REMONT CZ. II. ARTYSTA PRZEJĄŁ PRACE PO PARTACZACH, MOJE TROSKI TEŻ

Kiedy zobaczyłam i usłyszałam Artystę pierwszy raz, pomyślałam: to człowiek którego potrzebuję teraz najbardziej. Konkretny, rzeczowy, spokojny, wyważony, nic nie stanowiło dla niego problemu, na drobiazgach się nie skupiał. Natychmiast ocenił sytuację. Mieszkanie rozgrzebane, ekipa zwolniona, a położone w łazience płytki (indygo) falują na ścianie jak woda w morzu. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że definitywne zakończenie współpracy z poprzednią ekipą było najlepszą decyzją jaką podjęłam w związku z remontem. Wierzcie mi zrobiłam to stanowczo zbyt późno. Przez swoje miękkie serce i skrupuły, naraziłam się na niepotrzebne koszty i wydłużenie czasu remontu o około półtora miesiąca. Warto czasem posłuchać młodszych, trzeźwym okiem patrzących bliskich, którzy już na samym początku sugerowali rezygnację z usług niesolidnej ekipy. Uważałam, że są do malarzy uprzedzeni bez powodu i brnęłam w kłopoty ślepo, jak ćma w ogień. Na szczęście w porę się ocknęłam.

Artysta przyjechał, z całym wyposażeniem, dzień przed Bożym Ciałem. W mig, bez ceregieli, uzgodniliśmy zakres prac (bez pomiarów i szczegółów), kwotę za ich wykonanie, inne drobne sprawy zostały spisane na kartce i na tym koniec. Wykonawca zlecenia nie miał problemu z akceptacją  wymagań jakie przed nim postawiłam. Zamierzał wykonać wszystko sam, poza podłączeniem kuchenki gazowej. Pomyślałam: Losie jesteś łaskawy dla mnie. Potrzebuję teraz najbardziej zrzucić z siebie problemy związane z remontem na kogoś kto niepodzielnie je udźwignie. Zaczęłam pracę na ryneczku i to działanie absorbowało mnie całkowicie od rana do wieczora. Nie miałam siły w tej sytuacji kierować pracami nieudolnej poprzedniej ekipy, której każdego dnia wytykałam palcem niedociągnięcia. Nie teraz, nie w tej chwili, nie mam siły, nie mogę spać. Dzień przyjazdu Artysty zmienił sytuację diametralnie.

W Boże Ciało Artysta zaczął naprawiać, to co zostało zepsute. Uzgodniliśmy, że płytki położone na ścianie w kuchni zostawimy, mimo niedoróbek. Natomiast  osiem metrów płytek w łazience trzeba zdjąć. Artysta miał nadzieję, że uda się je odzyskać dzięki urządzeniu, które poznał w Norwegii. Jego praca polegała na przytykaniu gorącej ssawki do płytki, a ta rozpuszczała klej, pozwalając zdjąć nieuszkodzoną glazurę położoną wcześniej. Niestety pracownicy żadnej wypożyczalni sprzętu budowlanego, w moim dużym mieście, nie posiadali, a nawet nie znali takiej maszyny. Proponowali tradycyjny młotek i majzel (skuwanie ręczne) albo za pomocą młota mechanicznego czyszczenie ściany. W obu przypadkach płytki oczywiście będą zniszczone. W jeden dzień Artysta uporał się z moimi płytkami, tłukąc je z całej siły, a kolejne kartony zapełniały się gruzem. Mieszkańcy kamienicy poszli do kościoła, a mój pracowity chłopak robił hałas na całą ulicę. Pracował z wielkim entuzjazmem do późnych godzin wieczornych.

Wezwałam szefa pierwszej ekipy, pokazałam gołą ścianę i kartony zniszczonych płytek. Domagałam się zwrotu pieniędzy za osiem metrów glazury. Pokrył koszty bez oporów. Pożegnaliśmy się bez złości. Mimo wszystko żal mi go było. Poprosiłam by nigdy więcej nie brali się za prace, których nie są w stanie wykonać dobrze. Narażają siebie na straty, a inwestora na stress, dodatkowe koszty związane z remontem i wydłużenie czasu jego trwania. Tłumaczył się kłopotami natury osobistej, nieudolnie usprawiedliwiał przykrą sytuację, która zaistniała między nami. Myślę, że w głębi serca szczęśliwy był, że zdjęłam z niego obowiązek kontynuowania remontu, którego nie był w stanie wraz z pracownikiem dokończyć. Problemy, które mnożyły się każdego dnia przerosły jego wiedzę i umiejętności. Nie miał odwagi przyznać się do braku doświadczenia w tej materii. Może obawiał się, że nie znajdę nikogo, kto poprowadzi dalej rozgrzebane przez nich prace? Widziałam, że poczuł ulgę, zostawiając moje mieszkanie innemu fachowcowi. Pewnie spodziewał się również porażki jego. Zdziwiłby się gdyby zobaczył dzieło końcowe Artysty.

Oczywistym jest, że w remoncie mieszkania uczestniczyłam nie tylko ja, również moja rodzina. Rzadko opisuję jej członków, mało piszę o mężu i dzieciach. Szanuję decyzję o ograniczeniu do minimum zamieszczania informacji na ich temat. Piszę wyłącznie o sobie. Również nie sfotografowałam kolejnych etapów prac. Moje rodzina i dom nie są przeznaczone do udostępniania w internecie, za co przepraszam Gości bloga.

Kolejna część tekstu na temat remontu ukaże się wkrótce. Zapraszam.

REMONT CZ.I. TRWA CZWARTY MIESIĄC MOJEJ BEZDOMNOŚCI. NIE MOGĘ WRÓCIĆ DO DOMU JAK ODYS DO ITAKI

Uspokajam czym prędzej. Nie straciłam domu, nie opuściłam też męża. Remontujemy nasze mieszkanie, a końca jakby wcale nie widać. Zacznę od początku. Stali Goście zapewne pamiętają, że dwa lata temu zaczęliśmy doprowadzać nasze mieszkanie do stanu, który dałby nam radość z mieszkania w nim. Nasze? Nie wiem czy tak mogę je nazwać? Jest to prywatna kamienica, której właściciele wynajmują lokale najemcom. Właśnie na takich warunkach zajmujemy z mężem dwa pokoje, kuchnię, łazienkę i korytarz. W pierwszym etapie zlikwidowaliśmy tapety definitywnie. Wygładzone, prawie jak lustro, ściany podobają się nie tylko nam. Prace trwały półtora miesiąca, co wydawało się wiecznością. Nic jednak nie przebije tegorocznego maratonu.

Remont łazienki, kuchni i korytarza miała przeprowadzić dwuosobowa ekipa, ta sama która wyśmienicie sprawdziła się przy pracach malarskich. Uwierzyłam w zapewnienia o umiejętnościach z dziedziny kładzenia płytek i zatrudniłam ich, biorąc pod uwagę perfekcję poprzedniego wykonania. Problemy zaczęły się zaraz pierwszego dnia. Panowie rzucili z rękawa wygórowaną kwotę za wykonanie prac, która była nie do przyjęcia przeze mnie, w żadnym wypadku. W pierwszym momencie zagrozili, że zostawią mnie z rozgrzebanymi pracami (przypuszczali, że to zmusi mnie do spuszczenia z tonu i przystanę na ich warunki). Poprosiłam o kosztorys, który zawierał wszystkie czynności, zgodnie z obowiązującym cennikiem. Dostałam go zaraz na następny dzień, o dziwo opiewał na kwotę  o 2 tysiące niższą niż pierwotna. Zgoda, można zacząć prace.

Kucie tynków, likwidacja poprzednich płytek, wylanie posadzki w korytarzu, wyrównanie betonowych powierzchni w pozostałych pomieszczeniach. Dotąd prace szły sprawnie. Nie miałam szczególnych zastrzeżeń.  Problem pojawił się kiedy zostały położone płytki na ścianie w kuchni. Dużo złego można było powiedzieć o umiejętnościach fachowców i dokładności w wykonaniu. Wszyscy widzieli partactwo tylko nie ja. Pozwoliłam, czego bardzo żałuję, pracować dalej ekipie, która nie miała przygotowania do wykonania powierzonego zadania. Dzisiaj wiem, że panowie uczyli się kłaść płytki w moim mieszkaniu. Mam wrażenie, że nigdy wcześniej podobnych zleceń nie wykonywali.  Przyszedł dzień rozpoczęcia prac w łazience. Płytki indygo piękne w kartonach, na źle wyłożonej ścianie straciły cały swój urok. Ściana pływała jak fale na niespokojnym jeziorze.

W poniedziałek ekipa przyszła do pracy w wyśmienitych humorach. Już na podwórku zauważyli, że ja niestety nie podzielam ich radości. Pół godziny prowadziłam monolog, o partactwie jakie jest ich udziałem. Żaden z panów nie powiedział słowa. Nic innego nie mogłam zrobić jak zwolnić partaczy, by nie uczynili więcej szkód niż dotąd. Pozbierali cały swój dobytek i opuścili moje mieszkanie. Niestety zapłaciłam im za trzy tygodnie pracy w ratach wcześniej. Szkoda pieniędzy i czasu, który straciliśmy. Płytkarz, prawdziwy fachowiec, znawca tematu, który podjął się remontu, musiał poprawiać wszystko czego dotknęli ci panowie. Oczywiście należało skuć położone płytki w łazience, prawie 8 metrów. Za nie pieniądze zwrócił pan, które je położył. Prosiłam gorąco by nigdy więcej nie podejmowali się wykonywania prac remontowych, o których nie mają pojęcia. Powinni robić tylko to na czym się znają.

26 maja do prac przystąpił młody artysta malarz po ASP, który ze sztuki nie może się utrzymać, więc pracuje jako jednoosobowa ekipa remontowa, wykonując kompleksowo prace w mieszkaniach. Dalszy ciąg opowieści związanej z remontem nastąpi niebawem……