PARYŻ CZ.III. ŁUK TRIUMFALNY, RONDO FENOMENU KOMUNIKACYJNEGO

Tęsknię za Paryżem, może dlatego z przyjemnością napiszę tekst o tym mieście, a konkretnie o Łuku Triumfalnym i rozwiązaniach komunikacyjnych w tym newralgicznym punkcie stolicy Francji. W ubiegłym roku, w maju, ale też wcześniej, za każdym razem, kiedy byłam z córką w tym miejscu, opierałyśmy ręce na barierkach i patrzyłyśmy. Wydawało się, że za chwilę, ta płynność, z jaką wjeżdżały i opuszczały rondo pojazdy, zamieni się w gigantyczny karambol. Nic bardziej błędnego, każdy kierowca wiedział co robić, by z szybkością błyskawicy opuścić to skrzyżowanie. Dla obserwatora z Polski, gdzie ruch, nawet w Warszawie, jest niewielki w porównaniu z Paryżem, ale agresja kierowców, w stosunku do siebie ogromna, stanowi to ewenement na skalę światową, a otwarta buzia i podziw mogą być uważane za normalne. Jedno co jest charakterystyczne w tym miejscu to dźwięk klaksonów, które słychać bez przerwy. W ogóle paryscy kierowcy, w przeciwieństwie do naszych, bardzo często korzystają z tego urządzenia. Tak wyrażają swoje niezadowolenie w stosunku do współużytkowników drogi. Myślę, że w ten sposób pokazują innym gesty palcami, które u nas są bardzo popularne. Poganiają klaksonem maruderów, bo w Paryżu jeździ się, z reguły, szybko.

Wiemy z doświadczeń własnych, że ruch na rondach odbywa się częściowo na zasadzie improwizacji. Trzeba decydować samemu, tu i teraz, bo przepisy kodeksu drogowego nie wszystko regulują. Skrzyżowanie przy Łuku Triumfalnym ma 12 wlotów i 8 nieoznaczonych pasów ruchu. Co zaskakuje każdego turystę, na kole ronda nie ma żadnej linii, ani jednej strzałki, a co więcej także brakuje sygnalizacji świetlnej, która pomagałaby kierowcom w poruszaniu się po tym miejscu. Powiecie, są policjanci, którzy kierują ruchem. Nic bardziej mylnego, na tym skrzyżowaniu kierowcy rządzą się własnymi prawami. Z otwartą buzią obserwujemy ruch i podziwiamy jak niewidoczna siła pomaga kierowcom tak płynnie opuszczać Place Charlesa de Gaulle’a. Dodam tylko, że dziennie przejeżdża tędy, bagatela, około 50 tysięcy pojazdów różnego typu, od autobusów, furgonetek, przez osobowe limuzyny do motorynek i rowerów włącznie. Brakuje tylko samochodów ciężarowych. Każdy wjeżdża na rondo z jednej z 12 ulic i mknie w kierunku jednej z nich. Szybko i bezwypadkowo. Łącznie skrzyżowanie przy Łuku Triumfalnym obserwowałyśmy kilka godzin, ku naszemu zdziwieniu, nikt w tym czasie nie ucierpiał. Nawet nie doszło do niewinnej stłuczki.

Ciekawa była obserwacja konkretnego samochodu, czekającego, u wylotu ulicy, na światłach, by wjechać na rondo. Z dużą szybkością, każdy kierowca stara się je opuścić, wjeżdżając innym przed nos, wykorzystując luki między pojazdami. Wyobraźnię przechodzą jednoślady, a w szczególności dostawcy ciepłej pizzy i innych potraw typu fast food. Kierowcy tych pojazdów są akrobatami, rodem z cyrku, z wyobraźnią wybiegającą daleko w przód. Potrafią przewidzieć decyzje innych i wyprzedzić ich swoimi o ułamek sekundy. Nieraz przyszło nam zamykać oczy ze strachu, chociaż stałyśmy w bezpiecznym miejscu, za barierkami. Widziałyśmy oczami wyobraźni kraksę, śmierć albo kalectwo. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Łatwo zaobserwować, że są różne typy kierowców. Jedni użytkownicy dziko pędzą przez skrzyżowanie uważając, że jakoś to będzie. Inni bardziej ostrożni i cierpliwi przyczają się, po to by ruszyć z piskiem opon kiedy uznają, że sytuacja pozwala im na to. Inni zagubieni płyną z falą pojazdów bezwolnie, by za skrzyżowaniem zniknąć w jednej z 12 ulic.

Dla obserwatora jest to niesamowity widok. Przypomina dziecięce samochodziki na placu z karuzelami. Różnica polega na tym, że tam stłuczki i otarcia są na porządku dziennym, wpisane w zabawę. Tu nie ma mowy o kontakcie żadnych dwóch pojazdów. Kultura paryskich kierowców budzi podziw. U nas nie ma mowy, aby ktoś przepuścił innego kierowcę. Tam jest to normą, a zamiast wyzwisk i pyskówek trąbienie towarzyszy użytkownikom dróg nieprzerwanie. I to nie tylko na rondach, ogólnie jest to znak rozpoznawczy stolicy Francji. Co więcej, po paryskich ulicach, razem z samochodami, taksówkami i autobusami jeździ mnóstwo śmiałków-rowerzystów! W moim mieście chociaż ruch jest niewielki, nikt z mojej rodziny nie odważył się wjechać na ulicę. Tam uważałam to za normalne i bezpieczne.

Przyglądając się ruchowi na rondzie Charlesa de Gaulle’a, przez moment pomyślałam o komunikacji i kierowcach w Poznaniu. W czasie letniego handlowania, każdego dnia wracam z mężem samochodem z rynku. Do pokonania mamy może dwa kilometry, by dojechać do garażu niezbyt ruchliwą ulicą. Mąż, jako kierowca zawodowy, ma wyjątkową cierpliwość do współużytkowników dróg. Rozumie i wybacza wiele. Ale to, co potrafią robić polscy kierowcy, by wyprzedzić innych, nie mieści się w pojęciu przyzwoitości i elementarnych zasadach szacunku do innych kierujących. Wymusić, zajechać drogę, za nic w świecie nie pozwolić zmienić  pas ruchu, udawanie, że się nie zauważa potrzeby innych, skręt bez migacza, wyzwiska, gesty palcami o wiadomej wymowie, to tylko niektóre zachowania naszych kierowców. Nie do pomyślenia jest zamiana Francuzów na Polaków za kierownicą, na rondzie przy Łuku Triumfalnym. Wierzcie mi policja miałaby co robić i to przez pełne 24 godziny na dobę.

Może przesadziłam z krytyką polskich kierowców? Napiszcie proszę o swoich doświadczeniach na drogach polskich i nie tylko. Może ktoś z Was miał okazję poruszać się autem po stolicy Francji i przejeżdżać przez opisane przeze mnie miejsce?

Do tekstu dołączam zdjęcie własnego autorstwa z tego ważnego miejsca dla turystów, paryżan i kierowców.

 Łuk Triumfalny

38 Komentarze

  1. Bardzo ciekawie opisałaś paryskie realia. Co do polskich kierowców, to muszę się niestety zgodzić. Jeżdżę wprawdzie jako pasażer, ale podziwiam męża za cierpliwość, bo ja trąbiłabym bez przerwy jak Francuzi.
    Zakrawa na cud, że przy takim stylu jazdy i tak jest mało wypadków…
    Po Poznaniu często jeździmy, bo syn tam mieszka i studiuje :-)
    Serdeczności Elu :-)

    • Całe lato jeżdżę z mężem każdego dnia. Obserwuję jego reakcje, stoicki spokój i żałosną minę, kiedy postawa innego kierowcy jest karygodna. Sama zwracam uwagę mężowi, jak przede wszystkim właściciele ogromnych, wymuskanych maszyn, pędzą jak szaleni, nie zważając na nas i innych użytkowników drogi. Czują się panami ulic, traktując resztę jak zawalidrogów. Wciskają się na światłach między stojące samochody, narażając innych kierowców na wypadek. Problem mamy też ze zjazdem z głównej na uliczkę boczną, gdzie mamy garaż. Jeżeli jesteśmy na pasie od środka jezdni, ci z zewnątrz, za nic w świecie nie pozwolą nam skręcić. Złośliwość, czy głupota. Nie potrafię tego nazwać. Nie chcę wychwalać męża jako kierowcy, ale potrafi jeździć dobrze i uszanować współużytkowników dróg.
      Paryscy kierowcy jeżdżą szybko i sprawnie. Klakson samochodu, to znak rozpoznawczy paryżan. Trąbią, nawet wtedy kiedy ruchem kieruje policjant. Spieszą się, ale korków na ulicach nie widzi się na prawie wcale. Mistrzostwem umiejętności wykazują się kierowcy przejeżdżający przez rondo wokół Łuku Triumfalnego.
      Pozdrawiam Jotko serdecznie:)

    • Samo oznakowanie chyba nie wystarczy do płynnego poruszania się po ulicach Paryża. To chyba przede wszystkim kierowcy są dobrzy, w tym co robią. Zobacz Tereniu ruch na opisanym przeze mnie skrzyżowaniu. Jest gołe. Brak wyznaczonych pasów ruchu, żadnych strzałek, świateł, zupełnie nic. Miejsce jest na 8 pasów ruchu i z reguły wszystkie są zajęte. Przemieszczanie się aut w tym miejscu, wydaje się pozbawione wszelkiego rodzaju zasad i reguł. Pojazdy, różnorodne, poruszają się szybko i sprawnie, chociaż cały czas ma się wrażenie, że za chwilę powpadają na siebie, powodując wielki karambol. Nie, trąbią i jadą.
      Pozdrawiam Tereniu serdecznie:)

  2. Całkiem dobrze wspominam to rondo jako kierowca:). A i w POlsce nie jest aż tak dramatycznie – proponuję pojeździć samochodem po którymś dużym mieście w Ameryce Południowej – to byl dopiero hardcor:):):)

    • Zgadza się Aniu. Europa to cywilizowany zakątek świata. Ruch na ulicach jest uregulowany, podobnie jak inne sprawy. Kraje afrykańskie, azjatyckie, a także Ameryki Południowej, są pod tym względem daleko za nami. Sama infrastruktura drogowa, czasem prymitywna, pozbawiona oznakowań, jest przeszkodą dla europejskich kierowców. Do tego brak zasad, przepisów i uporządkowania w tym zakresie, powoduje, że kierowcy stosują własne prawa. I jakoś sobie radzą. Gorzej, kiedy przyjdzie europejskiemu kierowcy się tam odnaleźć.
      Z moich obserwacji kierowców polskich i francuskich, z przykrością muszę stwierdzić, że my nie mamy żadnej kultury na drogach. Często jeździliśmy do rodziców, Polacy są przede wszystkim złośliwi. Wściekają się, że ktoś ich śmiał wyprzedzić, kiedy im się uda wyjść znowu na pozycję pierwszą złośliwie zwalniają, pokazują palcem po czole, żenada. W Paryżu nikt się nie bawi w takie sztuczki, jedzie i patrzy by przemieszczać się jak najszybciej do przodu. Takie są moje spostrzeżenia i wnioski.
      Pozdrawiam Aniu:)

      • Przejeżdżam po polskich drogach jako kierowca około 50000 km rocznie, sądzę, że to sporo. I chyba spotykam innych kierowców – złośliwych jakoś brak:).

        • Faktycznie, Anno, jeździsz dużo. Dobrze, że nie masz złych doświadczeń. To miłe, że nie często spotyka się złośliwych ludzi za kierownicą. Widocznie mam wypaczony obraz zachowań na naszych drogach, a przede wszystkim w naszym regionie. Syn i mąż jeżdżą zawodowo. Może zbyt często mówią o przykrych incydentach. Właściwie, o normalności nikt nie opowiada, raczej o przykrych zdarzeniach. Jeżdżę tyle co z mężem jako pasażer, więc moja opinia w samej rzeczy, może nie jest najbardziej miarodajna. Szerokiej drogi Aniu życzę.

          Pozdrawiam serdecznie z uśmiechem wiosennym, czyli wyjątkowo życzliwym:)

  3. No nie wiem, czy bym się połapała na owym rondzie :) A czy przypadkiem nie zauważyłyście lawet zaparkowanych w bocznych uliczkach ? Bo przecież w Polsce , w okolicach większych skrzyżowań, przez cały dzień stoją, czekając na stłuczkę ;)

    • Nie, Conscu, lawety nie stoją, bo wierz mi wypadków nie ma. Zawsze kiedy jestem w Paryżu obserwuję ruch na tym skrzyżowaniu. Czasem zamykam oczy, kiedy motocyklista slalomem omija inne pojazdy i to z dużą szybkością. Masz wrażenie, że ruch w tym miejscu nie ma prawa być szybki i płynny, ale tak jest. Kierowcy sprawnie wjeżdżają na skrzyżowanie i opuszczają je bez problemu. Jest, to jeden z bardziej newralgicznych punktów ruchu ulicznego w Paryżu. Zauważyłam jeszcze jedno i może ta zasada też sprawdza się w stolicy Francji. Podczas wymiany świateł ulicznych na skomplikowanym skrzyżowaniu w moim mieście, nie było sygnalizacji. Ruch zarówno samochodowy jak i pieszy odbywał się płynniej niż z działającą sygnalizacją i to bez kierującego ruchem policjanta. Każdy kierowca zdany był na własną intuicję i umiejętności, co sprawdziło się wyśmienicie w przełożeniu na płynność ruchu.
      Pozdrawiam Conscu:)

  4. Mam obawy, czy poradzę sobie w Warszawie, a co dopiero w Paryżu. Zauważyłem jedną prawidłowość, że im większe miasto, tym większe umiejętności kierowców, tym większa ich sprawność… W Polsce najlepiej jeżdżą warszawscy kierowcy, chociaż czasami też najbardziej chamsko…

    • Nie Ty jeden Hegemonie masz takie obawy. Mój brat dojeżdżał do pracy w Poznaniu, chyba 30 lat, własnym samochodem. Cały czas poruszał się tylko po znanych ulicach. Nie zapuszczał się w miejsca których nie znał. Podobnie postępowała moja bratowa z prowincji. Dojeżdżała do obrzeży miasta, zostawiała samochód na parkingu, potem wsiadała w tramwaj lub autobus i jechała do centrum. Dodam tylko, że oboje jeżdżą dobrze i szybko, ale tylko po znanym terenie.
      W Paryżu naprawdę jeździ się szybko i w zasadzie bezpiecznie. Byłam tam cztery razy i nigdy nie trafiłam na wypadek. Samochodów jest dużo, ruch ogromny, a kierowcy mają umiejętności na wysokim poziomie. Jeżdżą pewnie, a trąbienie to ich oręż w sprawnym przemieszczaniu się. Czasem policjant wspomaga światła na skrzyżowaniu, gdy ruch hamują jakieś prace remontowe. Nikt się tym nie przejmuje, kierowcy trąbią i jadą, jeden drugiego przyspiesza w ten sposób.
      Pozdrawiam Hegemonie:)

  5. Przeczytałam Twój wpis Elu z zapartym tchem i dużym zainteresowaniem :)
    Co prawda w Paryżu nie byłam (a marzy mi się tam pojechać), ale z takimi prawami dżungli spotkałam się w Turcji, Tunezji, a największy chaos zaobserwowałam w Rzymie. Wszyscy wyjeżdżali z bocznych uliczek, czy skrzyżowań na żywioł. Tam dopiero był kosmos.
    Jestem kierowcą i miałam okazję sama przejechać z Krakowa do Warszawy, czy z Krakowa nad morze. Szmat drogi, ale lubię jeździć. Jednak moją zmorą drogową są wszelkie ronda zwłaszcza takie duże, zawsze mam traumę, że pomylę pasy lub zjazdy. Właśnie na słynnym rondzie warszawskim De Gaulle’a tym z palmą miałam kilka lat temu stłuczkę. Nie znając tego ronda, totalnie się na nim pogubiłam w tłumie pędzących aut, nacierających na mnie jak jakieś buldożery.

    Polscy kierowcy są faktycznie bardzo nerwowi, sama też się czasem wściekam, jak jakiś pirat drogowy próbuje wymusić na mnie pierwszeństwo lub prowadząc samochód zrobi coś zupełnie nieobliczalnego. No przyznam się szczerze, że jazda samochodem w dzisiejszych czasach, gdzie jest ich na drodze coraz więcej, jest nie lada wyzwaniem, trzeba mieć oczy w koło głowy. Staram się jednak ze zrozumieniem podchodzić do tzw. niedzielnych kierowców, a w szczególności zachować należytą ostrożność, gdy w pobliżu trafi się taki delikwent.

    Ściskam Cię Elu słonecznie :)

  6. Mam prawo jazdy od 1993 roku, ale jeździłam tylko tyle, co na kursie prawa jazdy. Nawet nieźle mi wtedy szło. Mamy jeden samochód, więc jeździ nim mąż, bo to jest jego warsztat pracy. Obserwuję ruch na ulicach z pozycji pasażera i często ponosi mnie, kiedy widzę co potrafią wywinąć inni. Mąż jest wytrawnym kierowcą, z rozbudowanym instynktem przewidywania, dzięki czemu nie spowodował wypadku, z winy swojej, ani razu. Za to inni nie raz narazili go na kalectwo, a nawet utratę życia. Dzięki koncentracji i bystrości umysłu, uniknął przykrych konsekwencji, wynikających z błędów innych kierowców.
    Nie dziwię się, że masz problem z przejazdem przez ronda. Wielu kierowców się ich obawia. Te skrzyżowania są trudne do pokonania. Dużo stłuczek jest właśnie w tych miejscach.
    Masz rację Gabuniu, że nie wszystkich kierowców należy mierzyć jedną miarą. Tym z zielonym listkiem trzeba wiele wybaczyć i przypomnieć sobie, jakie były nasze początki za kierownicą. Bardziej denerwują mnie ci wyrafinowani niż ci którzy stawiają pierwsze kroki. Nauczycielka mojego syna, kiedy otrzymała prawo jazdy, tak długo jeździła po mieście aż dojechała do celu, omijając wszystkie skomplikowane skrzyżowania, ronda i ruchliwe ulice. Czasem robiła dwa razy dłuższą trasę niż inni kierowcy, ale zawsze bezpiecznie dojechała.
    Pozdrawiam Gabuniu i życzę samych przyjemności w prowadzeniu swojego pojazdu.

  7. O to powiem Ci moja droga, że ja też miałam kilkuletnią przerwę od momentu kiedy zdałam na prawo jazdy, do momentu, gdy zaczęłam jeździć. W zasadzie to mój mąż mnie zmotywował do jazdy. Byłam o tyle w dobrej sytuacji, że prawko już miałam, musiałam się tylko oswoić z jazdą, a reszta już jakoś poszła. Teraz mam problem, bo ręce i nogi są zbyt słabe do prowadzenia auta z manualna skrzynia biegów, więc jesteśmy na kupnie jakiegoś w miarę fajnego automata. Ciężko jest co prawda z funduszami, ale może uda nam się sprzedać nasze obecne auto i po dołożeniu jakiejś niezbyt dużej sumy może uda nam się coś sensownego kupić :)

    • Właśnie zaglądnęłam z ciekawości do swojego prawa jazdy i cóż za zbieg okoliczności, czy Ty wiesz Elu, że ja też mam prawko od 1993 roku? :) Miałam wtedy 17 lat, bo wtedy można było zdawać już jak się ukończyło 17 lat :)

      • Urodziłaś się Gabuniu, w tym samym roku, co moje najstarsze dziecko. Miałam wtedy niecałe 40 lat. Razem z synem chodziliśmy na kurs prawa jazdy, do tego samego instruktora. Też miał 17 lat, kiedy dostał prawo jazdy w 1993 roku. Bardzo mi miło Gabuniu, że otrzymałyśmy uprawnienia w tym samym roku. Ty wykorzystałaś swoje umiejętności, ja niestety, nie. Mąż zawsze jeździł zawodowo, więc siłą rzeczy nie mogę mu samochodu zabierać. Na drugi mnie nie stać, zresztą koszty eksploatacji też są ogromne. Mieszkam w dużym mieście i wszędzie dojadę za kilka groszy komunikacją miejską. Poza miasto, do rodziny jeździmy razem z mężem.
        Pozdrawiam Gabuniu raz jeszcze:)

    • Na kursie uczyłam się jeździć małym fiatem. My mieliśmy FSO 125, czyli dużego fiata. Krótko po tym jak otrzymałam prawo jazdy, czułam , że potrafię prowadzić auto dobrze. Odwoziliśmy córkę na wyjazd z zespołem. W drodze powrotnej mąż namówił mnie, bym to ja prowadziła samochód i tak się stało. Niestety przez kilka minut nie potrafiłam ruszyć płynnie z miejsca, a auto podskakiwało jak żaba. Ponieważ było to centrum miasta poddałam się i od tego czasu nie wsiadłam za kierownicę. W tym samym czasie prawo jazdy otrzymał mój syn. Jemu, chociaż też miał kłopoty, łatwiej poszło opanowanie jazdy dużym fiatem. Jakoś nie mam parcia na kierowanie, gdybym bardzo chciała, kilka lekcji pod okiem fachowca, pozwoliłoby mi przypomnieć sobie technikę prowadzenia osobówki. Póki co jestem pasażerem i to mi wystarcza.
      Pozdrawiam Gabuniu wiosennie:)

      • Rozumiem Cię Elu. Ja jestem trochę w innej sytuacji, bo mieszkam na obrzeżach miasta i dość kłopotliwe jest wydostanie się od nas do miasta. Pomijam już swoje chore nogi, ale ciągłe wizyty lekarskie i zakupy, czy inne załatwienia musiałam zawsze być uzależniona od kogoś. Chciałam być samodzielna i dzięki mojemu uporowi i pomocy męża, udało mi się po 5 latach przypomnieć sobie jak obsługiwać samochód :) Teraz patrząc na to z perspektywy czasu cieszę się, że mi się udało, i że mogę być niezależna jadąc wszędzie dokąd chcę.
        Minusem jest fakt, że w większości z imprez wracam jako szofer mojego lekko wstawionego męża ;)

        • Coś za coś, Równowaga w przyrodzie i nie tylko, musi być koniecznie. Dzięki samodzielnemu kierowaniu samochodem, zyskałaś niezależność. Wsiadasz, kiedy chcesz i jedziesz dokąd potrzebujesz, bez proszenia kogokolwiek o pomoc. Masz wygodę na co dzień, niestety, po imprezach, to Ty musisz być trzeźwa całkowicie. Podobnie było z moją siostrą, zawsze prowadziła ona, kiedy wracali z zakrapianych spotkań. Można to przeżyć, nam kobietom łatwiej jest dobrze się bawić bez sztucznego dopingu (alkohol), zaś mężczyźni niepijący uchodzą w oczach reszty towarzystwa za pantoflarzy. Jedni się tym przejmują, inni w ogóle. Mój mąż zawsze prowadzi i nie cierpi z tego powodu. Jesteś wzorem, z którego, być może w przyszłości wezmę przykład. Zawsze, kiedy dzieci śmieją się z mojego prawa jazdy trzymanego w szufladzie odpowiadam: jeszcze pojeżdżę samochodem. Mam czas. Trudniej z wiekiem zdecydować się na kurs prawa jazdy. Wsiąść za kierownicę zawsze można, kiedy ma się do tego uprawnienia.
          Pozdrawiam Gabuniu serdecznie:)

          • Ja jeszcze na słówko :)
            Co do wieku, to powiem Ci Elu, że moja teściowa też zrobiła sobie prawo jazdy wiele lat temu, na początku trochę jeździła, zwłaszcza, gdy teść coś wypił na imprezie, potem z czasem zaczęła się buntować i wycofywać. Teraz już w ogóle nie jeździ. Trochę szkoda, bo wszędzie musi dojeżdżać autobusami, a samochód stoi pod domem. Niewskazana jest zbyt długa przerwa w prowadzeniu auta, bo jak się człowiek odzwyczai, to potem ciężko jest przełamać swoją niepewność i obawy za kierownicą.
            Ściskam Cię Elu ciepło

          • Masz rację Gabuniu. Moja siostra zrobiła prawo jazdy chyba w 1983 roku. Kupili dużego fiata, nowego, prosto z Peweksu i zaraz zaczęła jeździć. Mieszkali 25 km od jej miejsca pracy. W pierwszy dzień postanowiła dojechać na obrzeże miasta i dalej autobusem do zakładu. Kiedy znalazła się na miejscu nie zrezygnowała z dalszej jazdy. Pomyślała: dojechałam tak daleko i mam wysiąść? Nigdy. Bezpiecznie dotarła do pracy. Dzisiaj jest doświadczonym kierowcą. Jazda samochodem już jej nie bawi. Przesiadła się na rower. Potrafi bez noclegu, w jeden dzień, dojechać nad polskie morze (około 250 km).
            Pozdrawiam serdecznie Gabuniu:)

  8. Samochodu nie prowadzę, za to Paryż kocham. I dlatego poczułam chęć zabrania głosu w tejże dyspucie. Szaleją kierowcy paryscy i strasznie hałasują. Osobiście wolałabym, aby byli trochę bardziej stonowani. Ale w tym szaleństwie jest metoda. Opisanym rondem jeździłam. Mąż za kierownicą, ja pasażer. Mieszkaliśmy nieopodal, No i przyznaję – jeździło się płynnie. Jak jeszcze kiedyś uda mi się Paryż zaliczyć – stanę tam, gdzie Ty i poobserwuję. Opis atrakcji nam zaserwowałaś kuszący.

    • Paryż uwielbiam, ale tylko jako turystka. Nie chciałabym tam mieszkać, nigdy. Z dwóch miast jakie miałabym do wyboru, czyli Paryż albo Helsinki, zdecydowanie na stałe miejsce zamieszkania wybrałabym stolicę Finlandii. Cicho i spokojnie, z każdego punktu miasta blisko nad morze. Powietrze czyste i przyjazne człowiekowi. Zupełna prowincja, w porównaniu z Paryżem. Natomiast, jako miejsce krótkiego pobytu, do zwiedzania, nocnych wypraw, kawiarenek, knajpek z krzesłami na powietrzu, lampki wina przy miniaturowym stoliczku na zewnątrz, nie ma czarowniejszej bajki od Paryża. To miasto ma magię, choć nie jest idealne, bo przecież takie być nie może, ma klimat, którego nie znajdziemy nigdzie.
      Tak, Ewo, masz rację. Ulice nie tylko żyją przemieszczającymi się sznurami aut, ale też trąbieniem, pośpiechem, niecierpliwością. Wydaje się, że na paryskich ulicach nie ma miejsca dla niedzielnych kierowców, którzy uczą się dopiero poruszać po mieście. Tam na ulicach czuć pęd. Troszeczkę, w niewielkim stopniu, ruch w Warszawie przypomina Paryż. Tam również jeździ się o wiele dynamiczniej niż w Poznaniu. Nawet autobusy są szybsze niż u nas.
      Ewo, kiedy będziesz w Paryżu, wygospodaruj chociaż pół godziny, by popatrzeć na ruch w okolicy Łuku Triumfalnego. Koniecznie w godzinach szczytu. Nie na wyrost nazwałam to miejsce fenomenem komunikacyjnym. To prawda.
      Pozdrawiam ciepło:)

  9. Gdy miałem 18 lat i przez miesiąc mieszkałem u wujka w Szczecinie, to on pokazywał mi z dumą rondo funkcjonującego blisko jego mieszkania , które miało być wzorowane na rozwiązaniach paryskich. Tam do ronda dochodziło, czy też z niego wychodziło 8 ulic. Podobała mi się jego unikalność, ale to co opisujesz to jest już imponujące.
    Może kiedyś…
    Pozdrawiam

    • Z Twojej informacji,Tatulu, wynika, że szczecińskie rondo, to nie byle co. Aż 8 ulic, a w Paryżu tylko o 4 więcej. Nie dziwię się Twojemu wujowi, że był dumny z ronda w swoim mieście. Warto zobaczyć stolicę Francji, nie tylko ze względu na opisywane skrzyżowanie i ruch na ulicach tego miasta. Atrakcji można zobaczyć nieskończoną ilość, a i Wersal jest w pobliżu. Lubię Paryż, ale nie dłużej niż dwa tygodnie w roku. Tyle wystarczy, by poczuć się zmęczoną, zapragnąć ciszy i spokoju.
      Pozdrawiam Tatulu wiosennie:)

      • Szukałem współczesnej nazwy tego ronda w Szczeciniei oto co znalazłem:
        Układ urbanistyczny Szczecina jest porównywany do paryskiego. – W Paryżu jest jeden plac gwiaździsty, do którego zbiega się 12 ulic. Szczecin ma sześć takich placów, do których zbiega się 8, 6 i 5 traktów. Największe z nich wyglądały dawniej jak Pola Elizejskie z zadrzewionym deptakiem. Szczecin jest Paryżem w mniejszej skali. Dlatego grał to miasto w wielu filmach – mówi architekt Marzena Jaroszek. Wbrew plotkom autorem urbanistycznego planu Szczecina nie jest baron Georges Haussmann, projektant Paryża. A kto? Nie wiadomo. Ale z pewnością Szczecin jest jedynym zaprojektowanym w ten sposób miastem w Polsce.
        http://www.wprost.pl/ar/163806/Szczecin-miasto-cudow/

        • Dziękuję Tatulu za te ciekawe informacje. Zachwycamy się cudzym, a swego nie znamy. Dotąd nie miałam okazji gościć w Szczecinie. Może raz przejazdem z Międzyzdrojów, Świnoujścia, przez Szczecin do w kierunku Wielkopolski. To co piszesz Tatulu jest imponujące. Rozwiązanie komunikacyjne, w polskim, nie największym mieście, porównywalne do jednej z większych stolic Europy. Ciekawe jest też to, że nie znamy projektanta tego rozwiązania komunikacyjnego w Szczecinie. Miło przeczytać tak ważne wiadomości dla mnie jako Polki. Dziękuję Tatulu.
          Pozdrawiam serdecznie:)

  10. Pamiętam tamten ruch, bezustanny szum i blask świateł, ale jako typowa turystka, czyli stale poganiana, skupiałam się na samym łuku i jego płaskorzeźbach. Za to dobrze zapamiętałam inny rodzaj maestrii: gdzieś w Dz. Łacińskiej wzdłuż krawężników ciasnych uliczki obustronnie parkowały jeden tuż za drugim, tak centymetr w centymetr, rzędy aut osobowych. Do jednego wsiadła młoda kobieta i manewrując mikroruchami kierownicy, milimetr po milimetrze minimalnymi skosami wysuwała się z tego ewidentnego korka. Trwało to może z dziesięć minut. Cała nasza grupa patrzyła zafascynowana: puknie sąsiada, czy nie? Kiedy kobieta w aucie wreszcie była już na jezdni i wyrównywała kierunek, my wszyscy zaczęliśmy bić jej brawo. Uśmiechnęła się skromnie – taka artystka.
    Jakby odwrotną sytuację pamiętam z Avignonu. Wjazd do miasta, pierwsze wielkie skrzyżowanie i jak to we Francji, oczywiście z rondem. Dalej, na wlocie do „naszej” szerokiej ulicy dokładnie na środku ukosem ustawiły się dwie odkryte limuzyny z ciemnymi osobnikami wewnątrz. Stały tak sobie metr o metr, a ich kierowcy prowadzili ze sobą ożywioną, raczej przyjazną rozmowę. Nikogo z „tubylców” to nie dziwiło. Nikt nie pomstował, nikt się nie pieklił. Ruch trwał nadal, nowi użytkownicy wymijali gadające wozy, zjeżdżając niemal na chodniki, po czym spokojnie sunęli dalej.
    Chyba lekko Ci zazdroszczę możliwości częstego a niespiesznego łażenia po Paryżu. Ale nie! Ja nieprzerwanie tęsknię za Prowansją.
    Serdecznie pozdrawiam, Elu. Życzę nowych pięknych wypraw.

  11. W każdym mieście można zobaczyć osobliwości, nawet na ulicach. Masz rację, wyjazd z grupą, to katorga (przynajmniej dla mnie). Może kilka razy byłam na wycieczkach grupowych, i to tylko tylko w liceum. Nigdy jako dorosła osoba, mężatka i matka. Zawsze jeździmy indywidualnie. Obserwuję, najczęściej, wycieczki grupowe z Japonii albo Chin. Tych nacji jest pełno w każdym miejscu na ziemi. Jak widzę ten pośpiech, podporządkowanie przewodnikowi, przypomina mi się bieg za odjeżdżającym autobusem czy pociągiem. Zadyszka i żadna przyjemność. Lubimy zwiedzać według własnego rytmu. Dajemy sobie czas na wszystko co sprawia nam przyjemność. Chcemy gapić się godzinę na ruch samochodowy, to się gapimy. Chcemy podziwiać stateczki na Sekwanie to siadamy na brzegu i patrzymy. Nikt nigdy nie namówi mnie na zbiorowe wycieczki. Nie nadaje się do tego. Po jednym dniu już byłabym nieszczęśliwa, nawet w najpiękniejszym miejscu na ziemi. Nie znam Prowansji, ale z literatury i opowiadań innych wiem, że można ją pokochać i zauroczyć się nią. Może i mnie będzie dane ją zwiedzić. Moja córka planuje jakiś czas pobyć na południu Francji. Po 5 latach w Paryżu, pragnie spokojnej przestrzeni. Może Marsylia? Nicea? Wszystko stoi przed nią otworem. To kwestia wyboru.
    Może spotkamy się gdzieś na Lazurowym Wybrzeżu, Bożenko?
    Pozdrawiam serdecznie:)

  12. Wiesz? Jeździliśmy z grupą przyjaciół, krewnych, sąsiadów i przyjaciół tychże. Klasyczna rodzina królika! Corocznie jakieś biuro podróży tylko dla nas ustalało program i podstawiało „wesoły autobus” – tak go nazwaliśmy. To były cudne wyprawy, zawsze do innej europejskiej stolicy. Były grupowe śpiewy, wspólne obiady, gdzie można było sięgnąć po kęs nowalijki z talerza drugiego. Na miejscu mogliśmy korygować punkty i czas zwiedzania, a nawet zarządzać nowe trasy. Ja na tych wyprawach łapałam wiadra najlepszej energii. Doświadczanie piękna i dzielenie się nim z przyjaciółmi to coś wyjątkowego.
    Lazurowe już nie dla mnie. Może prędzej Bretania?
    Życzę Ci wypraw pełnych szczęścia

    • Masz Bożenko wspaniałe doświadczenia, w turystyce grupowej. Nie korzystałam z tej formy, więc wyobraźnię w tej dziedzinie mam, z tej przyczyny, ograniczoną. Na Twoim przykładzie, można wysunąć zupełnie pozytywne wnioski, co do wyjazdów z grupą dobrze rozumiejących się ludzi. Dobrze jest wymienić zdania, na różne tematy, bo wtedy nasza wiedza i utarty stereotyp może ulec zmianie. Czasem wyobrażamy sobie błędnie niektóre zjawiska. Właśnie, po to jest rozmowa, żeby dowiedzieć się odczuć i przeżyć innych ludzi, którzy swoimi doświadczeniami pozwolą nam inaczej spojrzeć na sprawę. Jest wiele możliwości wyjazdów z grupą: Kościół, praca. Jakoś zawsze mnie odciągała świadomość podporządkowania się wytycznym. Twoje zdanie pozwala mi spojrzeć na sprawę przychylniejszym okiem. Dziękuję Bożenko serdecznie.
      Pozdrawiam serdecznie:)

  13. Z wielką przyjemnością przeczytałem Twój wpis. Ja już pewnie do Paryża nie pojadę, to chociaż w taki wirtualny sposób odbędę zagraniczną przejażdżkę. pozdrawiam

  14. Oczywiście szanuję Twoją decyzję, Romanie, że do Paryża już się nie wybierasz. Ale dla chętnych, tam być, to bardzo prosta i niekosztowna wyprawa. Samolot zarezerwowany wcześniej, może kosztować w dwie strony niewiele więcej niż 100 złotych, a i hostele nie są drogie. Jedzenie, kupione w niedrogiej knajpce (najtaniej wychodzi kuchnia turecka), tanio i dużo, też mieści się w granicach przyzwoitości. Za kilka setek można spędzić sobotę i niedzielę w Paryżu. Zaskocz, Romku, żonę i zaproś ją na wycieczkę do Paryża. O tym czasie Ogrody Luksemburskie są w pełnej krasie, zielono i pachnąco, jak u nas w środku lata. Pamiętaj, kiedy już tam będziecie, zatrzymajcie się przez chwilę na skrzyżowaniu przy Łuku Triumfalnym. Polecam wycieczkę do Paryża każdemu.
    Pozdrawiam serdecznie Romanie:)

  15. Witaj cieplo
    Ciekawie napisałaś, myślę, że od Francuzów możemy się uczyć kultury jazdy i cierpliwości na drodze…
    Jeszcze jedno czytałam o badaniach naukowych kierowców i okazało się, że spokojni mężczyźni za kierownicą zamieniają się w furiatów i pokazują agresję… coś w tym jest jak obserwuje ruch drogowy np. w Warszawie
    pozdrawiam
    dobrycoach.bloog.pl

    • Myślę, że powodem frustracji, wyzwisk i nieprzyjemnych gestów, na drogach, jest urażone męskie ego. Rzadko widzimy, jak wyzywają się dwie panie siedzące w swoich autach. Mężczyźni naskakują na siebie bardzo często. Dochodzi do rękoczynów nierzadko, a nawet do zabójstw, tylko dlatego, że ktoś zajechał innemu drogę. W autach, chyba dochodzi do wydzielania się nadmiernego hormonu agresji, bo tak jak piszesz Dobrycoachu, spokojni mężczyźni potrafią w jednej chwili zmienić się w furiatów.
      Pozdrawiam serdecznie:)

  16. A ja myślę, że umiejętności to jedno, ale u nas widoczny jest brak kultury. Rzadko jeździmy, więc nie nabywamy umiejętności. Samochód nie jest tanim środkiem podróżowania, benzyna droga, a przy braku kultury przekłada się na agresję.
    Pozdrawiam.

  17. Brak kultury wśród kierowców zauważam na każdym kroku. Najczęściej cwaniaczki, w wielkich brykach, wyprzedzają innych cierpliwie czekających kierowców. Najczęściej zauważam przed wiaduktem, który ma jedną tylko nitkę. Czekamy, bo kierowcy z przeciwka przejeżdżają na zielonym świetle. Inni wyrafinowani zbliżają się pod wiadukt pasem przeznaczonym do skrętu w prawo. Kiedy zapali się zielone światło dla nas, kierowcy stojący z boku wpychają się na siłę przed uprawnionych. Stukanie po czole, wyzwiska, złość z jednej i drugiej strony. Sami kierowcy powodują zamęt.
    Pozdrawiam serdecznie Ultro:)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.