NAJPIĘKNIEJSZY DZIEŃ W ROKU

Z okazji zbliżającego się Dnia Matki Wszystkim: Rodzicielkom, Matkom, Mamom, Mamusiom, Mamuniom, Mateczkom, Mamulkom, Matulkom, Mamuśkom, Matuchnom, Matuleńkom, Matusiom, Mamkom składam najserdeczniejsze życzenia.                                                                         MATKA, TO SŁOWO MA WYJĄTKOWĄ WYMOWĘ.

Przeczytajcie proszę piękny wiersz napisany przez MAGNOLIĘ.

DLA CIEBIE MAMO WSZYSTKIE…

Matka to tylko jedno słowo ileż kryje w sobie treści. dała nam największy skarb- życie. Pamiętajmy o naszych matkach w dniu jej święta.

chciałabym ci mamo napisać wiersz śliczny
lecz każde słowo jest zbyt proste
moje serce się wciąż wyrywa
myśli krążą w głowie już wiem co ci powiem

kocham cię mamo i bardzo tęsknię
dziękuję za wszystko co mi przekazałaś
za wychowanie za nocne czuwanie
za ciepło i utulony sen za nauk pęk

czuję każdego dnia twe serce w moim
ku tobie płynie me ciche wołanie
choć jestem już dorosła
kocham ciebie wciąż tak samo

pragnę w dniu twego święta
przesłać ci bukiet miłości mojej
życzę ci pięknych, cudownych dni
cudownych pragnień, cudownych chwil

abyś miała wszystko co ci trzeba
zdrowie pomyślność z nieba
dziękuję ci mamo za to że jesteś
moim ramieniem w potrzebie

kochałam kocham i kochać ciebie będę ….

13.05.2009R

autor

MAGNOLIA

http://wiersze.kobieta.pl/wiersze/dla-ciebie-mamo-wszystkie-kwiaty-swiata-2758

IN VITRO – OSTATNIA NADZIEJA. TEMAT CIĄGLE GORĄCY

Właśnie teraz, kiedy do władzy doszła partia licząca się z dyktatem Kościoła, temat in vitro, jego finansowania przez państwo, wrócił. Chciałam Wam zaprezentować problem widziany oczami niedoszłych matek, którym wmawia się, że posiadanie potomstwa przy pomocy ostatniej szansy, czyli metody in vitro, to zbrodnia przeciwko Bogu, Kościołowi i społeczeństwu. Wmawia się tym pragnącym, za wszelką cenę urodzić własne dziecko, kobietom największą przewinę wobec siebie, swojego sumienia i dziecka, które pragną posiadać. Wmawia się im, że dzieci poczęte przy pomocy metody in vitro, są mniej inteligentne, upośledzone częściej niż zapłodnione w naturalny sposób. Obrzydza się im życie, wywołuje poczucie winy i wątpliwości, których nie miałyby, gdyby nie fałszywa propaganda. 

Pozwólcie, proszę, że zacytuję dramatyczne słowa jednej z kobiet, która chce wykorzystać ostatnią szansę, czyli in vitro, by zostać wreszcie szczęśliwą matką:

,,Jestem jedną z Was. Jabłoń, która rośnie w sadzie bez wydawania owoców. W ciągu dziesięciu lat starań o własne dziecko, przeszłam wszystkie możliwe drogi. Badania, leczenie, zabiegi, wielokrotny pobyt w szpitalu. Ciągłe nadzieje i rozczarowania. Może następnym razem się uda i kolejny raz ta sama tragedia. Ta ciągła huśtawka zakończyła się załamaniem nerwowym. Do tego doszły nieporozumienia z mężem, wzajemne oskarżania, gorzkie słowa, groźba rozwodu.”

Dalej zrozpaczona kobieta mówi:

,,Kiedy zdałam sobie sprawę, że ta droga prowadzi do nikąd, zainteresowałam się możliwością zapłodnienia in vitro. Muszę wykorzystać tę ostatnią iskierkę nadziei, bo do końca życia będę miała do siebie żal, że poddałam się w ostatnim etapie walki. Myślę, że podobnie jak ja wiele małżeństw bezdzietnych, rozważało możliwość skorzystania z tej metody. Jest jednak decydująca przeszkoda; pieniądze. Wymogi jakie trzeba spełnić, by zakwalifikować się do programu są bardzo restrykcyjne. Wiele małżeństw nie spełnia kryteriów. Samofinansowanie jest bardzo drogie, niestety nie na kieszenie młodych ludzi. Jeden zabieg kosztuje około 15 tys. złotych, często potrzebny jest drugi i następny. Ta kwota przekracza nasze możliwości. Dlatego chcę działać na rzecz kobiet, niedoszłych matek, które są w podobnej sytuacji jak ja. Chcemy przekonać rząd i Narodowy Fundusz Zdrowia do dalszego finansowania tej metody, dostępności  dla każdego, uznanie jej za słuszną i moralnie uzasadnioną. Pieniądze podatników pomogą nam być rodzicami. Problem jest trudny, bo ci co decydują widzą go marginesowo.”

My, rodzice własnego potomstwa, nie zdajemy sobie sprawy, co przeżywają kobiety, żony, które nie mogą dać mężowi potomstwa. Chcą mieć pełną rodzinę, czy to tak wiele? Jest mnóstwo argumentów za i przeciw in vitro. Chcę omówić te, które przemawiają za popieraniem, finansowaniem i stosowaniem  właśnie tej metody, bez ograniczeń. Wymienię je w punktach:

  1. Bezdzietność, to problem społeczny. Około 20 % rodzin ma trudności z posiadaniem własnego dziecka.
  2. Brak dziecka rodzi tragedie: rozbite rodziny, załamania nerwowe, myśli samobójcze, alkoholizm.
  3. Pełna rodzina, to podstawowe ogniwo społeczeństwa, które dobrze działa i rozwija się. Tylko wtedy, gdy jest szczęśliwa spełnia właściwie swoją funkcję.
  4. Niż demograficzny, to skutek, przynajmniej po części  bezpłodnych kobiet i mężczyzn, obok tych którzy chcą mieć tylko jedno dziecko lub świadomie z posiadania potomstwa rezygnują.
  5. Polska, to kraj starzejących się ludzi. Długość życia rośnie, a urodzeń jest mniej. Dzięki metodzie in vitro, rodziny bezdzietne mogą zmienić te proporcje, na znacznie korzystniejsze.
  6. Dzieci zapłodnione pozaustrojowo są najbardziej chciane, wyczekiwane i wymarzone, bo inne, stosowane wcześniej metody leczenia zawiodły.
  1. Obdarowane są wielką miłością, jeszcze przed przyjściem na świat. Długie oczekiwanie, przeżyte rozczarowania kumuluję tę miłość.
  2. In vitro to najbardziej świadome macierzyństwo, zgodne z nauką Boga i Kościoła. Sprzeciw biskupów, sądzenie  i ferowanie wyroków wobec kobiet pragnących zostać matkami, nie ma w tej materii uzasadnienia.
  1. Mit o tym, że zabieg jest niebezpieczny dla matki i poczętego dziecka nie ma medycznych potwierdzeń. Specjaliści uważają, że odsetek powikłań jest zbliżony do ciąż poczętych naturalnie.
  2. Dzieci urodzone w wyniku zapłodnienia in vitro rozwijają się na poziomie równym z innymi. Potwierdzają to wyniki badań antropologów z całego świata.

Myślę, że większość moich czytelników, czuje i odbiera nakreślony problem podobnie. Metoda zapłodnienia in vitro powinna łączyć wszystkie środowiska, zarówno świeckie jak i kościelne. W czasie, kiedy Polska boryka się z kryzysem niżu demograficznego, każde dziecko jest na wagę złota. Dwadzieścia procent zamężnych kobiet nie może posiadać własnego potomstwa, ma rodziny niepełne. Pomóżmy im wykorzystać każdą metodę, by własne dziecko urodziły. Będzie to korzystne dla każdej z tych rodzin, a także dla Polski. Ta grupa ludzi jest potężna, jednak nikomu nie zależy, by pomóc im spełnić swoje największe oczekiwania. Sami nie dadzą rady. Potrzebują wsparcia, polityków, elit rządzących. Niestety ci, z reguły decydują o sprawach, które z racji wieku, ich już nie dotyczą. Nie rozumieją albo nie chcą zrozumieć dramatu rodzin bezdzietnych. 

Bóg dał człowiekowi wolną wolę i możliwość odpowiadania za popełnione czyny, zgodnie z własnym sumieniem. Czy my, jako społeczeństwo, mamy prawo mu ten przywilej zabierać? Ani rząd ani Kościół nie powinny dążyć do przejęcia dominacji nad sumieniem człowieka. Naciski hierarchów kościelnych są ogromne, by in vitro zakazać. Wszystkim Polakom jest znana prawda, że obecna władza z Kościołem idzie w parze. Każdy wierzący katolik powinien rozstrzygnąć kwestię zgodnie z własnym sumieniem. Jestem osobą wierzącą, matką trójki dzieci. Wiem jedno, że macierzyństwo, to najcudowniejsza rzecz jaką przeżyłam. Gdyby, z jakiegokolwiek powodu, zostało mi ono zabrane, wiedziałabym bez wahania, jak mam postąpić.

Proszę, moi drodzy Czytelnicy i komentatorzy, wypowiedzcie się pod zamieszczonym tekstem, na poruszony temat, według własnego spojrzenia na sprawę zapłodnienia metodą in vitro.

 

 

DOM PACHNĄCY CHLEBEM. MODA NA PIECZENIE CHLEBA WRACA.

Smak chleba pieczonego w domu pamiętam od wczesnego dzieciństwa. Wszyscy, a było nas pięcioro rodzeństwa, czekaliśmy na sobotę. Wtedy mama wyciągała dzieżę do wyrabiania ciasta i szykowała się do pieczenia chleba na cały tydzień dla siedmioosobowej rodziny. Lubiliśmy ten dzień, bo nie tylko dom pachniał wspaniałym, świeżym chlebem. Mieliśmy też na deser cienkie placki, posypane cukrem, smaczne i chrupiące.

W tamtym czasie nie zastanawiałam się skąd moja mama ma siłę wyrobić ręcznie całą dzieżę ciasta? Dopiero kiedy założyłam własną rodzinę i próbowałam zrobić małą ilość drożdżowego ciasta na pyzy, wróciłam myślami do tamtych dni i mamy przy dzieży, wyrabiającej ciasto chlebowe.  Uzmysłowiłam sobie ile siły potrzebowała moja mama, by zrobić ciasto na wspaniały chleb. Przypuszczam, że był to nadludzki wysiłek, dla mnie niemożliwy do wykonania, a moja mama, drobna, delikatna kobieta, radziła sobie z nim wyśmienicie.

Piec chlebowy stał w sieni, a otwór wsadowy znajdował się  w kuchni. Najpierw należało piec nagrzać do odpowiedniej temperatury. W tym celu trzeba było rozpalić ogień, wykorzystując długie, suche drewna (nazywane przez moich rodziców szczapami). Ojciec rąbał  kloce, na odpowiedniej grubości polana. Zdarzało się, że drew zabrakło, ojciec pracował na polu, a chleb trzeba było upiec. Bracia byli jeszcze za mali, więc mama sama rąbała drzewo.  Kiedy piec się grzał, mama wyrabiała ciasto. Z każdej poprzedniej partii, zostawiała w dzieży kulkę ciasta na zakwas, który w ciągu tygodnia fermentował i w nowym cieście chlebowym pełnił rolę podobną do drożdży. Jednym słowem powodował, że ciasto rosło. Kiedy masa była gotowa, mama posypała wierzch mąką, przykryła lnianą ściereczką i odstawiała dzieżę w ciepłe miejsce.  Po jakimś czasie, kiedy w dzieży było pełno, ciasto zostało jeszcze raz przemieszane i wyłożone na stolnicę.  Mama dzieliła je na siedem równych porcji, z których formowała ogromne bochenki chleba, oraz trzy mniejsze kulki, z których robiła płaskie, okrągłe placki i posypywała obficie cukrem. Pamiętam nazwę; podpłomyki. Chyba tak je nazywano na Nowosądecczyźnie, skąd pochodzili moi rodzice.

Gotowe chleby jeszcze przez chwilę leżały posypane mąką na stolnicy. Mama sprawdzała piec, czy ma odpowiednią temperaturę. Rozgarniała na boki wypalone drwa, czyściła środek i wkładała do niego, najpierw bochny chleba, a bliżej wlotu placki z cukrem. One właśnie wyjmowane były najwcześniej i gorące jedzone przez nas z wielkim apetytem. Uwielbiam te wspomnienia i zapach chleba w naszej kuchni. Tego nie można zapomnieć nigdy. Kiedyś dostałam mąkę żytnią. Upiekłam z niej dwa chlebki według przepisu z internetu. Zapach i smak  mojego chleba przypominał mi ten z dzieciństwa.

Wszystko szło dobrze, kiedy nie było problemu z rozpaleniem ognia. Ale zdarzały się dni, kiedy w żaden sposób mama nie mogła sobie poradzić. Najczęściej stawało się tak latem. Piec nie chciał odprowadzać dymu do komina, tylko całe kłęby zasmradzały kuchnię, a ściana nad drzwiczkami momentalnie ciemniała, aż w pewnym momencie stawała się czarna. Zaznaczam, że to pomieszczenie zawsze wymalowane było na biało, więc to miejsce wyglądało fatalnie, w stosunku do innych ścian. Ale dla mojej mamy nie stanowiło to żadnej tragedii, nie z takimi przeciwnościami losu musiała sobie radzić. Po wypieczeniu chleba, przynosiła kubeł z farbą i po uprzednim zmyciu ściany, malowała ją szczotką kilka razy, aż stawała się idealnie biała.

Całe lata zachwycaliśmy się produkcją masową, szybką i uniwersalną, kupowaliśmy gotowe produkty. Dzisiaj coraz częściej wracamy do tego co jest jednostkowe, niepowtarzalne, swojskie, domowe, tradycyjne, własne. Tak jest z chlebem. Często słyszymy i czytamy o paniach domu, piekących własny chleb. Powiedziałabym nawet, że mamy taką modę,  jest to trendy. Przepisów w internecie mamy setki, a przyrządy do tego potrzebne można kupić bez problemu. Oczywiście obecnie nikt nie piecze chleba w wiejskim piecu. Są do tego odpowiednie urządzenia, albo piekarniki elektryczne. Wyrabiać ciasto można też mechanicznie, bez wysiłku jaki musiała w tę czynność wkładać moja mama. Mimo tych udogodnień, sztuka pieczenia chleba nie należy do łatwych. Warto jednak się przełamać i poświęcić, bo zapach pieczonego chleba, dla wielu z nas, to najczęściej wspaniały zapach dzieciństwa. Oto jeden z przepisów, który sama wypróbowałam:

Chleb polski z grupy: polskie pieczywo na zakwasie: 

Składniki i wykonanie:                                                                                               Zakwas: 50 g mąki żytniej razowej i 50 g przegotowanej wody                                            Na wykonanie dobrego zakwasu potrzebujemy tydzień. Warto go zrobić, bo potem zostawiamy część ciasta chlebowego, które jest  zakwasem do kolejnego wypieku. Składniki mieszamy w słoju i odstawiamy w ciepłe miejsce na 24 godziny. W drugim dniu bierzemy tylko połowę zakwasu, dodajemy po 50 g mąki i wody, mieszamy, zostawiamy w ciepłym miejscu. Przez kolejne  cztery dni czynność z drugiego dnia powtarzamy. W dniu siódmym mamy gotowy zakwas i możemy przystąpić do pieczenia chleba.                                                                                                                      Zaczyn: 60 g zakwasu, 90 g mąki żytniej, 90 g wody.                                                       Wszystkie składniki mieszamy i odstawiamy na 12 godzin.                                                                                                      Ciasto: przygotowany wcześniej zaczyn, 40 g mąki pszennej, 270 g wody, łyżeczka soli, łyżeczka cukru, 2 g drożdży.                                                                                      Wszystkie składniki mieszamy, wyrabiamy ciasto i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do temperatury 200 st. C. Wyjmujemy kiedy skórka się zrumieni.

Pozdrawiam serdecznie i zachęcam, spróbujcie upiec chleb w domu. Może nie udać się za pierwszym razem, nie zrażajcie się, za którymś razem będzie idealny.