IN VITRO – OSTATNIA NADZIEJA. TEMAT CIĄGLE GORĄCY

Właśnie teraz, kiedy do władzy doszła partia licząca się z dyktatem Kościoła, temat in vitro, jego finansowania przez państwo, wrócił. Chciałam Wam zaprezentować problem widziany oczami niedoszłych matek, którym wmawia się, że posiadanie potomstwa przy pomocy ostatniej szansy, czyli metody in vitro, to zbrodnia przeciwko Bogu, Kościołowi i społeczeństwu. Wmawia się tym pragnącym, za wszelką cenę urodzić własne dziecko, kobietom największą przewinę wobec siebie, swojego sumienia i dziecka, które pragną posiadać. Wmawia się im, że dzieci poczęte przy pomocy metody in vitro, są mniej inteligentne, upośledzone częściej niż zapłodnione w naturalny sposób. Obrzydza się im życie, wywołuje poczucie winy i wątpliwości, których nie miałyby, gdyby nie fałszywa propaganda. 

Pozwólcie, proszę, że zacytuję dramatyczne słowa jednej z kobiet, która chce wykorzystać ostatnią szansę, czyli in vitro, by zostać wreszcie szczęśliwą matką:

,,Jestem jedną z Was. Jabłoń, która rośnie w sadzie bez wydawania owoców. W ciągu dziesięciu lat starań o własne dziecko, przeszłam wszystkie możliwe drogi. Badania, leczenie, zabiegi, wielokrotny pobyt w szpitalu. Ciągłe nadzieje i rozczarowania. Może następnym razem się uda i kolejny raz ta sama tragedia. Ta ciągła huśtawka zakończyła się załamaniem nerwowym. Do tego doszły nieporozumienia z mężem, wzajemne oskarżania, gorzkie słowa, groźba rozwodu.”

Dalej zrozpaczona kobieta mówi:

,,Kiedy zdałam sobie sprawę, że ta droga prowadzi do nikąd, zainteresowałam się możliwością zapłodnienia in vitro. Muszę wykorzystać tę ostatnią iskierkę nadziei, bo do końca życia będę miała do siebie żal, że poddałam się w ostatnim etapie walki. Myślę, że podobnie jak ja wiele małżeństw bezdzietnych, rozważało możliwość skorzystania z tej metody. Jest jednak decydująca przeszkoda; pieniądze. Wymogi jakie trzeba spełnić, by zakwalifikować się do programu są bardzo restrykcyjne. Wiele małżeństw nie spełnia kryteriów. Samofinansowanie jest bardzo drogie, niestety nie na kieszenie młodych ludzi. Jeden zabieg kosztuje około 15 tys. złotych, często potrzebny jest drugi i następny. Ta kwota przekracza nasze możliwości. Dlatego chcę działać na rzecz kobiet, niedoszłych matek, które są w podobnej sytuacji jak ja. Chcemy przekonać rząd i Narodowy Fundusz Zdrowia do dalszego finansowania tej metody, dostępności  dla każdego, uznanie jej za słuszną i moralnie uzasadnioną. Pieniądze podatników pomogą nam być rodzicami. Problem jest trudny, bo ci co decydują widzą go marginesowo.”

My, rodzice własnego potomstwa, nie zdajemy sobie sprawy, co przeżywają kobiety, żony, które nie mogą dać mężowi potomstwa. Chcą mieć pełną rodzinę, czy to tak wiele? Jest mnóstwo argumentów za i przeciw in vitro. Chcę omówić te, które przemawiają za popieraniem, finansowaniem i stosowaniem  właśnie tej metody, bez ograniczeń. Wymienię je w punktach:

  1. Bezdzietność, to problem społeczny. Około 20 % rodzin ma trudności z posiadaniem własnego dziecka.
  2. Brak dziecka rodzi tragedie: rozbite rodziny, załamania nerwowe, myśli samobójcze, alkoholizm.
  3. Pełna rodzina, to podstawowe ogniwo społeczeństwa, które dobrze działa i rozwija się. Tylko wtedy, gdy jest szczęśliwa spełnia właściwie swoją funkcję.
  4. Niż demograficzny, to skutek, przynajmniej po części  bezpłodnych kobiet i mężczyzn, obok tych którzy chcą mieć tylko jedno dziecko lub świadomie z posiadania potomstwa rezygnują.
  5. Polska, to kraj starzejących się ludzi. Długość życia rośnie, a urodzeń jest mniej. Dzięki metodzie in vitro, rodziny bezdzietne mogą zmienić te proporcje, na znacznie korzystniejsze.
  6. Dzieci zapłodnione pozaustrojowo są najbardziej chciane, wyczekiwane i wymarzone, bo inne, stosowane wcześniej metody leczenia zawiodły.
  1. Obdarowane są wielką miłością, jeszcze przed przyjściem na świat. Długie oczekiwanie, przeżyte rozczarowania kumuluję tę miłość.
  2. In vitro to najbardziej świadome macierzyństwo, zgodne z nauką Boga i Kościoła. Sprzeciw biskupów, sądzenie  i ferowanie wyroków wobec kobiet pragnących zostać matkami, nie ma w tej materii uzasadnienia.
  1. Mit o tym, że zabieg jest niebezpieczny dla matki i poczętego dziecka nie ma medycznych potwierdzeń. Specjaliści uważają, że odsetek powikłań jest zbliżony do ciąż poczętych naturalnie.
  2. Dzieci urodzone w wyniku zapłodnienia in vitro rozwijają się na poziomie równym z innymi. Potwierdzają to wyniki badań antropologów z całego świata.

Myślę, że większość moich czytelników, czuje i odbiera nakreślony problem podobnie. Metoda zapłodnienia in vitro powinna łączyć wszystkie środowiska, zarówno świeckie jak i kościelne. W czasie, kiedy Polska boryka się z kryzysem niżu demograficznego, każde dziecko jest na wagę złota. Dwadzieścia procent zamężnych kobiet nie może posiadać własnego potomstwa, ma rodziny niepełne. Pomóżmy im wykorzystać każdą metodę, by własne dziecko urodziły. Będzie to korzystne dla każdej z tych rodzin, a także dla Polski. Ta grupa ludzi jest potężna, jednak nikomu nie zależy, by pomóc im spełnić swoje największe oczekiwania. Sami nie dadzą rady. Potrzebują wsparcia, polityków, elit rządzących. Niestety ci, z reguły decydują o sprawach, które z racji wieku, ich już nie dotyczą. Nie rozumieją albo nie chcą zrozumieć dramatu rodzin bezdzietnych. 

Bóg dał człowiekowi wolną wolę i możliwość odpowiadania za popełnione czyny, zgodnie z własnym sumieniem. Czy my, jako społeczeństwo, mamy prawo mu ten przywilej zabierać? Ani rząd ani Kościół nie powinny dążyć do przejęcia dominacji nad sumieniem człowieka. Naciski hierarchów kościelnych są ogromne, by in vitro zakazać. Wszystkim Polakom jest znana prawda, że obecna władza z Kościołem idzie w parze. Każdy wierzący katolik powinien rozstrzygnąć kwestię zgodnie z własnym sumieniem. Jestem osobą wierzącą, matką trójki dzieci. Wiem jedno, że macierzyństwo, to najcudowniejsza rzecz jaką przeżyłam. Gdyby, z jakiegokolwiek powodu, zostało mi ono zabrane, wiedziałabym bez wahania, jak mam postąpić.

Proszę, moi drodzy Czytelnicy i komentatorzy, wypowiedzcie się pod zamieszczonym tekstem, na poruszony temat, według własnego spojrzenia na sprawę zapłodnienia metodą in vitro.

 

 

OCENIAM NASZĄ SŁUŻBĘ ZDROWIA NA CZTERY Z PLUSEM

Ostatnimi czasy, nie tylko ja, ale też moja rodzina i znajomi, dość często korzystaliśmy z porad lekarskich. Jak zawsze na spotkaniach, poruszamy różne tematy, a tym razem zeszło na służbę zdrowia. O dziwo, żadna z wypowiadających się osób, nie miała zastrzeżeń co do jej funkcjonowania. Na wszystko lubimy narzekać, robimy to chętnie i często, szukamy nawet powodów, by komuś przyłożyć. Tym razem u mnie pochwała, same dobre słowa i podzielenie się zdaniami różnych osób. Wiosna, katar, kaszel, bóle stawów, uczulenia i podobne, dokuczają ze zdwojoną siłą. Organizm wyczerpany zimową aurą, brakiem słońca i witaminy D, funkcjonuje gorzej niż w środku lata. Wykonałam też kilka telefonów do znajomych osób, z prośbą o  ich doświadczenia w zakresie dostępności do lekarza pierwszego kontaktu, specjalistów i pomocy, jaką otrzymali. Uprzedziłam, że zadaję pytania w konkretnym celu, mianowicie dla potrzeb artykułu, który piszę.

Na podstawie rozmów ustaliłam następujące fakty:

1) Wizyta u lekarza rodzinnego może być tego samego dnia lub zarezerwowana na dogodną godzinę dnia następnego. Żadna z pytanych osób nie miała trudności z dostaniem się do lekarza pierwszego kontaktu. W tym zakresie jest dobrze, żaden pacjent nie zostaje bez opieki nawet wtedy, gdy wszystkie numerki były wydane, lekarz przyjmie pacjenta jako ostatniego, kiedy wymaga tego sytuacja. W dużym natłoku potrzebujących porady można szukać pomocy u innego lekarza, który jest mniej obciążony chorymi. Na podstawie sądów osób wypowiadających się można jednoznacznie uznać, że podstawowa opieka zdrowotna, w kompetencji przychodni rodzinnej, zapewniona jest każdemu pacjentowi bezzwłocznie.

2) Nikt nie miał też problemu z otrzymaniem skierowania do specjalisty. Pytani prosili lekarza rodzinnego o umożliwienie porady w przychodniach specjalistycznych u lekarza: dermatologa, okulisty, neurologa, ortopedy, kardiologa, urologa. Nikomu nie odmówiono. Niektórzy otrzymali również skierowanie na prześwietlenie kręgosłupa w części lędźwiowej i rehabilitację do poradni fizykoterapeutycznej. Nie było problemu też z wypisaniem zwolnień lekarskich, w przypadku osób aktywnych zawodowo wymagających leżenia przez kilka dni w domu. Leki też każdy chory otrzymał na receptach, część z procentowym upustem, niestety, większość płatna 100 %.

3) Wizyty u specjalistów, wszystkie, bez długiego oczekiwania. W ciągu miesiąca, nie dłużej, wszyscy chorzy otrzymali pomoc. Zaowocowały one bardziej wnikliwymi badaniami. Neurolog zalecił tomografię komputerową odcinka lędźwiowego kręgosłupa, by ustalić stopień zwyrodnienia. Na podstawie analizy wyników, zapisał cykl zabiegów rehabilitacyjnych: stosowne ćwiczenia z grupą na sali gimnastycznej, pod okiem magistra rehabilitacji, 10 masaży ręcznych i tyleż samo zabiegów aparaturą wytwarzającą pole magnetyczne. Na wykonanie zabiegów trzeba było czekać tylko niecały miesiąc. Okulista zbadał wzrok na aparaturze (trzy rodzaje badań), w które gabinet był wyposażony, potem dno oka, by ostatecznie ustalić siłę szkieł do noszenia codziennego, oglądania telewizji i pracy przy komputerze. Wizyta u dermatologa, po tygodniu od dnia rejestracji. Wnikliwa obserwacja chorych miejsc i skuteczne leki powodujące całkowite ustąpienie choroby. Jedna z osób jest stałą pacjentką specjalisty urologa. Raz w roku chodzi regularnie na badania kontrolne, które obejmują badanie USG całego przewodu moczowego, a pierwsza wizyta zakończyła się wręczeniem skierowania na tomografię komputerową. Podobnie, bez długiego oczekiwania, przyjmują pozostali specjaliści. Dodam również, że bez czekania jedna z osób skorzystała z pomocy szpitalnej. Zabieg nie był pilny ani konieczny, a wykonano go w ciągu kilku dni od zapisu.

4) Są też niestety, jak w każdej dziedzinie, niedociągnięcia i zastrzeżenia. Rutynowe, coroczne badania u lekarza rodzinnego, niestety, nie zawsze kończą się dla pacjenta zgodnie z jego oczekiwaniem. Skierowanie na analizy, mimo próśb, lekarze dają niechętnie. Jedni odmowę uzasadniają bardzo dobrymi wynikami badań wykonanymi poprzednio. Inni dodają również, że gdyby co rok chcieli badać każdemu (zdrowemu) pacjentowi krew, przychodnia poszłaby z torbami. EKG i badania cukru też nie zlecają przy każdej corocznej wizycie, a przecież w ciągu 12 miesięcy wiele może się zmienić, na niekorzyść, w organizmie pacjenta. Żeby otrzymać receptę na nowe szkła niektórzy okuliści fatygują pacjenta trzy razy, inni potrafią wszystkie potrzebne badania wykonać jednego dnia. Podobne praktyki stosuje pani ginekolog, z której usług korzysta znajoma. Na pierwszej wizycie bada pacjentkę i pobiera materiał cytologiczny. Każe zapisać w rejestracji drugą wizytę, by wydać osobiście wynik. Żaden lekarz nie fatyguje pacjenta po odbiór wyników, które wydawane są, z reguły, przez panie w rejestracji. Innych zastrzeżeń nie miał nikt z osób pytanych. Jedno co wszyscy podkreślali zgodnie to astronomiczne ceny leków, które choremu potrafią znacznie uszczuplić domowy budżet. Najbardziej odczuwają to emeryci. Ci najczęściej chorują przewlekle, a drogie leki rujnują ich finanse. Często muszą wybierać między lepszym jedzeniem, a wykupieniem recepty.

Proszę Was, podzielcie się swoimi spostrzeżeniami, doświadczeniami i uwagami na opisany przeze mnie temat.

MAŁE FORMY LITERACKIE. RÓŻNE BARWY SZCZĘŚCIA

Na trzecim roku studiów, w ramach specjalności dziennikarskiej, napisałam tekst, który chcę Wam zaprezentować właśnie teraz. Dwa światy, diametralnie różne i wspólna płaszczyzna porozumienia. Niedużą formę literacką z elementami synkretycznymi publikuję w pierwotnej wersji.

Nazwał ją Nuka, a niedźwiadka Baba. Przystanął, zastanawiał się ile razy spotkał niedźwiedzicę z małym. Od pewnego czasu łapał się na tym, że ich wypatruje, czuje niepokój, kiedy nie przechodzą obok szałasu, chociaż raz dziennie. Wydawało mu się, że ta niezwykła para odwiedza to miejsce dla niego. Przyroda, cisza i on. Niewzruszona, surowa Alaska stała się jego domem od kiedy opuścił miasto. Wyjazd na bezludzie miał mu pomóc zapomnieć i rozstać się z dotychczasowym życiem. Chciał poczuć się wolny od złych wspomnień. Dotąd przeszłość i przeżyta trauma, pojawiały się prawie w każdym jego; działaniu, ruchu, geście, rozmowie, śnie. Szukał potwierdzenia przynależności do świata, jakiejkolwiek jego cząstki. Od wypadku i śmierci najbliższych zawisł w próżni. Wybrał samotność z dala od ludzi; szczęśliwych, drapieżnych i zaborczych, dążących za wszelką cenę do osiągnięcia sukcesu. To życie nie było już jego życiem, a przecież tak niedawno kręcił się w jego trybach. Poszukiwanie spokoju i ukojenie bólu, od dwóch lat, wypełniało wszystkie działania Thomasa. 21 maja wszystko runęło, jego życie było domkiem z kart, który pijany kierowca przewrócił jednym nieostrożnym ruchem. Miał wtedy dopiero 25 lat. Nie mógł dalej mieszkać w domu, który wiązał mu się z radością, szczebiotem dziecka i obecnością Margarett, w mieście – grobie, miejscu śmierci osób najbardziej ukochanych. Świadomość, że to on ich zabił nie opuszczała go nigdy, chociaż sąd bezspornie z winy go oczyścił. Całe zdarzenie analizował setki razy i szukał możliwości ich uratowania. To, że on żyje, a żona i dziecko spłonęli w samochodzie, wystarczyło, żeby czuł się winny i bez przerwy maniakalnie się oskarżał.

Piękne futro było powodem, dla którego tropili ją łowcy. Każdy kto zwierzę raz spotkał myślał o zabiciu, dlatego potężna niedźwiedzica od dłuższego czasu nie mogła spokojnie żyć. Odkąd pojawili się traperzy żadne zwierzę nie było bezpieczne. Ona musiała troszczyć się o siebie i malca, który bez niej zginie. Coraz trudniej było jej znaleźć bezpieczne schronienie. Mogłaby uciekać szybciej w głąb lasu, ale niedźwiadek nie był jeszcze na tyle silny, by mógł za nią nadążyć. Człowiek wiązał się jej z niebezpieczeństwem, od kiedy tamtej zimy straciła dwójkę maleństw umieszczonych przez traperów w klatkach i wywiezionych w nieznane. Nie zbliżała się nigdy do ludzi, do momentu spotkania z tym, którego wybrała na swego przyjaciela. Czuła, że nie może zrobić im nic złego. Dlatego co dzień odważniej podchodziła do jego „domu”, a czując się osaczona, tu szukała pomocy i azylu, przede wszystkim dla niedźwiadka. 

Czasem tracił rozsądek, miał wrażenie, że potężna grizzly chce mu coś powiedzieć. Szedł wtedy wysoko w góry i odrywał się od rzeczywistości. Wydawało mu się, że jest bliżej Nieba, a tam…

- Nie, nie mogę tak dłużej myśleć, to nie ma sensu. Jestem sam i to daleko od ludzi, a jedynymi istotami żywymi są dzikie zwierzęta, z którymi staram się żyć w zgodzie, omijam je, a one mam nadzieję nie będą chciały mnie zabić. 

Polował tylko wtedy, kiedy potrzebował mięsa, ale robił to niechętnie. Czuł bowiem, że śmierć każdej żywej istoty jest pogwałceniem zamysłu Boga, jest niezgodna z piątym przykazaniem boskim: „Nie zabijaj”. Na ścieżce obok szałasu pojawiła się znajoma niedźwiedzica. Jakby bardziej zmęczona i słabsza. Jej ruchy były ciężkie. Miał wrażenie, że każdy krok sprawia jej ból. Zastanawiał się, czy wcześniej nie zauważył tego, czy coś złego stało się w ostatnich dniach. Nie odchodziła, ale też nie zbliżała się. Wyczuwał wahanie z jej strony, jakby nie wierzyła, że może jej pomóc. Jest przecież człowiekiem, sprawcą cierpienia zwierząt mieszkających na Alasce, miejsca, które kiedyś należało tylko do zwierząt. Tu żyły bezpiecznie, to ludzie rządni coraz więcej i więcej spychają je stopniowo na trudne tereny i zabijają dla skóry, resztę pozostawiając na białym śniegu jako ślad swojego morderczego procederu.

- Przyszła do mnie, szuka pomocy dla siebie i malca. Dzikie zwierzęta omijają miejsca, gdzie przebywają ludzie, a ona z jakiegoś powodu tu jest.

Poczuł nagle nieopisany strach, nie o siebie, a o matkę z dzieckiem. Wiedział, że stało się coś złego, bo nie odchodziła jak zawsze. Położyła się na trawie. Odłożył wszystko co miał w rękach i zbliżał się ostrożnie, krok po kroku, w jej kierunku. Głodny malec piszczał i niecierpliwie szukał mleka. Thomas na łapie grizzly dostrzegł krew. Z szałasu przyniósł opatrunki, był nerwowy i niespokojny. Myśli szybko przebiegały mu po głowie; ona nie może umrzeć, mały nie przeżyje. Postępował tak, jakby ratował ludzi; matkę z dzieckiem. Troszczył się o nich, rozpalił ognisko i spał blisko. Wierzył, że kiedy będzie z nimi, niedźwiedzica przeżyje. Nie okazywała wrogości, pomimo bólu, jaki jej sprawiał. Tak, jakby czuła, że dzięki niemu będzie dalej ze swoim dzieckiem. Drogi człowieka i zwierzęcia przecięły się w momencie, kiedy byli sobie potrzebni. Los ich połączył. Strach, cierpienie i niepewność życia. On odarty brutalnie ze szczęścia, ona zagrożona przez traperów, postrzelona i chora. Pomogli sobie nawzajem. Grizzly wyzwoliła go z koszmarów przeszłości, a on stał się opiekunem jej i dziecka podczas choroby, a potem wiernym przyjacielem. Człowieka i zwierzę połączyła niespotykana więź. Miał wrażenie, że niedźwiedzica z niedźwiadkiem są namiastką tego co utracił. Był szczęśliwy i przypuszczał, że zwierzęta na swój sposób też.

Zmęczony usiadł na trawie obok swoich nowych przyjaciół.

PARYŻ CZ.III. ŁUK TRIUMFALNY, RONDO FENOMENU KOMUNIKACYJNEGO

Tęsknię za Paryżem, może dlatego z przyjemnością napiszę tekst o tym mieście, a konkretnie o Łuku Triumfalnym i rozwiązaniach komunikacyjnych w tym newralgicznym punkcie stolicy Francji. W ubiegłym roku, w maju, ale też wcześniej, za każdym razem, kiedy byłam z córką w tym miejscu, opierałyśmy ręce na barierkach i patrzyłyśmy. Wydawało się, że za chwilę, ta płynność, z jaką wjeżdżały i opuszczały rondo pojazdy, zamieni się w gigantyczny karambol. Nic bardziej błędnego, każdy kierowca wiedział co robić, by z szybkością błyskawicy opuścić to skrzyżowanie. Dla obserwatora z Polski, gdzie ruch, nawet w Warszawie, jest niewielki w porównaniu z Paryżem, ale agresja kierowców, w stosunku do siebie ogromna, stanowi to ewenement na skalę światową, a otwarta buzia i podziw mogą być uważane za normalne. Jedno co jest charakterystyczne w tym miejscu to dźwięk klaksonów, które słychać bez przerwy. W ogóle paryscy kierowcy, w przeciwieństwie do naszych, bardzo często korzystają z tego urządzenia. Tak wyrażają swoje niezadowolenie w stosunku do współużytkowników drogi. Myślę, że w ten sposób pokazują innym gesty palcami, które u nas są bardzo popularne. Poganiają klaksonem maruderów, bo w Paryżu jeździ się, z reguły, szybko.

Wiemy z doświadczeń własnych, że ruch na rondach odbywa się częściowo na zasadzie improwizacji. Trzeba decydować samemu, tu i teraz, bo przepisy kodeksu drogowego nie wszystko regulują. Skrzyżowanie przy Łuku Triumfalnym ma 12 wlotów i 8 nieoznaczonych pasów ruchu. Co zaskakuje każdego turystę, na kole ronda nie ma żadnej linii, ani jednej strzałki, a co więcej także brakuje sygnalizacji świetlnej, która pomagałaby kierowcom w poruszaniu się po tym miejscu. Powiecie, są policjanci, którzy kierują ruchem. Nic bardziej mylnego, na tym skrzyżowaniu kierowcy rządzą się własnymi prawami. Z otwartą buzią obserwujemy ruch i podziwiamy jak niewidoczna siła pomaga kierowcom tak płynnie opuszczać Place Charlesa de Gaulle’a. Dodam tylko, że dziennie przejeżdża tędy, bagatela, około 50 tysięcy pojazdów różnego typu, od autobusów, furgonetek, przez osobowe limuzyny do motorynek i rowerów włącznie. Brakuje tylko samochodów ciężarowych. Każdy wjeżdża na rondo z jednej z 12 ulic i mknie w kierunku jednej z nich. Szybko i bezwypadkowo. Łącznie skrzyżowanie przy Łuku Triumfalnym obserwowałyśmy kilka godzin, ku naszemu zdziwieniu, nikt w tym czasie nie ucierpiał. Nawet nie doszło do niewinnej stłuczki.

Ciekawa była obserwacja konkretnego samochodu, czekającego, u wylotu ulicy, na światłach, by wjechać na rondo. Z dużą szybkością, każdy kierowca stara się je opuścić, wjeżdżając innym przed nos, wykorzystując luki między pojazdami. Wyobraźnię przechodzą jednoślady, a w szczególności dostawcy ciepłej pizzy i innych potraw typu fast food. Kierowcy tych pojazdów są akrobatami, rodem z cyrku, z wyobraźnią wybiegającą daleko w przód. Potrafią przewidzieć decyzje innych i wyprzedzić ich swoimi o ułamek sekundy. Nieraz przyszło nam zamykać oczy ze strachu, chociaż stałyśmy w bezpiecznym miejscu, za barierkami. Widziałyśmy oczami wyobraźni kraksę, śmierć albo kalectwo. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Łatwo zaobserwować, że są różne typy kierowców. Jedni użytkownicy dziko pędzą przez skrzyżowanie uważając, że jakoś to będzie. Inni bardziej ostrożni i cierpliwi przyczają się, po to by ruszyć z piskiem opon kiedy uznają, że sytuacja pozwala im na to. Inni zagubieni płyną z falą pojazdów bezwolnie, by za skrzyżowaniem zniknąć w jednej z 12 ulic.

Dla obserwatora jest to niesamowity widok. Przypomina dziecięce samochodziki na placu z karuzelami. Różnica polega na tym, że tam stłuczki i otarcia są na porządku dziennym, wpisane w zabawę. Tu nie ma mowy o kontakcie żadnych dwóch pojazdów. Kultura paryskich kierowców budzi podziw. U nas nie ma mowy, aby ktoś przepuścił innego kierowcę. Tam jest to normą, a zamiast wyzwisk i pyskówek trąbienie towarzyszy użytkownikom dróg nieprzerwanie. I to nie tylko na rondach, ogólnie jest to znak rozpoznawczy stolicy Francji. Co więcej, po paryskich ulicach, razem z samochodami, taksówkami i autobusami jeździ mnóstwo śmiałków-rowerzystów! W moim mieście chociaż ruch jest niewielki, nikt z mojej rodziny nie odważył się wjechać na ulicę. Tam uważałam to za normalne i bezpieczne.

Przyglądając się ruchowi na rondzie Charlesa de Gaulle’a, przez moment pomyślałam o komunikacji i kierowcach w Poznaniu. W czasie letniego handlowania, każdego dnia wracam z mężem samochodem z rynku. Do pokonania mamy może dwa kilometry, by dojechać do garażu niezbyt ruchliwą ulicą. Mąż, jako kierowca zawodowy, ma wyjątkową cierpliwość do współużytkowników dróg. Rozumie i wybacza wiele. Ale to, co potrafią robić polscy kierowcy, by wyprzedzić innych, nie mieści się w pojęciu przyzwoitości i elementarnych zasadach szacunku do innych kierujących. Wymusić, zajechać drogę, za nic w świecie nie pozwolić zmienić  pas ruchu, udawanie, że się nie zauważa potrzeby innych, skręt bez migacza, wyzwiska, gesty palcami o wiadomej wymowie, to tylko niektóre zachowania naszych kierowców. Nie do pomyślenia jest zamiana Francuzów na Polaków za kierownicą, na rondzie przy Łuku Triumfalnym. Wierzcie mi policja miałaby co robić i to przez pełne 24 godziny na dobę.

Może przesadziłam z krytyką polskich kierowców? Napiszcie proszę o swoich doświadczeniach na drogach polskich i nie tylko. Może ktoś z Was miał okazję poruszać się autem po stolicy Francji i przejeżdżać przez opisane przeze mnie miejsce?

Do tekstu dołączam zdjęcie własnego autorstwa z tego ważnego miejsca dla turystów, paryżan i kierowców.

 Łuk Triumfalny