KLINIKA OBUWIA, ATELIER FRYZUR, PRACOWNIA URODY

Nazwy własne rządzą się swoimi prawami. Czasem ich twórcy nadużywają semantyki, albo poszerzają ją o nowe elementy. Celem tych zabiegów jest dodanie prestiżu miejscu handlu lub usług, jakie prowadzą. Dla przykładu, niewielki sklep osiedlowy nazwany marketem lub salonem pozwala klientom, poddanym przez nazwę sugestii, uwierzyć, że towary tu zakupione są dostępne w szerokim asortymencie, a ich jakość najwyższa. W czasie PRL-u bardzo popularne były boutique (butiki), maleńkie sklepiki z odzieżą, nie zawsze dobrej jakości. Nazwa sklepu sugerowała jednoznacznie, że w miejscu tym oferuje się towary prosto z Pól Elizejskich, w Paryżu. Dzisiaj, by nadać rangi miejscom handlu i usług mami się klientów nazewnictwem, które nie ma nic wspólnego z tym, co dzieje się w środku. Spacerując po moim mieście, od dłuższego czasu wyłapuję właśnie takie nazwy. Pozwolę sobie omówić kilka takich miejsc i rażących określeń w konfrontacji z tym, co oznaczają one w Słowniku języka polskiego PWN.

Zacznę od  klinik: Klinika Obuwia, Klinika Książek, Klinika Paznokcia, Klinika Dźwięku. Najpierw słownikowe wyjaśnienie hasła: ,,klinika – szpital pełniący również funkcje naukowo-badawcze oraz prowadzący szkolenia studentów medycyny”. Cóż wspólnego z tą nazwą ma warsztat szewski, nazwany górnolotnie Kliniką Obuwia? Miejsce o takiej nazwie mieści się na bocznej ulicy, w maleńkim pomieszczeniu, okratowanym zardzewiałymi prętami, a w środku typowe akcesoria szewskie, czyli prawidła, płaty skóry na zelówki, różne rodzaje obcasów, sznurowadła, pasty i szczotki do pielęgnacji butów. Na szewskim zydelku siedzi, w brązowym fartuchu, doktor z szydłem w ręku, leczący obuwie. Ten obrazek i nazwa widniejąca nad wystawą powodują zgrzyt między tym, co się widzi, a tym co przeczytaliśmy. Podobne odczucia mamy widząc nazwę Klinika Książek, nad zwykłą introligatornią, gdzie przywraca się uszkodzonym egzemplarzom dawny wygląd. Wchodząc do Kliniki Paznokci, miejsca gdzie pani manicurzystka pilnikuje, maluje, nakłada tipsy i wydłuża paznokcie, nie czujemy się jak w klinice uniwersyteckiego szpitala. Jest to zazwyczaj maleńkie pomieszczenie, gdzie przy pulpicie siedzi młoda pani, oferując usługi w zakresie pielęgnacji rąk i nóg. Zaś Klinika Dźwięku, to nic innego jak sklep muzyczny, który sprzedaje płyty, taśmy, czasopisma muzyczne.

Inny kwiatek, z jakim się spotkałam, to dumnie brzmiące atelier: Atelier Fryzur, Atelier Amers. Zajrzyjmy do słownika, gdzie czytamy pod hasłem atelier:

1. pracownia malarza, rzeźbiarza i fotografika;

2. zespół odpowiednio urządzonych pomieszczeń, w których nakręca się filmy.

Co wspólnego ma zakład fryzjerski z atelier? Nazwa ma sugerować, na wyrost, że fryzjer jest artystą, który potrafi wyrzeźbić lub wymalować niesamowite fryzury, które będą zachwycać cały świat przez wieki. W rzeczywistości jest to niewielkie pomieszczenie z dwoma fotelami, lustrami z epoki głębokiej komuny, gdzie klient zazwyczaj przychodzi umyć włosy, przystrzyc je na żądaną długość, wymodelować, czasem zmienić kolor, albo zrobić trwałą ondulację, z reguły paniom w starszym wieku. Z kolei Atelier Amers, to nic innego jak mała knajpka, gdzie można zjeść pospolite dania typu fast food, wypić colę lub pepsi, bez możliwości wygodnego siedzenia przy stole i komfortu, na jaki wskazywałaby nazwa.

Labirynt Fryzur, to nazwa kolejnego zakładu fryzjerskiego. Również daleko mija się z wyjaśnieniem słownikowym hasła, gdzie czytamy:

1. starożytna budowla o skomplikowanym układzie licznych sal i korytarzy;

2. w przenośni: zawiły splot wydarzeń, sytuacja bez wyjścia; zamęt;

3. motyw ogrodowy, o układzie krętych ścieżek okolonych żywopłotem;

4. nazwa błędnika w uchu wewnętrznym.

Gdzie tu szukać podobieństwa i analogii?

Inne interesujące nazwy, które spotkałam to: Pracownia Urody, Studio Meblowe, Salon Meblowy. Dumnie brzmią niektóre nazwy określające miejsca zwykłego, przeciętnego handlu i usług. Zapewne właściciele, wybierając je, kierowali się przyciągnięciem większej ilości klientów. Nazwa miejsca, podobnie jak tytuł filmu, artykułu czy programu, może bardziej zachęcić i więcej uczynić niż jego treść, a w tym przypadku, jakość usług i towarów, które oferuje. Wymyślone nazwy mają spowodować, że ich klienci chętniej będą je odwiedzać, myśląc, że wykonane usługi są na najwyższym poziomie, a zakupiony towar najlepszy z najlepszych. Bo przecież meble zakupione w zwykłym sklepie meblowym nie mogą się równać z tymi z Salonu Meblowego czy Studia Meblowego. Nazwanie sklepu z meblami kuchennymi studiem lub salonem jest wysoce na wyrost i trąci pretensjonalnością. Według Mirosława Bańki, mamy do czynienia z inflacją słów, która stanowi zjawisko ciągłe. Nagminne nadawanie takich nazw, w myśl zasady wszystko jest na sprzedaż, stanowi obraz czasów współczesnych. Może za kilkadziesiąt lat, przytoczone przeze mnie przykłady nazw zmienią lub poszerzą semantykę wyrazów: salon, atelier, labirynt, pracownia, klinika.

Proszę Was moi czytelnicy, podzielcie się swoimi spostrzeżeniami w tym zakresie. Podaję kilka pomysłowych, intrygujących nazw lokali, na które zwróciłam uwagę w swoim otoczeniu: Krowi Placek, Blubra Caffe, Czarne Mleko, Dzika Szama. Proszę dodajcie w komentarzach zaobserwowane w Waszej okolicy ciekawe nazwy. W moim tekście, raczej, krytykuję nazwy na wyrost. Niedawno czytałam ciekawy wpis na blogu Teresy, zupełnie w przeciwnej tonacji, bo odnoszący się z podziwem i aprobatą do miejsca, które określała jego nazwa. Podaję adres i zachęcam do przeczytania.

 
http://z-prowincji.blog.onet.pl/2016/01/30/wyspa-ponczosznicza

,,ALCHEMIK” PAULO COELHO JEST PRZY MNIE ZAWSZE.

Na lekturach ,,Ania z Zielonego Wzgórza” i ,,David Copperfield” wychowało się kilka pokoleń młodych ludzi. Z czasem, mam nadzieję, do listy kultowych pozycji dołączy kolejna. Kocham tę książkę, mam ją w domu i sięgam po nią często. Pierwszy raz przeczytałam ,,Alchemika” w 2007 roku, ostatni w okolicach Gwiazdki. Mam wielką ochotę podzielić się z Wami świeżymi wrażeniami, dorosłego człowieka, choć lektura przeznaczona jest dla ludzi, raczej, młodych. Autor opowiada, w powieści, o tym co w życiu ważne i wartościowe. Pokazuje jak radzić sobie z problemami i je rozwiązywać, zachowywać spokój w trudnych sytuacjach. Najpierw dedykacja, która wita czytelnika pięknym tekstem:

,,Alchemik”, to książka dzięki której odkryłaś i pokochałaś świat literatury. Ona rozpoczęła w Twoim życiu podróż dzięki której, jestem pewna, przeżyjesz wiele przygód, ale co ważniejsze dowiesz się co znaczy szczęście, a także jak żyć, aby każdy dzień (wiedząc, że jest on jedyny i nigdy się nie powtórzy), był najpiękniejszym dniem Twojego życia. Zawsze miej marzenia, a przede wszystkim nie bój się ich realizować i wytrwale dąż do swoich celów. Kiedy będziesz mieć wątpliwości, zawsze wracaj do tej książki, bo daję Ci ją, aby przypominała Tobie, w trudnych chwilach, że jest na świecie coś, w czym jesteś doskonała tylko Ty i warto tego cierpliwie szukać. Pamiętaj, że cokolwiek zdarzy się w Twoim życiu, to właśnie buduje TWOJĄ LEGENDĘ”.

,,Alchemik”, to powieść – wskazówka drogi, jaką powinien przejść człowiek, na progu swojego dorosłego życia. Na podstawie losów hiszpańskiego chłopca, pasterza z Andaluzji, próbujemy poznać siebie, zajrzeć w własne serce, zmierzyć się ze swoimi słabościami i odnaleźć siłę, która pozwoli stanąć mocno na nogi, pomimo utraty wszystkiego i rozpoczęcia wędrówki w górę od zera. Prawda według Paula Coelho ma zawsze dwa oblicza. Pragnienie i strach przed postawieniem kolejnego kroku, jak go pokonać, jak nabrać pewności siebie. Poświęcenie dla wypełnienia zadania, jakie każdy z nas ma wykonać swoim życiem. Czy na to nas stać? Dla złudnego marzenia poświęcić to co pewne, daje gwarancję stabilizacji i pewność dnia kolejnego. Czy łatwo podjąć taką decyzję? Czy wielu ludziom starczy na to odwagi? Santiago kilka razy upadał na kolana, szukał sposobu, by podnieść się, dotrzeć do wyśnionego Egiptu, by odszukać skarb w pobliżu piramid. Zawodzi się, bo nie znalazł tego, czego szukał idąc za radą Cyganki. Ale czy poniósł klęskę? Nie. Wyprawa pozwoliła dotrzeć mu do innej prawdy i odkryć, co dla niego jest najdroższe. Idąc ścieżką marzeń, pielgrzym uczy się, poznaje świat, prawa nim rządzące, dobrych i złych ludzi. Sam musi wybrać, czy woli realizować łatwe zadania, czy stąpać po cierniach, cierpieć, hartować swoją duszę, upadać i podnosić się. Odrzucać plewy od ziaren, umieć wybierać, dokonywać selekcji ścieżek i ludzi, z którymi spotyka się na drodze. Hart, wytrwanie mimo porażek, choć inni rezygnują, wytrwać.

Ciekawe cytaty:

,,Nigdy nie dostrzegamy skarbów, które mamy tuż przed oczyma. Dzieje się tak dlatego – bo ludzie nie wierzą w skarby”.

,,Każda ziemska istota, cokolwiek by czyniła, odgrywa zawsze główną rolę w dziejach świata. Oczywiście nic o tym nie wiedząc”.

,,[…] świat, w którym żyjemy, staje się lepszy albo gorszy w zależności od tego, czy my sami będziemy lepsi czy gorsi. Tu właśnie przychodzi z pomocą siła Miłości, bo gdy kochamy, zawsze pragniemy być lepszymi, niż jesteśmy”.

,,[…] strach przed cierpieniem jest straszniejszy niż samo cierpienie”.

,,A wszystkie dni są takie same wtedy, kiedy ludzie przestają dostrzegać to wszystko, czym obdarowuje ich los, podczas gdy słońce wędruje po niebie”.

,,Każdy z nas we wczesnej młodości wie dobrze, jaka jest jego Własna Legenda. W tym okresie życia wszystko jest jasne, wszystko jest możliwe, ludzie nie boją się ani pragnień, ani marzeń o tym, co chcieliby w życiu osiągnąć. Jednak w miarę upływu czasu jakaś tajemnicza siła stara się dowieść za wszelką cenę, że spełnienie Własnej Legendy jest niemożliwe”.

,,Kiedy widzimy ciągle tych samych ludzi, stają się oni w końcu częścią naszego życia. A skoro są już częścią naszego życia, to chcą je zmieniać. Jeśli nie stajemy się tacy, jak tego oczekiwali, są niezadowoleni. Ponieważ ludziom wydaje się, że wiedzą dokładnie, jak powinno wyglądać nasze życie. Natomiast nikt nie wie, w jaki sposób powinien przeżyć własne życie”.

,,Możliwość spełnienia marzeń sprawia, że życie jest fascynujące”.

Te i inne prawdy uniwersalne, dotyczące świata i ludzi, zawiera ,,Alchemik” Paulo Coelho. Warto po powieść sięgnąć, jej lektura nie będzie straconym czasem. Dla młodych czytelników to wspaniała przygoda, pełna fantazji i dziwów na drodze młodego andaluzyjskiego pasterza, konfrontacja z własnym życiem, marzeniami, siłą woli i determinacją, a także słabościami. Dla starszych powrót do młodości, przypomnienie własnych pasji, wyborów różnych możliwości, marzeń, które zostały zrealizowane, a niektóre zarzucone z różnych powodów. Zapraszam.

http://cyfroteka.pl/ebooki/Alchemik-ebook/p35234i73407


http://cyfroteka.pl/ebooki/Alchemik-ebook/p35234i73407

 

http://cyfroteka.pl/ebooki/Alchemik-ebook/p35234i73407


http://cyfroteka.pl/ebooki/Alchemik-ebook/p35234i73407

 

CYKL: MAŁE FORMY LITERACKIE. MAKABRYCZNY POSIŁEK

Na V roku studiów, w ramach specjalizacji dziennikarskiej, mieliśmy zajęcia z twórczego pisania. Warunkiem zaliczenia przedmiotu było zaprezentowanie kilku krótkich tekstów literackich, własnego autorstwa, napisanych na ściśle określony temat. Chciałam Wam drodzy Czytelnicy i Goście mojego bloga, zaprezentować niektóre z nich. Dodam tylko, że utwory dostały pozytywną ocenę nauczyciela akademickiego, który prowadził zajęcia z tego przedmiotu. Pierwszą pracą, którą Wam przedstawię jest ,,Makabryczny posiłek”. Tekst, napisałam wiosną 2010 roku. Elementy horroru, realnego strachu i zagrożenia, w nim zawarte, mają podczas lektury, w czytelniku spowodować narastanie grozy i uczucia obrzydzenia. Czy zamieszczoną niżej pracą, potrafiłam te doznania u Was wywołać? Proszę, podzielcie się swoimi uwagami w komentarzach. Może ktoś z Was będzie chciał dopisać ciąg dalszy albo zmienić zakończenie? Zapraszam do zabawy.

Makabryczny posiłek

Przyjechałam pod dom mojej babci. Ciągle tak mówię, chociaż już jej nie ma, a jedyną właścicielką jej majątku jestem ja. Podróż była długa i męcząca, jechałam z Warszawy do Ustrzyk, a potem jeszcze dwa kilometry dalej w kierunku lasu i zabudowań oddalonych od ludzi. Dziwna ta cisza i pustka po zgiełku warszawskich ulic i redakcji, w której pracowałam. Tam życie toczyło się według przyspieszonego rytmu, a tu jakby zatrzymał się czas w miejscu, wszystko istniało niezmienione od dziesiątek, a może setek lat. Blask księżyca dodawał magii koronom drzew w pobliskim sadzie i spadzistemu dachowi mojego domu. Cicho i bezpiecznie, tylko rechot żab przypominał, że to rzeczywistość, a nie obrazek namalowany na płótnie. Jeszcze tylko chwilę popatrzę na okolicę i pójdę spać, bo zmęczenie nie pozwala cieszyć się urokiem miejsca, w którym zamieszkam. Trochę daleko od ludzi, pomyślałam, ale tego mi trzeba po nerwowym życiu w stolicy.

Z uśmiechem ruszyłam do drzwi. Pamiętam je i klucz, który wydawał mi się niezwykły, przynajmniej wtedy, kiedy tu mieszkałam jako dziecko. Chętnie wracam w to miejsce, bo dzieciństwo u babci było jedynym szczęśliwym okresem w moim życiu. Szkoda, że nie przyjechałam tu wcześniej, czułam, że czekała na to i miała nadzieję, że jeszcze raz zamieszkamy razem. Jej łóżko, wygodne i duże zachęcało do snu. Majaki przyszły po chwili. Światło w piwnicy i szmery zmusiły mnie do zejścia w dół. Biała, jedwabna koszula zahaczyła się o klamkę, świeczka zgasła, a ja po stromych schodach pokoziołkowałam w dół. Na szczęście nie upadłam na betonową posadzkę, bo coś twardego i zimnego zatrzymało mnie wcześniej. Jak dobrze, że żyję, dużo nie brakowało i złamałabym kark.

Pod schodami leżało bezwładne ciało, w półmroku wyglądało jak wielka bryła, z której na wierzch wylewają się ogromne wnętrzności. Rozprute i zmiażdżone trzewia zastygły tuż nad ziemią. Poszarpane ubranie dodawało grozy temu strasznemu obrazowi. I ta upiornie blada twarz, zastygła, zdziwiona, jakby pytała, czy to już koniec życia? Dalej rzucał się w oczy sterczący kikut. Wygrażał oprawcom i niemo krzyczał: nie wolno, to moja noga, nie gryź, bo to boli! Ciszę zakłóciły nieśmiałe piski i delikatne szmery. To szczury wracały do posiłku, który przerwałam im, ja, nagłym wtargnięciem na ucztę. W kilku miejscach naraz pojawiły się świecące punkciki i przesuwały w kierunku ofiary. Po chwili były już wszystkie przy „suto zastawionym stole”. Nie zwracały uwagi na mnie, tylko w pośpiechu pożerały truchło człowieka i piszcząc z radością napychały głodne brzuchy. Z wielkim majestatem obchodziły tą kupę mięsa, a czerwone od krwi pyski jakby uśmiechały się do siebie. Jestem pewna, że w swoim języku mówiły o zadowoleniu. Nagle jeden z oprawców podszedł do mnie. Pomyślałam, że za chwilę ruszą wszystkie, a ja nie będę w stanie się obronić. Strach i obolałe kości nie pozwalały na zrobienie ani jednego kroku. Już czułam, jak wstrętne ciało szczura ląduje na mojej głowie, a mały pysk szarpie skórę i włosy. Te małe, groźne bestie gotowe były zaatakować każdego, kto zakłóci im ucztę. Byłam intruzem, którego zechcą wyrzucić ze swojego grona. Nie wiedziałam, kogo bardziej się boję, trupa, czy „niewielkich potworów”, które go pożerały?

Próbowałam się podnieść, a kiedy poczułam przerażający ból w nodze, czołgając się, pokonywałam kolejne stopnie stromych schodów. Czułam, że przesuwam się do góry, ale w dalszym ciągu leżałam obok martwego. Żeby tylko klucz był w drzwiach i obym nie musiała go szukać. Pamiętam, że drzwi zawsze zatrzaskiwały się same i bez niego nikt ich od środka nie otworzył. Łzy cierpienia i strachu same leciały po rozpalonych policzkach. Nie chciałam płakać, ale nie panowałam nad tym, jak i nad wszystkim co się w tej chwili wokół mnie działo. Dreszcz przeszedł mi po plecach, a pot przykleił koszulę do mojego ciała. Wydawało mi się, że minęły wieki, od kiedy wpadłam do piwnicy i leżę w tej niemocy, czekając, aż dopełni się los i stanie się ze mną to, co z tym biedakiem przy schodach.

Wmawiałam sobie, że to nie dzieje się naprawdę i kilka razy powtarzałam, by przekonać samą siebie, że to sen. Tylko w śnie nie można nic zrobić. W realnym świecie, w chwili zagrożenia, człowiek działa. Instynkt i rozsądek nakazują mu ratować życie i wszystko robi, by tak się stało. Obudziłam się rano, zmęczona walką, ale szczęśliwa, że to naprawdę tylko sen.         

 

ELEKTROEKO ODBIERZE ZUŻYTY SPRZĘT Z KAŻDEGO DOMU

Chciałam podzielić się z Wami informacją przydatną, myślę, dla każdego Polaka. Sama przez długi czas zbierałam śmieci, bo nie wiedziałam jak się ich pozbyć, zgodnie z przepisami. Zapewne, w piwnicy, na pawlaczu, gdzieś w szafce, przechowuje się zużyty, a niepotrzebny sprzęt AGD i RTV. Wiemy, że nie można wyrzucać urządzeń elektrycznych i elektronicznych do śmietników stojących na podwórkach, bo te mają inne przeznaczenie. Samemu odstawienie do punktu elektrośmieci, czasem jest kłopotliwe. Nie każdy ma duży samochód, który zmieści przedmioty o większych gabarytach. Do tego potrzebny jest czas  i ktoś kto pomoże załadować. Myślimy: dużo problemów, a zysk żaden. Najprościej składować śmieci, gdzie się da i nie myśleć o ich uprzątnięciu. Wolimy w piwnicy przewracać się o niepotrzebną pralkę, przesuwać ją z miejsca na miejsce niż pomyśleć o pozbyciu się jej. Nasz problem rozwiązał się sam. Wystarczy jeden telefon i ekipa przyjedzie na miejsce, odbierze sprzęt bez żadnych kosztów z naszej strony. Co więcej pracownicy sami wyniosą przedmioty z piwnicy albo zniosą z piętra.

Kilka słów o firmie.  ElektroEko, to spółka akcyjna, została powołana po to, by zgodnie z zaleceniami i przepisami zbierać i utylizować nieużywany sprzęt. Przy czym nie jest nastawiona na zysk, a raczej ochronę środowiska. Wiemy wszyscy, że porzucone przedmioty, nie poddane recyklingowi, stają się niebezpieczne dla życia ludzi, zwierząt i roślin. Nadrzędnym celem działalności ElektroEko jest ochrona przed dostaniem się do środowiska szkodliwych substancji. Oprócz tych działań firma prowadzi szkolenie, uświadamianie, edukację Polaków w zakresie prawidłowego postępowania ze zużytymi przedmiotami AGD i RTV. W tym zakresie wiedza naszego społeczeństwa jest na bardzo niskim poziomie, więc takie działania są uzasadnione i z wszech miar korzystne. Wszystkie środki pozyskane przez spółkę przeznaczone są na inwestowanie w tworzenie i rozbudowę systemu zbierania, odbierania, przetwarzania, odzysku, recyklingu i unieszkodliwienia niepotrzebnego sprzętu i edukację ekologiczną społeczeństwa. Pracownicy firmy są fachowcami w swojej dziedzinie. Należą oni do jednego z czterech działów: AGD, RTV i IT, Oświetlenie i Elektronarzędzia.

Jak załatwić odbiór elektrośmieci? Wystarczy zadzwonić do centrali na numer 2222 333 00. Infolinia czynna jest od poniedziałku do piątku w godzinach 8.00 do 17.00, a w soboty od 9.00 do 13.00. Obsługa zbierze nasze dane: nazwisko, miejsce zamieszkania, telefon kontaktowy. Przekaże informacje do właściwego oddziału, a jego pracownicy skontaktują się z nami i ustalimy wspólnie dogodny termin odbioru zużytego sprzętu. Od chwili zgłoszenia do odbioru, z reguły, upływa kilka dni. Jedno co musimy zrobić sami, to niepotrzebne przedmioty przygotować do odbioru. Pralki, kuchenki gazowe, lodówki powinny być odłączone od sieci elektrycznej, gazowej czy wodociągowej. Żeby ekipa odebrała zbędne przedmioty bezpłatnie, jeden z nich musi mieć minimum 60 centymetrów (np. telewizor 24 cale). I to wszystko.

Zachęcam do oddania niepotrzebnych przedmiotów, które zalegają w naszych domach. Nieużywane powodują wydzielanie szkodliwych substancji, które nie są obojętne dla naszego zdrowia. Do tego zagracają naszą przestrzeń życiową, która czasem i tak jest niewielka.

KOBIETY NIE CHCĄ RODZIĆ DZIECI. JAK JE DO TEGO ZACHĘCIĆ?

Wykonanie wszystkich obietnic z dwóch kampanii; prezydenckiej i parlamentarnej jest ważne dla Polaków. Leki darmowe dla seniorów, bo Ci chorują najwięcej, a środki jakimi dysponują najniższe. Emerytury wcześniejsze, bo tego oczekują umęczeni pracą Polacy. Frankowicze, bo przez swoją beztroskę przy zadłużaniu się na trzy dekady, nie przewidzieli, że kurs franka pójdzie w górę. Nie dziwi mnie, że nowy rząd zaczął od pomocy rodzinom. Realizację obietnicy ,,Rodzina 500 plus” i wsparcie na drugie i kolejne dziecko postawił na czele najgorętszych potrzeb. Od wielu lat zmniejsza się liczba urodzeń w Polsce, co skutkuje coraz mniejszą liczbą potencjalnych rodziców. Na skutek migracji, poszukiwania lepszych warunków życia opuszczają kraj, często na stałe, przede wszystkim ludzie młodzi. Społeczeństwo starzeje się w zastraszającym tempie, mniej dzieci rodzi się w stosunku do tych, którzy umierają. Dobra proporcja powinna wynosić 2,1 dziecko urodzone przez kobietę, w odpowiednim do tego wieku. Teraz dla Polski jest to 1,3 dziecka dla jednej kobiety.

Dr Krzysztof Szwarc z Katedry Statystyki i Demografii Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu powołuje się na długofalowe prognozy Banku Światowego dla Polski (Głos Wielkopolski, 16 – 17 stycznia 2016). Nie ukrywa, że trzeba patrzeć na te wyniki z niepokojem. Sporządzone wykresy podają analizy do 2100. Gdyby przyrost naturalny, w Polsce, utrzymywał się na obecnym poziomie, pod koniec XXI wieku nasz kraj będzie miał tylko 12 milionów ludności, przy dzisiejszej liczbie 38 milionów. Badania i wyniki są tylko hipotetyczne, w ciągu prawie 90 lat nie można przewidzieć, jakie czynniki będą decydować o przyroście demograficznym Polski. Biorąc pod uwagę obecne tendencje, prognozy nie mogą być optymistyczne. Obserwujemy, że młodzi ludzie często nie decydują się na posiadanie dzieci lub o wiele później niż miało to miejsce kilka lat temu. Obecnie, na pierwszym miejscu młodzi stawiają stabilizację, jej gwarancję i pewność. Zdobycie dobrego wykształcenia, potem płatnej, satysfakcjonującej pracy, wreszcie mieszkania lub domu. Rzadko młodzi chcą żyć pod jednym dachem w rodzinie wielopokoleniowej, co było bardzo popularne jeszcze kilka dekad wstecz. Wszystko przesunęło się w czasie. Założenie rodziny i  urodzenie pierwszego dziecka przez kobietę także.

A jak wygląda sytuacja w Poznaniu? Statystycznie, w moim mieście, jedna kobieta w wieku rozrodczym rodzi niewiele ponad jedno dziecko (1,1). Maksymalną liczbę ludności Poznań osiągnął  w 1990 roku i wynosiła  ona 590101 mieszkańców (GUS). Potem notowany jest jej spadek, a w rok 2016 wchodzimy z liczbą poniżej 500 tys., czyli wróciliśmy do stanu z roku 1973. Wiele czynników ma wpływ na złą sytuację demograficzną miasta. Zjawiska powodujące spadek ludności podobne są do tych w Polsce. Mniejsza liczba urodzeń, odpływ ludności do innych krajów lub do ościennych miejscowości. Około 2 tysiące ludzi, w wieku 30-40 lat, w ciągu roku, opuszcza Poznań. Zamieszkują w ościennych gminach, gdzie mają domy lub działki, a pracują w stolicy Wielkopolski. Zachęca ich do tego dobry dojazd, czasem szybszy niż z centrum na obrzeże miasta. Poznanianki, podobnie jak reszta Polek, rodzą pierwsze dziecko późno. Obecnie średni wiek kobiety to 30-34 rok życia, w czasie wyżu demograficznego 20-24. Nie trudno zauważyć, że wiek rodzących przesunął się o 10 lat.

Według Krzysztofa Szwarca, oprócz programu 500+, należy podjąć wiele działań długofalowych. Przede wszystkim stabilizacja na rynku pracy. Likwidacja niekorzystnych, dla kobiet, form zatrudnienia, które obecnie nie gwarantują często nawet zasiłku macierzyńskiego. Umowy zapewniające świadczenia i godziwą płacę, a także gwarancję powrotu na poprzednie stanowisko. Te rozwiązania powinny przeprowadzone być przez rząd, a do miasta należałoby stworzenie takich warunków życia w mieście, by młodzi ludzie nie chcieli go opuszczać. Trzeba pomyśleć nad obniżeniem kosztów zamieszkania w Poznaniu (obniżyć czynsz), tańsze mieszkania, lepsza komunikacja, niższe ceny biletów na transport publiczny. Promować i postawić na rodzinę, usprawnić funkcjonowanie Karty Rodziny Dużej. Prognozy przewidują, że do roku 2050 liczba mieszkańców Poznania ledwo przekroczy 400 tysięcy. Przed władzami naszego miasta, podobnie jak całej Polski, stoją duże wyzwanie i walka o każdego mieszkańca. Czy program ,,500 plus” pomoże zatrzymać spadek ludności kraju? Czy będzie tylko jedną z wielu prób, które nie dały spodziewanego rezultatu?