PAN Z PUNKTU KSERO OKAZAŁ SIĘ CZŁOWIEKIEM Z KLASĄ

Obsługa punktu ksero, a konkretnie pan tu pracujący będzie bohaterem zdarzenia, które dzisiaj na gorąco, opiszę. Miejsce to odwiedzam od lat, zawsze kiedy potrzebowałam skopiować dokumenty, zbindować plik kartek lub wydrukować zarchiwizowane na nośniku pamięci  dokumenty. Przyjemna, szybka i perfekcyjna obsługa, zachęcała do korzystania z usług tu, a nie gdzie indziej. Tak było i tym razem. Lało jak z cebra. Wróciliśmy z bazaru, mąż został w garażu, a ja pieszo ruszyłam do domu, po drodze zamierzając skopiować dokument, potrzebny na dzień następny (ustalenie wysokości opłaty za korzystanie ze stoiska). Minęłam stłoczonych ludzi, którzy czekali na przejście deszczu, stojąc na schodach prowadzących do ksero. Mokra – deszczówka kapała z moich włosów, rąk i ubrania – wyjęłam dokument z teczki i pieniądze by zapłacić za kopię. Z uwagą, by nie zachlapać, spakowałam kartki do teczki, kładąc pudełka z drobnymi na ladę. Zadowolona, że udało mi się załatwić sprawę szybko, wyszłam na ulicę.W domu, zaraz wzięłam prysznic, przebrałam się i zabrałam za obiad. Kiedy rozpakowywałam torbę rynkową, zauważyłam brak pojemników z bilonem.  Muszę przyznać, że suma nie była mała, wynosiła ponad 130 złotych.

Weszłam do punktu, kiedy pan obsługiwał klientkę. Spojrzał na mnie z uśmiechem, co było jednoznaczne z potwierdzeniem, że zgubę znalazł, co więcej wiedział do kogo należy. Podziękowałam serdecznie i pożegnałam się z panem uśmiechem.W domu sprawdziłam kwotę, którą wcześniej przeliczyłam na rynku. Moja radość nie miała granic. Cieszyłam się jak zwariowana. Nie dlatego, że odzyskałam całą kwotę. Pieniądze w całej sprawie odegrały najmniejszą rolę. Zeszły na plan dalszy. Uczciwość tego człowieka napełniła mnie tak wielką radością, że czułam się przez chwilę jak milionerka. Przekonanie, że ludzie którzy żyją obok nas są uczciwi, daje poczucie dumy i radości. Człowiek ten nie wiedział, że zostawione pieniądze zostały wcześniej przeliczone. Bilon, o różnym nominale, wypełniał pudełko po brzegi. Pan, który zapewne nie jest bogaty, mógł skusić się na niespodziewany zastrzyk gotówki. Wziąć kilka monet. Nie zrobił tego, bo jest człowiekiem uczciwym, dla niego honor znaczy więcej niż bogactwa całego świata. Tym razem znalazł niewielką kwotę, oddał wszystko. Jestem pewna, gdyby znalazł ogromną sumę, torbę wypchaną walutą, też zwróciłby właścicielowi, gdyby ten szukał zguby, albo zaniósł na policję nie wiedząc kim jest właściciel. Szanuję takich ludzi, ich uczciwość daje mi przekonanie, że jest w nas dobro  z natury i dobrze życzymy drugiemu człowiekowi, nie chcemy krzywdzić innych, przysparzać im trosk. 

Proszę podzielcie się swoimi doświadczeniami podobnymi do opisanych przeze mnie. Może dużo więcej jest takich przypadków uczciwości w stosunku do innych ludzi, niż nam się wydaje? Może ja zachwycam się czymś, co jest na porządku dziennym? Często mówimy o złodziejach, którzy nas okradli, o ludziach złych, czyhających na łatwy zarobek, bez pracy. Dzisiaj pozytywny, autentyczny akcent na temat uczciwości. Na koniec dodam podziękowanie dla pana z ksero w Poznaniu przy ulicy Dąbrowskiego. Nie wie, że opisałam Go w swoim tekście. Właściwie w dalszym ciągu jest anonimowym człowiekiem.

 DZIĘKUJĘ PANU.

FANTAZJA WŁASNA NA TEMAT: JAKĄ OSOBĄ NIE CHCIAŁABYM BYĆ?

Miła, uśmiechnięta, niemal dziecięca buzia, taką pamiętam Ulę z pierwszego spotkania. Teraz, gdy wracam do tej chwili, po pięciu latach przebywania w jednym pomieszczeniu i wspólnej pracy, zastanawiam się ile zostało z tego pierwszego wrażenia? Jak z dnia na dzień, odkrywała swoją prawdziwą twarz? Co pod tą przybraną maską, kryło się w środku? Na ile potrafiła się zmienić w ciągu tego czasu, a ile już wtedy nosiła w sobie?

Hałaśliwość, nadmierna ruchliwość, zabieranie głosu na każdy temat i zwracanie na siebie uwagi za wszelką cenę (ja, oto pępek świata wiem wszystko najlepiej), rzuciły się w oczy już w pierwszej godzinie „tortur”. Próżność i zazdrość, to następne niespodzianki. Kosmetyki, ubrania, sprzęty domowe, wszystko koniecznie markowych firm, a znajomość ich nazw, zachwyciłaby nawet samego Miodka. Zawsze skora do krytyki otoczenia, koleżanek, ich dzieci i rodzin. Sukcesy innych, jakby celowo umniejszane, a każdy kto śmiał się wychylić, poza ramy jej postrzegania świata, szybko sprowadzany był na ziemię. Ja, moje dziecko, moje sprawy, moja rodzina, wszystko, co dotyczy mnie, jest najważniejsze – jest wyznacznikiem, jak należy postępować, jak należy żyć, czym się kierować.

Pogłębianie swojej wiedzy, czytanie ambitnych książek, to tylko strata czasu i pieniędzy. Dobra lektura to „Harry Potter” i „ Kod da Vinci”. Bieg, wręcz swoisty maraton za materialnym przepychem, to podstawowy cel jej życia. Nowy, lepszy samochód, nowoczesne meble i coraz większy, doskonalszy telewizor, a w nim seriale polskie i z trzeciego świata, komercyjne, niskiej jakości programy typu : „tańce z gwiazdami”, „tańce na lodzie”, „ mam talenty” i „ jak oni tańcują”- wszystko trzeba obejrzeć. To wyznacza rytm życia w jej domu. Kino, teatr i opera, to nie dla niej. Ma przecież wielki telewizor, nie musi wychodzić z domu, a wszystko jest na wyciągniecie ręki. Bez wysiłku. Wystarczy pilot, wino lub mocny drink i już wszystko dzieje się według dawno wypracowanego schematu.

Uznaje wychowywanie dziecka, zgodnie z zasadą: ja jestem matką i masz mnie słuchać. Mnie należy się szacunek i bezwzględne posłuszeństwo. Ja zarabiam, ty korzystasz. Jeżeli nie, zabieram, zabraniam i stosuję inne kary (nigdy nie stosowała kar cielesnych-przynajmniej tak mówiła). Dobre, ciepłe słowo nie należy się dziecku. To świadczyłoby o słabości rodzica. Co myślała o powiększeniu rodziny? Jedno dziecko w dzisiejszych, trudnych czasach, to w sam raz. Każde kolejne to „nowy Mercedes”, a na to mnie nie stać.
Życie szybko skorygowało jej metody wychowawcze i staroświeckie poglądy na ten temat. Krótko przed końcowymi egzaminami w gimnazjum, jej piętnastoletnia córka weszło w tak zwany „ trudny okres życia”. Negowanie wszystkiego, arogancja, kłamstwa, wagary, bunt i wojna na dwóch frontach: w szkole i w domu.

- Nie chcę chodzić na chórek kościelny, nie chcę jechać na działkę, nie zależy mi na dobrych ocenach i na punktach z końcowych egzaminów gimnazjalnych.

- Jak to? Przecież to twoja przyszłość! Nie dostaniesz się do „dobrego liceum”!

Co robić? Najprościej, zgodnie z tradycją, zabierać, nie pozwalać, zamknąć w „ czterech ścianach” i kontrolować przez całą dobę. Szybko okazało się, że te metody nie zdają egzaminu. Po raz pierwszy poprosiła o pomoc koleżanki, które podobne problemy z dziećmi miały już za sobą.

- Podaj jej dłoń, nagradzaj dobrym słowem, chwal za najmniejsze sukcesy, przytulaj jak najczęściej, bądź jej przyjaciółką, nie tylko matką.

Spokorniała. Uznała, że inni też mogą mieć rację i warto ich wysłuchać. Czterdzieści cztery lata, to na pewno nie pierwsza młodość, ale też nie wiek, by ograniczyć swoje życie do schematów i rutynowych, wypracowanych przez lata działań.

Proszę porozmawiajmy o tym jakimi ludźmi nie chcielibyśmy być. Z jakimi swoimi słabościami walczymy?  Jakie złe cechy charakteru udało nam się pokonać, z czym sobie nie radzimy?

Opublikowany tekst jest pracą, którą napisałam na czwartym roku studiów, w ramach specjalności dziennikarskiej, na zajęciach z twórczego pisania.

 

W TYM ROKU NIE BĘDĘ KOCHANKĄ BAMBRA, NIESTETY

27 maja, podobnie jak każdego, roku od siedmiu lat, rozpoczęłam sezonową pracę na bazarku. Zarezerwowane wcześniej miejsce, czekało na mnie bym tchnęła w nie kolorowe życie, wystawiając do sprzedaży, na początek, dojrzałe, czerwone truskawki. W zasadzie nic się nie zmieniło, ten sam inkasent, ci sami właściciele stoisk, podobne towary. A jednak nie jest tak samo. Zaprzyjaźniony, jedyny przychylny mi konkurent w handlowaniu, był tego dnia nieobecny. Okazało się, że definitywnie zrezygnował ze sprzedaży swoich produktów rolnych w tym miejscu i w ogóle. Powód: pani z którą dzielił stoisko, swym jadem i zaborczością, wyeliminowała go, jako intruza z terenu wspólnie zajmowanego. Szkoda, że dał się wyrzucić ze straganu, który dzierżawił od początku istnienia ryneczku, czyli od ponad dwóch dekad. Był jednym z pierwszych gospodarzy z pobliskiej wsi, którzy właśnie mieszkańców tego osiedla chcieli zaopatrywać w swoje warzywa i owoce. Miał dobrą markę wśród klientów, a niektórzy z nich, bardziej zaprzyjaźnieni, mówili na niego  ciepło dziadek. Bez bambra to miejsce jest gołe, straciło swój klimat. Dziadek był tu centralną postacią, żaden klient nie przeszedł obok bez serdecznego dzień dobry, skierowanego specjalnie do niego.

Obraził się na wszystko, poczuł niesprawiedliwość, złamał się i zamknął w swoim domu. Pomimo, że władze Targowisk zaproponowały mu inne miejsce, nie przyjął go. Wycofał się. Tylko raz w tygodniu, w soboty przyjeżdża jego syn, który nie przywiązuje wagi do miejsca, na którym przyszło mu handlować. Od niego wiem, co dzieje się z ojcem. Zdrowie, mocno nadszarpnięte, pozwalało przyjeżdżać na rynek i obsługiwać klientów, ale  do pracy na roli nie bardzo się nadaje. Zamknął się w swoim świecie i czeka……………na…. Smutna reakcja na przeciwności, które w końcu nie są dla przeciętnego człowieka, nie do pokonania. Ale rolnik, to specyficzny odbiorca rzeczywistości. Uraza, będąca dla każdego z nas błahostką, jego powala na kolana, z których człowiek ze złamanym kręgosłupem, nie da rady się dźwignąć. Dwa lata temu pokonał ciężką chorobę, pomału wrócił do pracy. Wola walki o zdrowie zwyciężyła niemoc. Teraz pokonała go złośliwa, chciwa kobieta.  Już w ubiegłym roku, pani ta ograniczała mu przestrzeń handlową do minimum, zostawiając małą część tego co zajmował wcześniej. Teraz wyrzuciła jak niepotrzebną rzecz, zużytą zawalidrogę. Rolnika złamał żal i brak wiary w ludzką uczciwość.

Boję się o bambra, mojego kochanka, którego w ubiegłym roku przypisała mi wcześniej opisana pani. Marazm, depresja, zły stan psychiczny, rozmyślania i patrzenie bez celu w sufit, dla człowieka ze wsi, rolnika z krwi i kości od pokoleń, może okazać się zgubna. Zostałam sama, z zachwianą wiarą w sprawiedliwe i równe traktowanie każdego człowieka. Nawet w tak małym środowisku, jak społeczność handlowców na osiedlowym bazarze, zdarzają się sytuacje obrzydliwe. Konkurencję rozumiem, ale uczciwą, z zasadami, nie niszczącą drugiego, który też chce  sprzedać wystawione produkty. Wojny ukryte, oszczerstwa, donosy i walka na noże nie licują z zasadami dobrego wychowania, szacunku do drugiego człowieka. Sama, cały czas wierze w ludzkie dobro, ta sytuacja nie podważyła fundamentów na których je opieram. Czy przyjdzie moment, że zwątpię w ludzi? Nie chciałabym tego. Co sądzicie o opisanym zdarzeniu? 

Drodzy Goście i Sympatycy moich publikacji. Ważna sprawa na koniec. Pracuję już sezonowo, z tego powodu będę mniej aktywna na blogu. Proszę nie zniechęcajcie się i odwiedzajcie mnie jak dotąd. Nie chciałabym stracić z Wami kontaktu ani na chwilę. W miarę wolnego czasu i sił będę starała się zamieścić notkę, odpowiedzieć na  komentarze zostawione przez Was i odwiedzić zaprzyjaźnione blogi, czytając i komentując zamieszczone teksty.

INSTYTUCJE, DEMOKRATYCZNEGO PAŃSTWA PRAWA, CHRONIĄ PRZESTĘPCÓW

Kilka miesięcy temu, w Poznaniu, jedna z firm produkujących środki owadobójcze, zatruła Wartę. Doniesienia prasowe są enigmatyczne, a wiele rzeczy mieszkańcy tylko się domyślają. Zniszczone zostało życie w rzece, a jego odbudowa będzie trwała lata. Z rzeki wyłowiono około 5 ton śniętych ryb, a drugie tyle, według szacunków, popłynęło z nurtem. Po długim śledztwie, prawdopodobnie, ustalono sprawcę katastrofy ekologicznej. Dziwi bardzo to, że powołując się na dobro śledztwa, prokuratura, instytucje ochrony środowiska i inne, którym powinno zależeć na napiętnowaniu sprawcy, nabrały wody w usta. Nie krzyczy nikt głośno, chcemy poznać sprawcę, ujawnijcie go, podajcie imiennie osoby bezpośrednio odpowiedzialne za karygodny czyn. Nie można, dla dobra śledztwa. Nawet Związek Wędkarski, którego członkowie brali udział w czyszczeniu rzeki i nie mogą łowić ryb w swojej rzece, też pokornie czeka. 

Dziwne to zachowanie. Pamiętam, kiedy kilka lat wstecz, sprzedawano w sklepach sól przeznaczoną do posypywania ulic, w czasie zimy. Uznano, że jest nieszkodliwa dla ludzi i sprawcę, przestępcę chroniono. Nie podano, pewnie do dzisiaj,  ani nazwy firmy, ani nazwiska osoby bogacącej  się kosztem zdrowia ludzi.

Czy slogan ,, dla dobra śledztwa” podawany  zbyt często, myślę, jako powód milczenia organów ścigania, policji, prokuratury, pozwalający między innymi chronić przestępcę, jego dane, powinien być wykorzystywany przy każdej okazji? Czy społeczeństwo nie powinno, nie ma prawa, wiedzieć kto działa na jego szkodę?

ARTYŚCI PERFORMANCE ZAJĘLI ŚRODEK POZNANIA I…….MÓJ ROWER

O performance pisałam niedawno na moim blogu, przy okazji recenzji filmu o Marinie Abramović. Polecam: 
http://szescdziesiat-rowna-sie-dwadziescia.blog.pl/2016/01/19/marina-abramovic-artystka-jedyna/

Piątek 13 maja, godzina, krótko przed 16.00. Grupa studentów z Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, adepci sztuki innych miast Polski i Ukrainy, rozpoczęli pokaz performance. Przedsięwzięcie zorganizowane było z dużym rozmachem, z udziałem 15 znawców tej formy wypowiedzi artystycznej. Pokazy miały dynamiczny przebieg, na nudę nie było czasu. Jeden uczestnik prezentacji kończył swój pokaz, a następny już wchodził na ,,scenę”. Impreza miała charakter interaktywny. Widzowie, przede wszystkim dzieci, uczestniczyły w niej, wzbogacając występ artystów.

Serię różnych propozycji performance, rozpoczęła artystka, ubrana na czarno, która stojąc na podwyższeniu, sypała bez pośpiechu, równo, pięć kilogramów mąki na powieszoną w górze płachtę. Mgiełka pyłu unosiła się w powietrzu, by osiąść na publiczności i posadzce placu, na którym występowali artyści. Oczywiście najgrubsza warstwa białego proszku została na samej artystce i w okolicy jej działania. W tym samym czasie inna dziewczyna z wiadrem pełnym wody i ścierą w ręku, klęcząc, wkładając dużo siły, w to co robi, myła brudne płyty placu. Dwie kolejne kobiety, jedna z pomarańczową walizką, druga bez dodatkowego bagażu, chodziły w koło miejsca działania, torując sobie drogę wśród widzów. Czasem delikatnie ich popychając.

Obok, w koszu, odbywał się pokaz kolejny kolejnego uczestnika. Młody mężczyzna, również ubrany na czarno, siedział w koszu na śmieci, z dość sporą ilością bananów, które jadł. Najpierw robił to, jak każdy z nas. Obierał owoc, odgryzał kawałek i połykał. Ku zaskoczeniu obserwatorów, skórę rzucał pod kosz, na którym się usadowił. Kiedy żołądek, nie mógł więcej bananów zmieścić, jadł je, ale nie połykał, tylko wypluwał miazgę w pobliże pojemnika, by resztę, na którą nie mógł już patrzeć, rzucać obraną, pod nogi publiczności. Na tym pokaz się skończył. Zapewne ktoś z zdezorientowanych przechodniów, zadzwonił pod numer 112 i po chwili na miejsce przyjechała policja. Być może ten scenariusz, wpisany był w pokaz, nie wiem. Kuratorka performance spokojnie wytłumaczyła stróżom prawa co tu się dzieje, obiecała posprzątać chodnik, zostawili imprezę i odjechali.

Niedaleko kosza, na gołych płytach placu, siedząc po turecku, naprzeciw siebie, dwie kobiety, ubrane na czarno, uderzały młotkami w kamień, robiąc hałas, który towarzyszył wszystkim artystom od początku do końca ich popisów. Inna, młoda dziewczyna, podchodząc do publiczności, pocierała czymś o styropian, powodując nieprzyjemny odbiór tego dźwięku, przez poszczególne osoby. W tłumie wyczuć można było rozdrażnienie. Pewnego rodzaju prowokacja, ze strony artysty, wystawiała na próbę cierpliwość i spokój widzów. Żadna z osób obserwujących pokaz nie zareagowała agresywnie, ani słownie ani rękoczynem. Do tego momentu popisów, wszyscy twórcy pokazów performance prowokowali oglądających. Najpierw wszechobecna mąka brudziła, nierzadko, eleganckie ubrania. Potem zjadacz bananów, zapaskudził całe otoczenie kosza, na którym się ulokował. Hałas młotków i zgrzyt pocieranego styropianu, dopełniały całość. Publiczność poddawana była próbie wytrzymałości. Nikt nie odchodził oburzony, oglądaliśmy performance z zainteresowaniem, wciągając się, mimo woli, w popisy artystów.

Kolejny uczestnik, ubrany był w niezwykle kolorowy strój, wykonany z namalowanych przez siebie, w czasie studiów, obrazów. Swoją część performance zaczął od zrobienia, z grubego powroza, pętli o średnicy około 10 metrów, niedaleko przejścia na drugą stronę ulicy. W trzech miejscach postawił worki z lekkimi, kolorowymi kulami, różnej wielkości. Kolejno wysypywał zawartość worków. Zdecydowanie większa część kulek znalazła się w środku koła, ale kilka wypadło poza nie. Widzowie, dzieci, młodzież, kulki podnieśli. Jedni wrzucili je do środka przestrzeni, ograniczonej powrozem, a trzej chłopcy zabrali ze sobą. Asystentka artysty poprosiła o zwrot elementów należących do pokazu. Później performer pętlę zmniejszał, pociągając za końce powroza. Pomału zbierał kulki w jeden punkt. Wielką radość i zabawę urządziły sobie, w trakcie trwania przedstawienia, małe dzieci. Podnosiły kolorowe, lekkie bryły i rzucały przed siebie, piszcząc przy tym beztrosko.

Mój udział w przedstawieniu był pośredni, niezamierzony. Przyjechałam rowerem, który przypięłam w miejscu do tego przeznaczonym. Niestety, okazało się, że właśnie tu, jedna z uczestniczek pokazu będzie za chwilę sypała mąkę. Mój pojazd wraz z torbą zostały równo pokryte proszkiem, a całość zamiast czarnego koloru, stała się w kilka sekund biała. Na domiar złego zaczął padać deszcz. Gdyby był rzęsisty i dość mocny, zmyłby mąkę. Nie. Siąpił sobie niemrawo, przez kilka minut, tworząc na moim pojeździe skorupę jak naleśnik. Potem to wszystko przyschło i przybrało piegowaty wygląd. Wracając do domu nie zrezygnowałam z jazdy rowerem. Na siodło, założyłam foliową reklamówkę i spokojnie dojechałam do celu. Przechodnie, z delikatnym uśmieszkiem i zapewne jakimś komentarzem mijali mnie. Nie przeszkadzało mi to wcale. Zmyłam performance, z mojego roweru, jeszcze tego samego dnia.

WP_20160513_003

WP_20160513_014

WP_20160513_011

Zdjęcia własne autorki bloga.

NIEKTÓRYCH POSŁAŃCÓW, GŁOSZENIE ZŁYCH WIADOMOŚCI O INNYCH, USKRZYDLA

Kurier złego, głosiciel niedobrych wiadomości, donosiciel, fałszywy przyjaciel, nieszczery członek rodziny. Są tacy wśród nas. Żyją zadowoleni, tylko wtedy, gdy drudzy cierpią. Chętnie mówią, o tym co gnębi innych. Jeżeli nie mają nowych ponurych wieści, wracają do złych wydarzeń z przeszłości, nimi karmią siebie i słuchaczy. Starają się w ten sposób, by ludzie z ich otoczenia, nie byli bardziej zadowolone z życia od nich samych.

Czy postawiona teza ma według Was, Drodzy Czytelnicy, uzasadnienie? Proszę porozmawiajmy.

PRZESZŁOŚĆ ZAPISANA DROBIAZGAMI.

Przyszła pora na remont. Od 4. maja ekipa doprowadza nasze mieszkanie do przyzwoitego wyglądu. Jak zawsze przed działaniem, trzeba przejrzeć nagromadzone przez lata  rzeczy, niektóre zachować, inne uznane za nieprzydatne, wyrzucić. Nazbierało się tego, w szafkach korytarzowych, sporo. Likwidujemy je, więc skarby w nich zbierane, przez każdego domownika, trzeba poddać selekcji. Chciałam podzielić się z Wami, Drodzy Czytelnicy, wspomnieniami zapisanymi w przedmiotach, które pożółkły mocno od czasu, który je przygniata. Bez nich historia naszej rodziny, nie mogłaby zostać odtworzona z dokładnością co do dnia i miejsca, w którym się działa.

Każdy z nas ma potrzebę gromadzenia, zapisywania w pamiętnikach, zmieniania hobby, w zależności od tego co robi i wieku, w którym to się dzieje. Najstarsza pasja mojego męża, której ślady zachowały się, dotyczy lat sześćdziesiątych. Jako wielki fan motoryzacji, wycinał zdjęcia samochodów z czasopism i wklejał w zeszyt A4. Jest ich tam sporo, różne marki, z państw całego świata. Potem, kiedy byliśmy już małżeństwem, kleił modele samolotów. Pamiętam, były imponujące, stały w szeregu, na segmencie, pod samym sufitem. Jeden z nich, najbardziej atrakcyjny, zdobił telewizor. Niestety pracy przy tym było dużo, a cierpliwość modelarza, czasem wystawiana na wielką próbę. Żywot zaś takiego plastikowego cudeńka, wyjątkowo krótki. Żaden z nich nie zachował się do dzisiaj,  dawno się rozpadły i przeszły w stan niebytu, ale ich piękno pozostało w naszej pamięci.

Moje wspomnienia odczytałam z pamiątek, darowanych naszej rodzinie, z różnych powodów. W jednej z teczek życzenia z okazji naszego ślubu. Duże laurki z kwiatami, obrączkami, karetą i gołąbkami białymi, na stronie głównej. Od rodziny, znajomych, sąsiadów, z pracy. Między innymi nazwiska i imiona osób, które już odeszły, zostały z nami tylko w pamięci i zapisane na papierze. Trzy inne skoroszyty zawierają pamiątki Chrztu św. i I Komunii trójki naszych dzieci. Dalej albumy i karton z mnóstwem zdjęć. Najstarsze jeszcze z czasów młodości matki mojego męża. Potem nasze, jeszcze sprzed wspólnego życia. Moje z pobytu w górach, pamiątkowe z dedykacjami ,,Dla kochanej…..”, od kuzynek, kuzynów ich dzieci. Siostra i bracia, od dzieciństwa, przez czasy szkolne, potem wojsko i śluby. Komplety zdjęć komunijnych ich dzieci. Wcześniejsze z pięknymi sukienkami, w które ubrane były dziewczynki, chłopcy w ciemne garnitury. Później wszystko się zmieniło. Moje dziewczynki  szły w białych albach. Nie były obowiązkowe, wybór stroju należał do rodziców. Mało która mama skorzystała z tej możliwości, większość dzieci ubrana była równo. Główki różniły się tylko fryzurami i wiankami, których część była z żywego asparagusu, a inne kupione w sklepie, z sztucznych kwiatów.

Syn, w czasach dziecięcych i wczesnej młodości,  pasjonował się znaczkami pocztowymi. Do dzisiaj przetrwały, zachowane w idealnym stanie,  cztery klasery, wypełnione po brzegi zbiorami filatelistycznymi. Są tam kolekcje z całego świata. Wydaje mi się, że ich cała waga mieści się w sferze emocjonalnej i wspomnieniowej. Raczej nie mają wartości rynkowej. Niewiele kosztowały te kolekcje. Niektóre znaczki są bardzo piękne, dają w czasie oglądania zaspokojenie  potrzeb wyjątkowych estetów, ale majątku w nich  ukrytego, na pewno nie ma. Wspominamy ten okres zbieractwa bardzo miło. Pasja należała do naszego dziecka, ale zarówno ja jak mąż zaangażowani byliśmy w nią na równi z naszym dzieckiem. Kiedy syn był mały, znaczki kupowałam ja. Potem sam to robił. W klaserach umieszczali je mąż z synem, z wielką ostrożnością, jakby były to jedyne unikaty w światowych zbiorach kolekcjonerskich. Potem syn pokochał koszykówkę i jej poświecił czas poza zajęciami szkolnymi. Jego idolem był i jest do dzisiaj Michael Jordan. Znalazłam również pamiętnik syna, w sztywnej kartonowej oprawie, gdzie wpisali się, z reguły koślawymi literami, wszystkie dzieci z jego klasy. Pozwólcie, że zacytuję jeden z wierszyków, w książeczce zamieszczony przez Zuzię: ,,Na górze róże, na dole fiołki, a my się kochamy, jak dwa aniołki”.

Córki mają w swoich zbiorach pamiętniki, a młodsza także całą kolekcję pucharów, kubków, koszulek i statuetek, które dokumentują jej kilka lat życia. Cała Polska, każdy jej zakątek, od morza do gór, widnieje na pamiątkowych napisach, do tego rok, w którym wydarzenie miało miejsce.  Miło jest przeżyć ten czas, raz jeszcze. Prześledzić drogę triumfów i niższych lokat. Witaliśmy powracającą tancerkę zawsze na dworcu kolejowym, z symbolicznym kwiatkiem. Pamiętam jej oczy zmęczone, ale płonące jak dwa ogniki, w Noc Świętojańską, wyrażające radość i zadowolenie, z tego co było jej udziałem. Plastikowe i metalowe pamiątkowe przypinki, przywożone z każdego turnieju, pomagają umiejscowić w czasie te ważne, dla całej rodziny, wydarzenia. Każde wiązało się z jakimś niezwykłym przeżyciem, przygodą. Jednego razu spali na statku zacumowanym przy brzegu. Nie uwierzycie, ale moje dziecko przeżyło prawdziwą chorobę morską, podczas snu w bujającej się, wraz z całym statkiem, kajucie.

Teraz coś ekstra. Między drobiazgami znalazłam miniaturową książeczkę z roku 2008, zatytułwaną: Moje Prawa Podstawowe w Unii Europejskiej. Nie wiem skąd ona trafiła do mojego domu? Być może któraś z córek dostała ją w liceum lub na uczelni? Albo rozdawano je na ulicy? Postaram się to wyjaśnić. 

20160427_144350       20160427_144506

Zdjęcia własne autorki bloga

MAŁE FORMY LITERACKIE. WIATR I SOSNA

Tekst napisałam podczas ćwiczeń z dziennikarstwa, na trzecim roku studiów. W zadaniu, jakie postawiła przed nami prowadząca zajęcia chodziło o to, by  wymyślić krótkie opowiadanie z pogranicza literatury i publicystyki. Przedstawiam Wam swoją pracę.

Silny podmuch wiatru zaniósł ziarenko na szczyt, a matka Ziemia tchnęła w nie życie. Słońce pomogło ogrzać zimną kołdrę i zakiełkować. Pierwsze „listeczki” wyrosły w niedługim czasie; z ciekawością i bojaźnią spoglądały na świat figlarnymi oczami. Ciepło i miło. Wiatr szalejący po całym świecie, wracał i wyciszał się, by nie uszkodzić kruchych gałązek. Mała sosna z uwielbieniem patrzyła na ojca, a on czule otaczał ją swymi potężnymi ramionami, przynosił rosę, by zaspokoić pragnienie, a zbyt silne słońce zasłaniał chmurami. Drzewko rosło i nabierało siły. Gdy lato odeszło i zaczęła się jesień, dziecko poznało wiatr inny. Już nie muskał delikatnych gałązek, nie chronił drżących liści. Targał i chłostał ciało, liście rwał boleśnie i rzucał w przepaść. Chuda, obdarta roślina, bez cienia nadziei na pomoc, kuliła się, stawała coraz mniejsza, zastraszona i cicha. „Dziecko” najchętniej ukryłoby się w szczelinie, ale twarda skała trzymała jego korzenie. Zima, śnieg i ten bezlitosny wiatr pastwiły się nad  nim przez długie miesiące. Słonko, ciepłe i przychylne latem, odeszło, nie zaglądało, by sprawdzić, czy jeszcze trwa, istnieje. Tylko od czasu do czasu  promyk zaświecił, ale już nie ciepły, jak kiedyś. Krótkie, skute lodem dni, sosna  przeżyła w półśnie, w nadziei na  ujrzenie pierwszych oznak wiosny.

Przyszła wraz z wiatrem i słońcem nieśmiałym. Nikt nie chciał się wiatrowi – oprawcy sprzeciwić. Bo silny, bo ojciec – ma prawo krzywdzić, bić i szarpać. To on  karmi, uczy i wybiera kary za nieposłuszeństwo. Nie ważne, czy jest powód do bicia i lżenia. Ciągle zły i ogłupiony, nieszczęśliwy, pijany z nienawiści  -  bo sam. Otoczenie przyglądało się z boku i dawało przyzwolenie. Nierówna siła skazywała dziecko na przegraną. Ale ono chciało żyć i rosło, czas leczył połamane gałązki, liście latem zachwycały bujnością. Rany pojawiały się i szybko goiły, ale cierpienie zapamiętane nie znikało. Zawsze ze strachem witała sosna ojca, a on to czuł  i był coraz gorszy. Nie tylko szturchał, szczypał i bił mocno. Wyzywał i ranił słowami bolesnymi jak razy. Taka jest jego natura, to wiatr, pan całego świata, silny i bezwzględny, nie da odebrać sobie władzy.                                                                                                

Czas mijał szybko, minęło dwadzieścia lat. Z kruchej, zastraszonej rośliny wyrosła potężna sosna. Drzewo, które stawia opór bezlitosnemu wiatrowi, potężnej zimie i ulewie. Bicie i ból fizyczny zapomniała. Dały jej hardość i twardość skały. Nawet huragan niszczący wszystko -  brat wiatru -  nie złamie jej potężnych konarów. Stoi na znak, że nie dała się zniszczyć.. Nie wrogowi obcemu, a własnemu ojcu – tyranowi i katowi. A przecież  najczęściej – Ojciec, to ciepło, bezpieczeństwo i miłość. To troska i nauka, wskazywanie drogi. Rozmowa spokojna, wiara w dobro.

Dziś, to on potrzebuje jej pomocy. Stracił siły, jest stary, chory i słaby. Samotny, bezbronny i zależny od innych. Nikt nie wzrusza się jego losem, nie kochał i nie dostanie miłości, której nie dawał. Świat go opuścił, ale tkwi przy nim córka. Tylko ona, choć  przy każdym zbliżeniu do jego łóżka nie czuje nic, poza żalem. Jej ciało dawno wygojone, nie nosi śladu dawnej przemocy. Podobna do innych, a może piękniejsza. Jednak coś zdradza mroczną przeszłość. Oczy,  oczy granatowe,  kryją tajemnicę. Nie zgadnie jej nikt, kto nie doświadczył podobnych krzywd. Nie rozmawia o tym, co było – ze staruszkiem. Po co? I tak niczego, by to nie zmieniło. Czasu nie można cofnąć, on minął i piętno zostawił w duszy kobiety. Jest okaleczona na całe życie i nigdy nie pozbędzie się strachu i myśli o bólu jaki doświadczyła. Te pierwsze lata życia zadecydowały o reszcie. Nie umie kochać, być czułą i ufną. Nie nauczył jej tego ojciec- tyran.

Rodzina, jak dumnie i godnie to brzmi. Nikt nie wie ile łez, bólu i strachu  w sobie kryje. Bywa często,  że krzywdzą się nawzajem dorośli. Oprawca  – ojciec bije matkę na oczach własnych, wystraszonych dzieci. Chętnie „poużywałby” sobie na nich, ale rodzicielka bierze ciosy na siebie, broni jak lwica z narażeniem życia. Są też takie domy, gdzie ojciec jest surowy tylko dla  swych córek i synów, a matka to toleruje. Zezwala  tyranowi  pastwić się nad nimi. Nie broni sama i nie szuka pomocy u innych. Cicho akceptuje poczynania męża – ojca  psychopaty i udaje, że nic się nie dzieje. Bywa i tak, że dzieci mają dwoje oprawców i z nikąd pomocy. Pijani i dzicy z nienawiści  – swoje niepowodzenia, winę za biedę i marny los przelewają na swoje dzieci. One są workiem do bicia, przyjmą  – do czasu – każdy cios. Wyjątkowym nieszczęściem jest matka, bijąca swoje dzieci. Ona ostoja miłości, bezpieczeństwa, ciepła – sama staje się wrogiem rodziny. Ojciec nieobecny przez cały dzień, nie wie co dzieje się w domu. Cierpią dzieci, bo być może ona też była bita.

Człowiek, jak wiatr, jest zmienny. Raz silny, bezlitosny, niszczy wszystko na swej drodze. Kiedy indziej, delikatny ciepły i miły, Zefirek. Potępiamy ojców krzywdzących rodzinę, a w szczególności kiedy dotyka to dzieci. Przemoc,  na najmłodszych, jest niewybaczalna. Nie gódźmy się na to i reagujmy, kiedy wymaga tego dobro najmłodszych. Pamiętajmy, że nie robiąc nic, jesteśmy współwinni. Być może swoim zainteresowaniem, sprawimy, że przerażone oczy dziecka, staną się ufne i radosne.

 

IN VITRO – OSTATNIA NADZIEJA. TEMAT CIĄGLE GORĄCY

Właśnie teraz, kiedy do władzy doszła partia licząca się z dyktatem Kościoła, temat in vitro, jego finansowania przez państwo, wrócił. Chciałam Wam zaprezentować problem widziany oczami niedoszłych matek, którym wmawia się, że posiadanie potomstwa przy pomocy ostatniej szansy, czyli metody in vitro, to zbrodnia przeciwko Bogu, Kościołowi i społeczeństwu. Wmawia się tym pragnącym, za wszelką cenę urodzić własne dziecko, kobietom największą przewinę wobec siebie, swojego sumienia i dziecka, które pragną posiadać. Wmawia się im, że dzieci poczęte przy pomocy metody in vitro, są mniej inteligentne, upośledzone częściej niż zapłodnione w naturalny sposób. Obrzydza się im życie, wywołuje poczucie winy i wątpliwości, których nie miałyby, gdyby nie fałszywa propaganda. 

Pozwólcie, proszę, że zacytuję dramatyczne słowa jednej z kobiet, która chce wykorzystać ostatnią szansę, czyli in vitro, by zostać wreszcie szczęśliwą matką:

,,Jestem jedną z Was. Jabłoń, która rośnie w sadzie bez wydawania owoców. W ciągu dziesięciu lat starań o własne dziecko, przeszłam wszystkie możliwe drogi. Badania, leczenie, zabiegi, wielokrotny pobyt w szpitalu. Ciągłe nadzieje i rozczarowania. Może następnym razem się uda i kolejny raz ta sama tragedia. Ta ciągła huśtawka zakończyła się załamaniem nerwowym. Do tego doszły nieporozumienia z mężem, wzajemne oskarżania, gorzkie słowa, groźba rozwodu.”

Dalej zrozpaczona kobieta mówi:

,,Kiedy zdałam sobie sprawę, że ta droga prowadzi do nikąd, zainteresowałam się możliwością zapłodnienia in vitro. Muszę wykorzystać tę ostatnią iskierkę nadziei, bo do końca życia będę miała do siebie żal, że poddałam się w ostatnim etapie walki. Myślę, że podobnie jak ja wiele małżeństw bezdzietnych, rozważało możliwość skorzystania z tej metody. Jest jednak decydująca przeszkoda; pieniądze. Wymogi jakie trzeba spełnić, by zakwalifikować się do programu są bardzo restrykcyjne. Wiele małżeństw nie spełnia kryteriów. Samofinansowanie jest bardzo drogie, niestety nie na kieszenie młodych ludzi. Jeden zabieg kosztuje około 15 tys. złotych, często potrzebny jest drugi i następny. Ta kwota przekracza nasze możliwości. Dlatego chcę działać na rzecz kobiet, niedoszłych matek, które są w podobnej sytuacji jak ja. Chcemy przekonać rząd i Narodowy Fundusz Zdrowia do dalszego finansowania tej metody, dostępności  dla każdego, uznanie jej za słuszną i moralnie uzasadnioną. Pieniądze podatników pomogą nam być rodzicami. Problem jest trudny, bo ci co decydują widzą go marginesowo.”

My, rodzice własnego potomstwa, nie zdajemy sobie sprawy, co przeżywają kobiety, żony, które nie mogą dać mężowi potomstwa. Chcą mieć pełną rodzinę, czy to tak wiele? Jest mnóstwo argumentów za i przeciw in vitro. Chcę omówić te, które przemawiają za popieraniem, finansowaniem i stosowaniem  właśnie tej metody, bez ograniczeń. Wymienię je w punktach:

  1. Bezdzietność, to problem społeczny. Około 20 % rodzin ma trudności z posiadaniem własnego dziecka.
  2. Brak dziecka rodzi tragedie: rozbite rodziny, załamania nerwowe, myśli samobójcze, alkoholizm.
  3. Pełna rodzina, to podstawowe ogniwo społeczeństwa, które dobrze działa i rozwija się. Tylko wtedy, gdy jest szczęśliwa spełnia właściwie swoją funkcję.
  4. Niż demograficzny, to skutek, przynajmniej po części  bezpłodnych kobiet i mężczyzn, obok tych którzy chcą mieć tylko jedno dziecko lub świadomie z posiadania potomstwa rezygnują.
  5. Polska, to kraj starzejących się ludzi. Długość życia rośnie, a urodzeń jest mniej. Dzięki metodzie in vitro, rodziny bezdzietne mogą zmienić te proporcje, na znacznie korzystniejsze.
  6. Dzieci zapłodnione pozaustrojowo są najbardziej chciane, wyczekiwane i wymarzone, bo inne, stosowane wcześniej metody leczenia zawiodły.
  1. Obdarowane są wielką miłością, jeszcze przed przyjściem na świat. Długie oczekiwanie, przeżyte rozczarowania kumuluję tę miłość.
  2. In vitro to najbardziej świadome macierzyństwo, zgodne z nauką Boga i Kościoła. Sprzeciw biskupów, sądzenie  i ferowanie wyroków wobec kobiet pragnących zostać matkami, nie ma w tej materii uzasadnienia.
  1. Mit o tym, że zabieg jest niebezpieczny dla matki i poczętego dziecka nie ma medycznych potwierdzeń. Specjaliści uważają, że odsetek powikłań jest zbliżony do ciąż poczętych naturalnie.
  2. Dzieci urodzone w wyniku zapłodnienia in vitro rozwijają się na poziomie równym z innymi. Potwierdzają to wyniki badań antropologów z całego świata.

Myślę, że większość moich czytelników, czuje i odbiera nakreślony problem podobnie. Metoda zapłodnienia in vitro powinna łączyć wszystkie środowiska, zarówno świeckie jak i kościelne. W czasie, kiedy Polska boryka się z kryzysem niżu demograficznego, każde dziecko jest na wagę złota. Dwadzieścia procent zamężnych kobiet nie może posiadać własnego potomstwa, ma rodziny niepełne. Pomóżmy im wykorzystać każdą metodę, by własne dziecko urodziły. Będzie to korzystne dla każdej z tych rodzin, a także dla Polski. Ta grupa ludzi jest potężna, jednak nikomu nie zależy, by pomóc im spełnić swoje największe oczekiwania. Sami nie dadzą rady. Potrzebują wsparcia, polityków, elit rządzących. Niestety ci, z reguły decydują o sprawach, które z racji wieku, ich już nie dotyczą. Nie rozumieją albo nie chcą zrozumieć dramatu rodzin bezdzietnych. 

Bóg dał człowiekowi wolną wolę i możliwość odpowiadania za popełnione czyny, zgodnie z własnym sumieniem. Czy my, jako społeczeństwo, mamy prawo mu ten przywilej zabierać? Ani rząd ani Kościół nie powinny dążyć do przejęcia dominacji nad sumieniem człowieka. Naciski hierarchów kościelnych są ogromne, by in vitro zakazać. Wszystkim Polakom jest znana prawda, że obecna władza z Kościołem idzie w parze. Każdy wierzący katolik powinien rozstrzygnąć kwestię zgodnie z własnym sumieniem. Jestem osobą wierzącą, matką trójki dzieci. Wiem jedno, że macierzyństwo, to najcudowniejsza rzecz jaką przeżyłam. Gdyby, z jakiegokolwiek powodu, zostało mi ono zabrane, wiedziałabym bez wahania, jak mam postąpić.

Proszę, moi drodzy Czytelnicy i komentatorzy, wypowiedzcie się pod zamieszczonym tekstem, na poruszony temat, według własnego spojrzenia na sprawę zapłodnienia metodą in vitro.

 

 

OCENIAM NASZĄ SŁUŻBĘ ZDROWIA NA CZTERY Z PLUSEM

Ostatnimi czasy, nie tylko ja, ale też moja rodzina i znajomi, dość często korzystaliśmy z porad lekarskich. Jak zawsze na spotkaniach, poruszamy różne tematy, a tym razem zeszło na służbę zdrowia. O dziwo, żadna z wypowiadających się osób, nie miała zastrzeżeń co do jej funkcjonowania. Na wszystko lubimy narzekać, robimy to chętnie i często, szukamy nawet powodów, by komuś przyłożyć. Tym razem u mnie pochwała, same dobre słowa i podzielenie się zdaniami różnych osób. Wiosna, katar, kaszel, bóle stawów, uczulenia i podobne, dokuczają ze zdwojoną siłą. Organizm wyczerpany zimową aurą, brakiem słońca i witaminy D, funkcjonuje gorzej niż w środku lata. Wykonałam też kilka telefonów do znajomych osób, z prośbą o  ich doświadczenia w zakresie dostępności do lekarza pierwszego kontaktu, specjalistów i pomocy, jaką otrzymali. Uprzedziłam, że zadaję pytania w konkretnym celu, mianowicie dla potrzeb artykułu, który piszę.

Na podstawie rozmów ustaliłam następujące fakty:

1) Wizyta u lekarza rodzinnego może być tego samego dnia lub zarezerwowana na dogodną godzinę dnia następnego. Żadna z pytanych osób nie miała trudności z dostaniem się do lekarza pierwszego kontaktu. W tym zakresie jest dobrze, żaden pacjent nie zostaje bez opieki nawet wtedy, gdy wszystkie numerki były wydane, lekarz przyjmie pacjenta jako ostatniego, kiedy wymaga tego sytuacja. W dużym natłoku potrzebujących porady można szukać pomocy u innego lekarza, który jest mniej obciążony chorymi. Na podstawie sądów osób wypowiadających się można jednoznacznie uznać, że podstawowa opieka zdrowotna, w kompetencji przychodni rodzinnej, zapewniona jest każdemu pacjentowi bezzwłocznie.

2) Nikt nie miał też problemu z otrzymaniem skierowania do specjalisty. Pytani prosili lekarza rodzinnego o umożliwienie porady w przychodniach specjalistycznych u lekarza: dermatologa, okulisty, neurologa, ortopedy, kardiologa, urologa. Nikomu nie odmówiono. Niektórzy otrzymali również skierowanie na prześwietlenie kręgosłupa w części lędźwiowej i rehabilitację do poradni fizykoterapeutycznej. Nie było problemu też z wypisaniem zwolnień lekarskich, w przypadku osób aktywnych zawodowo wymagających leżenia przez kilka dni w domu. Leki też każdy chory otrzymał na receptach, część z procentowym upustem, niestety, większość płatna 100 %.

3) Wizyty u specjalistów, wszystkie, bez długiego oczekiwania. W ciągu miesiąca, nie dłużej, wszyscy chorzy otrzymali pomoc. Zaowocowały one bardziej wnikliwymi badaniami. Neurolog zalecił tomografię komputerową odcinka lędźwiowego kręgosłupa, by ustalić stopień zwyrodnienia. Na podstawie analizy wyników, zapisał cykl zabiegów rehabilitacyjnych: stosowne ćwiczenia z grupą na sali gimnastycznej, pod okiem magistra rehabilitacji, 10 masaży ręcznych i tyleż samo zabiegów aparaturą wytwarzającą pole magnetyczne. Na wykonanie zabiegów trzeba było czekać tylko niecały miesiąc. Okulista zbadał wzrok na aparaturze (trzy rodzaje badań), w które gabinet był wyposażony, potem dno oka, by ostatecznie ustalić siłę szkieł do noszenia codziennego, oglądania telewizji i pracy przy komputerze. Wizyta u dermatologa, po tygodniu od dnia rejestracji. Wnikliwa obserwacja chorych miejsc i skuteczne leki powodujące całkowite ustąpienie choroby. Jedna z osób jest stałą pacjentką specjalisty urologa. Raz w roku chodzi regularnie na badania kontrolne, które obejmują badanie USG całego przewodu moczowego, a pierwsza wizyta zakończyła się wręczeniem skierowania na tomografię komputerową. Podobnie, bez długiego oczekiwania, przyjmują pozostali specjaliści. Dodam również, że bez czekania jedna z osób skorzystała z pomocy szpitalnej. Zabieg nie był pilny ani konieczny, a wykonano go w ciągu kilku dni od zapisu.

4) Są też niestety, jak w każdej dziedzinie, niedociągnięcia i zastrzeżenia. Rutynowe, coroczne badania u lekarza rodzinnego, niestety, nie zawsze kończą się dla pacjenta zgodnie z jego oczekiwaniem. Skierowanie na analizy, mimo próśb, lekarze dają niechętnie. Jedni odmowę uzasadniają bardzo dobrymi wynikami badań wykonanymi poprzednio. Inni dodają również, że gdyby co rok chcieli badać każdemu (zdrowemu) pacjentowi krew, przychodnia poszłaby z torbami. EKG i badania cukru też nie zlecają przy każdej corocznej wizycie, a przecież w ciągu 12 miesięcy wiele może się zmienić, na niekorzyść, w organizmie pacjenta. Żeby otrzymać receptę na nowe szkła niektórzy okuliści fatygują pacjenta trzy razy, inni potrafią wszystkie potrzebne badania wykonać jednego dnia. Podobne praktyki stosuje pani ginekolog, z której usług korzysta znajoma. Na pierwszej wizycie bada pacjentkę i pobiera materiał cytologiczny. Każe zapisać w rejestracji drugą wizytę, by wydać osobiście wynik. Żaden lekarz nie fatyguje pacjenta po odbiór wyników, które wydawane są, z reguły, przez panie w rejestracji. Innych zastrzeżeń nie miał nikt z osób pytanych. Jedno co wszyscy podkreślali zgodnie to astronomiczne ceny leków, które choremu potrafią znacznie uszczuplić domowy budżet. Najbardziej odczuwają to emeryci. Ci najczęściej chorują przewlekle, a drogie leki rujnują ich finanse. Często muszą wybierać między lepszym jedzeniem, a wykupieniem recepty.

Proszę Was, podzielcie się swoimi spostrzeżeniami, doświadczeniami i uwagami na opisany przeze mnie temat.