwięcej dzieci, to droga przez mękę, która może trwać lata. Nikogo nie obchodzi cierpienie rodziców. Ale najbardziej traci dziecko, które nie rozumie sytuacji, w jakiej nagle się znalazło. Wini rodziców, którzy dotąd byli jego ostoją, bezpieczeństwem, stabilizacją, miłością. Czuje się odrzucone przez nich, bo nikt przecież nie powie mu, że to nie jest wina mamy i taty. Mocno cierpi psychika dziecka, dochodzi do rozchwiania emocjonalnego, a przeżycia, związane z przymusem opuszczenia najbliższych, zostawiają zły ślad na całe życie.

Takie przypadki nie należą do incydentalnych. Skala zjawiska przybiera niepokojące rozmiary, może sięgać nawet setek w ciągu roku. Problemem dla pokrzywdzonych ludzi jest przede wszystkim to, że zostają z dramatem, który stał się ich udziałem, zupełnie sami. Często są zagubieni i bezbronni, bez znajomości języka podpisują dokumenty, które są im podsuwane. Nie mają pieniędzy na profesjonalną pomoc. Sami zakładają sobie pętlę na szyję. Polskie państwo, jakby, ignoruje ten problem i nie wychodzi z pomocną ręką do swoich rodaków. Ambasady milczą, są głuche na krzyk rozpaczy polskich imigrantów, którym zabrano siłą dziecko, czasem kilkoro. Jugendamt w Niemczech, Barnevernstjeneste w Norwegii, Social Services – SS w Anglii, Socialstyrelsen w Szwecji to instytucje bezduszne, nastawione na to, by jak najwięcej dzieci zabrać rodzicom, nawet bez powodu.

Proszę nie myśleć błędnie, że rodzice mają pierwszeństwo w prawach do dziecka, w decydowaniu o codziennym wychowaniu. W Skandynawii tak nie jest. Tu państwo decyduje o wszystkim, co dotyczy dziecka, ono wie najlepiej co dla małego człowieka jest najlepsze. Jeżeli któryś z urzędników uzna, że dla dziecka wskazane jest przedszkole, to matka musi to wykonać, choćby miała środki i czas, by wychowywać je sama. Inaczej zostanie zabrane i oddane rodzinie zastępczej. Cała rozbudowana machina, która jakoby powołana została do ochrony praw dziecka, nie ma nic wspólnego z pierwotnym założeniem. Przepisy dają nieograniczone prawa instytucjom i urzędnikom. Rodziny są pozbawione praw całkowicie i z góry ich wina jest przesądzona, choćby jej wcale nie było. Ta nadgorliwość urzędników ma swoje podłoże ekonomiczne. Formą uznania za ich skuteczną pracę są liczne nagrody i awanse. Wniosek nasuwa się jeden: czym więcej dzieci odbierze się biologicznym rodzicom i przekaże do adopcji, profity są większe. Zagubiło się w tym bezdusznym galimatiasie, całkowicie, dobro dziecka. Nikt nie liczy się z jego potrzebami. Nie tylko urzędnicy zyskują na odebraniu polskiej rodzinie dziecka. Także rodzice zastępczy są sowicie dofinansowani. Wydaje się, że ta bezwzględna machina jest celowo tak skonstruowana. Wygodne, żyjące w dobrobycie kobiety w Szwecji i Norwegii, niechętnie rodzą dzieci. Wolą dostać je bez niedogodności związanych z ciążą i porodem. Często jest tak, że rodzice adopcyjni, to dobrzy znajomi pracowników służb socjalnych. Co więcej, może być nawet tak, że wskazane dziecko, spełniające oczekiwania przyszłych ,,nabywców” jest osaczone, wymyśla się powód odebrania rodzicom biologicznym i trafia tam gdzie powinno.

Kiedy już dziecko odbiorą, kontakt z nim jest ograniczony do minimum, albo całkowicie zakazany. Najlepiej to obrazuje sytuacja Wojciecha Pomorskiego prezesa Polskiego Stowarzyszenia Dyskryminacji w Niemczech. 13 lat temu, to jemu zabrali troje dzieci. Widząc brak pomocy i niemoc polskich władz, założył stowarzyszenie. Chciał pomagać innym rodzinom postawionym w podobnej beznadziejności. Przez Jugendamt traktowany był jak przestępca, widzenia nadzorowali urzędnicy. W ciągu tego czasu widział dzieci trzy razy, w sumie 16 godzin spędzili razem, ostatnio 12 lutego 2010 roku. Od 2007 roku nie zna ich adresu zamieszkania. Jugendamt wymusił, by ojciec nie prowadził rozmów z dziećmi po polsku. Nie używał słów: ,,kocham”, ,,tęsknię”, ,,chcę być z Wami”. Zaznacza, że niepotrzebnie wydał duże sumy na procesy sądowe i redagowanie pism. Teraz wie, że ta droga nie prowadzi do odzyskania dzieci. Wymiana papierów trwa lata, a dzieci wychowują obcy ludzie. Są inne metody, dające nadzieje, szansę. Właśnie w tym, pokrzywdzonym rodzicom, pomaga Pomorski. Przykładem na skuteczne, niekonwencjonalne działanie jest wyrwanie nastolatki, z rąk rodziców zastępczych, przez jednego z polskich detektywów.  

Wiele artykułów napisano w prasie, w Internecie, na temat bezduszności i mechanizmów działania służb socjalnych, w państwach nadopiekuńczych, wobec dzieci polskich imigrantów. Wiele rodzin, którym niesłusznie odebrano dzieci, opisano, a walka z machiną urzędniczą zawsze skazana jest na przegraną. Warto wspomnieć w tym miejscu o filmie Dariusza Gajewskiego, o wymownym tytule ,,Obce niebo”, który wszedł właśnie na ekrany polskich kin. Autor pokazuje mechanizm działania i skutki absurdalnego podporządkowania opiekuńczej roli państwa, bezdusznej biurokracji. Często słyszymy też o bezradności i opieszałym działaniu polskich służb dyplomatycznych, które obiecują interweniować, ale ich rola na tym się kończy. Tak nas Polaków traktuje świat, jak na to pozwala nasze państwo. Niestety odbierani jesteśmy gorzej niż przybysze z Trzeciego Świata, bo nie ma kto się o nas upomnieć. Polskie służby do tego powołane, zapominają o polskich rodzinach krzywdzonych w państwach bogatych. Akceptują to, dają ciche przyzwolenie. 

Sami jesteśmy rodzicami. Dobrze pamiętamy liczne urazy naszych dzieci, nim dorosły. Nawet najtroskliwsza opieka i czujność nie zapobiegną siniakom, odrapanym kolanom, ranom na głowie i w innych miejscach u dziecka. Po prostu jest to wpisane w jego rozwój. Siebie zaliczam do troskliwych matek, powiedziałabym nawet, nadopiekuńczych. Ale żadnego dziecka nie udało mi się wychować bez urazów, których ślady zostaną na ich ciele do końca życia. Na moich oczach, niespełna dwuletnia córka upadła na taboret. Blizna nad nosem przypomina o tym przykrym wydarzeniu. Druga pięcioletnia córka, na placu zabaw, pod opieką innej mamy, podeszła pod huśtawkę. Lekkie wgłębienie na czole mówi nam zawsze o tym zajściu. Syn w wieku trzech lat stracił kawałek kciuka, bo starsza koleżanka ruszyła rowerkiem i szprychy poraniły jego palec. To tylko bardziej poważne urazy moich dzieci. Setek siniaków, guzów i innych zdarzeń nie sposób tu opisać. Myślę, że gdybym mieszkała w którymś z wymienionych wcześniej krajów, nie byłabym ich matką do teraz. Państwowa nadopiekuńczość upomniałaby się o nie i na pewno każde z nich wychowane zostałoby w rodzinie obcej, nastawionej na profity z tego tytułu, a nie na miłość i ciepło rodzinne, jakie każdemu małemu człowiekowi się należy od matki i ojca.

Proszę porozmawiajmy na temat poruszony w moim artykule. Przypuszczam, że każdy z nas zna ludzi, którzy mieszkają za granicą. Może spotkaliście się z osobami, które dotknął ten problem.

WRACAMY DO NIEWOLNICTWA

Kobieta w wieku 55 lat, czuje się młoda, atrakcyjna, pełnowartościowa, sprawna w pełni zarówno intelektualnie jak i fizycznie. Chce dalej pracować. Często bywa tak, że pracodawca w podstępny i wyrafinowany sposób pozbywa się jej zaraz po osiągnięciu wieku emerytalnego.

Wszystkie kobiety urodzone przed i w roku 1953 miały prawo do pójścia na wcześniejszą emeryturę, z chwilą ukończenia 55. roku życia i przepracowania wymaganego okresu czasu. Każda z tego prawa chętnie skorzystała, bo świadczenia z ZUS, choć niewielkie, są zagwarantowane co miesiąc i traktowane jako stałe i pewne źródło dochodu. W tym wieku rzadko która pani chce siedzieć w domu i oglądać głupawe seriale, więc z wielką ochotą chciałaby dalej pracować, pobierając jednocześnie świadczenia emerytalne, do których nabyła prawo zgodnie z przepisami. Ustawodawca jednak postawił warunek. Aby otrzymać pieniądze z ZUS-u należy zwolnić się z zakładu pracy, a świadectwo pracy dostarczyć do organu emerytalno-rentowego wraz z wymaganą dokumentacją. To rozwiązanie, oczywiście, z wielkim entuzjazmem przyjmowały firmy. Ponowne zatrudnienie odbywało się tylko na niekorzystnych dla emeryta umowach śmieciowych, czyli umowa zlecenie, o dzieło i inne. Wymiar czasu pracy wynosił teraz 3/4 etatu, czyli sześć godzin, ale zakres obowiązków, z reguły, pozostawał na poprzednim poziomie. Pensja takiego pracownika też była niewysoka i wynosiła 75% minimalnego wynagrodzenia obowiązującego w Polsce na dany rok. Pracodawcy w perfidny sposób wykorzystywali emeryta, który pokornie pracował, szczęśliwy że może, nie stawiając żadnych wymagań, nie upominając się o swoje prawa, wynagrodzenie, podwyżki. Wykonywał pracę bez żadnych sprzeciwów, bez urlopu, płatnego chorobowego oraz innych przywilejów należnych pracownikom zatrudnionym na umowy stałe. Emeryt zyskiwał niewielkie dodatkowe dochody. Za to zakład pracy doświadczonego, pełnowartościowego pracownika dzięki któremu mógł znacznie obniżyć koszty pracy, zwiększyć elastyczność zatrudnienia, obniżyć koszty zwalniania pracowników.

Doświadczenie uczy, że tych wszystkich korzyści zarządom firm było mało. Przy przechodzeniu pracownika na emeryturę, by go zachęcić, gwarantują bezterminowe dalsze zatrudnienie, w rzeczywistości już po upływie pół roku szukają powodu, by emeryta zwolnić. Nie jest istotne, że ten pracownik był wierny jednej firmie przez cały okres swojej aktywności zawodowej, potrzebuje dodatkowych funduszy na kształcenie niesamodzielnych jeszcze dzieci, chce dalej być aktywny zawodowo. Nie są to argumenty istotne dla władz zakładu, bo jest szansa jeszcze taniej pozyskać pracownika. Urzędy pracy przez pół roku finansowały zatrudnienie osoby figurującej u nich jako poszukująca zatrudnienia. Więc trzeba to wykorzystać i zamiast taniego emeryta, zaangażować darmowego pracownika rekomendowanego przez Urząd Pracy. Te wyrachowane metody nie mogą budzić pozytywnych sądów byłych pracowników o swoim do niedawna pracodawcy. Choć niektórzy pomimo mocno przekroczonego wieku emerytalnego, są uprzywilejowani, mają pracę zagwarantowaną do czasu, aż sami stwierdzą, że nie są zdolni jej dalej wykonywać.

Przez całe stulecia pracownicy walczyli o swoje prawa. By przywołać do porządku bogacącego się fabrykanta, zakładali związki zawodowe. Jako jednostka nie byli w stanie się obronić. Często tracili przez to zatrudnienie, a ich rodziny nie miały nawet chleba. Z wielkim trudem poprzednie pokolenia zdobywały krok po kroku szacunek i godziwe warunki pracy, sprawiedliwe wynagrodzenie, adekwatne do swojego wysiłku i poświęcenia. Trudno było wyrwać pracodawcy część jego zysku. Urlopy, płatne chorobowe, urlopy macierzyńskie. Wszystkie te przywileje rodziły się w bólach i powoli. Ostatecznie powstał Kodeks Pracy, który gwarantował przestrzeganie przepisów w nim zawartych, a sporne sprawy załatwiały Sądy Pracy. Mamy XXI wiek, demokrację i kapitalizm. Oczekiwany i dający nadzieję wszystkim na sprawiedliwość, dobrobyt, zachodni styl życia. 25 lat żyjemy w nowej rzeczywistości. Powoli z cichym przyzwoleniem władzy, cofamy się wstecz. Pracodawcy omijają przepisy. Zatrudniają pracowników na warunkach niekorzystnych dla nich, bezrobocie sięga zenitu, a o pracownika nie ma kto się upomnieć. Związki zawodowe kupczą z pracodawcą, a pracownik nie ma pewności kto jest jego przedstawicielem i komu powierzyć swoją obronę.

Jak postępują pracodawcy z nowym pracownikiem? Żeby nie mieć obowiązku zatrudnienia go na bezterminową umowę o pracę, po pięciu latach pracy, zwalnia się go i zatrudnia na nowo po miesięcznej przerwie, tak jakby przyszedł do firmy po raz pierwszy. Lata przepracowane poprzednio nie liczą się, bo nowy – stary pracownik zaczyna od zera. Oczywiście, jako nowy traci na zarobkach i innych przywilejach, których zdążył dorobić się w ciągu pięcioletniego zatrudnienia. Osoby, które w ten sposób potraktowano, po dziesięciu latach pracy zarabiają mniej niż podczas pierwszych miesięcy poprzedniego zatrudnienia. Państwo zezwala na takie praktyki, a pracownik godzi się, bo chce za wszelką cenę mieć zatrudnienie. Harmonogramy, na których widnieje normatywny czas pracy, zmuszony pracownik podpisuje, choć nie zgadzają się zupełnie z przepracowanym faktycznie czasem. Najbardziej przygnębiające jest udawanie. Dyrektor firmy wie, dział personalny też, związki zawodowe również, ale każdy jest zaskoczony, kiedy od czasu do czasu zbuntowany zgłosi to do Inspekcji Pracy. Hipokryzja, obłuda niegodna człowieka. Czy o takie warunki pracy, nędzne zarobki, głodowe pensje walczyła niezadowolona , w czasach PRL-u i wcześniej, klasa robotnicza?

Mam wrażenie, że kapitalizm w Polsce ma wypaczony charakter. Zakłady pracy padają jeden po drugim. Biurokracja rozrosła się jak perz w ogrodzie, szkoły zawodowe unicestwione, bo po co komu robotnik wykwalifikowany? Stawiamy tylko na ludzi wykształconych, najchętniej na uczelni wyższej. Nie jest ważne, że z dyplomem tym, zasili grono bezrobotnych, albo usiądzie jako kasjer w markecie lub będzie pracował za euro na zmywaku w innym kraju. Rządzący wypychają młodych, wykształconych ludzi z ojczyzny i cieszą się, że spada nam bezrobocie……. Władza wpada ze skrajności w skrajność, a traci na tym najbardziej, najliczniejsza klasa średnia (czyt. uboga).

Zapraszam do dyskusji.

OSZCZĘDNOŚĆ PO POLSKU

Wszędzie słyszymy o oszczędzaniu:  każda kropla wody,  każda żarówka, czuwający pilot, nieszczelne okno i tak dalej……

Ten post jest moją reakcją i protestem zarazem, na bezmyślność i niegospodarność firm, które beztrosko trwonią pieniądze swoich klientów. Mam na myśli dostawcę energii elektrycznej (ENEA) i gazu (PGNiG). Dawniej, kiedy byliśmy bogatsi, te dwie instytucje (może inaczej się nazywały?) przysyłały jednego inkasenta, który odczytywał oba liczniki i wystawiał jeden wspólny mini rachunek. Logiczne, rozsądne i oszczędne postępowanie (firmy prawdopodobnie rozliczały się bez udziału odbiorcy swoich usług). Później nastąpił rozbrat energetyki z gazownią. Każda z firm przysyłała swojego inkasenta (czasem mijali się w drzwiach), każdy odczytywał właściwy licznik, drukował mini rachunek i przychodził ponownie za dwa miesiące. Koszty ich pracy należy pomnożyć razy dwa. W dalszym udoskonalaniu obsługi klienta (wszystkie działania oczywiście z myślą o jego komforcie), PGNiG ograniczyła pracę inkasenta do odczytu licznika i przekazania danych do biura zakładu. Czym okazała swoją niegospodarność i rozrzutność pieniędzy biorcy świadczeń. Koszty powiększyły się o wydatki związane z wysłaniem faktury: poczta, zakup koperty, papieru (kartka A4, czasem dwie) i większej ilości zużytego tuszu. W tym samym czasie ENEA pracowała według starego schematu. Ale stwierdziła, że tak nie może dalej być. Od września bieżącego roku przeszła na system pracy gazowni, tak więc: pan inkasent odczytuje licznik, ale wystawić rachunku nie może, bo zabrano mu urządzenie drukujące. Dane przekazuje do rozbudowanej administracji firmy, a pani księgowa drukuje fakturę, pakuje w kopertę i wysyła pocztą do adresata.

Myślę, że idiotyzm tych zmian nie ma uzasadnienia. Po co zmieniać coś co jest dobre, sprawdzone, na gorsze? Z reguły każda innowacja ma na celu dodatkowe oszczędności. Mądrze zarządzane przedsiębiorstwa pracują nad tym jak ciąć koszty, a nie jak je mnożyć! Tutaj beztroskę „nowatorów” widzę w jednym, zapłaci odbiorca, bo nie ma wyjścia. A dzięki wystawianiu faktur kolejna pani z biura będzie miała co robić. Za jedną taką operację przypuszczalnie zapłacimy około 5 złotych. Według GUS-u w 2011 roku w Polsce było 13572000 gospodarstw domowych. Wiadomo, że każde z nich dostaje 6 razy w roku rachunek za gaz i prąd.

Wyliczenie :                         13572000 x 6m-c x 5zł = 407.160.000 zł

Takie koszty ponoszą klienci jednej instytucji. Tyle samo generuje druga, więc na wystawienie i wysłanie faktur do klientów obie firmy wyrzucają w błoto około 814.320.000 złotych!!! Do tego, przy okazji jakichkolwiek zmian, klienci dostają pocztą ogromne ilości książeczek, których nikt nawet nie otworzy przed wrzuceniem do śmietnika. Zostawiam sprawę do dyskusji na forum. Warto wytykać palcami zakłady, które beztrosko trwonią pieniądze odbiorców swoich usług.

Dla kontrastu podam przykład jak postępują bogaci. W latach osiemdziesiątych mąż odwiedził krewnego w Zachodnich Niemczech (RFN). Od początku wizyty zaskoczyła go oszczędność, z jaką się tam spotkał. Jednak szczyt zdziwienia nastąpił w chwili, kiedy bogaty krewny kontrolował ilość wody nalanej do wanny przed kąpielą. Zaskoczenie budził fakt, że na kilka mieszkań był zamontowany jeden licznik. Nikt nie wiedział ile wody zużyje każdy z mieszkańców. Jednak wszyscy pilnowali, by zużyć nie więcej wody niż było to konieczne. Nikt nikogo nie kontrolował, bo każdy sam wiedział jak ma postępować. W Polsce rozumiemy własność wspólną jako niczyją, więc można trwonić do woli. Bogaci łyżeczką budują fortuny, my chochlami je rozpuszczamy.