PAN Z PUNKTU KSERO OKAZAŁ SIĘ CZŁOWIEKIEM Z KLASĄ

Obsługa punktu ksero, a konkretnie pan tu pracujący będzie bohaterem zdarzenia, które dzisiaj na gorąco, opiszę. Miejsce to odwiedzam od lat, zawsze kiedy potrzebowałam skopiować dokumenty, zbindować plik kartek lub wydrukować zarchiwizowane na nośniku pamięci  dokumenty. Przyjemna, szybka i perfekcyjna obsługa, zachęcała do korzystania z usług tu, a nie gdzie indziej. Tak było i tym razem. Lało jak z cebra. Wróciliśmy z bazaru, mąż został w garażu, a ja pieszo ruszyłam do domu, po drodze zamierzając skopiować dokument, potrzebny na dzień następny (ustalenie wysokości opłaty za korzystanie ze stoiska). Minęłam stłoczonych ludzi, którzy czekali na przejście deszczu, stojąc na schodach prowadzących do ksero. Mokra – deszczówka kapała z moich włosów, rąk i ubrania – wyjęłam dokument z teczki i pieniądze by zapłacić za kopię. Z uwagą, by nie zachlapać, spakowałam kartki do teczki, kładąc pudełka z drobnymi na ladę. Zadowolona, że udało mi się załatwić sprawę szybko, wyszłam na ulicę.W domu, zaraz wzięłam prysznic, przebrałam się i zabrałam za obiad. Kiedy rozpakowywałam torbę rynkową, zauważyłam brak pojemników z bilonem.  Muszę przyznać, że suma nie była mała, wynosiła ponad 130 złotych.

Weszłam do punktu, kiedy pan obsługiwał klientkę. Spojrzał na mnie z uśmiechem, co było jednoznaczne z potwierdzeniem, że zgubę znalazł, co więcej wiedział do kogo należy. Podziękowałam serdecznie i pożegnałam się z panem uśmiechem.W domu sprawdziłam kwotę, którą wcześniej przeliczyłam na rynku. Moja radość nie miała granic. Cieszyłam się jak zwariowana. Nie dlatego, że odzyskałam całą kwotę. Pieniądze w całej sprawie odegrały najmniejszą rolę. Zeszły na plan dalszy. Uczciwość tego człowieka napełniła mnie tak wielką radością, że czułam się przez chwilę jak milionerka. Przekonanie, że ludzie którzy żyją obok nas są uczciwi, daje poczucie dumy i radości. Człowiek ten nie wiedział, że zostawione pieniądze zostały wcześniej przeliczone. Bilon, o różnym nominale, wypełniał pudełko po brzegi. Pan, który zapewne nie jest bogaty, mógł skusić się na niespodziewany zastrzyk gotówki. Wziąć kilka monet. Nie zrobił tego, bo jest człowiekiem uczciwym, dla niego honor znaczy więcej niż bogactwa całego świata. Tym razem znalazł niewielką kwotę, oddał wszystko. Jestem pewna, gdyby znalazł ogromną sumę, torbę wypchaną walutą, też zwróciłby właścicielowi, gdyby ten szukał zguby, albo zaniósł na policję nie wiedząc kim jest właściciel. Szanuję takich ludzi, ich uczciwość daje mi przekonanie, że jest w nas dobro  z natury i dobrze życzymy drugiemu człowiekowi, nie chcemy krzywdzić innych, przysparzać im trosk. 

Proszę podzielcie się swoimi doświadczeniami podobnymi do opisanych przeze mnie. Może dużo więcej jest takich przypadków uczciwości w stosunku do innych ludzi, niż nam się wydaje? Może ja zachwycam się czymś, co jest na porządku dziennym? Często mówimy o złodziejach, którzy nas okradli, o ludziach złych, czyhających na łatwy zarobek, bez pracy. Dzisiaj pozytywny, autentyczny akcent na temat uczciwości. Na koniec dodam podziękowanie dla pana z ksero w Poznaniu przy ulicy Dąbrowskiego. Nie wie, że opisałam Go w swoim tekście. Właściwie w dalszym ciągu jest anonimowym człowiekiem.

 DZIĘKUJĘ PANU.

FANTAZJA WŁASNA NA TEMAT: JAKĄ OSOBĄ NIE CHCIAŁABYM BYĆ?

Miła, uśmiechnięta, niemal dziecięca buzia, taką pamiętam Ulę z pierwszego spotkania. Teraz, gdy wracam do tej chwili, po pięciu latach przebywania w jednym pomieszczeniu i wspólnej pracy, zastanawiam się ile zostało z tego pierwszego wrażenia? Jak z dnia na dzień, odkrywała swoją prawdziwą twarz? Co pod tą przybraną maską, kryło się w środku? Na ile potrafiła się zmienić w ciągu tego czasu, a ile już wtedy nosiła w sobie?

Hałaśliwość, nadmierna ruchliwość, zabieranie głosu na każdy temat i zwracanie na siebie uwagi za wszelką cenę (ja, oto pępek świata wiem wszystko najlepiej), rzuciły się w oczy już w pierwszej godzinie „tortur”. Próżność i zazdrość, to następne niespodzianki. Kosmetyki, ubrania, sprzęty domowe, wszystko koniecznie markowych firm, a znajomość ich nazw, zachwyciłaby nawet samego Miodka. Zawsze skora do krytyki otoczenia, koleżanek, ich dzieci i rodzin. Sukcesy innych, jakby celowo umniejszane, a każdy kto śmiał się wychylić, poza ramy jej postrzegania świata, szybko sprowadzany był na ziemię. Ja, moje dziecko, moje sprawy, moja rodzina, wszystko, co dotyczy mnie, jest najważniejsze – jest wyznacznikiem, jak należy postępować, jak należy żyć, czym się kierować.

Pogłębianie swojej wiedzy, czytanie ambitnych książek, to tylko strata czasu i pieniędzy. Dobra lektura to „Harry Potter” i „ Kod da Vinci”. Bieg, wręcz swoisty maraton za materialnym przepychem, to podstawowy cel jej życia. Nowy, lepszy samochód, nowoczesne meble i coraz większy, doskonalszy telewizor, a w nim seriale polskie i z trzeciego świata, komercyjne, niskiej jakości programy typu : „tańce z gwiazdami”, „tańce na lodzie”, „ mam talenty” i „ jak oni tańcują”- wszystko trzeba obejrzeć. To wyznacza rytm życia w jej domu. Kino, teatr i opera, to nie dla niej. Ma przecież wielki telewizor, nie musi wychodzić z domu, a wszystko jest na wyciągniecie ręki. Bez wysiłku. Wystarczy pilot, wino lub mocny drink i już wszystko dzieje się według dawno wypracowanego schematu.

Uznaje wychowywanie dziecka, zgodnie z zasadą: ja jestem matką i masz mnie słuchać. Mnie należy się szacunek i bezwzględne posłuszeństwo. Ja zarabiam, ty korzystasz. Jeżeli nie, zabieram, zabraniam i stosuję inne kary (nigdy nie stosowała kar cielesnych-przynajmniej tak mówiła). Dobre, ciepłe słowo nie należy się dziecku. To świadczyłoby o słabości rodzica. Co myślała o powiększeniu rodziny? Jedno dziecko w dzisiejszych, trudnych czasach, to w sam raz. Każde kolejne to „nowy Mercedes”, a na to mnie nie stać.
Życie szybko skorygowało jej metody wychowawcze i staroświeckie poglądy na ten temat. Krótko przed końcowymi egzaminami w gimnazjum, jej piętnastoletnia córka weszło w tak zwany „ trudny okres życia”. Negowanie wszystkiego, arogancja, kłamstwa, wagary, bunt i wojna na dwóch frontach: w szkole i w domu.

- Nie chcę chodzić na chórek kościelny, nie chcę jechać na działkę, nie zależy mi na dobrych ocenach i na punktach z końcowych egzaminów gimnazjalnych.

- Jak to? Przecież to twoja przyszłość! Nie dostaniesz się do „dobrego liceum”!

Co robić? Najprościej, zgodnie z tradycją, zabierać, nie pozwalać, zamknąć w „ czterech ścianach” i kontrolować przez całą dobę. Szybko okazało się, że te metody nie zdają egzaminu. Po raz pierwszy poprosiła o pomoc koleżanki, które podobne problemy z dziećmi miały już za sobą.

- Podaj jej dłoń, nagradzaj dobrym słowem, chwal za najmniejsze sukcesy, przytulaj jak najczęściej, bądź jej przyjaciółką, nie tylko matką.

Spokorniała. Uznała, że inni też mogą mieć rację i warto ich wysłuchać. Czterdzieści cztery lata, to na pewno nie pierwsza młodość, ale też nie wiek, by ograniczyć swoje życie do schematów i rutynowych, wypracowanych przez lata działań.

Proszę porozmawiajmy o tym jakimi ludźmi nie chcielibyśmy być. Z jakimi swoimi słabościami walczymy?  Jakie złe cechy charakteru udało nam się pokonać, z czym sobie nie radzimy?

Opublikowany tekst jest pracą, którą napisałam na czwartym roku studiów, w ramach specjalności dziennikarskiej, na zajęciach z twórczego pisania.

 

MAŁE FORMY LITERACKIE. RÓŻNE BARWY SZCZĘŚCIA

Na trzecim roku studiów, w ramach specjalności dziennikarskiej, napisałam tekst, który chcę Wam zaprezentować właśnie teraz. Dwa światy, diametralnie różne i wspólna płaszczyzna porozumienia. Niedużą formę literacką z elementami synkretycznymi publikuję w pierwotnej wersji.

Nazwał ją Nuka, a niedźwiadka Baba. Przystanął, zastanawiał się ile razy spotkał niedźwiedzicę z małym. Od pewnego czasu łapał się na tym, że ich wypatruje, czuje niepokój, kiedy nie przechodzą obok szałasu, chociaż raz dziennie. Wydawało mu się, że ta niezwykła para odwiedza to miejsce dla niego. Przyroda, cisza i on. Niewzruszona, surowa Alaska stała się jego domem od kiedy opuścił miasto. Wyjazd na bezludzie miał mu pomóc zapomnieć i rozstać się z dotychczasowym życiem. Chciał poczuć się wolny od złych wspomnień. Dotąd przeszłość i przeżyta trauma, pojawiały się prawie w każdym jego; działaniu, ruchu, geście, rozmowie, śnie. Szukał potwierdzenia przynależności do świata, jakiejkolwiek jego cząstki. Od wypadku i śmierci najbliższych zawisł w próżni. Wybrał samotność z dala od ludzi; szczęśliwych, drapieżnych i zaborczych, dążących za wszelką cenę do osiągnięcia sukcesu. To życie nie było już jego życiem, a przecież tak niedawno kręcił się w jego trybach. Poszukiwanie spokoju i ukojenie bólu, od dwóch lat, wypełniało wszystkie działania Thomasa. 21 maja wszystko runęło, jego życie było domkiem z kart, który pijany kierowca przewrócił jednym nieostrożnym ruchem. Miał wtedy dopiero 25 lat. Nie mógł dalej mieszkać w domu, który wiązał mu się z radością, szczebiotem dziecka i obecnością Margarett, w mieście – grobie, miejscu śmierci osób najbardziej ukochanych. Świadomość, że to on ich zabił nie opuszczała go nigdy, chociaż sąd bezspornie z winy go oczyścił. Całe zdarzenie analizował setki razy i szukał możliwości ich uratowania. To, że on żyje, a żona i dziecko spłonęli w samochodzie, wystarczyło, żeby czuł się winny i bez przerwy maniakalnie się oskarżał.

Piękne futro było powodem, dla którego tropili ją łowcy. Każdy kto zwierzę raz spotkał myślał o zabiciu, dlatego potężna niedźwiedzica od dłuższego czasu nie mogła spokojnie żyć. Odkąd pojawili się traperzy żadne zwierzę nie było bezpieczne. Ona musiała troszczyć się o siebie i malca, który bez niej zginie. Coraz trudniej było jej znaleźć bezpieczne schronienie. Mogłaby uciekać szybciej w głąb lasu, ale niedźwiadek nie był jeszcze na tyle silny, by mógł za nią nadążyć. Człowiek wiązał się jej z niebezpieczeństwem, od kiedy tamtej zimy straciła dwójkę maleństw umieszczonych przez traperów w klatkach i wywiezionych w nieznane. Nie zbliżała się nigdy do ludzi, do momentu spotkania z tym, którego wybrała na swego przyjaciela. Czuła, że nie może zrobić im nic złego. Dlatego co dzień odważniej podchodziła do jego „domu”, a czując się osaczona, tu szukała pomocy i azylu, przede wszystkim dla niedźwiadka. 

Czasem tracił rozsądek, miał wrażenie, że potężna grizzly chce mu coś powiedzieć. Szedł wtedy wysoko w góry i odrywał się od rzeczywistości. Wydawało mu się, że jest bliżej Nieba, a tam…

- Nie, nie mogę tak dłużej myśleć, to nie ma sensu. Jestem sam i to daleko od ludzi, a jedynymi istotami żywymi są dzikie zwierzęta, z którymi staram się żyć w zgodzie, omijam je, a one mam nadzieję nie będą chciały mnie zabić. 

Polował tylko wtedy, kiedy potrzebował mięsa, ale robił to niechętnie. Czuł bowiem, że śmierć każdej żywej istoty jest pogwałceniem zamysłu Boga, jest niezgodna z piątym przykazaniem boskim: „Nie zabijaj”. Na ścieżce obok szałasu pojawiła się znajoma niedźwiedzica. Jakby bardziej zmęczona i słabsza. Jej ruchy były ciężkie. Miał wrażenie, że każdy krok sprawia jej ból. Zastanawiał się, czy wcześniej nie zauważył tego, czy coś złego stało się w ostatnich dniach. Nie odchodziła, ale też nie zbliżała się. Wyczuwał wahanie z jej strony, jakby nie wierzyła, że może jej pomóc. Jest przecież człowiekiem, sprawcą cierpienia zwierząt mieszkających na Alasce, miejsca, które kiedyś należało tylko do zwierząt. Tu żyły bezpiecznie, to ludzie rządni coraz więcej i więcej spychają je stopniowo na trudne tereny i zabijają dla skóry, resztę pozostawiając na białym śniegu jako ślad swojego morderczego procederu.

- Przyszła do mnie, szuka pomocy dla siebie i malca. Dzikie zwierzęta omijają miejsca, gdzie przebywają ludzie, a ona z jakiegoś powodu tu jest.

Poczuł nagle nieopisany strach, nie o siebie, a o matkę z dzieckiem. Wiedział, że stało się coś złego, bo nie odchodziła jak zawsze. Położyła się na trawie. Odłożył wszystko co miał w rękach i zbliżał się ostrożnie, krok po kroku, w jej kierunku. Głodny malec piszczał i niecierpliwie szukał mleka. Thomas na łapie grizzly dostrzegł krew. Z szałasu przyniósł opatrunki, był nerwowy i niespokojny. Myśli szybko przebiegały mu po głowie; ona nie może umrzeć, mały nie przeżyje. Postępował tak, jakby ratował ludzi; matkę z dzieckiem. Troszczył się o nich, rozpalił ognisko i spał blisko. Wierzył, że kiedy będzie z nimi, niedźwiedzica przeżyje. Nie okazywała wrogości, pomimo bólu, jaki jej sprawiał. Tak, jakby czuła, że dzięki niemu będzie dalej ze swoim dzieckiem. Drogi człowieka i zwierzęcia przecięły się w momencie, kiedy byli sobie potrzebni. Los ich połączył. Strach, cierpienie i niepewność życia. On odarty brutalnie ze szczęścia, ona zagrożona przez traperów, postrzelona i chora. Pomogli sobie nawzajem. Grizzly wyzwoliła go z koszmarów przeszłości, a on stał się opiekunem jej i dziecka podczas choroby, a potem wiernym przyjacielem. Człowieka i zwierzę połączyła niespotykana więź. Miał wrażenie, że niedźwiedzica z niedźwiadkiem są namiastką tego co utracił. Był szczęśliwy i przypuszczał, że zwierzęta na swój sposób też.

Zmęczony usiadł na trawie obok swoich nowych przyjaciół.

CZŁOWIECZEŃSTWO WYSTAWIONE NA PRÓBĘ

Człowiek, tylko dzięki relacji z drugim człowiekiem, może odkryć samego siebie i głębię swojego człowieczeństwa. Tak mówi współczesna filozofia.

Człowiek i jego świat, istota relacji międzyludzkich, ludzka myśl, zrozumienie ludzkich problemów, odzieranie świata z wszelkich pewników i norm, to zagadnienia nurtujące myślicieli dwudziestego pierwszego wieku. Dla przeciętnego człowieka i obywatela, mało istotne. Ten chce mieć pracę, mieszkanie, dobrze działającą infrastrukturę i urzędy, także gwarancję bezpieczeństwa swojego i rodziny.

Jean Bruller tak pisze o człowieczeństwie:

„Człowieczeństwo nie jest stanem,

w którym przychodzimy na świat.

To godność, którą trzeba zdobyć.”

Natomiast według Słownika języka polskiego PWN człowieczeństwo inaczej humanitarność, humanitaryzm, ludzkie podejście, obejmuje grupę cech charakterystycznych tylko dla ludzi. Są to: ludzka natura, godność, zdolność tworzenia kultury, szlachetność, przychylność wobec innych ludzi, ogół cech wspólnych wszystkim ludziom, istotne cechy człowieka, ludzkość w zachowaniu wobec innych, bycie człowiekiem.

Dużo słyszymy na co dzień o ludzkiej podłości, złych czynach, mordach, zbrodniach, przemocy, gwałtach, wojnach i innych postępkach niegodnych człowieka. Mało mówi się o świecie bez okrucieństwa, świecie gdzie dobro ma swoje miejsce. Człowiek skłonny jest do odsłaniania swoich najgorszych cech w chwili zagrożenia życia, ale nie tylko. Mając władzę i broń, zabija. W imię Boga, w imię wyższych celów, obrony ojczyzny, zagrożenia. Do jakiego stopnia jest gotów się posunąć? Czy istnieje granica, której nie przekroczy? W literaturze mamy dziesiątki przykładów, a posłużę się dwoma wybranymi. O utracie człowieczeństwa opowiada Andrzej Szczypiorski w książce „Msza za miasto Arras” i Albert Camus w „Dżumie”. Obaj autorzy postawili swoich bohaterów w środku dramatycznych wydarzeń związanych z zarazą. Odgrodzeni od świata, zdani na własne siły walczyli o przetrwanie. Wszechobecna, zabijająca ludzi choroba, powodowała, że z każdą chwilą tracili cząstkę swojego człowieczeństwa na rzecz walki o życie, uratowania go, kosztem zatracenia cech ludzkich. By przetrwać, człowiek sięgał do najbardziej mrocznych zakątków swej duszy. Instynkt samozachowawczy nakazywał mu bronić własnego istnienia, zabijając, jedząc trupy czy dopiero co narodzone dzieci.

Obecnie mamy inny rodzaj walki, zmagania trwają bez przerwy. Innego kalibru, nie o zachowanie życia, ale o miejsce w społeczeństwie, rodzinie, świecie, który otacza nas, w którym przyszło nam żyć. Powracają podobne pytania, o człowieczeństwo. Ile jesteśmy w stanie zrobić złego, na co nas stać, by być wysoko w hierarchii. By pokonać innych w awansie, w posiadaniu większego domu, lepszego samochodu. Ile ubyło nam empatii w stosunku do drugiego człowieka?

Zobrazuję problem częściowo na przykładach z własnego życia. Dwójkę starszych dzieci urodziłam jeszcze przed zmianami ustrojowymi w naszym kraju. Do trzeciego roku życia moich dzieci byłam z nimi w domu, nie musiałam pracować, bo mąż sam potrafił zarobić na utrzymanie rodziny. Syn nie był tęgiego zdrowia, więc kiedy poszedł do przedszkola, a ja do pracy, zaczęły się problemy. Chorował często, czasem kilka razy w miesiącu. Szłam z nim do lekarza, a zwolnienie zanosiłam do zakładu pracy. Kierownik i koleżanki, z wielką troską i współczuciem wysyłali mnie do domu, abym mogła opiekować się chorym dzieckiem. Nikt nie miał pretensji, że musi pracować, a ja dostaję pieniądze, siedząc w domu. Były to reakcje ludzi, którym empatia w stosunku do drugiego człowieka, nie była obca. Młodszą córkę urodziłam krótko po obaleniu komuny. Nie chciałam stracić pracy, więc po urlopie macierzyńskim dziecko umieściłam w żłobku, a sama wróciłam do biura. Podczas pierwszej choroby dziecka, lekarz zaopatrzył mnie w porady i zwolnienie, które dostarczyłam do zakładu. Zdziwienie moje nie miało granic, gdy na drugi dzień przyszedł do mojego domu pracownik, wysłany przez kierownika z informacją, abym natychmiast wróciła do pracy, bo zostanę zwolniona. Ponieważ nie miałam komu powierzyć chorej pięciomiesięcznej istoty, zaniosłam ją rano do sąsiadki, a sama poszłam do pracy. Nikt mi nie współczuł, nie pochylił się nad moją rozpaczą. Chcesz mieć pracę, bo ona jest najważniejsza, więc pracuj. Zrozumiałam szybko, w jakich niekorzystnych warunkach przyjdzie mi wychować trzecie dziecko.

Wtedy było to nowe zjawisko, teraz jest normą. Matki nie mogą być w domu z chorym dzieckiem. Żadna nawet nie pomyśli poprosić lekarza o zwolnienie. Angażują babcie, sąsiadki, znajome, by móc iść do pracy. Restrykcje finansowe i niechęć koleżanek, w stosunku do matki na zwolnieniu, nie zachęca jej do pozostania w domu. Tak. Mamy kapitalizm i utrzymanie pracy jest dla ludzi priorytetem. To wykorzystują pracodawcy, ponieważ nadmiar rąk do pracy pozwala im traktować zatrudnionych niewolniczo. W konsekwencji, dzieci mają sfrustrowanych, niecierpliwych i wykończonych rodziców. Kontakt na linii rodzic-dziecko ogranicza się do minimum. To odbija się negatywnie na psychice młodego człowieka, a żyć uczy się sam. Gry pełne trupów, filmy z przemocą w tle, to wzorce kształtujące wyobraźnię dziecka, potem młodego człowieka. Stąd czerpie wiadomości o świecie, relacjach międzyludzkich. Potem często dostaje się do grup przestępczych, które kończą dzieło kształtowania jego osobowości.

Co dalej dzieje się z tak wychowanym młodym człowiekiem? Ma zapewne wypaczone pojęcie o relacjach między dobrem a złem. W konsekwencji błądzi, a jego czyny są nieobliczalne. Choćby w ostatnim okresie dochodzą do nas informacje o zbrodniach niegodnych człowieka. Łatwo przychodzi matkom zabić noworodka, spalić, wyrzucić do śmietnika. Bez skrupułów uśmiercają kilkoro swoich dzieci, mrożą je jak mięso w lodówkach, zakopują w ogródku albo trzymają w beczce do kiszenia kapusty. Bezbronne maleństwa kopią, rozbijają główki, miażdżą ciałka, a potem wywożą z dala od domu i skazują na śmierć, w niewyobrażalnym cierpieniu. Głodzenie i kary cielesne też nie należą do odosobnionych przypadków. Podpalenie domu z żoną i dziećmi w środku albo makabryczne zabójstwo rodziców przez nastolatków mrożą krew w żyłach. Te czyny zostały popełnione.

I tu musimy wrócić do pojęcia człowieczeństwa. Na początku opisałam zanik cech ludzkich, w sytuacji walki o przetrwanie. Wiemy już, że człowiek nie pohamuje się i odsłoni swoje najciemniejsze strony, by przeżyć. Jednak jak wytłumaczyć zbrodnie, najbardziej nieludzkie, popełnione z niskich pobudek? Bo dziecko płakało, bo mam już troje dzieci, więcej nie utrzymam, bo jest kaleką, nie chcę takiego dziecka, mam długi potrzebuję pieniędzy z polisy…

Są to błahe powody, niewspółmierne do czynów. Człowiek wybiera najgorsze rozwiązanie: zabójstwo. A przecież każda matka może bez żadnych konsekwencji urodzone dziecko zostawić w szpitalu, zanieść do okna życia, oddać do ośrodka, domu dziecka, ale nie zabijać! Każde rozwiązanie jest lepsze od zbrodni. Analizując sylwetki okrutnych przestępców, często odkrywa się brak miłości w dzieciństwie, przemoc, molestowanie. Słyszymy tłumaczenie rodziców, że szkoła źle wychowuje. Nie szkoła, nie otoczenie, a rodzina jest najważniejsza. Rola rodziców w kształtowaniu dziecka i młodego człowieka jest najważniejsza. Tu wszystko ma swój początek. Wydaje się, że dobre warunki materialne, dodatkowe zajęcia, nadprogramowa nauka języków, wakacje w znanych kurortach wystarczą, by dobrze ukształtować człowieka. Nie! To za mało. Zwłaszcza w okresie osłabionego autorytetu Kościoła i nauczycieli. Brak bliskiego kontaktu, codziennych, szczerych rozmów, wspólnych posiłków, wyjść, przede wszystkim w najwcześniejszym okresie życia dziecka, może spowodować, że przestanie ono uważać rodziców za swój autorytet i wzorzec. Stracona bliskość już nigdy nie będzie odbudowana. Poszuka wzorców poza rodziną, a wtedy popełnione błędy mogą zaowocować tragedią.

Może demonizuję problem, a skala jego działania nie jest tak duża jakby się wydawało. Czy myślicie podobnie jak ja, a może macie inne zdanie?