INSTYTUCJE, DEMOKRATYCZNEGO PAŃSTWA PRAWA, CHRONIĄ PRZESTĘPCÓW

Kilka miesięcy temu, w Poznaniu, jedna z firm produkujących środki owadobójcze, zatruła Wartę. Doniesienia prasowe są enigmatyczne, a wiele rzeczy mieszkańcy tylko się domyślają. Zniszczone zostało życie w rzece, a jego odbudowa będzie trwała lata. Z rzeki wyłowiono około 5 ton śniętych ryb, a drugie tyle, według szacunków, popłynęło z nurtem. Po długim śledztwie, prawdopodobnie, ustalono sprawcę katastrofy ekologicznej. Dziwi bardzo to, że powołując się na dobro śledztwa, prokuratura, instytucje ochrony środowiska i inne, którym powinno zależeć na napiętnowaniu sprawcy, nabrały wody w usta. Nie krzyczy nikt głośno, chcemy poznać sprawcę, ujawnijcie go, podajcie imiennie osoby bezpośrednio odpowiedzialne za karygodny czyn. Nie można, dla dobra śledztwa. Nawet Związek Wędkarski, którego członkowie brali udział w czyszczeniu rzeki i nie mogą łowić ryb w swojej rzece, też pokornie czeka. 

Dziwne to zachowanie. Pamiętam, kiedy kilka lat wstecz, sprzedawano w sklepach sól przeznaczoną do posypywania ulic, w czasie zimy. Uznano, że jest nieszkodliwa dla ludzi i sprawcę, przestępcę chroniono. Nie podano, pewnie do dzisiaj,  ani nazwy firmy, ani nazwiska osoby bogacącej  się kosztem zdrowia ludzi.

Czy slogan ,, dla dobra śledztwa” podawany  zbyt często, myślę, jako powód milczenia organów ścigania, policji, prokuratury, pozwalający między innymi chronić przestępcę, jego dane, powinien być wykorzystywany przy każdej okazji? Czy społeczeństwo nie powinno, nie ma prawa, wiedzieć kto działa na jego szkodę?

ARTYŚCI PERFORMANCE ZAJĘLI ŚRODEK POZNANIA I…….MÓJ ROWER

O performance pisałam niedawno na moim blogu, przy okazji recenzji filmu o Marinie Abramović. Polecam: 
http://szescdziesiat-rowna-sie-dwadziescia.blog.pl/2016/01/19/marina-abramovic-artystka-jedyna/

Piątek 13 maja, godzina, krótko przed 16.00. Grupa studentów z Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, adepci sztuki innych miast Polski i Ukrainy, rozpoczęli pokaz performance. Przedsięwzięcie zorganizowane było z dużym rozmachem, z udziałem 15 znawców tej formy wypowiedzi artystycznej. Pokazy miały dynamiczny przebieg, na nudę nie było czasu. Jeden uczestnik prezentacji kończył swój pokaz, a następny już wchodził na ,,scenę”. Impreza miała charakter interaktywny. Widzowie, przede wszystkim dzieci, uczestniczyły w niej, wzbogacając występ artystów.

Serię różnych propozycji performance, rozpoczęła artystka, ubrana na czarno, która stojąc na podwyższeniu, sypała bez pośpiechu, równo, pięć kilogramów mąki na powieszoną w górze płachtę. Mgiełka pyłu unosiła się w powietrzu, by osiąść na publiczności i posadzce placu, na którym występowali artyści. Oczywiście najgrubsza warstwa białego proszku została na samej artystce i w okolicy jej działania. W tym samym czasie inna dziewczyna z wiadrem pełnym wody i ścierą w ręku, klęcząc, wkładając dużo siły, w to co robi, myła brudne płyty placu. Dwie kolejne kobiety, jedna z pomarańczową walizką, druga bez dodatkowego bagażu, chodziły w koło miejsca działania, torując sobie drogę wśród widzów. Czasem delikatnie ich popychając.

Obok, w koszu, odbywał się pokaz kolejny kolejnego uczestnika. Młody mężczyzna, również ubrany na czarno, siedział w koszu na śmieci, z dość sporą ilością bananów, które jadł. Najpierw robił to, jak każdy z nas. Obierał owoc, odgryzał kawałek i połykał. Ku zaskoczeniu obserwatorów, skórę rzucał pod kosz, na którym się usadowił. Kiedy żołądek, nie mógł więcej bananów zmieścić, jadł je, ale nie połykał, tylko wypluwał miazgę w pobliże pojemnika, by resztę, na którą nie mógł już patrzeć, rzucać obraną, pod nogi publiczności. Na tym pokaz się skończył. Zapewne ktoś z zdezorientowanych przechodniów, zadzwonił pod numer 112 i po chwili na miejsce przyjechała policja. Być może ten scenariusz, wpisany był w pokaz, nie wiem. Kuratorka performance spokojnie wytłumaczyła stróżom prawa co tu się dzieje, obiecała posprzątać chodnik, zostawili imprezę i odjechali.

Niedaleko kosza, na gołych płytach placu, siedząc po turecku, naprzeciw siebie, dwie kobiety, ubrane na czarno, uderzały młotkami w kamień, robiąc hałas, który towarzyszył wszystkim artystom od początku do końca ich popisów. Inna, młoda dziewczyna, podchodząc do publiczności, pocierała czymś o styropian, powodując nieprzyjemny odbiór tego dźwięku, przez poszczególne osoby. W tłumie wyczuć można było rozdrażnienie. Pewnego rodzaju prowokacja, ze strony artysty, wystawiała na próbę cierpliwość i spokój widzów. Żadna z osób obserwujących pokaz nie zareagowała agresywnie, ani słownie ani rękoczynem. Do tego momentu popisów, wszyscy twórcy pokazów performance prowokowali oglądających. Najpierw wszechobecna mąka brudziła, nierzadko, eleganckie ubrania. Potem zjadacz bananów, zapaskudził całe otoczenie kosza, na którym się ulokował. Hałas młotków i zgrzyt pocieranego styropianu, dopełniały całość. Publiczność poddawana była próbie wytrzymałości. Nikt nie odchodził oburzony, oglądaliśmy performance z zainteresowaniem, wciągając się, mimo woli, w popisy artystów.

Kolejny uczestnik, ubrany był w niezwykle kolorowy strój, wykonany z namalowanych przez siebie, w czasie studiów, obrazów. Swoją część performance zaczął od zrobienia, z grubego powroza, pętli o średnicy około 10 metrów, niedaleko przejścia na drugą stronę ulicy. W trzech miejscach postawił worki z lekkimi, kolorowymi kulami, różnej wielkości. Kolejno wysypywał zawartość worków. Zdecydowanie większa część kulek znalazła się w środku koła, ale kilka wypadło poza nie. Widzowie, dzieci, młodzież, kulki podnieśli. Jedni wrzucili je do środka przestrzeni, ograniczonej powrozem, a trzej chłopcy zabrali ze sobą. Asystentka artysty poprosiła o zwrot elementów należących do pokazu. Później performer pętlę zmniejszał, pociągając za końce powroza. Pomału zbierał kulki w jeden punkt. Wielką radość i zabawę urządziły sobie, w trakcie trwania przedstawienia, małe dzieci. Podnosiły kolorowe, lekkie bryły i rzucały przed siebie, piszcząc przy tym beztrosko.

Mój udział w przedstawieniu był pośredni, niezamierzony. Przyjechałam rowerem, który przypięłam w miejscu do tego przeznaczonym. Niestety, okazało się, że właśnie tu, jedna z uczestniczek pokazu będzie za chwilę sypała mąkę. Mój pojazd wraz z torbą zostały równo pokryte proszkiem, a całość zamiast czarnego koloru, stała się w kilka sekund biała. Na domiar złego zaczął padać deszcz. Gdyby był rzęsisty i dość mocny, zmyłby mąkę. Nie. Siąpił sobie niemrawo, przez kilka minut, tworząc na moim pojeździe skorupę jak naleśnik. Potem to wszystko przyschło i przybrało piegowaty wygląd. Wracając do domu nie zrezygnowałam z jazdy rowerem. Na siodło, założyłam foliową reklamówkę i spokojnie dojechałam do celu. Przechodnie, z delikatnym uśmieszkiem i zapewne jakimś komentarzem mijali mnie. Nie przeszkadzało mi to wcale. Zmyłam performance, z mojego roweru, jeszcze tego samego dnia.

WP_20160513_003

WP_20160513_014

WP_20160513_011

Zdjęcia własne autorki bloga.

NIEKTÓRYCH POSŁAŃCÓW, GŁOSZENIE ZŁYCH WIADOMOŚCI O INNYCH, USKRZYDLA

Kurier złego, głosiciel niedobrych wiadomości, donosiciel, fałszywy przyjaciel, nieszczery członek rodziny. Są tacy wśród nas. Żyją zadowoleni, tylko wtedy, gdy drudzy cierpią. Chętnie mówią, o tym co gnębi innych. Jeżeli nie mają nowych ponurych wieści, wracają do złych wydarzeń z przeszłości, nimi karmią siebie i słuchaczy. Starają się w ten sposób, by ludzie z ich otoczenia, nie byli bardziej zadowolone z życia od nich samych.

Czy postawiona teza ma według Was, Drodzy Czytelnicy, uzasadnienie? Proszę porozmawiajmy.

PRZESZŁOŚĆ ZAPISANA DROBIAZGAMI.

Przyszła pora na remont. Od 4. maja ekipa doprowadza nasze mieszkanie do przyzwoitego wyglądu. Jak zawsze przed działaniem, trzeba przejrzeć nagromadzone przez lata  rzeczy, niektóre zachować, inne uznane za nieprzydatne, wyrzucić. Nazbierało się tego, w szafkach korytarzowych, sporo. Likwidujemy je, więc skarby w nich zbierane, przez każdego domownika, trzeba poddać selekcji. Chciałam podzielić się z Wami, Drodzy Czytelnicy, wspomnieniami zapisanymi w przedmiotach, które pożółkły mocno od czasu, który je przygniata. Bez nich historia naszej rodziny, nie mogłaby zostać odtworzona z dokładnością co do dnia i miejsca, w którym się działa.

Każdy z nas ma potrzebę gromadzenia, zapisywania w pamiętnikach, zmieniania hobby, w zależności od tego co robi i wieku, w którym to się dzieje. Najstarsza pasja mojego męża, której ślady zachowały się, dotyczy lat sześćdziesiątych. Jako wielki fan motoryzacji, wycinał zdjęcia samochodów z czasopism i wklejał w zeszyt A4. Jest ich tam sporo, różne marki, z państw całego świata. Potem, kiedy byliśmy już małżeństwem, kleił modele samolotów. Pamiętam, były imponujące, stały w szeregu, na segmencie, pod samym sufitem. Jeden z nich, najbardziej atrakcyjny, zdobił telewizor. Niestety pracy przy tym było dużo, a cierpliwość modelarza, czasem wystawiana na wielką próbę. Żywot zaś takiego plastikowego cudeńka, wyjątkowo krótki. Żaden z nich nie zachował się do dzisiaj,  dawno się rozpadły i przeszły w stan niebytu, ale ich piękno pozostało w naszej pamięci.

Moje wspomnienia odczytałam z pamiątek, darowanych naszej rodzinie, z różnych powodów. W jednej z teczek życzenia z okazji naszego ślubu. Duże laurki z kwiatami, obrączkami, karetą i gołąbkami białymi, na stronie głównej. Od rodziny, znajomych, sąsiadów, z pracy. Między innymi nazwiska i imiona osób, które już odeszły, zostały z nami tylko w pamięci i zapisane na papierze. Trzy inne skoroszyty zawierają pamiątki Chrztu św. i I Komunii trójki naszych dzieci. Dalej albumy i karton z mnóstwem zdjęć. Najstarsze jeszcze z czasów młodości matki mojego męża. Potem nasze, jeszcze sprzed wspólnego życia. Moje z pobytu w górach, pamiątkowe z dedykacjami ,,Dla kochanej…..”, od kuzynek, kuzynów ich dzieci. Siostra i bracia, od dzieciństwa, przez czasy szkolne, potem wojsko i śluby. Komplety zdjęć komunijnych ich dzieci. Wcześniejsze z pięknymi sukienkami, w które ubrane były dziewczynki, chłopcy w ciemne garnitury. Później wszystko się zmieniło. Moje dziewczynki  szły w białych albach. Nie były obowiązkowe, wybór stroju należał do rodziców. Mało która mama skorzystała z tej możliwości, większość dzieci ubrana była równo. Główki różniły się tylko fryzurami i wiankami, których część była z żywego asparagusu, a inne kupione w sklepie, z sztucznych kwiatów.

Syn, w czasach dziecięcych i wczesnej młodości,  pasjonował się znaczkami pocztowymi. Do dzisiaj przetrwały, zachowane w idealnym stanie,  cztery klasery, wypełnione po brzegi zbiorami filatelistycznymi. Są tam kolekcje z całego świata. Wydaje mi się, że ich cała waga mieści się w sferze emocjonalnej i wspomnieniowej. Raczej nie mają wartości rynkowej. Niewiele kosztowały te kolekcje. Niektóre znaczki są bardzo piękne, dają w czasie oglądania zaspokojenie  potrzeb wyjątkowych estetów, ale majątku w nich  ukrytego, na pewno nie ma. Wspominamy ten okres zbieractwa bardzo miło. Pasja należała do naszego dziecka, ale zarówno ja jak mąż zaangażowani byliśmy w nią na równi z naszym dzieckiem. Kiedy syn był mały, znaczki kupowałam ja. Potem sam to robił. W klaserach umieszczali je mąż z synem, z wielką ostrożnością, jakby były to jedyne unikaty w światowych zbiorach kolekcjonerskich. Potem syn pokochał koszykówkę i jej poświecił czas poza zajęciami szkolnymi. Jego idolem był i jest do dzisiaj Michael Jordan. Znalazłam również pamiętnik syna, w sztywnej kartonowej oprawie, gdzie wpisali się, z reguły koślawymi literami, wszystkie dzieci z jego klasy. Pozwólcie, że zacytuję jeden z wierszyków, w książeczce zamieszczony przez Zuzię: ,,Na górze róże, na dole fiołki, a my się kochamy, jak dwa aniołki”.

Córki mają w swoich zbiorach pamiętniki, a młodsza także całą kolekcję pucharów, kubków, koszulek i statuetek, które dokumentują jej kilka lat życia. Cała Polska, każdy jej zakątek, od morza do gór, widnieje na pamiątkowych napisach, do tego rok, w którym wydarzenie miało miejsce.  Miło jest przeżyć ten czas, raz jeszcze. Prześledzić drogę triumfów i niższych lokat. Witaliśmy powracającą tancerkę zawsze na dworcu kolejowym, z symbolicznym kwiatkiem. Pamiętam jej oczy zmęczone, ale płonące jak dwa ogniki, w Noc Świętojańską, wyrażające radość i zadowolenie, z tego co było jej udziałem. Plastikowe i metalowe pamiątkowe przypinki, przywożone z każdego turnieju, pomagają umiejscowić w czasie te ważne, dla całej rodziny, wydarzenia. Każde wiązało się z jakimś niezwykłym przeżyciem, przygodą. Jednego razu spali na statku zacumowanym przy brzegu. Nie uwierzycie, ale moje dziecko przeżyło prawdziwą chorobę morską, podczas snu w bujającej się, wraz z całym statkiem, kajucie.

Teraz coś ekstra. Między drobiazgami znalazłam miniaturową książeczkę z roku 2008, zatytułwaną: Moje Prawa Podstawowe w Unii Europejskiej. Nie wiem skąd ona trafiła do mojego domu? Być może któraś z córek dostała ją w liceum lub na uczelni? Albo rozdawano je na ulicy? Postaram się to wyjaśnić. 

20160427_144350       20160427_144506

Zdjęcia własne autorki bloga

MAŁE FORMY LITERACKIE. WIATR I SOSNA

Tekst napisałam podczas ćwiczeń z dziennikarstwa, na trzecim roku studiów. W zadaniu, jakie postawiła przed nami prowadząca zajęcia chodziło o to, by  wymyślić krótkie opowiadanie z pogranicza literatury i publicystyki. Przedstawiam Wam swoją pracę.

Silny podmuch wiatru zaniósł ziarenko na szczyt, a matka Ziemia tchnęła w nie życie. Słońce pomogło ogrzać zimną kołdrę i zakiełkować. Pierwsze „listeczki” wyrosły w niedługim czasie; z ciekawością i bojaźnią spoglądały na świat figlarnymi oczami. Ciepło i miło. Wiatr szalejący po całym świecie, wracał i wyciszał się, by nie uszkodzić kruchych gałązek. Mała sosna z uwielbieniem patrzyła na ojca, a on czule otaczał ją swymi potężnymi ramionami, przynosił rosę, by zaspokoić pragnienie, a zbyt silne słońce zasłaniał chmurami. Drzewko rosło i nabierało siły. Gdy lato odeszło i zaczęła się jesień, dziecko poznało wiatr inny. Już nie muskał delikatnych gałązek, nie chronił drżących liści. Targał i chłostał ciało, liście rwał boleśnie i rzucał w przepaść. Chuda, obdarta roślina, bez cienia nadziei na pomoc, kuliła się, stawała coraz mniejsza, zastraszona i cicha. „Dziecko” najchętniej ukryłoby się w szczelinie, ale twarda skała trzymała jego korzenie. Zima, śnieg i ten bezlitosny wiatr pastwiły się nad  nim przez długie miesiące. Słonko, ciepłe i przychylne latem, odeszło, nie zaglądało, by sprawdzić, czy jeszcze trwa, istnieje. Tylko od czasu do czasu  promyk zaświecił, ale już nie ciepły, jak kiedyś. Krótkie, skute lodem dni, sosna  przeżyła w półśnie, w nadziei na  ujrzenie pierwszych oznak wiosny.

Przyszła wraz z wiatrem i słońcem nieśmiałym. Nikt nie chciał się wiatrowi – oprawcy sprzeciwić. Bo silny, bo ojciec – ma prawo krzywdzić, bić i szarpać. To on  karmi, uczy i wybiera kary za nieposłuszeństwo. Nie ważne, czy jest powód do bicia i lżenia. Ciągle zły i ogłupiony, nieszczęśliwy, pijany z nienawiści  -  bo sam. Otoczenie przyglądało się z boku i dawało przyzwolenie. Nierówna siła skazywała dziecko na przegraną. Ale ono chciało żyć i rosło, czas leczył połamane gałązki, liście latem zachwycały bujnością. Rany pojawiały się i szybko goiły, ale cierpienie zapamiętane nie znikało. Zawsze ze strachem witała sosna ojca, a on to czuł  i był coraz gorszy. Nie tylko szturchał, szczypał i bił mocno. Wyzywał i ranił słowami bolesnymi jak razy. Taka jest jego natura, to wiatr, pan całego świata, silny i bezwzględny, nie da odebrać sobie władzy.                                                                                                

Czas mijał szybko, minęło dwadzieścia lat. Z kruchej, zastraszonej rośliny wyrosła potężna sosna. Drzewo, które stawia opór bezlitosnemu wiatrowi, potężnej zimie i ulewie. Bicie i ból fizyczny zapomniała. Dały jej hardość i twardość skały. Nawet huragan niszczący wszystko -  brat wiatru -  nie złamie jej potężnych konarów. Stoi na znak, że nie dała się zniszczyć.. Nie wrogowi obcemu, a własnemu ojcu – tyranowi i katowi. A przecież  najczęściej – Ojciec, to ciepło, bezpieczeństwo i miłość. To troska i nauka, wskazywanie drogi. Rozmowa spokojna, wiara w dobro.

Dziś, to on potrzebuje jej pomocy. Stracił siły, jest stary, chory i słaby. Samotny, bezbronny i zależny od innych. Nikt nie wzrusza się jego losem, nie kochał i nie dostanie miłości, której nie dawał. Świat go opuścił, ale tkwi przy nim córka. Tylko ona, choć  przy każdym zbliżeniu do jego łóżka nie czuje nic, poza żalem. Jej ciało dawno wygojone, nie nosi śladu dawnej przemocy. Podobna do innych, a może piękniejsza. Jednak coś zdradza mroczną przeszłość. Oczy,  oczy granatowe,  kryją tajemnicę. Nie zgadnie jej nikt, kto nie doświadczył podobnych krzywd. Nie rozmawia o tym, co było – ze staruszkiem. Po co? I tak niczego, by to nie zmieniło. Czasu nie można cofnąć, on minął i piętno zostawił w duszy kobiety. Jest okaleczona na całe życie i nigdy nie pozbędzie się strachu i myśli o bólu jaki doświadczyła. Te pierwsze lata życia zadecydowały o reszcie. Nie umie kochać, być czułą i ufną. Nie nauczył jej tego ojciec- tyran.

Rodzina, jak dumnie i godnie to brzmi. Nikt nie wie ile łez, bólu i strachu  w sobie kryje. Bywa często,  że krzywdzą się nawzajem dorośli. Oprawca  – ojciec bije matkę na oczach własnych, wystraszonych dzieci. Chętnie „poużywałby” sobie na nich, ale rodzicielka bierze ciosy na siebie, broni jak lwica z narażeniem życia. Są też takie domy, gdzie ojciec jest surowy tylko dla  swych córek i synów, a matka to toleruje. Zezwala  tyranowi  pastwić się nad nimi. Nie broni sama i nie szuka pomocy u innych. Cicho akceptuje poczynania męża – ojca  psychopaty i udaje, że nic się nie dzieje. Bywa i tak, że dzieci mają dwoje oprawców i z nikąd pomocy. Pijani i dzicy z nienawiści  – swoje niepowodzenia, winę za biedę i marny los przelewają na swoje dzieci. One są workiem do bicia, przyjmą  – do czasu – każdy cios. Wyjątkowym nieszczęściem jest matka, bijąca swoje dzieci. Ona ostoja miłości, bezpieczeństwa, ciepła – sama staje się wrogiem rodziny. Ojciec nieobecny przez cały dzień, nie wie co dzieje się w domu. Cierpią dzieci, bo być może ona też była bita.

Człowiek, jak wiatr, jest zmienny. Raz silny, bezlitosny, niszczy wszystko na swej drodze. Kiedy indziej, delikatny ciepły i miły, Zefirek. Potępiamy ojców krzywdzących rodzinę, a w szczególności kiedy dotyka to dzieci. Przemoc,  na najmłodszych, jest niewybaczalna. Nie gódźmy się na to i reagujmy, kiedy wymaga tego dobro najmłodszych. Pamiętajmy, że nie robiąc nic, jesteśmy współwinni. Być może swoim zainteresowaniem, sprawimy, że przerażone oczy dziecka, staną się ufne i radosne.