IN VITRO – OSTATNIA NADZIEJA. TEMAT CIĄGLE GORĄCY

Właśnie teraz, kiedy do władzy doszła partia licząca się z dyktatem Kościoła, temat in vitro, jego finansowania przez państwo, wrócił. Chciałam Wam zaprezentować problem widziany oczami niedoszłych matek, którym wmawia się, że posiadanie potomstwa przy pomocy ostatniej szansy, czyli metody in vitro, to zbrodnia przeciwko Bogu, Kościołowi i społeczeństwu. Wmawia się tym pragnącym, za wszelką cenę urodzić własne dziecko, kobietom największą przewinę wobec siebie, swojego sumienia i dziecka, które pragną posiadać. Wmawia się im, że dzieci poczęte przy pomocy metody in vitro, są mniej inteligentne, upośledzone częściej niż zapłodnione w naturalny sposób. Obrzydza się im życie, wywołuje poczucie winy i wątpliwości, których nie miałyby, gdyby nie fałszywa propaganda. 

Pozwólcie, proszę, że zacytuję dramatyczne słowa jednej z kobiet, która chce wykorzystać ostatnią szansę, czyli in vitro, by zostać wreszcie szczęśliwą matką:

,,Jestem jedną z Was. Jabłoń, która rośnie w sadzie bez wydawania owoców. W ciągu dziesięciu lat starań o własne dziecko, przeszłam wszystkie możliwe drogi. Badania, leczenie, zabiegi, wielokrotny pobyt w szpitalu. Ciągłe nadzieje i rozczarowania. Może następnym razem się uda i kolejny raz ta sama tragedia. Ta ciągła huśtawka zakończyła się załamaniem nerwowym. Do tego doszły nieporozumienia z mężem, wzajemne oskarżania, gorzkie słowa, groźba rozwodu.”

Dalej zrozpaczona kobieta mówi:

,,Kiedy zdałam sobie sprawę, że ta droga prowadzi do nikąd, zainteresowałam się możliwością zapłodnienia in vitro. Muszę wykorzystać tę ostatnią iskierkę nadziei, bo do końca życia będę miała do siebie żal, że poddałam się w ostatnim etapie walki. Myślę, że podobnie jak ja wiele małżeństw bezdzietnych, rozważało możliwość skorzystania z tej metody. Jest jednak decydująca przeszkoda; pieniądze. Wymogi jakie trzeba spełnić, by zakwalifikować się do programu są bardzo restrykcyjne. Wiele małżeństw nie spełnia kryteriów. Samofinansowanie jest bardzo drogie, niestety nie na kieszenie młodych ludzi. Jeden zabieg kosztuje około 15 tys. złotych, często potrzebny jest drugi i następny. Ta kwota przekracza nasze możliwości. Dlatego chcę działać na rzecz kobiet, niedoszłych matek, które są w podobnej sytuacji jak ja. Chcemy przekonać rząd i Narodowy Fundusz Zdrowia do dalszego finansowania tej metody, dostępności  dla każdego, uznanie jej za słuszną i moralnie uzasadnioną. Pieniądze podatników pomogą nam być rodzicami. Problem jest trudny, bo ci co decydują widzą go marginesowo.”

My, rodzice własnego potomstwa, nie zdajemy sobie sprawy, co przeżywają kobiety, żony, które nie mogą dać mężowi potomstwa. Chcą mieć pełną rodzinę, czy to tak wiele? Jest mnóstwo argumentów za i przeciw in vitro. Chcę omówić te, które przemawiają za popieraniem, finansowaniem i stosowaniem  właśnie tej metody, bez ograniczeń. Wymienię je w punktach:

  1. Bezdzietność, to problem społeczny. Około 20 % rodzin ma trudności z posiadaniem własnego dziecka.
  2. Brak dziecka rodzi tragedie: rozbite rodziny, załamania nerwowe, myśli samobójcze, alkoholizm.
  3. Pełna rodzina, to podstawowe ogniwo społeczeństwa, które dobrze działa i rozwija się. Tylko wtedy, gdy jest szczęśliwa spełnia właściwie swoją funkcję.
  4. Niż demograficzny, to skutek, przynajmniej po części  bezpłodnych kobiet i mężczyzn, obok tych którzy chcą mieć tylko jedno dziecko lub świadomie z posiadania potomstwa rezygnują.
  5. Polska, to kraj starzejących się ludzi. Długość życia rośnie, a urodzeń jest mniej. Dzięki metodzie in vitro, rodziny bezdzietne mogą zmienić te proporcje, na znacznie korzystniejsze.
  6. Dzieci zapłodnione pozaustrojowo są najbardziej chciane, wyczekiwane i wymarzone, bo inne, stosowane wcześniej metody leczenia zawiodły.
  1. Obdarowane są wielką miłością, jeszcze przed przyjściem na świat. Długie oczekiwanie, przeżyte rozczarowania kumuluję tę miłość.
  2. In vitro to najbardziej świadome macierzyństwo, zgodne z nauką Boga i Kościoła. Sprzeciw biskupów, sądzenie  i ferowanie wyroków wobec kobiet pragnących zostać matkami, nie ma w tej materii uzasadnienia.
  1. Mit o tym, że zabieg jest niebezpieczny dla matki i poczętego dziecka nie ma medycznych potwierdzeń. Specjaliści uważają, że odsetek powikłań jest zbliżony do ciąż poczętych naturalnie.
  2. Dzieci urodzone w wyniku zapłodnienia in vitro rozwijają się na poziomie równym z innymi. Potwierdzają to wyniki badań antropologów z całego świata.

Myślę, że większość moich czytelników, czuje i odbiera nakreślony problem podobnie. Metoda zapłodnienia in vitro powinna łączyć wszystkie środowiska, zarówno świeckie jak i kościelne. W czasie, kiedy Polska boryka się z kryzysem niżu demograficznego, każde dziecko jest na wagę złota. Dwadzieścia procent zamężnych kobiet nie może posiadać własnego potomstwa, ma rodziny niepełne. Pomóżmy im wykorzystać każdą metodę, by własne dziecko urodziły. Będzie to korzystne dla każdej z tych rodzin, a także dla Polski. Ta grupa ludzi jest potężna, jednak nikomu nie zależy, by pomóc im spełnić swoje największe oczekiwania. Sami nie dadzą rady. Potrzebują wsparcia, polityków, elit rządzących. Niestety ci, z reguły decydują o sprawach, które z racji wieku, ich już nie dotyczą. Nie rozumieją albo nie chcą zrozumieć dramatu rodzin bezdzietnych. 

Bóg dał człowiekowi wolną wolę i możliwość odpowiadania za popełnione czyny, zgodnie z własnym sumieniem. Czy my, jako społeczeństwo, mamy prawo mu ten przywilej zabierać? Ani rząd ani Kościół nie powinny dążyć do przejęcia dominacji nad sumieniem człowieka. Naciski hierarchów kościelnych są ogromne, by in vitro zakazać. Wszystkim Polakom jest znana prawda, że obecna władza z Kościołem idzie w parze. Każdy wierzący katolik powinien rozstrzygnąć kwestię zgodnie z własnym sumieniem. Jestem osobą wierzącą, matką trójki dzieci. Wiem jedno, że macierzyństwo, to najcudowniejsza rzecz jaką przeżyłam. Gdyby, z jakiegokolwiek powodu, zostało mi ono zabrane, wiedziałabym bez wahania, jak mam postąpić.

Proszę, moi drodzy Czytelnicy i komentatorzy, wypowiedzcie się pod zamieszczonym tekstem, na poruszony temat, według własnego spojrzenia na sprawę zapłodnienia metodą in vitro.

 

 

NOWA USTAWA EMERYTALNA MAJ-2015. MEDIA MILCZĄ.

Jestem wściekła. Od 01.05.2015 weszła w życie i obowiązuje emerytów nowa ustawa. Ażeby skorzystać z jej dobrodziejstwa, zainteresowany musi złożyć stosowne dokumenty w odpowiednim oddziale ZUS, właściwym dla jego miejsca zamieszkania. Nie dzieje się to z urzędu, a informacja na ten temat, dotarła do nielicznych, bo przez media jest przemilczana.

Mam pretensje do środków masowego przekazu. Na każdym kanale, po kilka razy dziennie, możemy usłyszeć lub przeczytać na pasku jakąś sensację. Jedno wydarzenie, a słyszymy o nim przez cały dzień kilkadziesiąt razy. Bombarduje się nas sensacjami, tragediami, aferami na każdym kroku. Pamiętamy te wydarzenia  długo, ale nie są nam one potrzebne w takim nasileniu i częstotliwości, absolutnie. Ten zmasowany przekaz daje nam Polakom poczucie napięcia i obawy, że żyjemy ciągle w jakimś niepewnym, zagrożonym  świecie. Mam wrażenie, że jest to robione świadomie, ma to jakiś cel. Ale nie o tym chcę pisać, a o sprawie, która dotyczy tysięcy, a może nawet setek tysięcy ludzi.

Chodzi o ustawę emerytalną, która weszła w życie 01.05. tego roku, ale niewielu zainteresowanych o niej słyszało. Temat ważny – tym razem, część przepisów, dotyczy emerytów urodzonych przed 1949 roku, a inne urodzonych po tym roku. Ludzie, których ustawa dotyczy, sami pocztą pantoflową, dowiadują się, że mogą zyskać dodatkowe pieniądze do emerytury. Media przemilczały tę ważną sprawę, albo bardzo nieśmiało o niej wspominały, tak by jak najmniej ludzi zwróciło na nią uwagę. Mam wrażenie, że jest to świadome działanie, sterowane odgórnie, tak by przeszło bez echa. W moim mieście lokalna gazeta podała to jednorazowo, bez podkreślenia ważności informacji. Moim zdaniem właśnie tak ważne dla obywateli sprawy powinny być powtarzane dziesiątki razy przez media, by do każdego zainteresowanego wiadomość dotarła. By każdy, kogo zmiany dotyczą złożył stosowny wniosek.

Na stronie ZUS-u pojawiła się taka informacja:

„1 maja 2015 r. weszły w życie przepisy ustawy z dnia 5 marca 2015 r. o zmianie ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (Dz. U. z 2015 r., poz. 552), zwanej dalej ustawą zmieniającą.

Ustawa zmieniająca wprowadziła następujące zmiany w zakresie ustalania (ponownego ustalania) kapitału początkowego oraz emerytury:

1.Możliwość zastosowania tablicy trwania życia z dnia osiągnięcia wieku emerytalnego (art. 26 ust. 6 ustawy emerytalnej)

2.Nowe zasady ustalania kapitału początkowego za okresy opieki nad dzieckiem (art. 174 ust. 2a ustawy emerytalnej)

3.Nowe zasady uwzględniania w kapitale początkowym okresów ukończonych studiów wyższych (art. 185a ustawy emerytalnej)

4.Obliczenie emerytury na nowych zasadach dla osób urodzonych przed 1 stycznia 1949 r., które miały ustalone prawo do wcześniejszej emerytury (art. 55a ustawy emerytalnej)

5.Możliwość ponownego ustalenia emerytury na podstawie art. 110a ustawy emerytalnej

Szczegółowy opis do wymienionych punktów znajdziecie państwo pod adresem:

http://www.zus.pl/default.asp?p=1&id=5508 https://www.google.pl/#q=nowa+ustawa+emerytalna+od+1+maja+2015

Serwis ZUS – Zmiany w ustawie emerytalnej od 1 maja 2015 r.

Jestem osobą, której wymieniona ustawa dotyczy w punkcie drugim. Opieka nad dzieckiem, urlop wychowawczy bezpłatny, dwa razy po trzy lata. Razem sześć. O tym, że zmieniono przepisy emerytalne, dowiedziałam się w rozmowie z zaprzyjaźnioną klientką. Nie czekałam długo, mąż zastąpił mnie w handlowaniu, a ja w poniedziałek odwiedziłam  oddział ZUS-u w moim mieście. Oczywiście okazało się, że przyszłam w słusznej sprawie. W biurze podawczym otrzymałam stosowny formularz, wypełniłam go i oddałam pani, od której go dostałam. W ciągu 60 dni ZUS ponownie przeliczy moją emeryturę, uwzględniając wszystkie zmiany w ustawie, które mnie dotyczą. Nowa wysokość emerytury obowiązywać będzie od pierwszego dnia miesiąca, w którym złożyłam wniosek, czyli od 1 czerwca. Niestety w wyniku niedoinformowania społeczeństwa, a także mnie przez media, straciłam wyższe świadczenia za miesiąc maj.

Ktokolwiek dotrze do mojego artykułu i stwierdzi, że jego sprawa dotyczy, proszę niech skorzysta z tej wiedzy i odwiedzi odpowiedni dla miejsca zamieszkania, oddział ZUS-u. Tam dowie się wszystkich szczegółów i złoży wniosek. Czas nagli, bo każdy miesiąc, który przejdzie, pozbawi Was podwyższonych świadczeń. Proszę, podzielcie się tą wiedzą z rodziną i znajomymi, tak jak ja to zrobiłam. Mnie poinformowała klientka, ja napisałam na ten temat post i ustnie przekazuję tę wiedzę wszystkim w rodzinie i znajomym.

Proszę napiszcie, czy do Was dotarła wiadomość o zmianie ustawy emerytalnej. Nie było mnie miesiąc w Polsce na przełomie kwietnia i maja. Być może wtedy o ustawie było głośno?

WÓZEK NIE JEST PRZESZKODĄ

Dzieci dzieciom dają to, co najpiękniejsze. Zdrowe chorym swoją sprawność, chore zdrowym swoją silną wolę i umiejętność pokonywania barier.

W nawiązaniu do  poprzedniego tematu, prezentuję sylwetkę  chłopca, który bez  pomocy fundacji nie mógłby normalnie żyć. Krzyś to chłopiec z dysfunkcją ruchową kończyn dolnych, poruszający się tylko na wózku, teraz siedemnastoletni tancerz Integracyjnego Klubu Tańców Polskich.

Urodził się  w styczniu  1998 roku. W swoim krótkim życiu przeszedł wiele skomplikowanych operacji, najpierw ratujących życie, potem sprawiających, żeby  mogło być zbliżone do codzienności zdrowych rówieśników. Jednak wózek towarzyszy mu od pierwszych dni życia i nigdy się od niego nie uwolni. Z czasem zaakceptował go i polubił. Przekonaliśmy się wszyscy, że stał się atutem małego artysty. Krzyś naukę rozpoczął w szkole integracyjnej. Tam też miał próby zespół, w którym tańczyły pary mieszane. Jedno dziecko zdrowe, a drugie na wózku. Pani prowadząca zajęcia zapytała  chłopca, czy chciałby przyjrzeć się próbie? Zgodził się chętnie, bo w zespole tańczył kolega z klasy, Michał. Podobnie jak Krzyś  poruszał się tylko na wózku, ale to nie przeszkadzało mu tańczyć. W zespole brakowało dzieci na wózkach. Chętnych, zdrowych było za dużo, ale żeby stworzyć grupę potrzebni byli partnerzy z dysfunkcjami ruchowymi. Dzieci takie trudno przekonać, by pokazały się na scenie. Opór mają nawet dzieci zdrowe, bo czasem trema jest tak silna, że paraliżuje ruchy, a dziecko chore ma dodatkowo obawę, czy ktoś nie wyśmieje jego kalectwa, czy nie będzie przyglądał się natarczywie? Krzyś podobnie do innych dzieci też miał obawy. Udział w próbach zespołu poprzedziły długie rozmowy z mamą. Ona szybko rozwiała jego wątpliwości, które często nie pozwalały mu spokojnie spać. Przekonała syna, że spróbować zawsze warto, a to czy zostanie i będzie tańczył, zależy od niego i tylko on będzie o tym decydował. Mając takie zapewnienie, Krzyś zaczął chodzić na próby i już po trzech miesiącach pojawił się po raz pierwszy na scenie. W szkole, do której chodził, miał miejsce Turniej Tańców Polskich. Grupa Integracyjna z Krzysiem i Michałem otwierała te zawody swoim występem. Tak więc młody tancerz, w bardzo krótkim czasie, miał swój debiut sceniczny. Nie pamiętał, że porusza się na wózku, czuł jakby niewidzialne skrzydła unosiły go nad ziemią. Występ został nagrodzony gromkimi brawami i grupa jeszcze raz zatańczyła na zakończenie potyczek turniejowych. Chłopiec przekonał się wtedy ostatecznie do udziału w grupie tanecznej, chętnie brał udział w próbach i późniejszych koncertach. Próby są męczące, żeby dojść do zadowalającego poziomu, trzeba mieć dużo cierpliwości i wytrwałości. Dotyczy  to także zdrowego partnera. Zgranie, wzajemną sympatię i radość z tańca widać na scenie. W parze nie mogą tańczyć osoby, których nie łączy zrozumienie i zadowolenie z tego co robią. Tu nie da się udawać, trzeba być szczerym.  Choć czasem dochodzi do spięć, szybko są one łagodzone przez instruktora i samych tancerzy. Krzyś nie widzi różnicy między nim, a tancerzami bez wózka. Grupę łączy nie tylko taniec. Razem wyjeżdżają na wakacje. Tworzą zgraną paczkę w tańcu, ale także poza nim. Pomagają sobie, kiedy jest to wskazane, bawią się wspólnie na dyskotekach, zwiedzają. Tu, wśród przyjaciół można zapomnieć o wózku. Starsi potrafią pocieszyć młodszych kolegów, tęskniących za domem i rodzicami. Nie ma czasu na nudę.

Krzyś i Michał są przykładem dzieci z dysfunkcją ruchową, a jednak aktywnych. Ogromna zasługa jest w tym przedsięwzięciu rodziców. To oni są najważniejsi w sprawach wożenia, odbierania, czekania. Kosztem własnego odpoczynku, czasem resztką sił są przy swoich dzieciach. Pomagają im, by jak najmniej odczuwały swoją chorobę. To oni pokonują bariery i trudności. Szyją stroje, starają się by młodzi artyści prezentowali się perfekcyjnie. Nagrodą są występy galowe i udział ich dzieci w turniejach. Wtedy łzy lecą po policzkach, mimo woli.

http://www.folklorpoznan.pl/integracyjny-klub-ta324coacutew-polskich.html


http://www.folklorpoznan.pl/integracyjny-klub-ta324coacutew-polskich.html

Moja najmłodsza córka tańczyła w Grupie Integracyjnej kilka lat. Dlatego tak dobrze znam to środowisko i dzieci tworzące pary taneczne. Sama zawsze płakałam widząc moje dziecko na scenie z Michałem. Teraz nasze dzieci są dorosłymi ludźmi, ale więź która połączyła ich poprzez  wspólny taniec, przetrwała do dziś. Córka, kiedy tylko wraca do domu odwiedza przyjaciół z zespołu. Myślę, że te piękne przyjaźnie przetrwają długo. Warto traktować swoje niepełnosprawne dziecko, od najwcześniejszych lat życia, jak normalnego człowieka. Dawać mu zadania i zajęcia, które jest w stanie wykonać. Wyręczanie we wszystkim, to robienie mu krzywdy. Tak można wychować człowieka, któremu trudno będzie poradzić sobie w dorosłym życiu. Drodzy Rodzice niepełnosprawnych dzieci nie bójcie się, pozwólcie i zachęcajcie dziecko do aktywnego życia i samodzielnego pokonywania trudności. Nie można zrażać się drobnymi niepowodzeniami. Trzeba  być silnym i nie zniechęcać się. Grupa potrafi dać siłę tym mniej odważnym i przebojowym. Działa tu zasada: ja potrafię, on potrafi, więc jak się postarasz, potrafisz ty też! A wspólny taniec rodzi przyjaźń i radość, z tego co się robi.

Co sądzicie o  aktywnym życiu dzieci chorych. Popieracie rozczulanie się rodziców nad ich kalectwem, czy dążenie do tego, by samodzielność pozwoliła im żyć jak normalnym ludziom?

CZŁOWIECZEŃSTWO WYSTAWIONE NA PRÓBĘ

Człowiek, tylko dzięki relacji z drugim człowiekiem, może odkryć samego siebie i głębię swojego człowieczeństwa. Tak mówi współczesna filozofia.

Człowiek i jego świat, istota relacji międzyludzkich, ludzka myśl, zrozumienie ludzkich problemów, odzieranie świata z wszelkich pewników i norm, to zagadnienia nurtujące myślicieli dwudziestego pierwszego wieku. Dla przeciętnego człowieka i obywatela, mało istotne. Ten chce mieć pracę, mieszkanie, dobrze działającą infrastrukturę i urzędy, także gwarancję bezpieczeństwa swojego i rodziny.

Jean Bruller tak pisze o człowieczeństwie:

„Człowieczeństwo nie jest stanem,

w którym przychodzimy na świat.

To godność, którą trzeba zdobyć.”

Natomiast według Słownika języka polskiego PWN człowieczeństwo inaczej humanitarność, humanitaryzm, ludzkie podejście, obejmuje grupę cech charakterystycznych tylko dla ludzi. Są to: ludzka natura, godność, zdolność tworzenia kultury, szlachetność, przychylność wobec innych ludzi, ogół cech wspólnych wszystkim ludziom, istotne cechy człowieka, ludzkość w zachowaniu wobec innych, bycie człowiekiem.

Dużo słyszymy na co dzień o ludzkiej podłości, złych czynach, mordach, zbrodniach, przemocy, gwałtach, wojnach i innych postępkach niegodnych człowieka. Mało mówi się o świecie bez okrucieństwa, świecie gdzie dobro ma swoje miejsce. Człowiek skłonny jest do odsłaniania swoich najgorszych cech w chwili zagrożenia życia, ale nie tylko. Mając władzę i broń, zabija. W imię Boga, w imię wyższych celów, obrony ojczyzny, zagrożenia. Do jakiego stopnia jest gotów się posunąć? Czy istnieje granica, której nie przekroczy? W literaturze mamy dziesiątki przykładów, a posłużę się dwoma wybranymi. O utracie człowieczeństwa opowiada Andrzej Szczypiorski w książce „Msza za miasto Arras” i Albert Camus w „Dżumie”. Obaj autorzy postawili swoich bohaterów w środku dramatycznych wydarzeń związanych z zarazą. Odgrodzeni od świata, zdani na własne siły walczyli o przetrwanie. Wszechobecna, zabijająca ludzi choroba, powodowała, że z każdą chwilą tracili cząstkę swojego człowieczeństwa na rzecz walki o życie, uratowania go, kosztem zatracenia cech ludzkich. By przetrwać, człowiek sięgał do najbardziej mrocznych zakątków swej duszy. Instynkt samozachowawczy nakazywał mu bronić własnego istnienia, zabijając, jedząc trupy czy dopiero co narodzone dzieci.

Obecnie mamy inny rodzaj walki, zmagania trwają bez przerwy. Innego kalibru, nie o zachowanie życia, ale o miejsce w społeczeństwie, rodzinie, świecie, który otacza nas, w którym przyszło nam żyć. Powracają podobne pytania, o człowieczeństwo. Ile jesteśmy w stanie zrobić złego, na co nas stać, by być wysoko w hierarchii. By pokonać innych w awansie, w posiadaniu większego domu, lepszego samochodu. Ile ubyło nam empatii w stosunku do drugiego człowieka?

Zobrazuję problem częściowo na przykładach z własnego życia. Dwójkę starszych dzieci urodziłam jeszcze przed zmianami ustrojowymi w naszym kraju. Do trzeciego roku życia moich dzieci byłam z nimi w domu, nie musiałam pracować, bo mąż sam potrafił zarobić na utrzymanie rodziny. Syn nie był tęgiego zdrowia, więc kiedy poszedł do przedszkola, a ja do pracy, zaczęły się problemy. Chorował często, czasem kilka razy w miesiącu. Szłam z nim do lekarza, a zwolnienie zanosiłam do zakładu pracy. Kierownik i koleżanki, z wielką troską i współczuciem wysyłali mnie do domu, abym mogła opiekować się chorym dzieckiem. Nikt nie miał pretensji, że musi pracować, a ja dostaję pieniądze, siedząc w domu. Były to reakcje ludzi, którym empatia w stosunku do drugiego człowieka, nie była obca. Młodszą córkę urodziłam krótko po obaleniu komuny. Nie chciałam stracić pracy, więc po urlopie macierzyńskim dziecko umieściłam w żłobku, a sama wróciłam do biura. Podczas pierwszej choroby dziecka, lekarz zaopatrzył mnie w porady i zwolnienie, które dostarczyłam do zakładu. Zdziwienie moje nie miało granic, gdy na drugi dzień przyszedł do mojego domu pracownik, wysłany przez kierownika z informacją, abym natychmiast wróciła do pracy, bo zostanę zwolniona. Ponieważ nie miałam komu powierzyć chorej pięciomiesięcznej istoty, zaniosłam ją rano do sąsiadki, a sama poszłam do pracy. Nikt mi nie współczuł, nie pochylił się nad moją rozpaczą. Chcesz mieć pracę, bo ona jest najważniejsza, więc pracuj. Zrozumiałam szybko, w jakich niekorzystnych warunkach przyjdzie mi wychować trzecie dziecko.

Wtedy było to nowe zjawisko, teraz jest normą. Matki nie mogą być w domu z chorym dzieckiem. Żadna nawet nie pomyśli poprosić lekarza o zwolnienie. Angażują babcie, sąsiadki, znajome, by móc iść do pracy. Restrykcje finansowe i niechęć koleżanek, w stosunku do matki na zwolnieniu, nie zachęca jej do pozostania w domu. Tak. Mamy kapitalizm i utrzymanie pracy jest dla ludzi priorytetem. To wykorzystują pracodawcy, ponieważ nadmiar rąk do pracy pozwala im traktować zatrudnionych niewolniczo. W konsekwencji, dzieci mają sfrustrowanych, niecierpliwych i wykończonych rodziców. Kontakt na linii rodzic-dziecko ogranicza się do minimum. To odbija się negatywnie na psychice młodego człowieka, a żyć uczy się sam. Gry pełne trupów, filmy z przemocą w tle, to wzorce kształtujące wyobraźnię dziecka, potem młodego człowieka. Stąd czerpie wiadomości o świecie, relacjach międzyludzkich. Potem często dostaje się do grup przestępczych, które kończą dzieło kształtowania jego osobowości.

Co dalej dzieje się z tak wychowanym młodym człowiekiem? Ma zapewne wypaczone pojęcie o relacjach między dobrem a złem. W konsekwencji błądzi, a jego czyny są nieobliczalne. Choćby w ostatnim okresie dochodzą do nas informacje o zbrodniach niegodnych człowieka. Łatwo przychodzi matkom zabić noworodka, spalić, wyrzucić do śmietnika. Bez skrupułów uśmiercają kilkoro swoich dzieci, mrożą je jak mięso w lodówkach, zakopują w ogródku albo trzymają w beczce do kiszenia kapusty. Bezbronne maleństwa kopią, rozbijają główki, miażdżą ciałka, a potem wywożą z dala od domu i skazują na śmierć, w niewyobrażalnym cierpieniu. Głodzenie i kary cielesne też nie należą do odosobnionych przypadków. Podpalenie domu z żoną i dziećmi w środku albo makabryczne zabójstwo rodziców przez nastolatków mrożą krew w żyłach. Te czyny zostały popełnione.

I tu musimy wrócić do pojęcia człowieczeństwa. Na początku opisałam zanik cech ludzkich, w sytuacji walki o przetrwanie. Wiemy już, że człowiek nie pohamuje się i odsłoni swoje najciemniejsze strony, by przeżyć. Jednak jak wytłumaczyć zbrodnie, najbardziej nieludzkie, popełnione z niskich pobudek? Bo dziecko płakało, bo mam już troje dzieci, więcej nie utrzymam, bo jest kaleką, nie chcę takiego dziecka, mam długi potrzebuję pieniędzy z polisy…

Są to błahe powody, niewspółmierne do czynów. Człowiek wybiera najgorsze rozwiązanie: zabójstwo. A przecież każda matka może bez żadnych konsekwencji urodzone dziecko zostawić w szpitalu, zanieść do okna życia, oddać do ośrodka, domu dziecka, ale nie zabijać! Każde rozwiązanie jest lepsze od zbrodni. Analizując sylwetki okrutnych przestępców, często odkrywa się brak miłości w dzieciństwie, przemoc, molestowanie. Słyszymy tłumaczenie rodziców, że szkoła źle wychowuje. Nie szkoła, nie otoczenie, a rodzina jest najważniejsza. Rola rodziców w kształtowaniu dziecka i młodego człowieka jest najważniejsza. Tu wszystko ma swój początek. Wydaje się, że dobre warunki materialne, dodatkowe zajęcia, nadprogramowa nauka języków, wakacje w znanych kurortach wystarczą, by dobrze ukształtować człowieka. Nie! To za mało. Zwłaszcza w okresie osłabionego autorytetu Kościoła i nauczycieli. Brak bliskiego kontaktu, codziennych, szczerych rozmów, wspólnych posiłków, wyjść, przede wszystkim w najwcześniejszym okresie życia dziecka, może spowodować, że przestanie ono uważać rodziców za swój autorytet i wzorzec. Stracona bliskość już nigdy nie będzie odbudowana. Poszuka wzorców poza rodziną, a wtedy popełnione błędy mogą zaowocować tragedią.

Może demonizuję problem, a skala jego działania nie jest tak duża jakby się wydawało. Czy myślicie podobnie jak ja, a może macie inne zdanie?

MARYSIA Z PODWÓRKA

Marysia, albo jak mówią jej koleżanki z podwórka Mania, to mała rezolutna dziewczynka, która mieszka w naszej kamienicy na drugim piętrze. Znam ją i jej rodziców od samego początku, kiedy cztery lata temu wprowadzili się na miejsce poprzedniego lokatora. Rosła na moich oczach… Kiedy skończyła trzy lata poszła do przedszkola. Wtedy słyszałam (po raz pierwszy) każdego ranka, jak płacze przed wyjściem z domu. Teraz ma pięć lat, nosi dwa jasne, sterczące warkoczyki i czerwone dziecięce okularki. Śmiesznie patrzy przez nie, nie jak dorośli prosto przez szkła, a ponad nimi, przedtem spuszczając je na czubek noska :-)

Dlaczego piszę o Marysi? Myślę, że pomału daje o sobie znać tęsknota za tym co w moim wieku jest naturalne i oczywiste… czyli za własnymi wnukami. Patrzę na tę obcą dziewczynkę oczami potencjalnej babci, przepełnionej miłością i czułością. Pełną sił i wolnego czasu. Tym wszystkim mogłabym obdarować co najmniej tuzin dzieci. Wiek i emerytura wskazują na to, że powinnam mieć przy sobie gromadkę wnucząt. Niestety tak nie jest, chociaż jestem matką trójki dorosłych dzieci.

Dzisiaj młodzi ludzie są dobrze wykształceni, zarabiają dużo, jedzą w dobrych restauracjach. Nauczyli się żyć w ciągłym biegu, wciąż pędzą, gonią i nie zastanawiają się nad tym co w życiu jest najważniejsze. Kariera, dom lub mieszkanie, dobry samochód i koniecznie wczasy w egzotycznym kraju. Bo tak trzeba, tak należy, tak wypada, tak robią znajomi! Takie pokolenie wychowaliśmy my, ich rodzice. Ten pęd rozpoczęliśmy po upadku komuny. Tak jakbyśmy chcieli nadrobić stracony czas. Już od najwcześniejszego dzieciństwa fundujemy naszym dzieciom bieg na złamanie karku, bez chwili oddechu. Szukamy najlepszego przedszkola, potem szkoły, gimnazjum, liceum. Wszystko z najwyższej półki. Do tego kilka dodatkowych zajęć (języki obce, taniec, gra na instrumentach, sport i inne). Ciągle rankingi, statystyki i lokaty. Dzieci rzadko mają czas wolny tylko dla siebie. To nasze wygórowane ambicje (może niespełnione kiedyś) i wysokie wymagania spowodowały, że młodzi ludzie ciągle chcą być NAJ…, bo inaczej nie potrafią!!!!!!!!!

Nie wiem, może każde pokolenie mówi: „za moich czasów było inaczej”. Ja jestem pewna, że w mojej młodości było inaczej. Po szkole zakładaliśmy rodziny. Brak mieszkania nie był przeszkodą. Prawie zawsze zaczynaliśmy z minusowym kontem. Sprawy materialne nie miały znaczenia. Potrzeba miłości, drugiego człowieka obok siebie, posiadania dzieci pojawiała się bez chłodnych kalkulacji. To było jakby filarem, opoką naszego życia. Potem wspólnie działaliśmy, by w naszej rodzinie było dobrze. Teraz młodzi odwrócili kolejność. Najpierw rzeczy, potem posiadanie rodziny odwleczone w czasie, albo wcale jej nie zakładają. Według statystyk mamy ponad 10% singli. Szczęśliwych na pokaz, bogatych, mogących pozwolić sobie na luksus. Cały tydzień zaganianych i wesołych, mieszkających w pięknych apartamentach. Tylko samotność, która dopada ich w czterech ścianach złotych klatek, jest nie do zniesienia. Po cichu płaczą, walczą z depresjami i nerwicami.

Wydaje mi się (może tylko tak mi się wydaje?), że moje dzieci nigdy nie musiały być NAJ. Chodziły do szkoły najbliżej domu. Prawie w ogóle nie miały markowych ubrań i drogich zabawek. Same stawiały sobie poprzeczkę wyżej niż wymagaliśmy z mężem. Jak na początek swojego dorosłego życia dokonały wiele. Czekają na swoją miłość i szukają drogi, na której mogą spotkać drugą połowę, przeznaczoną im na całe życie. A ja marzę i widzę najpiękniejszy obrazek namalowany przez moje myśli: dziecko w wózku, a przy nim JA, jego własna babcia…

Ten tekst walczy o miano Tekstu Roku 2014:


http://blogroku.pl/2014/kategorie/marysia-z-podwalrka,cln,tekst.html


http://m.ocdn.eu/_m/f4c1d85532c99c60e146563e3ddbccdd,0,1.png

http://m.ocdn.eu/_m/f4c1d85532c99c60e146563e3ddbccdd,0,1.png


http://m.ocdn.eu/_m/f4c1d85532c99c60e146563e3ddbccdd,0,1.png