MEDIATOR KRYZYSU RODZINNEGO I NIE TYLKO

Zmiany w dziedzinie profesji dokonują się na naszych oczach. Jedne zanikają, z braku zapotrzebowania na nie, inne powstają, bo problemy jakie pojawiają się, wymuszają powstawanie nowych rodzajów usług. Czasy, w których mamy przyjemność żyć, są dynamiczne i wymagają zmian w wielu dziedzinach życia. To co wystarczało naszym rodzicom, niekoniecznie dobrze służy nam. Dla przykładu, dawniej tak popularna instytucja swatki, została wyparta przez profesjonalne biura matrymonialne, a te z kolei zastąpione, formą na miarę XXI wieku, czyli bardzo szeroko rozbudowanymi i dostępnymi  każdemu internaucie, portalami randkowymi. Instytucja małżeństwa, też traci swoją popularność, a młodzi wybierają formę wolnych związków, które dają im, możliwość rozstania, bez żadnych przykrych i żmudnych, trwających miesiącami, formalności. Przecież nie zawsze trzeba się rozstawać, z byle jakiego powodu. Warto wykorzystać różne możliwości dla ratowania rodziny. 

Naprzeciw rozpadającym się związkom wychodzi nowa inicjatywa, nieznana dotąd forma pomocy w sprawach rodzinnych, czyli mediator. Czasem partnerzy, tak są ze sobą skłóceni, często z powodów błahych, że sami nie potrafią się porozumieć. Jedyna droga jaką widzą w swojej beznadziejnej sytuacji, to rozwód, w małżeństwach lub rozstanie ludzi żyjących w wolnych związkach. Krzywdzą siebie nawzajem, a przede wszystkim dzieci, jeżeli je posiadają. Najważniejsze, by nic nie utracić ze swego głupiego zacietrzewienia i być górą w stosunku do oponenta. Dawniej zgodne małżeństwo, przechodzi kryzys, a jego dalsze trwanie wisi na włosku. Te zatargi, czasem niegroźne, łatwo może rozwiązać mediator. Do niego mogą zgłosić się po pomoc, zwaśnione osoby. Nadrzędnym celem, wszystkich osób, jest doprowadzenie do porozumienia między partnerami, by konflikt dzielący ich zażegnać i pomóc zrozumieć, że prawdziwego powodu do rozstania, nie ma. Osoby skłócone muszą zrozumieć powody nieporozumień, wyjaśnić je i poszukać nowej, lepszej drogi na dalsze życie.

Są dwa sposoby pracy mediatora z rodziną: bezpośredni i pośredni. Bezpośredni, to rozmowa w trójkę. W obecności osoby trzeciej małżonkowie opowiadają po kolei, z czym mają problem, czego u partnera nie mogą zaakceptować, co ich złości, rozczarowuje i nie pozwala na porozumienie. Mediator nie może okazywać sympatii i stawać po stronie jednego z partnerów, musi być bezstronny, neutralny. Wypracowują sposób dalszego postępowania, taki który nie będzie ranił nikogo, wszyscy  powinni czuć się równi. Dobrze jest też, gdy osoby skłócone przyznają się do swoich błędów, postarają się wyeliminować je, z czasem, ze swojego zachowania. Wiedzieć, poznać to co drugiego drażni, czego oczekuje,  to połowa sukcesu. Wtedy można pracować nad sobą. Oczywiście jest to możliwe, kiedy obojgu zależy na dalszym wspólnym życiu i uczynieniu go, dla każdego,  jak najlepszym.

Czasem, wystarczy jedno z małżonków. Mediator po wysłuchaniu i w porozumieniu z nią, podejmie sposób dalszego postępowania. Są to tak zwane mediacje pośrednie, gdzie skłócone strony spotykają się z pośrednikiem (mediatorem) indywidualnie. Przeprowadza on osobne rozmowy z każdym z nich. Przekazuje, to co uzgodnione z jednym partnerem, drugiemu. Wypracowuje na odległość sposób na utrzymanie rodziny i wzajemnego stosunku do siebie, w dalszym życiu. Małżonkowie rozmawiają ze sobą poprzez osobę trzecią. Wtedy nie dochodzi do kłótni, wygadywania sobie tego co złe i tworzenie niesprzyjającej atmosfery do porozumienia. Bez niepotrzebnych napięć mediacje mają szansę zakończyć się pomyślnie.

Pamiętajmy wszyscy, że słowa, czasem ranią bardziej niż czyny. Bolą przez lata, wracają w najmniej oczekiwanych momentach, nie pozwalają zapomnieć, krzywdy jaką wyrządziły. Ważne by w chwilach emocji, złości, nie sięgać po to, co partnera zaboli najbardziej. Strzeżmy się tego i unikajmy kłótni w momentach maksymalnego wzburzenia. Wtedy łatwo przekroczyć granice. Słowa wypowiedzianego nigdy nie da się cofnąć. Sama wiem jak trudno zachować opanowanie i rozsądek, w czasie kłótni. Wiem też, z własnego doświadczenia, że po każdym takim zajściu, czuje się źle i żałuje każdego słowa, które powiedziałam. Człowiek powolnieje z wiekiem, uczy się zachowania umiaru w wypowiadaniu krzywdzących epitetów. Życie, dzięki temu, staje się o wiele prostsze i przyjemniejsze. Dlaczego, z reguły, tak bardzo reglamentujemy obdarowywaniem się na wzajem słowami miłymi, ciepłymi, dającymi drugiej osobie przyjemność? O wiele łatwiej jest nam na kogoś nakrzyczeć, bo mamy gorszy dzień albo tak bez powodu. Prawda, że to nie ma sensu? Sami możemy rozwiązywać konflikty i łagodzić napięcia, ale musimy chcieć. Jeżeli takiej woli nie ma, nie wpadajmy w rozwiązania radykalne (rozwód). Zwróćmy się do profesjonalisty, bo każdy sposób na utrzymanie rodziny, warto wykorzystać.

Mediator godzi, nie tylko zwaśnionych małżonków. Pomaga dojść do porozumienia w różnych dziedzinach życia, różnego rodzaju konfliktach. Sfera pracownicza, gospodarcza, a nawet sprawy karne, są przedmiotem mediacji. Dzięki tej pomocy, sprawa nieporozumienia, może być wyjaśniona, a strony mogą dojść do ugody, bez procesów sądowych, długich i kosztownych. 

ŻYCZENIA Z OKAZJI ŚWIĄT WIELKIEJ NOCY

Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych, wszystkim Gościom mojego bloga, składam najszczersze, serdeczne życzenia. Niech budzący się po zimie świat, zaskoczy Was swoim pięknem na nowo, promienie słońca dadzą dużo dobrej energii, którą podzielcie się z rodziną i znajomymi. Wspólne świętowanie przy stole niech będzie okazją do okazania sobie miłości i szacunku.

Elżbieta

http://www.elle.pl/kuchnia/artykul/wielkanocne-ciasta-2


http://www.elle.pl/kuchnia/artykul/wielkanocne-ciasta-2

WIADOMOŚĆ SPÓŹNIONA, ALE BARDZO MIŁA DLA KAŻDEGO

Wczoraj, podczas rozmowy z córkami, za pomocą Hangouta, w późnych godzinach wieczornych (około 21.30  czasu polskiego), dowiedziałam się, że 20 marca, to Międzynarodowy Dzień Szczęścia. W czasie obiadu uważnie oglądałam serwisy informacyjne, czytałam newsy na paskach. Było wszystko, w szczególności dramaty ludzkie z całego świata: rozbity samolot, wypadek autokaru, wybuchające bomby razem z samobójcami, imigranci, polskie wojny polityczne, TK, marsze w obronie KOD i inne. Nikt, na żadnej stacji, nawet nie wspomniał o tak pięknym święcie. Prawda, że ma dopiero 5 lat, ale żeby na żadnym kanale o nim nie pamiętano? Pierwszy dzień astronomicznej wiosny i dzień szczęścia. W telewizji, radio i gazetach powinno  kipieć od pozytywnych emocji, wesołych piosenek, okolicznościowych wierszy, przedstawień i przerywników. A tu nic, smutno, ponuro i nijak, zgodnie z codziennym schematem. Więc moi Drodzy Goście, choć z opóźnieniem, uprzejmie informuję, że wczoraj był taki dzień.                                                                                                          

Cytat z WP:,,Międzynarodowy Dzień Szczęścia został ustanowiony przez Zgromadzenie Ogólne ONZ rezolucją z 28 czerwca 2012 roku. Na obchody wyznaczono dzień 20 marca, który jest także pierwszym dniem wiosny”.

Proszę podzielcie się ze mną wiadomościami, czy wiedzieliście o tym, że 20 marzec, to Międzynarodowy Dzień Szczęścia?

PIERWSZY DZIEŃ WIOSNY. IDZIEMY NA WAGARY

Nigdzie nie jest napisane, nawet nie słyszałam, żeby ktoś to powiedział, że wagary przynależą tylko uczniom. W tym roku może być inaczej. 21. marca, w pierwszy dzień wiosny, na wagary idą wszyscy dorośli. Szok, konsternacja, niedowierzanie, że na taki czyn nas stać? W XXI wieku, nikogo już nie szokuje zachowanie i ubiór rodziców, a nawet dziadków, tożsamy z młodzieżowymi trendami. Przed każdą żywą istotą o duszy młodej, otwartej na nowe przestrzenie i możliwości życia, bez względu na lata, świat otwiera swoje ramiona. Dlatego, dla ludzi z wyobraźnią, wagary to normalna potrzeba każdego człowieka. Pracujący mogą wziąć urlop, dziadkowie opiekujący się wnukami dzień na regenerację psychiczną i fizyczną organizmu. Uprzedzamy wcześniej, żeby nie było dla nas i innych kłopotów i w drogę.

Nic prostszego. Wieczorem szykujemy plecak z pysznościami, dodatkowym swetrem i wiatrówką przeciwdeszczową, planujemy miejsce docelowe. Wstajemy wcześnie rano, z pierwszym śpiewem ptaków ruszamy za miasto. Zmotoryzowani, samochód zostawiają w garażu. Kto ma dwa kółka jedzie na nich do celu, inni, jeżeli poznali nordic walking, biorą kijki i maszerują na obrzeże miasta, pozostali wsiadają w podmiejski autobus, który jedzie do zaplanowanego miejsca, kasują bilet i spokojnie czekają na swój przystanek. Cel wyprawy z góry postanowiony. Chcemy poszukać oznak wiosny, nie tej kalendarzowej, a naocznych dowodów jej przybycia czyli kwiatów. W lesie i na łąkach powinny pojawić się: przebiśniegi, krokusy, śnieżyce. Pączki narcyzów, żonkili, tulipanów, wystawiające nieśmiało główki z ziemi, w ogródkach. Trawa delikatna, młoda i świeża, ledwo wystawiająca zielone listki spod suchej, zniszczonej jesienno-zimową aurą, starej. Słonko, zapewne w tym dniu zaświeci jaśniej i ogrzeje nasze blade buzie, pojawią się pierwsze piegi na nosie. Gałęzie drzew, jeszcze gołe, ale nabrzmiałe pączki w gotowości czekają na swój moment wybuchu zielenią. Możemy spotkać i usłyszeć rozmowy ptasich zwiastunów wiosny. Mam na myśli skowronki, żurawie i bociany, które wróciły z zimowej emigracji. Wśród tych, które mieszkają u nas cały rok, też wiosna wymusza inne zachowanie, śpiewniej ćwierkają, naprawiają albo budują nowe gniazda, są ruchliwsze i jakby bardziej szczęśliwe. Szykują się do przyjścia potomstwa na świat. Warto wybrać się za miasto i zachwycać urokiem i dziwami pierwszego dnia wiosny, powspominać lata szkolne.

Przyjemność sprawi nam nie tylko dzień dzisiejszy, ale wspomnienia, jakie wywoła. Kiedy byliśmy uczniami, wagary w czasach PRL-u nie były tolerowane z takim przymrużeniem oka, jak dzisiaj. Może opiszę swoje przeżycia związane z tym dniem? Posłuchajcie. W szkole podstawowej, czyli do piętnastego roku życia, nikomu nie przyszło na myśl, przynajmniej u nas na wsi, żeby odważyć się i pójść na wagary. Ale w liceum, nie było takiej siły, która zatrzymałaby nas w murach szkoły. Wszyscy (ci co nie mieli odwagi, zostawali w domu) szliśmy witać wiosnę nad brzegiem Warty albo w pobliskim lesie niedaleko dworca towarowego. Wtedy nie było podziału na wieśniaków i mieszczuchów. Stanowiliśmy zgraną grupę, wesołą, swobodną, pełną pomysłów i spontanicznej radości. Paliliśmy papierosy, prawie wszyscy, a jednego roku piliśmy wino, podłej jakości. Z reguły było zimno i mokro, usiąść nie było gdzie. Jeden z nas musiał zawsze stać na czatach, bo milicja w tym dniu była wyjątkowo aktywna. Funkcjonariusze kontrolowali miejsca, w których przypuszczalnie mogła być młodzież szkolna. Ale my i tak byliśmy bardziej pomysłowi i złapać na wagarach żaden z nas się nie dał. Jednego roku wylądowaliśmy w ościennym miasteczku, ze słynnym więzieniem o zaostrzonym rygorze. Kolejka wąskotorowa, z szybkością równą rowerzyście, zawiozła nas na miejsce. Czuliśmy się tu bezpiecznie i swobodnie. Milicja tamtejsza nie przypuszczała, że nas gości.

Proszę opowiedzcie o swoich wagarach szkolnych.

Co myślicie o mojej propozycji wypadu na łono natury, w pierwszy dzień wiosny, z plecakiem jak uczniowie? Jesteście gotowi? Potraficie  poczuć się jak zarumieniona dziewczyna, w zwiewnej sukience i chłopak z rozczochraną czupryną, z dawnych lat?

WYTRZYMAŁAM TRZY LATA I ANI CHWILI DŁUŻEJ

Nie lubię wtrącać się w układy i relacje między ludźmi. Dlatego nie reagowałam na coś, co za każdym razem powodowało, że maleńkie, niewidoczne włoski na moich rękach stawały na baczność i wracały do pozycji wyjściowej, kiedy ich właścicielka, czyli ja, opuszczała sklep. Muszę przyznać, w tym przypadku, moja cierpliwość przeszła wszystkie możliwe granice wytrzymałości i stało się tak jak stać się musiało. Czyli, nie wytrzymałam. W poniedziałek, jak zwykle robiłam zakupy, w moim ulubionym miejscu, gdzie nabywam wyśmienity chleb i wędliny, podobne smakiem do tych, jakimi karmiła mnie mama, czyli z własnego wyrobu. Na stoisku serowo – wędliniarskim, jak zwykle były dwie miłe panie. Starsza, zachowująca się zawsze jak szefowa i młodsza, z tego co wydedukowałam, jej podwładna. W trakcie szykowania moich towarów starsza ekspedientka znalazła czas, by jak zwykle ofuknąć młodą dziewczynę, o źle nakrojony ser żółty (zdaje się, że chodziło o zbyt duży kawałek, który nie pasował do krajalnicy). Czerwone od wstydu dziewczątko, zaprzeczało jakoby to nie jej sprawka, a pań z sobotniej zmiany, ale pani nie przejmując się mną, rugała niewinną bezlitośnie. Kiedy skończyła mnie obsługiwać pani-szefowa, przy stoisku nie było żadnego klienta, więc odezwałam się grzecznie:

- Przepraszam bardzo, że się wtrącam. Ale dłużej nie mogę milczeć, albo zmienię sklep, albo …….  - nie zdążyłam dokończyć. Pani zdziwiona, z oczami wielkimi, zapytała:

- A co się stało?

- Od wielu lat robię zakupy na Waszym stoisku i za każdym razem jestem świadkiem jak pani i koleżanki pastwicie się nad tą młodą, delikatną, profesjonalnie i grzecznie obsługującą klientów dziewczyną. Obserwuję ją, pracuje sprawnie, zna asortyment, fachowo udziela informacji, lubię być jej klientką. Zawsze, kiedy tu kupuję, podkreślam zawsze, pani i koleżanki szykanujecie ją bez powodu. Ciągle słyszę uwagi krytyczne skierowane pod jej adresem. Nawet wtedy gdy jest kolejka. W sobotę, jedna z ekspedientek rzucała papierami, położonymi przez panią Anię pod mokry ser, na oczach klientów, bo nie tyle było ręczniczków i papierków ile trzeba. Za chwilę ryby źle położone, innym razem za dużo plastrów wędliny ukroiła i tak bez końca. Stałam kilkanaście minut i nie mogłam patrzeć jak ta biedna dziewczyna ciągle się tłumaczyła i usprawiedliwiała. Była zbyt duża kolejka i nie chciałam zakłócać płynności obsługi. Więc wyszłam.

- Bo Ania nie słucha, nic nie robi dobrze, praca z nią to gehenna. Przez trzy lata nie potrafiła się nic nauczyć. Dlatego zwracamy jej ciągle uwagę, uczymy ją.

- Potrafi swoją obsługą zadowolić wymagającego klienta, a nie umie zadowolić koleżanek? Powodem Waszej krytyki nie jest jej zła praca. Jesteście panie negatywnie nastawione do młodszej koleżanki i cokolwiek zrobi, zawsze będzie źle. Radzę zastanowić się nad swoim postępowaniem, bo nauczyciel powinien zwracać uwagę uczniowi na zapleczu, podczas podsumowania dnia, nigdy przy klientach. Wiem co mówię, pracowałam w handlu, uczyłam młodszych.

Tak rozstałyśmy się w poniedziałek. W czwartek weszłam na ulubione stoisko po rybę wędzoną. Była moja Ania i starsza koleżanka, nie ta, z którą rozmawiałam. Zapytałam pani Ani czy jej nie zaszkodziłam? Powiedziała, że nie i uśmiechnęła się serdecznie.

Nie jestem wścibska, nie wtrącam się w sprawy innych, ale nie mogę milczeć, kiedy krzywdzi się młodych, bezbronnych, delikatnych ludzi, którzy sami nie są w stanie się obronić. Nierówna siła czterech (starsze ekspedientki) w stosunku do jednego, to zbyt duża przewaga. Najpierw zastanawiałam się, czy porozmawiać z kierowniczką, którą dobrze znam, z czasów wspólnych wywiadówek w szkole. Pomyślałam, donoszenie to nie moja bajka i zrezygnowałam. Może moje grzeczne uwagi pomogą spokojnie pracować tej młodej dziewczynie? Proszę podzielcie się swoimi spostrzeżeniami na poruszony problem, w moim tekście. Może macie podobne doświadczenia, czy reagujecie w takich sytuacjach, czy potraficie przejść obojętnie? 

JACEK KAWA, WALCZY Z GLEJAKIEM. BEZ NAS, NIE PORADZI SOBIE

Poruszająca i ważna sprawa, o której przeczytałam na zaprzyjaźnionym blogu, pani Agnieszki:
http://szeptyduszy.blog.onet.pl/2016/03/04/wloclawianin-walczy-z-guzem-mozgu-potrzebuje-naszej-pomocy/

Nad treścią zamieszczonego tekstu pochyliłam się nisko i zareagowałam jak każdy wrażliwy człowiek. Pierwszy odruch, to bunt, odrzucenie krzywdy, jaka spotkała młodego człowieka. Po chwili mobilizacja i chęć pomocy za wszelką cenę. Istnieje szansa na wyzdrowienie Jacka Kawy, ojca i męża, ale potrzebne są pieniądze na operacją za granicą. POMÓŻMY. Napisanie kilka słów o chorym, przekazanie symbolicznej złotówki, z własnych zasobów, to niewiele, dla każdego z nas. Dla chorego, to ŻYĆ ALBO NIE ŻYĆ.

Polacy są wrażliwymi ludźmi. Nie przechodzą obojętnie, kiedy niewinnym dzieje się krzywda. Pozwólcie, że jako przykład przypomnę ogromne serce moich rodaków, po apelu i prośbie o pomoc maleńkiemu Kajtkowi. Udało się i wyjechał z mamą do Stanów, na leczenie. W sobotnio-niedzielnym numerze Głosu Wielkopolskiego znalazłam jego zdjęcie z mamą i Marcinem Gortatem, który zaprosił ich na mecz. Wierzcie, serce ścisnęło mi się z radości i dumy. To nie cierpiący, ze smutnymi oczami chłopczyk, ale pogodne, bez ran na buzi dziecko, z paluszkami jeszcze w bandażach, ale już rozdzielonymi. Leczenie trwa, a Kajetan jest na drodze do całkowitego odzyskania zdrowia. Moja rodzina jest cząstką tego sukcesu, a ja czuję ciepło radości, które przechodzi przez moje ciało, kiedy widzę szczęśliwe dziecko.

Podobnie może być z Jackiem Kawą. Pomóżmy Mu wykorzystać wszystkie szanse powrotu do zdrowia. Do apelu dołączam potrzebne dane dla ewentualnych darczyńców. 

Pomoc dla Jacka Kawy

PRZYJAŹŃ PRAWDZIWĄ TRUDNIEJ SPOTKAĆ NIŻ WIELKĄ MIŁOŚĆ

Dość długo żyję, by móc z pełną odpowiedzialnością postawić tezę, którą zatytułowałam swój wpis. Tak, tak, o prawdziwą, szczerą i wierną przyjaźń trudniej, niż o wielką miłość w stylu Romea i Julii. Niestety, z przykrością, muszę przyznać, że wśród ludzi, z którymi przyszło mi spotykać się, w różnych okresach życia, nikogo, nie mogę nazwać przyjacielem. Po prostu osoby takiej nie spotkałam na swojej drodze. Koleżanki tak, kolegów i owszem, ale nic poza tym. Faktem jest, że nie zrobiłam wiele, by mieć przyjaciół, nie zabiegałam też szczególnie o to. Myślę, że o przyjaźń nie trzeba jakoś szczególnie się starać. Ona jest, pojawia się znikąd, rodzi się bez przyczyny.

Wydaje mi się, że jestem człowiekiem normalnym, ani złym ani wyjątkowo dobrym. Choć nie wiem czy samoocena może być obiektywna? Można obdarzyć mnie zaufaniem, nie zdradzam, raczej nie plotkuję o innych, ludziom sprzyjam, a nie szkodzę, a jednak nikt nie obdarował mnie przyjaźnią. Czy tylko ja mam z tym problem, czy jest prawdą, że prawdziwa przyjaźń nie istnieje?

Nie rozwinę tematu świadomie, bo nie chciałabym treścią wpisu nic sugerować. Swoje myśli i spostrzeżenia, dotyczące problemu, napiszę pod komentarzami.  Zapraszam do rozmowy i rozwinięcia tezy postawionej w tytule.