RYSIEK RIEDEL – NIEZWYKŁY ARTYSTA, TRAGICZNA POSTAĆ.

Piosenki Dżemu towarzyszyły mi od zawsze, kiedy po raz pierwszy usłyszałam tę grupę bluesową. Co więcej słucham ich w dalszym ciągu, a najbardziej ulubionymi są ,,Autsajder”, ,,Skazany na bluesa” i ,,Sen o Viktorii”. Wiedzą o tym moje dzieci, więc w tym roku, na Dzień Matki, podarowały mi biografię wokalisty Dżemu, autorstwa Jana Skaradzińskiego, zatytułowaną po prostu ,,Rysiek”.

Tragiczna postać, ten zwrot najbardziej pasuje do Riedla. Od najmłodszych lat, jego życie, to ciągła walka: o chleb, miłość rodziców, akceptację nauczycieli, kolegów. Nic nie było mu dane bez wysiłku. Szybko zakończył edukację na szkole podstawowej. Niosło Go ku wolności, głównej dewizie jego życia. Pozycja, którą Wam prezentuję, to: ,,Prawdziwa historia życia Ryśka Riedla. Jego choroby narkotykowej. Euforii, zniechęcenia, walki i komplikacji. Dramatu. Drogi na skróty do śmierci” – to słowa autora książki, o swoim dziele. Książka nie jest łatwa w odbiorze. Pierwsza część poświęcona jest dzieciństwu. Opowiadają o nim osoby, które znały Ryśka, przede wszystkim jego siostra Małgorzata. Najbardziej porusza to, że Rysiek nie był kochany przez ojca  jako dziecko i tak zostało do końca. Matka zaś otaczała Go wielką miłością, ale z reguły wtedy kiedy nie było ojca. W szkole miał ciągłe kłopoty, nie przywiązywał wagi do nauki, nie potrafił podporządkować się dyscyplinie panującej w niej. Najczęściej wagarował.

W dalszej części biografii autor opisuje przebieg kariery piosenkarskiej: początki, wydane albumy, koncerty, koledzy, tworzenie tekstów, próby swoich sił poza Dżemem. W zasadniczej części pojawiają się wypowiedzi osób, z którymi Rysiek współpracował. Mało jest narracji autorskiej. W piosenkach począwszy od ,,Whisky”, poprzez ,,Niewinnych”, ,,Detox”, ,,Małą aleję róż”, ,,Prokuratora” aż po ostatnią czyli ,,Autsajdera” – wszędzie zawarte jest świadectwo picia, palenia trawy,  po dragi prowadzące do śmierci. Co ważne Riedel wiedział, co uczyniły z jego życia narkotyki. Nigdy nie namawiał do ich brania, wręcz ostrzegał, zabraniał,  nie częstował początkujących.

Tragizm jego życia polega na tym, że wszystko co robił miało prowadzić go do wolności. Ale alkohol i narkotyki zniewoliły go, wzięły w swoje szpony, nie pozwoliły się wyrwać. Z czasem całe swoje życie artystyczne i prywatne podporządkował nałogowi. Choroba – roztaczała przed nim oblicze śmierci. Kiedy wiedział, że nie uwolni się z uzależnienia, przegra napisał ,,Modlitwę”. Bo cóż więcej mu pozostało? Niestety nie została ona wysłuchana ani przez ludzi ani przez niebiosa. Sam zagubiony, wyniszczony, załamany poddał się, o czym opowiada w ,,Autsajderze” słowami: ,,Ja już nigdy się nie zmienię. Zawsze będę żył już tak”. Na początku kariery on i jego koledzy brali przykład z artystów światowych. Uważali, że bez narkotyków nie może powstać dobra muzyka. Taka była moda. Ćpali jego idole: Clapton, Hendrix, Morrison, Joplin, Cocker. DRAGI = WOLNOŚĆ, tak wtedy uważali. Do tego pasował hippisowski styl Ryśka. Poprzez alkohol, narkotyki, muzykę, kino,włóczęgę, literaturę, odrywał się od życia codziennego. Musiał, bo odczuwał w dwójnasób ból istnienia.

Nie wiedział wtedy, że wystarczy 2,5 – 3 lat brania, by uzależnić się od narkotyków na zawsze. Od 1986 roku było  coraz gorzej. Zarwane terminy, próby, koncerty. Nie obowiązki, a dragi wyznaczały rytm życia Riedla. To rodziło konflikty i napięcia w zespole. Rysiek był nieprzewidywalny. Kiedy był na głodzie narkotykowym, nic nie było ważne, poza ,,przygrzaniem”………………….

Nie napisze nic więcej. Sami przeczytajcie, bo warto. Jako uzupełnienie polecam film o Ryszardzie Riedlu i Dżemie zatytułowany podobnie jak piosenka, śpiewana przez Ryśka  ,,Skazany na bluesa”. W obrazie filmowym widać dzień po dniu, etap po etapie staczania się wokalisty na dno. Przestał przywiązywać wagę do wyglądu. Spocony, niedomyty, w poszarpanej kurtce. Tylko głos przejmujący, niezmiennie piękny został do końca.  Posłuchajcie proszę ,,Autsajdera”, wersję wykonywaną na żywo w Bydgoszczy w 1993 roku, czyli rok przed śmiercią. Ten obraz wystarczy, by wyobrazić sobie wszystko co dotyczyło wokalisty Dżemu u schyłku jego życia.

REMONT CZ. II. ARTYSTA PRZEJĄŁ PRACE PO PARTACZACH, MOJE TROSKI TEŻ

Kiedy zobaczyłam i usłyszałam Artystę pierwszy raz, pomyślałam: to człowiek którego potrzebuję teraz najbardziej. Konkretny, rzeczowy, spokojny, wyważony, nic nie stanowiło dla niego problemu, na drobiazgach się nie skupiał. Natychmiast ocenił sytuację. Mieszkanie rozgrzebane, ekipa zwolniona, a położone w łazience płytki (indygo) falują na ścianie jak woda w morzu. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że definitywne zakończenie współpracy z poprzednią ekipą było najlepszą decyzją jaką podjęłam w związku z remontem. Wierzcie mi zrobiłam to stanowczo zbyt późno. Przez swoje miękkie serce i skrupuły, naraziłam się na niepotrzebne koszty i wydłużenie czasu remontu o około półtora miesiąca. Warto czasem posłuchać młodszych, trzeźwym okiem patrzących bliskich, którzy już na samym początku sugerowali rezygnację z usług niesolidnej ekipy. Uważałam, że są do malarzy uprzedzeni bez powodu i brnęłam w kłopoty ślepo, jak ćma w ogień. Na szczęście w porę się ocknęłam.

Artysta przyjechał, z całym wyposażeniem, dzień przed Bożym Ciałem. W mig, bez ceregieli, uzgodniliśmy zakres prac (bez pomiarów i szczegółów), kwotę za ich wykonanie, inne drobne sprawy zostały spisane na kartce i na tym koniec. Wykonawca zlecenia nie miał problemu z akceptacją  wymagań jakie przed nim postawiłam. Zamierzał wykonać wszystko sam, poza podłączeniem kuchenki gazowej. Pomyślałam: Losie jesteś łaskawy dla mnie. Potrzebuję teraz najbardziej zrzucić z siebie problemy związane z remontem na kogoś kto niepodzielnie je udźwignie. Zaczęłam pracę na ryneczku i to działanie absorbowało mnie całkowicie od rana do wieczora. Nie miałam siły w tej sytuacji kierować pracami nieudolnej poprzedniej ekipy, której każdego dnia wytykałam palcem niedociągnięcia. Nie teraz, nie w tej chwili, nie mam siły, nie mogę spać. Dzień przyjazdu Artysty zmienił sytuację diametralnie.

W Boże Ciało Artysta zaczął naprawiać, to co zostało zepsute. Uzgodniliśmy, że płytki położone na ścianie w kuchni zostawimy, mimo niedoróbek. Natomiast  osiem metrów płytek w łazience trzeba zdjąć. Artysta miał nadzieję, że uda się je odzyskać dzięki urządzeniu, które poznał w Norwegii. Jego praca polegała na przytykaniu gorącej ssawki do płytki, a ta rozpuszczała klej, pozwalając zdjąć nieuszkodzoną glazurę położoną wcześniej. Niestety pracownicy żadnej wypożyczalni sprzętu budowlanego, w moim dużym mieście, nie posiadali, a nawet nie znali takiej maszyny. Proponowali tradycyjny młotek i majzel (skuwanie ręczne) albo za pomocą młota mechanicznego czyszczenie ściany. W obu przypadkach płytki oczywiście będą zniszczone. W jeden dzień Artysta uporał się z moimi płytkami, tłukąc je z całej siły, a kolejne kartony zapełniały się gruzem. Mieszkańcy kamienicy poszli do kościoła, a mój pracowity chłopak robił hałas na całą ulicę. Pracował z wielkim entuzjazmem do późnych godzin wieczornych.

Wezwałam szefa pierwszej ekipy, pokazałam gołą ścianę i kartony zniszczonych płytek. Domagałam się zwrotu pieniędzy za osiem metrów glazury. Pokrył koszty bez oporów. Pożegnaliśmy się bez złości. Mimo wszystko żal mi go było. Poprosiłam by nigdy więcej nie brali się za prace, których nie są w stanie wykonać dobrze. Narażają siebie na straty, a inwestora na stress, dodatkowe koszty związane z remontem i wydłużenie czasu jego trwania. Tłumaczył się kłopotami natury osobistej, nieudolnie usprawiedliwiał przykrą sytuację, która zaistniała między nami. Myślę, że w głębi serca szczęśliwy był, że zdjęłam z niego obowiązek kontynuowania remontu, którego nie był w stanie wraz z pracownikiem dokończyć. Problemy, które mnożyły się każdego dnia przerosły jego wiedzę i umiejętności. Nie miał odwagi przyznać się do braku doświadczenia w tej materii. Może obawiał się, że nie znajdę nikogo, kto poprowadzi dalej rozgrzebane przez nich prace? Widziałam, że poczuł ulgę, zostawiając moje mieszkanie innemu fachowcowi. Pewnie spodziewał się również porażki jego. Zdziwiłby się gdyby zobaczył dzieło końcowe Artysty.

Oczywistym jest, że w remoncie mieszkania uczestniczyłam nie tylko ja, również moja rodzina. Rzadko opisuję jej członków, mało piszę o mężu i dzieciach. Szanuję decyzję o ograniczeniu do minimum zamieszczania informacji na ich temat. Piszę wyłącznie o sobie. Również nie sfotografowałam kolejnych etapów prac. Moje rodzina i dom nie są przeznaczone do udostępniania w internecie, za co przepraszam Gości bloga.

Kolejna część tekstu na temat remontu ukaże się wkrótce. Zapraszam.

REMONT CZ.I. TRWA CZWARTY MIESIĄC MOJEJ BEZDOMNOŚCI. NIE MOGĘ WRÓCIĆ DO DOMU JAK ODYS DO ITAKI

Uspokajam czym prędzej. Nie straciłam domu, nie opuściłam też męża. Remontujemy nasze mieszkanie, a końca jakby wcale nie widać. Zacznę od początku. Stali Goście zapewne pamiętają, że dwa lata temu zaczęliśmy doprowadzać nasze mieszkanie do stanu, który dałby nam radość z mieszkania w nim. Nasze? Nie wiem czy tak mogę je nazwać? Jest to prywatna kamienica, której właściciele wynajmują lokale najemcom. Właśnie na takich warunkach zajmujemy z mężem dwa pokoje, kuchnię, łazienkę i korytarz. W pierwszym etapie zlikwidowaliśmy tapety definitywnie. Wygładzone, prawie jak lustro, ściany podobają się nie tylko nam. Prace trwały półtora miesiąca, co wydawało się wiecznością. Nic jednak nie przebije tegorocznego maratonu.

Remont łazienki, kuchni i korytarza miała przeprowadzić dwuosobowa ekipa, ta sama która wyśmienicie sprawdziła się przy pracach malarskich. Uwierzyłam w zapewnienia o umiejętnościach z dziedziny kładzenia płytek i zatrudniłam ich, biorąc pod uwagę perfekcję poprzedniego wykonania. Problemy zaczęły się zaraz pierwszego dnia. Panowie rzucili z rękawa wygórowaną kwotę za wykonanie prac, która była nie do przyjęcia przeze mnie, w żadnym wypadku. W pierwszym momencie zagrozili, że zostawią mnie z rozgrzebanymi pracami (przypuszczali, że to zmusi mnie do spuszczenia z tonu i przystanę na ich warunki). Poprosiłam o kosztorys, który zawierał wszystkie czynności, zgodnie z obowiązującym cennikiem. Dostałam go zaraz na następny dzień, o dziwo opiewał na kwotę  o 2 tysiące niższą niż pierwotna. Zgoda, można zacząć prace.

Kucie tynków, likwidacja poprzednich płytek, wylanie posadzki w korytarzu, wyrównanie betonowych powierzchni w pozostałych pomieszczeniach. Dotąd prace szły sprawnie. Nie miałam szczególnych zastrzeżeń.  Problem pojawił się kiedy zostały położone płytki na ścianie w kuchni. Dużo złego można było powiedzieć o umiejętnościach fachowców i dokładności w wykonaniu. Wszyscy widzieli partactwo tylko nie ja. Pozwoliłam, czego bardzo żałuję, pracować dalej ekipie, która nie miała przygotowania do wykonania powierzonego zadania. Dzisiaj wiem, że panowie uczyli się kłaść płytki w moim mieszkaniu. Mam wrażenie, że nigdy wcześniej podobnych zleceń nie wykonywali.  Przyszedł dzień rozpoczęcia prac w łazience. Płytki indygo piękne w kartonach, na źle wyłożonej ścianie straciły cały swój urok. Ściana pływała jak fale na niespokojnym jeziorze.

W poniedziałek ekipa przyszła do pracy w wyśmienitych humorach. Już na podwórku zauważyli, że ja niestety nie podzielam ich radości. Pół godziny prowadziłam monolog, o partactwie jakie jest ich udziałem. Żaden z panów nie powiedział słowa. Nic innego nie mogłam zrobić jak zwolnić partaczy, by nie uczynili więcej szkód niż dotąd. Pozbierali cały swój dobytek i opuścili moje mieszkanie. Niestety zapłaciłam im za trzy tygodnie pracy w ratach wcześniej. Szkoda pieniędzy i czasu, który straciliśmy. Płytkarz, prawdziwy fachowiec, znawca tematu, który podjął się remontu, musiał poprawiać wszystko czego dotknęli ci panowie. Oczywiście należało skuć położone płytki w łazience, prawie 8 metrów. Za nie pieniądze zwrócił pan, które je położył. Prosiłam gorąco by nigdy więcej nie podejmowali się wykonywania prac remontowych, o których nie mają pojęcia. Powinni robić tylko to na czym się znają.

26 maja do prac przystąpił młody artysta malarz po ASP, który ze sztuki nie może się utrzymać, więc pracuje jako jednoosobowa ekipa remontowa, wykonując kompleksowo prace w mieszkaniach. Dalszy ciąg opowieści związanej z remontem nastąpi niebawem……

MARINA ABRAMOVIĆ ARTYSTKA JEDYNA

Obrazek

Różne są powody, dla których poruszam na moim blogu ten temat, a nie inny. Tym razem inspiracją do napisania kolejnego artykułu była rozmowa z moimi dziećmi, o sztuce, artystach, filmie przez nich obejrzanym wcześniej. Starsza córka znawczyni sztuki, z racji wykształcenia i zawodu, zachęciła mnie do obejrzenia filmu dokumentalnego o życiu i twórczości, pochodzącej z byłej Jugosławii, artystki performance, Mariny Abramović. Dlaczego artystka ,,jedyna”, jak nazwałam ją w tytule? Jako jedyna w tak zaawansowanym wieku, ,,babcia performance” (jak nazywana jest w filmie), uprawia rodzaj sztuki, z reguły, przynależny ludziom młodym, silnym i zdrowym. Bohaterka filmu urodziła się 30 listopada 1946 roku w Belgradzie, stolicy Serbii. W tym roku skończy 70 lat i dalej czynnie uprawia performance. Pokaz w Nowym Jorku miał miejsce w 2010, kiedy artystka miała 63 lata, a film powstał dwa lata później. Miejsce urodzenia i sytuacja na Bałkanach, a także brak zainteresowania i miłości rodzicielskiej zadecydowały o twórczości Abramović. 

Marina Abramović

http://vers-24.pl/marina-abramovic-512-hours-serpentine-gallery-londyn/


http://vers-24.pl/marina-abramovic-512-hours-serpentine-gallery-londyn/

Manifest Abramović brzmi: artysta powinien być bezkompromisowy i nie powinien kochać innego artysty. Marina, to artystka którą determinują trzy cechy: osiąga każdy założony cel, jako dziewczynka pozbawiona miłości matki, obdarzona niezwykłą duchowością, potrafi wznieść się ponad wszystko. Jej praca artystyczna pozbawiona jest jakiejkolwiek kreacji. Ciało artystki stanowi główne medium i temat przekazu twórczego (body art). Już jako studentka uczelni artystycznej, tworzyła szokujące instalacje i prowokacyjne performance. W latach 1973 – 1975 przedstawiła swoje najbardziej radykalne dzieła: eksperymenty związane z bólem, obrzydzeniem, reakcjami ciała na ingerencje fizyczne – różne formy wyrazu artystycznego, podczas których sama dochodziła do granic ludzkiej wytrzymałości, narażała własne ciało na szwank. Przykładem takiego drastycznego ingerowania w własne ciało jest namiętne czesanie włosów, aż do pojawienia się krwi i ran na skórze głowy.

,,Marina Abramović, artystka obecna”, to film, który chciałam Wam przybliżyć i polecić. The Artist is Present, taka realizacja miała miejsce w Museum  of Modern Art  (MoMA) w Nowym Jorku. Z tego artystycznego performance, powrotu do wcześniejszych dokonań, a także pokazania najważniejszych elementów biografii artystki, powstał film dokumentalny. W MoMA Abramović rzuca wyzwanie publiczności, rodzą się wspólne przeżycia artysty i widzów. Performance, to stan umysłu, ma charakter interwencyjny. Z wcześniejszych doświadczeń wiedziała, że jeżeli publiczności pozwoli się, da  możliwość, niektóre osoby zamienią się w bestie. Wcześniej, podczas jednego z eksperymentów na stole położyła 72 przedmioty, narzędzia ewentualnych tortur (pióro, pistolet, różę, bat, nożyczki, skalpel) i tabliczkę z napisem, że można je użyć dowolnie.  Ludzie, najpierw nieśmiało, potem coraz odważniej korzystali z pozwolenia. Szarpali, kuli, a nawet jeden z widzów przystawił jej pistolet do skroni.

Pokaz w Nowym Jorku poprzedzony był trzymiesięcznymi przygotowaniami. Do współpracy Marina zaprosiła młodych artystów, gościła w własnym domu i zafundowała im trzydniowy post oraz życie bez telefonów komórkowych. Spodziewała się, że ją znienawidzą. Wiedziała, że jako artysta, nie człowiek, musi być wojownikiem, pokonywać słabości swoje i innych. Wyrobienie w sobie i współpracownikach hartu, wytrzymałości ponad ludzkie siły było konieczne, by przedsięwzięcie się udało. Szykowała siebie i ekipę do trzymiesięcznych występów na żywo. Codziennie (7 godzin, 6 dni w tygodniu) Marina siedzi przy stole i patrzy w oczy ludziom, którzy odważyli się usiąść naprzeciw niej. Bez ruchu, silna i wytrzymała, czerpie energię z widowni. Widzi cierpienie w oczach ludzi, którzy siadają na wprost niej, niektórzy płaczą. W Marinie widzą odbicie ich samych. W ciągu tych trzech miesięcy zmienia ludzi, spowalnia świat, niektórzy poświęcają jej cały dzień. Mimo, że była na granicy wytrzymałości, cierpiała, nie chciała zakończyć eksperymentalnego pokazu. Wiedziała, że publiczność wyczuje prawdę i fałsz. Ważne, by widzowie i artysta osiągnęli ten sam stan duchowości, świadomości. Żelazna dyscyplina w domu uczyniła z Abramović mistrzynię performance. Zasady były jasne, podczas sesji w muzeum nie wolno było dotykać artystki. Kiedy naprzeciwko usiadł Ulay, z oczami pełnymi łez, chwyciła go za ręce. Ludzie obecni w Muzeum Sztuki Nowoczesnej zgotowali im aplauz, płakali oboje. Najbardziej wzruszająca scena filmu. Kim jest ten człowiek dla Mariny – nie zdradzę, bo zabrałabym przyjemność oglądania ciekawego seansu. Czym bliżej było do zakończenia performance, tym więcej chętnych widzów było do popatrzenia w oczy artystki. Tworzyły się ogromne kolejki, niektórzy cierpliwie czekali cały dzień. Dotrwała do końca. Abramović potrzebuje publiczności jak powietrza, by jej dzieła były pełne. Żyje dla sztuki i publiczności, kocha cały świat, poświęca się dla ludzi.

https://i.vimeocdn.com/video/447032231_640.jpg


https://i.vimeocdn.com/video/447032231_640.jpg

Performance w MoMA to autoportret Mariny Abramović. Artystka osiągnęła szczyty. Zapraszam do obejrzenia filmu o tej niezwykłej artystce. Przeżyjecie wiele wzruszeń podczas obserwowania walki delikatnej kobiety ze słabościami własnego ciała. Nie mniej ciekawe są elementy biograficzne zaprezentowane w filmie, bo Marina to jedyna taka artystka i człowiek. Czy jest szczęśliwa, ile wyrzeczeń i poświęceń kosztowała ją sława? Na te i inne pytania odpowiada film.

Film można obejrzeć w sieci. Załączam link:


http://zalukaj.tv/zalukaj-film/19870/marina_abramovic_artystka_obecna_marina_abramovic_the_artist_is_present_2012_.html

WÓZEK NIE JEST PRZESZKODĄ

Dzieci dzieciom dają to, co najpiękniejsze. Zdrowe chorym swoją sprawność, chore zdrowym swoją silną wolę i umiejętność pokonywania barier.

W nawiązaniu do  poprzedniego tematu, prezentuję sylwetkę  chłopca, który bez  pomocy fundacji nie mógłby normalnie żyć. Krzyś to chłopiec z dysfunkcją ruchową kończyn dolnych, poruszający się tylko na wózku, teraz siedemnastoletni tancerz Integracyjnego Klubu Tańców Polskich.

Urodził się  w styczniu  1998 roku. W swoim krótkim życiu przeszedł wiele skomplikowanych operacji, najpierw ratujących życie, potem sprawiających, żeby  mogło być zbliżone do codzienności zdrowych rówieśników. Jednak wózek towarzyszy mu od pierwszych dni życia i nigdy się od niego nie uwolni. Z czasem zaakceptował go i polubił. Przekonaliśmy się wszyscy, że stał się atutem małego artysty. Krzyś naukę rozpoczął w szkole integracyjnej. Tam też miał próby zespół, w którym tańczyły pary mieszane. Jedno dziecko zdrowe, a drugie na wózku. Pani prowadząca zajęcia zapytała  chłopca, czy chciałby przyjrzeć się próbie? Zgodził się chętnie, bo w zespole tańczył kolega z klasy, Michał. Podobnie jak Krzyś  poruszał się tylko na wózku, ale to nie przeszkadzało mu tańczyć. W zespole brakowało dzieci na wózkach. Chętnych, zdrowych było za dużo, ale żeby stworzyć grupę potrzebni byli partnerzy z dysfunkcjami ruchowymi. Dzieci takie trudno przekonać, by pokazały się na scenie. Opór mają nawet dzieci zdrowe, bo czasem trema jest tak silna, że paraliżuje ruchy, a dziecko chore ma dodatkowo obawę, czy ktoś nie wyśmieje jego kalectwa, czy nie będzie przyglądał się natarczywie? Krzyś podobnie do innych dzieci też miał obawy. Udział w próbach zespołu poprzedziły długie rozmowy z mamą. Ona szybko rozwiała jego wątpliwości, które często nie pozwalały mu spokojnie spać. Przekonała syna, że spróbować zawsze warto, a to czy zostanie i będzie tańczył, zależy od niego i tylko on będzie o tym decydował. Mając takie zapewnienie, Krzyś zaczął chodzić na próby i już po trzech miesiącach pojawił się po raz pierwszy na scenie. W szkole, do której chodził, miał miejsce Turniej Tańców Polskich. Grupa Integracyjna z Krzysiem i Michałem otwierała te zawody swoim występem. Tak więc młody tancerz, w bardzo krótkim czasie, miał swój debiut sceniczny. Nie pamiętał, że porusza się na wózku, czuł jakby niewidzialne skrzydła unosiły go nad ziemią. Występ został nagrodzony gromkimi brawami i grupa jeszcze raz zatańczyła na zakończenie potyczek turniejowych. Chłopiec przekonał się wtedy ostatecznie do udziału w grupie tanecznej, chętnie brał udział w próbach i późniejszych koncertach. Próby są męczące, żeby dojść do zadowalającego poziomu, trzeba mieć dużo cierpliwości i wytrwałości. Dotyczy  to także zdrowego partnera. Zgranie, wzajemną sympatię i radość z tańca widać na scenie. W parze nie mogą tańczyć osoby, których nie łączy zrozumienie i zadowolenie z tego co robią. Tu nie da się udawać, trzeba być szczerym.  Choć czasem dochodzi do spięć, szybko są one łagodzone przez instruktora i samych tancerzy. Krzyś nie widzi różnicy między nim, a tancerzami bez wózka. Grupę łączy nie tylko taniec. Razem wyjeżdżają na wakacje. Tworzą zgraną paczkę w tańcu, ale także poza nim. Pomagają sobie, kiedy jest to wskazane, bawią się wspólnie na dyskotekach, zwiedzają. Tu, wśród przyjaciół można zapomnieć o wózku. Starsi potrafią pocieszyć młodszych kolegów, tęskniących za domem i rodzicami. Nie ma czasu na nudę.

Krzyś i Michał są przykładem dzieci z dysfunkcją ruchową, a jednak aktywnych. Ogromna zasługa jest w tym przedsięwzięciu rodziców. To oni są najważniejsi w sprawach wożenia, odbierania, czekania. Kosztem własnego odpoczynku, czasem resztką sił są przy swoich dzieciach. Pomagają im, by jak najmniej odczuwały swoją chorobę. To oni pokonują bariery i trudności. Szyją stroje, starają się by młodzi artyści prezentowali się perfekcyjnie. Nagrodą są występy galowe i udział ich dzieci w turniejach. Wtedy łzy lecą po policzkach, mimo woli.

http://www.folklorpoznan.pl/integracyjny-klub-ta324coacutew-polskich.html


http://www.folklorpoznan.pl/integracyjny-klub-ta324coacutew-polskich.html

Moja najmłodsza córka tańczyła w Grupie Integracyjnej kilka lat. Dlatego tak dobrze znam to środowisko i dzieci tworzące pary taneczne. Sama zawsze płakałam widząc moje dziecko na scenie z Michałem. Teraz nasze dzieci są dorosłymi ludźmi, ale więź która połączyła ich poprzez  wspólny taniec, przetrwała do dziś. Córka, kiedy tylko wraca do domu odwiedza przyjaciół z zespołu. Myślę, że te piękne przyjaźnie przetrwają długo. Warto traktować swoje niepełnosprawne dziecko, od najwcześniejszych lat życia, jak normalnego człowieka. Dawać mu zadania i zajęcia, które jest w stanie wykonać. Wyręczanie we wszystkim, to robienie mu krzywdy. Tak można wychować człowieka, któremu trudno będzie poradzić sobie w dorosłym życiu. Drodzy Rodzice niepełnosprawnych dzieci nie bójcie się, pozwólcie i zachęcajcie dziecko do aktywnego życia i samodzielnego pokonywania trudności. Nie można zrażać się drobnymi niepowodzeniami. Trzeba  być silnym i nie zniechęcać się. Grupa potrafi dać siłę tym mniej odważnym i przebojowym. Działa tu zasada: ja potrafię, on potrafi, więc jak się postarasz, potrafisz ty też! A wspólny taniec rodzi przyjaźń i radość, z tego co się robi.

Co sądzicie o  aktywnym życiu dzieci chorych. Popieracie rozczulanie się rodziców nad ich kalectwem, czy dążenie do tego, by samodzielność pozwoliła im żyć jak normalnym ludziom?