MAŁE FORMY LITERACKIE. WIATR I SOSNA

Tekst napisałam podczas ćwiczeń z dziennikarstwa, na trzecim roku studiów. W zadaniu, jakie postawiła przed nami prowadząca zajęcia chodziło o to, by  wymyślić krótkie opowiadanie z pogranicza literatury i publicystyki. Przedstawiam Wam swoją pracę.

Silny podmuch wiatru zaniósł ziarenko na szczyt, a matka Ziemia tchnęła w nie życie. Słońce pomogło ogrzać zimną kołdrę i zakiełkować. Pierwsze „listeczki” wyrosły w niedługim czasie; z ciekawością i bojaźnią spoglądały na świat figlarnymi oczami. Ciepło i miło. Wiatr szalejący po całym świecie, wracał i wyciszał się, by nie uszkodzić kruchych gałązek. Mała sosna z uwielbieniem patrzyła na ojca, a on czule otaczał ją swymi potężnymi ramionami, przynosił rosę, by zaspokoić pragnienie, a zbyt silne słońce zasłaniał chmurami. Drzewko rosło i nabierało siły. Gdy lato odeszło i zaczęła się jesień, dziecko poznało wiatr inny. Już nie muskał delikatnych gałązek, nie chronił drżących liści. Targał i chłostał ciało, liście rwał boleśnie i rzucał w przepaść. Chuda, obdarta roślina, bez cienia nadziei na pomoc, kuliła się, stawała coraz mniejsza, zastraszona i cicha. „Dziecko” najchętniej ukryłoby się w szczelinie, ale twarda skała trzymała jego korzenie. Zima, śnieg i ten bezlitosny wiatr pastwiły się nad  nim przez długie miesiące. Słonko, ciepłe i przychylne latem, odeszło, nie zaglądało, by sprawdzić, czy jeszcze trwa, istnieje. Tylko od czasu do czasu  promyk zaświecił, ale już nie ciepły, jak kiedyś. Krótkie, skute lodem dni, sosna  przeżyła w półśnie, w nadziei na  ujrzenie pierwszych oznak wiosny.

Przyszła wraz z wiatrem i słońcem nieśmiałym. Nikt nie chciał się wiatrowi – oprawcy sprzeciwić. Bo silny, bo ojciec – ma prawo krzywdzić, bić i szarpać. To on  karmi, uczy i wybiera kary za nieposłuszeństwo. Nie ważne, czy jest powód do bicia i lżenia. Ciągle zły i ogłupiony, nieszczęśliwy, pijany z nienawiści  -  bo sam. Otoczenie przyglądało się z boku i dawało przyzwolenie. Nierówna siła skazywała dziecko na przegraną. Ale ono chciało żyć i rosło, czas leczył połamane gałązki, liście latem zachwycały bujnością. Rany pojawiały się i szybko goiły, ale cierpienie zapamiętane nie znikało. Zawsze ze strachem witała sosna ojca, a on to czuł  i był coraz gorszy. Nie tylko szturchał, szczypał i bił mocno. Wyzywał i ranił słowami bolesnymi jak razy. Taka jest jego natura, to wiatr, pan całego świata, silny i bezwzględny, nie da odebrać sobie władzy.                                                                                                

Czas mijał szybko, minęło dwadzieścia lat. Z kruchej, zastraszonej rośliny wyrosła potężna sosna. Drzewo, które stawia opór bezlitosnemu wiatrowi, potężnej zimie i ulewie. Bicie i ból fizyczny zapomniała. Dały jej hardość i twardość skały. Nawet huragan niszczący wszystko -  brat wiatru -  nie złamie jej potężnych konarów. Stoi na znak, że nie dała się zniszczyć.. Nie wrogowi obcemu, a własnemu ojcu – tyranowi i katowi. A przecież  najczęściej – Ojciec, to ciepło, bezpieczeństwo i miłość. To troska i nauka, wskazywanie drogi. Rozmowa spokojna, wiara w dobro.

Dziś, to on potrzebuje jej pomocy. Stracił siły, jest stary, chory i słaby. Samotny, bezbronny i zależny od innych. Nikt nie wzrusza się jego losem, nie kochał i nie dostanie miłości, której nie dawał. Świat go opuścił, ale tkwi przy nim córka. Tylko ona, choć  przy każdym zbliżeniu do jego łóżka nie czuje nic, poza żalem. Jej ciało dawno wygojone, nie nosi śladu dawnej przemocy. Podobna do innych, a może piękniejsza. Jednak coś zdradza mroczną przeszłość. Oczy,  oczy granatowe,  kryją tajemnicę. Nie zgadnie jej nikt, kto nie doświadczył podobnych krzywd. Nie rozmawia o tym, co było – ze staruszkiem. Po co? I tak niczego, by to nie zmieniło. Czasu nie można cofnąć, on minął i piętno zostawił w duszy kobiety. Jest okaleczona na całe życie i nigdy nie pozbędzie się strachu i myśli o bólu jaki doświadczyła. Te pierwsze lata życia zadecydowały o reszcie. Nie umie kochać, być czułą i ufną. Nie nauczył jej tego ojciec- tyran.

Rodzina, jak dumnie i godnie to brzmi. Nikt nie wie ile łez, bólu i strachu  w sobie kryje. Bywa często,  że krzywdzą się nawzajem dorośli. Oprawca  – ojciec bije matkę na oczach własnych, wystraszonych dzieci. Chętnie „poużywałby” sobie na nich, ale rodzicielka bierze ciosy na siebie, broni jak lwica z narażeniem życia. Są też takie domy, gdzie ojciec jest surowy tylko dla  swych córek i synów, a matka to toleruje. Zezwala  tyranowi  pastwić się nad nimi. Nie broni sama i nie szuka pomocy u innych. Cicho akceptuje poczynania męża – ojca  psychopaty i udaje, że nic się nie dzieje. Bywa i tak, że dzieci mają dwoje oprawców i z nikąd pomocy. Pijani i dzicy z nienawiści  – swoje niepowodzenia, winę za biedę i marny los przelewają na swoje dzieci. One są workiem do bicia, przyjmą  – do czasu – każdy cios. Wyjątkowym nieszczęściem jest matka, bijąca swoje dzieci. Ona ostoja miłości, bezpieczeństwa, ciepła – sama staje się wrogiem rodziny. Ojciec nieobecny przez cały dzień, nie wie co dzieje się w domu. Cierpią dzieci, bo być może ona też była bita.

Człowiek, jak wiatr, jest zmienny. Raz silny, bezlitosny, niszczy wszystko na swej drodze. Kiedy indziej, delikatny ciepły i miły, Zefirek. Potępiamy ojców krzywdzących rodzinę, a w szczególności kiedy dotyka to dzieci. Przemoc,  na najmłodszych, jest niewybaczalna. Nie gódźmy się na to i reagujmy, kiedy wymaga tego dobro najmłodszych. Pamiętajmy, że nie robiąc nic, jesteśmy współwinni. Być może swoim zainteresowaniem, sprawimy, że przerażone oczy dziecka, staną się ufne i radosne.

 

MAŁE FORMY LITERACKIE. RÓŻNE BARWY SZCZĘŚCIA

Na trzecim roku studiów, w ramach specjalności dziennikarskiej, napisałam tekst, który chcę Wam zaprezentować właśnie teraz. Dwa światy, diametralnie różne i wspólna płaszczyzna porozumienia. Niedużą formę literacką z elementami synkretycznymi publikuję w pierwotnej wersji.

Nazwał ją Nuka, a niedźwiadka Baba. Przystanął, zastanawiał się ile razy spotkał niedźwiedzicę z małym. Od pewnego czasu łapał się na tym, że ich wypatruje, czuje niepokój, kiedy nie przechodzą obok szałasu, chociaż raz dziennie. Wydawało mu się, że ta niezwykła para odwiedza to miejsce dla niego. Przyroda, cisza i on. Niewzruszona, surowa Alaska stała się jego domem od kiedy opuścił miasto. Wyjazd na bezludzie miał mu pomóc zapomnieć i rozstać się z dotychczasowym życiem. Chciał poczuć się wolny od złych wspomnień. Dotąd przeszłość i przeżyta trauma, pojawiały się prawie w każdym jego; działaniu, ruchu, geście, rozmowie, śnie. Szukał potwierdzenia przynależności do świata, jakiejkolwiek jego cząstki. Od wypadku i śmierci najbliższych zawisł w próżni. Wybrał samotność z dala od ludzi; szczęśliwych, drapieżnych i zaborczych, dążących za wszelką cenę do osiągnięcia sukcesu. To życie nie było już jego życiem, a przecież tak niedawno kręcił się w jego trybach. Poszukiwanie spokoju i ukojenie bólu, od dwóch lat, wypełniało wszystkie działania Thomasa. 21 maja wszystko runęło, jego życie było domkiem z kart, który pijany kierowca przewrócił jednym nieostrożnym ruchem. Miał wtedy dopiero 25 lat. Nie mógł dalej mieszkać w domu, który wiązał mu się z radością, szczebiotem dziecka i obecnością Margarett, w mieście – grobie, miejscu śmierci osób najbardziej ukochanych. Świadomość, że to on ich zabił nie opuszczała go nigdy, chociaż sąd bezspornie z winy go oczyścił. Całe zdarzenie analizował setki razy i szukał możliwości ich uratowania. To, że on żyje, a żona i dziecko spłonęli w samochodzie, wystarczyło, żeby czuł się winny i bez przerwy maniakalnie się oskarżał.

Piękne futro było powodem, dla którego tropili ją łowcy. Każdy kto zwierzę raz spotkał myślał o zabiciu, dlatego potężna niedźwiedzica od dłuższego czasu nie mogła spokojnie żyć. Odkąd pojawili się traperzy żadne zwierzę nie było bezpieczne. Ona musiała troszczyć się o siebie i malca, który bez niej zginie. Coraz trudniej było jej znaleźć bezpieczne schronienie. Mogłaby uciekać szybciej w głąb lasu, ale niedźwiadek nie był jeszcze na tyle silny, by mógł za nią nadążyć. Człowiek wiązał się jej z niebezpieczeństwem, od kiedy tamtej zimy straciła dwójkę maleństw umieszczonych przez traperów w klatkach i wywiezionych w nieznane. Nie zbliżała się nigdy do ludzi, do momentu spotkania z tym, którego wybrała na swego przyjaciela. Czuła, że nie może zrobić im nic złego. Dlatego co dzień odważniej podchodziła do jego „domu”, a czując się osaczona, tu szukała pomocy i azylu, przede wszystkim dla niedźwiadka. 

Czasem tracił rozsądek, miał wrażenie, że potężna grizzly chce mu coś powiedzieć. Szedł wtedy wysoko w góry i odrywał się od rzeczywistości. Wydawało mu się, że jest bliżej Nieba, a tam…

- Nie, nie mogę tak dłużej myśleć, to nie ma sensu. Jestem sam i to daleko od ludzi, a jedynymi istotami żywymi są dzikie zwierzęta, z którymi staram się żyć w zgodzie, omijam je, a one mam nadzieję nie będą chciały mnie zabić. 

Polował tylko wtedy, kiedy potrzebował mięsa, ale robił to niechętnie. Czuł bowiem, że śmierć każdej żywej istoty jest pogwałceniem zamysłu Boga, jest niezgodna z piątym przykazaniem boskim: „Nie zabijaj”. Na ścieżce obok szałasu pojawiła się znajoma niedźwiedzica. Jakby bardziej zmęczona i słabsza. Jej ruchy były ciężkie. Miał wrażenie, że każdy krok sprawia jej ból. Zastanawiał się, czy wcześniej nie zauważył tego, czy coś złego stało się w ostatnich dniach. Nie odchodziła, ale też nie zbliżała się. Wyczuwał wahanie z jej strony, jakby nie wierzyła, że może jej pomóc. Jest przecież człowiekiem, sprawcą cierpienia zwierząt mieszkających na Alasce, miejsca, które kiedyś należało tylko do zwierząt. Tu żyły bezpiecznie, to ludzie rządni coraz więcej i więcej spychają je stopniowo na trudne tereny i zabijają dla skóry, resztę pozostawiając na białym śniegu jako ślad swojego morderczego procederu.

- Przyszła do mnie, szuka pomocy dla siebie i malca. Dzikie zwierzęta omijają miejsca, gdzie przebywają ludzie, a ona z jakiegoś powodu tu jest.

Poczuł nagle nieopisany strach, nie o siebie, a o matkę z dzieckiem. Wiedział, że stało się coś złego, bo nie odchodziła jak zawsze. Położyła się na trawie. Odłożył wszystko co miał w rękach i zbliżał się ostrożnie, krok po kroku, w jej kierunku. Głodny malec piszczał i niecierpliwie szukał mleka. Thomas na łapie grizzly dostrzegł krew. Z szałasu przyniósł opatrunki, był nerwowy i niespokojny. Myśli szybko przebiegały mu po głowie; ona nie może umrzeć, mały nie przeżyje. Postępował tak, jakby ratował ludzi; matkę z dzieckiem. Troszczył się o nich, rozpalił ognisko i spał blisko. Wierzył, że kiedy będzie z nimi, niedźwiedzica przeżyje. Nie okazywała wrogości, pomimo bólu, jaki jej sprawiał. Tak, jakby czuła, że dzięki niemu będzie dalej ze swoim dzieckiem. Drogi człowieka i zwierzęcia przecięły się w momencie, kiedy byli sobie potrzebni. Los ich połączył. Strach, cierpienie i niepewność życia. On odarty brutalnie ze szczęścia, ona zagrożona przez traperów, postrzelona i chora. Pomogli sobie nawzajem. Grizzly wyzwoliła go z koszmarów przeszłości, a on stał się opiekunem jej i dziecka podczas choroby, a potem wiernym przyjacielem. Człowieka i zwierzę połączyła niespotykana więź. Miał wrażenie, że niedźwiedzica z niedźwiadkiem są namiastką tego co utracił. Był szczęśliwy i przypuszczał, że zwierzęta na swój sposób też.

Zmęczony usiadł na trawie obok swoich nowych przyjaciół.

,,ALCHEMIK” PAULO COELHO JEST PRZY MNIE ZAWSZE.

Na lekturach ,,Ania z Zielonego Wzgórza” i ,,David Copperfield” wychowało się kilka pokoleń młodych ludzi. Z czasem, mam nadzieję, do listy kultowych pozycji dołączy kolejna. Kocham tę książkę, mam ją w domu i sięgam po nią często. Pierwszy raz przeczytałam ,,Alchemika” w 2007 roku, ostatni w okolicach Gwiazdki. Mam wielką ochotę podzielić się z Wami świeżymi wrażeniami, dorosłego człowieka, choć lektura przeznaczona jest dla ludzi, raczej, młodych. Autor opowiada, w powieści, o tym co w życiu ważne i wartościowe. Pokazuje jak radzić sobie z problemami i je rozwiązywać, zachowywać spokój w trudnych sytuacjach. Najpierw dedykacja, która wita czytelnika pięknym tekstem:

,,Alchemik”, to książka dzięki której odkryłaś i pokochałaś świat literatury. Ona rozpoczęła w Twoim życiu podróż dzięki której, jestem pewna, przeżyjesz wiele przygód, ale co ważniejsze dowiesz się co znaczy szczęście, a także jak żyć, aby każdy dzień (wiedząc, że jest on jedyny i nigdy się nie powtórzy), był najpiękniejszym dniem Twojego życia. Zawsze miej marzenia, a przede wszystkim nie bój się ich realizować i wytrwale dąż do swoich celów. Kiedy będziesz mieć wątpliwości, zawsze wracaj do tej książki, bo daję Ci ją, aby przypominała Tobie, w trudnych chwilach, że jest na świecie coś, w czym jesteś doskonała tylko Ty i warto tego cierpliwie szukać. Pamiętaj, że cokolwiek zdarzy się w Twoim życiu, to właśnie buduje TWOJĄ LEGENDĘ”.

,,Alchemik”, to powieść – wskazówka drogi, jaką powinien przejść człowiek, na progu swojego dorosłego życia. Na podstawie losów hiszpańskiego chłopca, pasterza z Andaluzji, próbujemy poznać siebie, zajrzeć w własne serce, zmierzyć się ze swoimi słabościami i odnaleźć siłę, która pozwoli stanąć mocno na nogi, pomimo utraty wszystkiego i rozpoczęcia wędrówki w górę od zera. Prawda według Paula Coelho ma zawsze dwa oblicza. Pragnienie i strach przed postawieniem kolejnego kroku, jak go pokonać, jak nabrać pewności siebie. Poświęcenie dla wypełnienia zadania, jakie każdy z nas ma wykonać swoim życiem. Czy na to nas stać? Dla złudnego marzenia poświęcić to co pewne, daje gwarancję stabilizacji i pewność dnia kolejnego. Czy łatwo podjąć taką decyzję? Czy wielu ludziom starczy na to odwagi? Santiago kilka razy upadał na kolana, szukał sposobu, by podnieść się, dotrzeć do wyśnionego Egiptu, by odszukać skarb w pobliżu piramid. Zawodzi się, bo nie znalazł tego, czego szukał idąc za radą Cyganki. Ale czy poniósł klęskę? Nie. Wyprawa pozwoliła dotrzeć mu do innej prawdy i odkryć, co dla niego jest najdroższe. Idąc ścieżką marzeń, pielgrzym uczy się, poznaje świat, prawa nim rządzące, dobrych i złych ludzi. Sam musi wybrać, czy woli realizować łatwe zadania, czy stąpać po cierniach, cierpieć, hartować swoją duszę, upadać i podnosić się. Odrzucać plewy od ziaren, umieć wybierać, dokonywać selekcji ścieżek i ludzi, z którymi spotyka się na drodze. Hart, wytrwanie mimo porażek, choć inni rezygnują, wytrwać.

Ciekawe cytaty:

,,Nigdy nie dostrzegamy skarbów, które mamy tuż przed oczyma. Dzieje się tak dlatego – bo ludzie nie wierzą w skarby”.

,,Każda ziemska istota, cokolwiek by czyniła, odgrywa zawsze główną rolę w dziejach świata. Oczywiście nic o tym nie wiedząc”.

,,[…] świat, w którym żyjemy, staje się lepszy albo gorszy w zależności od tego, czy my sami będziemy lepsi czy gorsi. Tu właśnie przychodzi z pomocą siła Miłości, bo gdy kochamy, zawsze pragniemy być lepszymi, niż jesteśmy”.

,,[…] strach przed cierpieniem jest straszniejszy niż samo cierpienie”.

,,A wszystkie dni są takie same wtedy, kiedy ludzie przestają dostrzegać to wszystko, czym obdarowuje ich los, podczas gdy słońce wędruje po niebie”.

,,Każdy z nas we wczesnej młodości wie dobrze, jaka jest jego Własna Legenda. W tym okresie życia wszystko jest jasne, wszystko jest możliwe, ludzie nie boją się ani pragnień, ani marzeń o tym, co chcieliby w życiu osiągnąć. Jednak w miarę upływu czasu jakaś tajemnicza siła stara się dowieść za wszelką cenę, że spełnienie Własnej Legendy jest niemożliwe”.

,,Kiedy widzimy ciągle tych samych ludzi, stają się oni w końcu częścią naszego życia. A skoro są już częścią naszego życia, to chcą je zmieniać. Jeśli nie stajemy się tacy, jak tego oczekiwali, są niezadowoleni. Ponieważ ludziom wydaje się, że wiedzą dokładnie, jak powinno wyglądać nasze życie. Natomiast nikt nie wie, w jaki sposób powinien przeżyć własne życie”.

,,Możliwość spełnienia marzeń sprawia, że życie jest fascynujące”.

Te i inne prawdy uniwersalne, dotyczące świata i ludzi, zawiera ,,Alchemik” Paulo Coelho. Warto po powieść sięgnąć, jej lektura nie będzie straconym czasem. Dla młodych czytelników to wspaniała przygoda, pełna fantazji i dziwów na drodze młodego andaluzyjskiego pasterza, konfrontacja z własnym życiem, marzeniami, siłą woli i determinacją, a także słabościami. Dla starszych powrót do młodości, przypomnienie własnych pasji, wyborów różnych możliwości, marzeń, które zostały zrealizowane, a niektóre zarzucone z różnych powodów. Zapraszam.

http://cyfroteka.pl/ebooki/Alchemik-ebook/p35234i73407


http://cyfroteka.pl/ebooki/Alchemik-ebook/p35234i73407

 

http://cyfroteka.pl/ebooki/Alchemik-ebook/p35234i73407


http://cyfroteka.pl/ebooki/Alchemik-ebook/p35234i73407

 

STUDIA CZAS ZACZĄĆ CZ. III BLOK PODSTAWOWY

Filologia polska, to kierunek oblegany przede wszystkim przez kobiety. Zdarzają się nieliczni studenci humaniści, ale należą do zdecydowanej mniejszości. W mojej grupie, na dwadzieścia pań, było tylko dwóch panów.

Nadszedł październik, a wraz z nim pora na rozpoczęcie roku akademickiego. Pierwszego w moim życiu.. Strasznie przejęci byli wszyscy, a ja z racji wieku, najbardziej. Nie wiem czemu zamartwiałam się maniakalnie  i zastanawiałam ciągle, co będą sądzić o mojej decyzji wykładowcy. Tę myśl pamiętam bardzo wyraźnie, więc sprawa musiała stanowić dla mnie problem. Wykłady na sali z innymi grupami, nie budziły moich obaw, bo wśród dziesiątek studentów rozmywałam się i nie rzucałam w oczy. Na zajęciach w grupie, czyli podczas konwersatoriów, każdy widoczny był jak na dłoni. Ciekawe, że nie pamiętam strachu, jak przyjmą mnie sami studenci? Widocznie było to dla mnie naturalne i oczywiste, że jestem jedną z nich. Szybko różnice wiekowe zatarły się, a zwracanie się do siebie po imieniu, wprowadziło w nasze relacje naturalność i spontaniczność. Muszę,  dla kontrastu opowiedzieć sytuację jaka miała miejsce w moim zakładzie pracy.  5 lat przed emeryturą zostałam przeniesiona do księgowości, z innego oddziału firmy. Przez pół roku żadna z pań w podobnym przedziale wiekowym, nie zwróciła się do mnie po imieniu. Co więcej, panie księgowe pracujące ze sobą dłużej w jednym pokoju, zwracały się do siebie „per pani”. Ta sztucznie napompowana atmosfera śmieszyła mnie, więc po pewnym czasie zapytałam, o co chodzi? Nie pamiętam odpowiedzi, ale w krótkim czasie, po tej rozmowie wszystkie zaczęłyśmy zwracać się do siebie po imieniu.

Grupa składała się z samych młodych ludzi. Tylko ja i mama z dwójką dzieci, czterdziestoletnia nauczycielka, odstawałyśmy wyglądem od reszty. Zaś nauczyciele akademiccy na uczelni, od najmłodszych, czyli doktorantów pierwszego roku do utytułowanych profesorów doktorów habilitowanych, niewiele starszych ode mnie. Na pierwszych zajęciach w grupie, zapoznaniu się z prowadzącymi wykłady i konwersatoria najważniejszym zadaniem było zrobić wywiad  i dowiedzieć się o kadrze uczącej jak najwięcej od starszych kolegów. Młodzi studenci mieli swoje ścieżki i działali w tym zakresie skutecznie. Kim jest wykładowca, jakie ma wymagania w czasie zajęć i semestralnych egzaminów, to były podstawowe pytania.  Wiadomości nie były optymistyczne. Najbardziej napawały niepokojem te o pani doktor z literatury staropolskiej i oświeceniowej. Prowadziła ona konwersatoria z tego przedmiotu. Poprzednie roczniki przedstawiły ją jako strasznie wymagającą, czepiającą się wszystkiego babę. Według, podobno, sprawdzonych informacji, na egzaminach, za pierwszym razem, nie zdawał u tej pani prawie nikt. Literatura, to moja pasja, poszłam na studia żeby poznać ją dogłębnie, niemożliwe żebym zaraz na pierwszym roku poległa – pomyślałam. Od początku zabrałam się za systematyczną pracę i postanowiłam zrobić wszystko, by egzamin z tego przedmiotu zdać i to bez drugiego podejścia. Na każde zajęcia szłam przygotowana, zorientowana w problematyce,gotowa do rozmowy na zadany temat. Na początku było tak, że przez całe półtora godziny rozmowa odbywała się między mną i panią doktor. W żaden sposób nie można było wciągnąc do dyskusji pozostałej części grupy. Z racji wieku i doświadczenia, nie miałam problemu swobodnie rozmowiać z kimkolwiek. Czułam, że pani doktor nie była tą osobą z opisu. Bardzo naturalna, swobodna,siadała na ławce i wyglądała jak jedna z nas. Czułam, że to pracowity i sprawiedliwy nauczyciel, który potrafi dać dobry przykład i swoją charyzmą zachęcić grupę do aktywności.Tak też się stało w krótkim czasie, a zajęcia, przynajmniej dla mnie, były jednymi z bardziej ulubionych na pierwszym roku. Wspominam je z nutką żalu, że trwały tak krótko, bo tylko dwa semestry. Pamiętam, że pani doktor powtarzała nam często, że jest w podobnym położeniu jak my. Też się uczy, bo pracuje na kolejny tytuł naukowy.

Wykłady z tego przedmiotu prowadził sam dziekan wydziału, utytułowany profesor, znawca i specjalista z omawianej epoki. Wielbiciel, badacz, publicysta twórczości Ignacego Krasickiego z wieloma uznanymi publikacjami. Później pod koniec trzeciego roku wybrałam tego naukowca na promotora mojej pracy magisterskiej. Wykłady prowadzone były perfekcyjnie, a sala zawsze wypełniona do ostatniego miejsca. Dużo skorzystałam chodząc na nie. Pozyskana w ten sposób wiedza w połączeniu z zajęciami w grupie, dawała pełen obraz omawianych epok. Wystarczyło popracować jeszcze trochę w domu, uzupełnić wiedzę o zagadnienia pominięte na zajęciach (z powodu ograniczonej ilości godzin) i podejść spokojnie do egzaminu. Materiał był bardzo obszerny. Obejmował wiedzę ogólną, całe średniowiecze, renesans, barok, rokoko, sentymentalizm i oświecenie. Do tego praca pisemna. Wybrałam temat dotyczący twórczości Ignacego Krasickiego, a konkretnie jego komedii. X.B.W. życie i jego twórczość, będą też tematem mojej pracy magisterskiej.

O pierwszym prawdziwym egzaminie z literatury, studentki Elżbiety, napiszę w kolejnej części.

Zapraszam już teraz.