DOM PACHNĄCY CHLEBEM. MODA NA PIECZENIE CHLEBA WRACA.

Smak chleba pieczonego w domu pamiętam od wczesnego dzieciństwa. Wszyscy, a było nas pięcioro rodzeństwa, czekaliśmy na sobotę. Wtedy mama wyciągała dzieżę do wyrabiania ciasta i szykowała się do pieczenia chleba na cały tydzień dla siedmioosobowej rodziny. Lubiliśmy ten dzień, bo nie tylko dom pachniał wspaniałym, świeżym chlebem. Mieliśmy też na deser cienkie placki, posypane cukrem, smaczne i chrupiące.

W tamtym czasie nie zastanawiałam się skąd moja mama ma siłę wyrobić ręcznie całą dzieżę ciasta? Dopiero kiedy założyłam własną rodzinę i próbowałam zrobić małą ilość drożdżowego ciasta na pyzy, wróciłam myślami do tamtych dni i mamy przy dzieży, wyrabiającej ciasto chlebowe.  Uzmysłowiłam sobie ile siły potrzebowała moja mama, by zrobić ciasto na wspaniały chleb. Przypuszczam, że był to nadludzki wysiłek, dla mnie niemożliwy do wykonania, a moja mama, drobna, delikatna kobieta, radziła sobie z nim wyśmienicie.

Piec chlebowy stał w sieni, a otwór wsadowy znajdował się  w kuchni. Najpierw należało piec nagrzać do odpowiedniej temperatury. W tym celu trzeba było rozpalić ogień, wykorzystując długie, suche drewna (nazywane przez moich rodziców szczapami). Ojciec rąbał  kloce, na odpowiedniej grubości polana. Zdarzało się, że drew zabrakło, ojciec pracował na polu, a chleb trzeba było upiec. Bracia byli jeszcze za mali, więc mama sama rąbała drzewo.  Kiedy piec się grzał, mama wyrabiała ciasto. Z każdej poprzedniej partii, zostawiała w dzieży kulkę ciasta na zakwas, który w ciągu tygodnia fermentował i w nowym cieście chlebowym pełnił rolę podobną do drożdży. Jednym słowem powodował, że ciasto rosło. Kiedy masa była gotowa, mama posypała wierzch mąką, przykryła lnianą ściereczką i odstawiała dzieżę w ciepłe miejsce.  Po jakimś czasie, kiedy w dzieży było pełno, ciasto zostało jeszcze raz przemieszane i wyłożone na stolnicę.  Mama dzieliła je na siedem równych porcji, z których formowała ogromne bochenki chleba, oraz trzy mniejsze kulki, z których robiła płaskie, okrągłe placki i posypywała obficie cukrem. Pamiętam nazwę; podpłomyki. Chyba tak je nazywano na Nowosądecczyźnie, skąd pochodzili moi rodzice.

Gotowe chleby jeszcze przez chwilę leżały posypane mąką na stolnicy. Mama sprawdzała piec, czy ma odpowiednią temperaturę. Rozgarniała na boki wypalone drwa, czyściła środek i wkładała do niego, najpierw bochny chleba, a bliżej wlotu placki z cukrem. One właśnie wyjmowane były najwcześniej i gorące jedzone przez nas z wielkim apetytem. Uwielbiam te wspomnienia i zapach chleba w naszej kuchni. Tego nie można zapomnieć nigdy. Kiedyś dostałam mąkę żytnią. Upiekłam z niej dwa chlebki według przepisu z internetu. Zapach i smak  mojego chleba przypominał mi ten z dzieciństwa.

Wszystko szło dobrze, kiedy nie było problemu z rozpaleniem ognia. Ale zdarzały się dni, kiedy w żaden sposób mama nie mogła sobie poradzić. Najczęściej stawało się tak latem. Piec nie chciał odprowadzać dymu do komina, tylko całe kłęby zasmradzały kuchnię, a ściana nad drzwiczkami momentalnie ciemniała, aż w pewnym momencie stawała się czarna. Zaznaczam, że to pomieszczenie zawsze wymalowane było na biało, więc to miejsce wyglądało fatalnie, w stosunku do innych ścian. Ale dla mojej mamy nie stanowiło to żadnej tragedii, nie z takimi przeciwnościami losu musiała sobie radzić. Po wypieczeniu chleba, przynosiła kubeł z farbą i po uprzednim zmyciu ściany, malowała ją szczotką kilka razy, aż stawała się idealnie biała.

Całe lata zachwycaliśmy się produkcją masową, szybką i uniwersalną, kupowaliśmy gotowe produkty. Dzisiaj coraz częściej wracamy do tego co jest jednostkowe, niepowtarzalne, swojskie, domowe, tradycyjne, własne. Tak jest z chlebem. Często słyszymy i czytamy o paniach domu, piekących własny chleb. Powiedziałabym nawet, że mamy taką modę,  jest to trendy. Przepisów w internecie mamy setki, a przyrządy do tego potrzebne można kupić bez problemu. Oczywiście obecnie nikt nie piecze chleba w wiejskim piecu. Są do tego odpowiednie urządzenia, albo piekarniki elektryczne. Wyrabiać ciasto można też mechanicznie, bez wysiłku jaki musiała w tę czynność wkładać moja mama. Mimo tych udogodnień, sztuka pieczenia chleba nie należy do łatwych. Warto jednak się przełamać i poświęcić, bo zapach pieczonego chleba, dla wielu z nas, to najczęściej wspaniały zapach dzieciństwa. Oto jeden z przepisów, który sama wypróbowałam:

Chleb polski z grupy: polskie pieczywo na zakwasie: 

Składniki i wykonanie:                                                                                               Zakwas: 50 g mąki żytniej razowej i 50 g przegotowanej wody                                            Na wykonanie dobrego zakwasu potrzebujemy tydzień. Warto go zrobić, bo potem zostawiamy część ciasta chlebowego, które jest  zakwasem do kolejnego wypieku. Składniki mieszamy w słoju i odstawiamy w ciepłe miejsce na 24 godziny. W drugim dniu bierzemy tylko połowę zakwasu, dodajemy po 50 g mąki i wody, mieszamy, zostawiamy w ciepłym miejscu. Przez kolejne  cztery dni czynność z drugiego dnia powtarzamy. W dniu siódmym mamy gotowy zakwas i możemy przystąpić do pieczenia chleba.                                                                                                                      Zaczyn: 60 g zakwasu, 90 g mąki żytniej, 90 g wody.                                                       Wszystkie składniki mieszamy i odstawiamy na 12 godzin.                                                                                                      Ciasto: przygotowany wcześniej zaczyn, 40 g mąki pszennej, 270 g wody, łyżeczka soli, łyżeczka cukru, 2 g drożdży.                                                                                      Wszystkie składniki mieszamy, wyrabiamy ciasto i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do temperatury 200 st. C. Wyjmujemy kiedy skórka się zrumieni.

Pozdrawiam serdecznie i zachęcam, spróbujcie upiec chleb w domu. Może nie udać się za pierwszym razem, nie zrażajcie się, za którymś razem będzie idealny.

WIGILIA W MOIM DOMU

Jedno co łączy nas, wszystkie panie domu, to pragnienie, aby dania i stół wigilijny były wyjątkowe. Do tego jak co rok, zachwycały wszystkich, którzy przy nim usiądą.

Stół przygotuję w tym roku, podobnie jak w poprzednią Wigilię, zgodnie z tradycją przekazaną przez moją mamę. Położę śnieżnobiały obrus, który wyszyłam sama haftem richelieu. Dawno, bo 30 lat temu, kiedy byłam z dzieckiem na trzyletnim urlopie wychowawczym. Bez motywów gwiazdkowych, nie lubię tego. Porcelana też biała, cieniutka, delikatna prosto z Francji. Pod obrusem tradycyjnie pęczek sianka, na talerzyku opłatek, a nad głowami zielona jemioła, powieszona na lampie wraz z kilkoma pięknymi bombkami. W wazonie gałązki żywej jodły, a w narożniku choinka prosto z lasu. Wysoka do samego sufitu, pod nią prezenty. W pokoju pachnie żywicą, a przepiękne lampki mrugając kolorowo tworzą magiczny nastrój. Sześć nakryć, choć jest nas pięcioro, zawsze jedno dodatkowe dla niespodziewanego gościa.

Kiedyś robiłam dwanaście potraw, bo tak nakazuje tradycja. Makiełki i groch z kapustą, niestety musiałam wyeliminować z zestawu, bo całe święta przekładałam niezjedzone z miejsca na miejsce. A co podaję? Zupa tylko i wyłącznie z borowików, czysta z drobno pokrojonymi grzybami na dnie talerza, zaciągnięta śmietanką kremową. Dwa rodzaje ryb smażonych. Jako jedyna jem karpia, pozostali tylko filet z mintaja lub dorsza. Koniecznie mrożony, bo w takim nie ma ości. Ryby smażę na maśle, potem zapiekam w piekarniku z kawałkiem masła na każdej porcji. Gotowana kapusta kiszona, z pokrojonymi podgrzybkami, aż ciemna od nadmiaru grzybów. Własnej roboty pierogi z grzybami i kapustą polane masłem z duszoną cebulą. To danie co rok w samą wigilię robi mąż z córkami. Do mnie należy tylko przygotowanie farszu i ugotowanie. Cała reszta to ich dzieło, a zrobić potrafią pysznie. Mamy też kompot z suszonych owoców (śliwki, jabłka, gruszki, dodaję też kilka rodzynek i moreli). Do tego ziemniaki i sos, dwa rodzaje śledzi i talerz z pieczywem. Oczywiście króluje tu sernik cioci Zosi (przepis podałam w poście z dnia 12. listopada
http://szescdziesiat-rowna-sie-dwadziescia.blog.pl/2014/11/12/pyszny-sernik-cioci-zosi/
). Polecam serdecznie, jest pyszny i łatwy w wykonaniu, a co najważniejsze, zawsze się udaje. Potem pijemy kawę, a Gwiazdor w czerwonej czapeczce z białym pomponem (młodsza córka) rozdaje prezenty. Potem śpiewamy kolędy, a córka przygrywa nam na keyboardzie.

W domu rodzinnym, na wsi nie przychodził Gwiazdor, nie było przebrania, więc mama musiała wymyślić sposób, żebyśmy uwierzyli, że prezenty są od niego. Ubierała nas i wysyłała na dwór, żeby każdy szukał gałązek. Kto będzie miał najwięcej, dostanie najładniejsze prezenty. Czasem trudno było cokolwiek wygrzebać z głębokiego śniegu, ale staraliśmy się bardzo, bo wierzyliśmy, że Święty Mikołaj to doceni. Kiedy podarunki były już pod choinką, mama wołała nas do domu. Tłumaczyła, że Gwiazdor bardzo się spieszył, bo wszystkie dzieci czekają na niego i zostawił to, co miał dla nas i ruszył dalej. Ciekawość i radość z otrzymanych niespodzianek była tak wielka, że nikt nie zastanawiał się długo nad tym, co powiedziała mama. Pamiętam, jednego roku (może miałam trzy lata), mój najstarszy brat dostał cukrową lalę. Wyobraźcie sobie, był rok 1956, na wsi. Duży karton, a na wierzchu celofan tak, że było widać co jest w środku. Wydawało mi się, że ta pięknie pomalowana lalka, w czerwonej sukience, złotych włosach i takich samych bucikach, jest większa ode mnie. Dostał ją od swojej chrzestnej matki, a my pozostali też mieliśmy cukrowe figurki, ale niestety mniejsze. Musiało to być coś wyjątkowego, bo pamiętam do dziś wygląd lalki. Jak u Was wygląda Wigilia i jakie wspomnienia z dzieciństwa macie?

Nasza tegoroczna choinka

Nasza tegoroczna choinka