ŚWIAT MANIPULUJE HISTORIĄ. PRZECIEŻ TAK SIĘ NIE GODZI!!!

To, co dociera do Polaków co jakiś czas i  słyszymy coraz częściej z mediów, jeży włos na głowie. Od czasu do czasu jakiś polityk, i to najwyższy stołkiem, dziennikarz, czy inna osoba  popełnia, nieświadomy, udawany albo zaplanowany z rozwagą i dobrze rozumiany  błąd, przypisując Polsce i Polakom tworzenie obozów koncentracyjnych. Nie dalej jak wczoraj, agencja Ria Nowosti, a także telewizje: Russia Today i 5TV, napisały te słowa o Władimirze Medinkim: „….złoży kwiaty, aby uczcić pamięć o radzieckich jeńcach wojennych, którzy zostali zamordowani w polskim obozie koncentracyjnym w Sobiborze”. Nasza Ambasada RP w Moskwie zareagowała natychmiast, prostując błędną informację. Wiadomo wszystkim, że obozy koncentracyjne zakładali naziści, najpierw u siebie, na terenie Niemiec, osadzając w nich przeciwników Hitlera, potem na terenie wielu państw okupowanych, między innymi w Polsce, mordując w nich miliony Żydów, Polaków i więźniów innych narodowości.  Te zorganizowane do perfekcji, z niemiecką precyzją, fabryki śmierci, zagłady milionów niewinnych istnień znajdowały się na terenie Polski, ale budowane były przez naszego okupanta. Błędna publikacja poszła w świat i pozostała w pamięci czytelników na zawsze. Poprawiono błędy, podano właściwy przekaz, ale jak zawsze przy sprostowaniach mało kto przyjął to do wiadomości. 

Opisałam sytuację z ostatnich dni. Wcześniej miały miejsce podobne incydenty, a jednym z bardziej dosadnych była pomyłka  prezydenta USA, Baracka Obamy. W końcu maja 2012 roku, podczas wygłaszania laudacji na cześć Jana Karskiego, użył takich słów: ,,polski obóz śmierci”. Ignorancja czy świadomy przekaz. Nie prezydent układa swoje mowy, ma do tego zaufanych pracowników. Ale słowa wypowiedział on sam i cały świat je usłyszał. Chwila była ważna dla Polski i Polaków, został uhonorowany nasz rodak Prezydenckim Medalem Wolności. Zabolała nas mocno taka kłamliwa informacja. Oczywiście jak zwykle przeproszono, a zrobił to rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA. Słowa błędne zapamiętane zostaną w świadomości setek ludzi, sprostowanie niestety nie.

,,Polskie obozy zagłady”, takie określenia na hitlerowskie obozy koncentracyjne, pojawiają się w niemieckich mediach nagminnie. W Internecie roi się także od takiego nazywania niemieckich obozów koncentracyjnych. Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie poparło apel, by takie krzywdzące, fałszywe i błędne określenia, ścigane były z urzędu. To jedyny sposób, by zatrzymać falę nieprawdziwych przekazów. Takimi obraźliwymi określeniami wypaczana jest prawda o II wojnie światowej. Od czasu do czasu pojawiają się też informacje, że Polacy są winni wybuchowi wojny. Gdyby oddali Hitlerowi Gdańsk, nie napadłby na Polskę. Wiemy, że to nieprawda, machina wojenna rozpętana przez Rzeszę była nie do zatrzymania. Jednak ten fałsz i zakłamanie, funkcjonują, są w obiegu. Dzisiaj upominamy się o prawdę, nakazujemy prostować fałszywe wypowiedzi: w mediach, przez polityków, a nawet głowy państwa. Ale każda taka informacja fałszywa zostaje w pamięci ludzi i z czasem może uchodzić za prawdę.

Według danych Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w ciągu tylko trzech lat, interweniowano w sprawie użycia obraźliwych dla Polski i Polaków określeń dziesiątki razy. Biorąc pod uwagę lata 2010 do 2012 sprawa wyglądała następująco: 2010 było 103 upomnienia, 2011 mniej, bo 73, w kolejnym 2012 najmniej, bo tylko 23 sprawy

Naziści wyrządzili światu krzywdę ogromną, dokonali tak potwornych rzeczy, z których Europa nie mogła otrząsnąć się przez wiele lat od zakończenia wojny. Humanitaryzm, człowieczeństwo zostały poddane próbie. Jakakolwiek chęć wytłumaczenia, usprawiedliwienia, złagodzenia, zapomnienia rzezi niemieckich nazistów nie będzie możliwe nawet po upływie setek lat. Ta zbrodnia przeciw ludzkości będzie ostrzeżeniem dla przyszłych pokoleń, a rany zadane przez zbrodniarzy, będą krwawić zawsze, nawet wtedy, kiedy nie zostanie na ziemi ani jeden ocalały więzień. Zakłamywanie, fałszowanie prawdy historycznej boli nas Polaków mocno. Uderza w najczulsze struny pamięci, krzywdzi ludzi, którzy przeżyli wojnę i okupację, Żydów ocalałych i unicestwionych w wyniku holocaustu. Każde określenie typu: ,,polskie obozy śmierci”, ,,polskie obozy koncentracyjne”, ,,polskie obozy zagłady” rozdrapują rany na nowo, powodują bunt, poczucie krzywdy i niesprawiedliwości każdego Polaka, który zna historię własnego kraju.

,,WIARA, NADZIEJA, MIŁOŚĆ” FESTIWAL im. BUŁATA OKUDŻAWY- ZAGROŻONY

Mam zaszczyt wziąć udział w akcji ,,Blogi na scenę”, której celem jest wsparcie Festiwalu im. Bułata Okudżawy, w edycji toruńskiej i lubelskiej. Inicjatorem i pomysłodawcą jest  szef Kneziowiska o nicku Kneź Okrutnik. Zamieszczam teksty na blogu od ponad roku. Wiele ciekawych ludzi dzięki temu poznałam. Jedną z bardziej cennych rzeczy, która mnie przez ten czas spotkała, jest czytanie  i komentowanie wpisów mojego autorstwa, przez wymienionego wcześniej  Knezia Okrutnika. Wymiana komentarzy i dyskusje na  tematy, poruszone w naszych wpisach, należą do najbardziej merytorycznych, rzetelnych i rozwijających wiedzę w zakresie różnych dziedzin życia.  Słowa, tak pozytywne, pełne podziwu i uznania, rzadko kieruję do moich interlokutorów, a tym razem, wyraźnie podkreślone,  pod adresem osoby wymienionej wcześniej, mają jeden cel. Przekonać Was drodzy Czytelnicy, że Kneź Okrutnik, to osoba budząca zaufanie, a akcja jaką inicjuje jest z każdej strony prawdziwa i zasługuje na akceptację i jej dofinansowanie przez każdego z nas. Kneź Okrutnik wspiera swoim autorytetem tylko akcje niezwykłe. Taki właśnie jest Festiwal. Pomóżmy swoimi datkami wesprzeć ważną inicjatywę, która dopiero raczkuje, a rozgłos ma w wielu państwach Europy. Uczestnicy przyjeżdżają z różnych krajów i śpiewają na żywo.

Problem jest poważny. Przedsięwzięcia, nie oparte na komercyjnej formule, są bardzo trudne do prowadzenia. Kultura sama się nie sfinansuje, potrzebuje wsparcia bogatych, którzy mogą podzielić się swoimi pieniędzmi. Także instytucje kulturalne naszego kraju mają możliwości dołożyć kilka groszy. Przykra prawda jest niestety taka, ani jedni ani drudzy nie kwapią się z wsparciem finansowym. Wspaniała impreza, pod patronatem honorowym żony artysty, którego zna każdy z czasów siermiężnego PRL-u, Bułata Okudżawy, może nie odbyć się tego roku w Toruniu i Lublinie. Dotychczasowy wysiłek i dorobek jej twórców małżeństwa Borowików, może zakończyć się z prozaicznej przyczyny, braku funduszy. Wiemy doskonale, że kultura, z inicjatywy społecznej, bez pobierania opłat za bilety,darmowa dla każdego kto przyjdzie, potrzebuje wsparcia z zewnątrz. Pomimo, że artyści nie dostają gaży, są koszty, które trzeba ponieść. Właśnie pomocy na ten cel oczekują organizatorzy Festiwalu. Diabli człowieka biorą, kiedy słyszy się o ,,futrowaniu” gwiazd i gwiazdeczek polskich (czasem bardzo miernego talentu), ogromnymi sumami, za występy kilkuminutowe. Ci, co te pieniądze rozdzielają, muszą brać pod uwagę również działalność i talent tych mniej znanych, mniej utytułowanych, bo oni są, pracują i  pokazują, że wiele ich inicjatyw wzbogaca kulturę naszego kraju.

Doceńmy wysiłek Anatola Borowika i jego żony włożony dotychczas w organizację Festiwalu. Jego charytatywny charakter (podczas Festiwalu zbierane są środki na hospicjum). Zastąpmy, nie garnących się wesprzeć finansowo, sponsorów i instytucje państwowe do tego powołane. Pomóżmy przetrwać Festiwalowi im. Bułata Okudżawy. Może w przyszłym sezonie będzie łatwiej, może to tylko chwilowy kryzys? Może władze nowe będą łaskawsze dla inicjatyw tego typu? Swoją drogą dokładajmy swoją cegiełkę do tego projektu przez cały rok. Wszyscy, którym leży na sercu popularyzacja ballad Bułata Okudżawy, proszę, weźcie udział w akcji. Każda suma pomoże.

Dla zainteresowanych polecam informacje pod zamieszczonymi niżej linkami:

Notka o festiwalowym koncercie jest tu:

http://www.kneziowisko.pl/koncert-ii-festiwal-im-b-okudzawy/

Notka Dudiego o Bułacie:

http://www.kneziowisko.pl/sluchajmy-bardow-2-bulat/

Adres grupy fanów Festiwalu:

https://www.facebook.com/groups/festivalbulata/

Załączam do posłuchania. Muzyka z festiwalu im. Bułata Okudżawy



Pod tym adresem są dane potrzebne ewentualnym darczyńcom:


http://festiwal-bulata.blogspot.com

Hasło pod jakim wspieram inicjatywę:

III Festiwal wspieramy, bo ballady Okudżawy znamy!

MARINA ABRAMOVIĆ ARTYSTKA JEDYNA

Obrazek

Różne są powody, dla których poruszam na moim blogu ten temat, a nie inny. Tym razem inspiracją do napisania kolejnego artykułu była rozmowa z moimi dziećmi, o sztuce, artystach, filmie przez nich obejrzanym wcześniej. Starsza córka znawczyni sztuki, z racji wykształcenia i zawodu, zachęciła mnie do obejrzenia filmu dokumentalnego o życiu i twórczości, pochodzącej z byłej Jugosławii, artystki performance, Mariny Abramović. Dlaczego artystka ,,jedyna”, jak nazwałam ją w tytule? Jako jedyna w tak zaawansowanym wieku, ,,babcia performance” (jak nazywana jest w filmie), uprawia rodzaj sztuki, z reguły, przynależny ludziom młodym, silnym i zdrowym. Bohaterka filmu urodziła się 30 listopada 1946 roku w Belgradzie, stolicy Serbii. W tym roku skończy 70 lat i dalej czynnie uprawia performance. Pokaz w Nowym Jorku miał miejsce w 2010, kiedy artystka miała 63 lata, a film powstał dwa lata później. Miejsce urodzenia i sytuacja na Bałkanach, a także brak zainteresowania i miłości rodzicielskiej zadecydowały o twórczości Abramović. 

Marina Abramović

http://vers-24.pl/marina-abramovic-512-hours-serpentine-gallery-londyn/


http://vers-24.pl/marina-abramovic-512-hours-serpentine-gallery-londyn/

Manifest Abramović brzmi: artysta powinien być bezkompromisowy i nie powinien kochać innego artysty. Marina, to artystka którą determinują trzy cechy: osiąga każdy założony cel, jako dziewczynka pozbawiona miłości matki, obdarzona niezwykłą duchowością, potrafi wznieść się ponad wszystko. Jej praca artystyczna pozbawiona jest jakiejkolwiek kreacji. Ciało artystki stanowi główne medium i temat przekazu twórczego (body art). Już jako studentka uczelni artystycznej, tworzyła szokujące instalacje i prowokacyjne performance. W latach 1973 – 1975 przedstawiła swoje najbardziej radykalne dzieła: eksperymenty związane z bólem, obrzydzeniem, reakcjami ciała na ingerencje fizyczne – różne formy wyrazu artystycznego, podczas których sama dochodziła do granic ludzkiej wytrzymałości, narażała własne ciało na szwank. Przykładem takiego drastycznego ingerowania w własne ciało jest namiętne czesanie włosów, aż do pojawienia się krwi i ran na skórze głowy.

,,Marina Abramović, artystka obecna”, to film, który chciałam Wam przybliżyć i polecić. The Artist is Present, taka realizacja miała miejsce w Museum  of Modern Art  (MoMA) w Nowym Jorku. Z tego artystycznego performance, powrotu do wcześniejszych dokonań, a także pokazania najważniejszych elementów biografii artystki, powstał film dokumentalny. W MoMA Abramović rzuca wyzwanie publiczności, rodzą się wspólne przeżycia artysty i widzów. Performance, to stan umysłu, ma charakter interwencyjny. Z wcześniejszych doświadczeń wiedziała, że jeżeli publiczności pozwoli się, da  możliwość, niektóre osoby zamienią się w bestie. Wcześniej, podczas jednego z eksperymentów na stole położyła 72 przedmioty, narzędzia ewentualnych tortur (pióro, pistolet, różę, bat, nożyczki, skalpel) i tabliczkę z napisem, że można je użyć dowolnie.  Ludzie, najpierw nieśmiało, potem coraz odważniej korzystali z pozwolenia. Szarpali, kuli, a nawet jeden z widzów przystawił jej pistolet do skroni.

Pokaz w Nowym Jorku poprzedzony był trzymiesięcznymi przygotowaniami. Do współpracy Marina zaprosiła młodych artystów, gościła w własnym domu i zafundowała im trzydniowy post oraz życie bez telefonów komórkowych. Spodziewała się, że ją znienawidzą. Wiedziała, że jako artysta, nie człowiek, musi być wojownikiem, pokonywać słabości swoje i innych. Wyrobienie w sobie i współpracownikach hartu, wytrzymałości ponad ludzkie siły było konieczne, by przedsięwzięcie się udało. Szykowała siebie i ekipę do trzymiesięcznych występów na żywo. Codziennie (7 godzin, 6 dni w tygodniu) Marina siedzi przy stole i patrzy w oczy ludziom, którzy odważyli się usiąść naprzeciw niej. Bez ruchu, silna i wytrzymała, czerpie energię z widowni. Widzi cierpienie w oczach ludzi, którzy siadają na wprost niej, niektórzy płaczą. W Marinie widzą odbicie ich samych. W ciągu tych trzech miesięcy zmienia ludzi, spowalnia świat, niektórzy poświęcają jej cały dzień. Mimo, że była na granicy wytrzymałości, cierpiała, nie chciała zakończyć eksperymentalnego pokazu. Wiedziała, że publiczność wyczuje prawdę i fałsz. Ważne, by widzowie i artysta osiągnęli ten sam stan duchowości, świadomości. Żelazna dyscyplina w domu uczyniła z Abramović mistrzynię performance. Zasady były jasne, podczas sesji w muzeum nie wolno było dotykać artystki. Kiedy naprzeciwko usiadł Ulay, z oczami pełnymi łez, chwyciła go za ręce. Ludzie obecni w Muzeum Sztuki Nowoczesnej zgotowali im aplauz, płakali oboje. Najbardziej wzruszająca scena filmu. Kim jest ten człowiek dla Mariny – nie zdradzę, bo zabrałabym przyjemność oglądania ciekawego seansu. Czym bliżej było do zakończenia performance, tym więcej chętnych widzów było do popatrzenia w oczy artystki. Tworzyły się ogromne kolejki, niektórzy cierpliwie czekali cały dzień. Dotrwała do końca. Abramović potrzebuje publiczności jak powietrza, by jej dzieła były pełne. Żyje dla sztuki i publiczności, kocha cały świat, poświęca się dla ludzi.

https://i.vimeocdn.com/video/447032231_640.jpg


https://i.vimeocdn.com/video/447032231_640.jpg

Performance w MoMA to autoportret Mariny Abramović. Artystka osiągnęła szczyty. Zapraszam do obejrzenia filmu o tej niezwykłej artystce. Przeżyjecie wiele wzruszeń podczas obserwowania walki delikatnej kobiety ze słabościami własnego ciała. Nie mniej ciekawe są elementy biograficzne zaprezentowane w filmie, bo Marina to jedyna taka artystka i człowiek. Czy jest szczęśliwa, ile wyrzeczeń i poświęceń kosztowała ją sława? Na te i inne pytania odpowiada film.

Film można obejrzeć w sieci. Załączam link:


http://zalukaj.tv/zalukaj-film/19870/marina_abramovic_artystka_obecna_marina_abramovic_the_artist_is_present_2012_.html

FERIE ZIMOWE: CZAS RADOŚCI, BEZTROSKI, ALE TAKŻE ZAGROŻEŃ

Oficjalnie od poniedziałku, czyli 18 stycznia, praktycznie już w piątek po południu, dzieci i młodzież, wybranych województw, zaczynają wakacje. To czas najmilszy w całym roku szkolnym, obok długich wakacji letnich. Po trudach nauki pierwszego semestru, pora na labę. Od samego rana do wieczora wolne. Trzeba ten czas wypełnić. Różne formy bezpiecznego relaksu, swoich pociech, wybierają rodzice. Jedni, mający dzieci w szkołach podstawowych i gimnazjach, wysyłają je na zorganizowany wyjazd w góry albo w atrakcyjne miejsca zimowych szaleństw. Inni korzystają z licznych ofert instytucji nastawionych na zapewnienie dzieciom zróżnicowanego, bogatego w atrakcje, bezpiecznego spędzania ferii, w ramach tak zwanych półkolonii. Ten rodzaj grupowego wypoczynku organizowany jest w szkołach, domach kultury i innych miejscach do tego przeznaczonych. Kolejna grupa rodziców, w czasie ferii, bierze urlop i całą rodziną wyjeżdżają do ośrodków zimowych w kraju i za granicą. Część dzieci oddawana jest pod opiekę dziadków mieszkających na wsi lub w mieście. Pozostałe  zostają w domu pod okiem starszego rodzeństwa. O tę grupę młodych ludzi możemy być spokojni, bo mają zapewnioną opiekę instytucji i osób starszych.

Niestety część młodzieży, a nawet często dzieci, zostaje bez nadzoru i jakiejkolwiek kontroli przez wiele godzin aż do popołudnia, w ciągu dwóch tygodni ferii zimowych. Same muszą zorganizować sobie czas i wypełnić go atrakcjami. To, że rodzice wymagają od dziecka bezpiecznych zachowań, nie oznacza, że tak dzieje się w rzeczywistości. Jest okres zimowy, jeziora i sadzawki w pobliżu miejsc zamieszkania kuszą. Niestety lód na nich nie jest gruby, każde wejście na taflę grozi tragedią. Dzieci nie potrafią przewidzieć zagrożenia. Zwłaszcza, kiedy jest ich kilkoro, myślą, że nic złego im nie grozi. Jedno popisuje się przed drugim, chce pokazać swoją odwagę, udowodnić, że się nie boi. Takie zachowanie, można porównać do balansowania na linie, nad przepaścią. Może być też powodem nieszczęścia.  

Jako przykład tego co myślą rodzice, a tego co wyczyniają dzieci, przytoczę dwa charakterystyczne dla zimowych zabaw zdarzenia z przeszłości. Sama, jako dziecko, byłam świadkiem wielu nieodpowiedzialnych zachowań dzieci i młodzieży. W pobliżu mojego domu, na wsi, był staw. W okresie zimowym, zawsze pełen śmiechu i radosnego gwaru. Szaleliśmy tam całymi dniami, z przerwami na posiłek i zmianę mokrych butów (jeżeli ktoś miał zapasowe, jedne suszył przy piecu drugie zakładał). Czerwone policzki i nosy, smarki do samej brody, ale nikt się nie poddawał, tkwił na posterunku. Nie zawsze lód był na tyle gruby, by bezpiecznie utrzymała się na nim grupa dzieci. Najczęściej chłopcy przebiegali przez cienką, falującą taflę. Kiedyś kilkoro z nas zdołało dotrzeć do brzegu, niestety osłabiony lód załamał się pod moim najmłodszym bratem i wpadł do lodowatej wody. Tym razem skończyło się na wielkim strachu i przemoczeniu. Na szczęście  zbiornik nie był głęboki, a od brzegu do brzegu niewielka odległość. Starsi uczestnicy zabawy zdążyli mu pomóc   dotrzeć do suchego miejsca. Rodzicom wydawało się, że jesteśmy bezpieczni pod opieką prawie dorosłych braci. Nic bardziej mylnego. Grupa starszej młodzieży ma swoje zajęcia, flirtuje z koleżankami. Nie w głowie im śledzenie, o kilka lad młodszego, rodzeństwa.  Niebezpieczne zjazdy z pobliskiej górki też miały miejsce. Choć szosa była dość daleko, starsi chłopcy potrafili nadać taki pęd swoim sankom, że nierzadko wypadali na jezdnię, a nawet przez nią przejeżdżali, lądując w rowie. Ruch samochodowy nie był wtedy tak intensywny jak dzisiaj, ale od czasu do czasu auto przejeżdżało. Na szczęście nigdy te dwa różne pojazdy się nie spotkały i nie doszło do tragedii. Nikt też z mojego rodzeństwa i wiejskich dzieci, z którymi się bawiliśmy nie stracił życia i nie został kaleką. Nie pozostała w mej pamięci trauma na całe życie, więc spokojnie mogę o tym pisać.

Dlaczego opowiadam te dawne historie? Chcę uczulić rodziców, dziadków i opiekunów. Pilnujcie, nie ufajcie swoim dzieciom do końca. Poświęćcie, nawet ostatni grosz, by zapewnić pociechom bezpieczny wypoczynek, pod okiem dorosłych ludzi. Jeżeli ślizgawka, to tylko na lodowiskach, nigdy na jeziorach. Mamy odwilż, lód na zbiornikach wodnych jest, niestety, kruchy i cienki. Zabawa na nich może skończyć się nieszczęśliwie. Zróbmy wszystko, by temu zapobiec. Reagujmy, nie ważne, czy to nasze dziecko, czy sąsiada, albo zupełnie obce. Kiedy zauważymy, że jego zabawa może zakończyć się nieszczęściem, ostrzegajmy, uczulajmy, zabraniajmy. Nie możemy być obojętni, kiedy nas osobiście sytuacja nie dotyczy. Wszystkie dzieci są nasze i tak je traktujmy.

Ferie zimowe to czas radości, beztroskich zabaw i śmiechu. Mają takie pozostać w pamięci, wszystkich, na zawsze. Nie dopuśćmy do tego, by tragiczne wydarzenia zabrały, nam dorosłym i dzieciom, radość nie tylko w czasie ferii ale zmieniły resztę życia w koszmar.

POLOT I ZMYSŁ ESTETYCZNY MŁODZIEŻY POKONAŁY SZARZYZNĘ

Tekst ten napisałam jeszcze długo przed świętami Bożego Narodzenia, gdzieś w okolicach Święta Zmarłych, kiedy to inicjatywa młodych ludzi została zrealizowana. Potem w biegu i zamieszaniu przedświątecznym, przesunęłam zamieszczenie go na blogu na czas późniejszy. Właśnie dzisiaj córka uzupełniła go zdjęciami i proszę bardzo jest gotowy do opublikowania. Zaprezentuję  Wam niecodzienną pracę młodych ludzi. Ponieważ dotyczy ona mojego miasta -Poznania, pozwolę sobie na blogu opisać przedsięwzięcie i podziękować autorom pomysłu i wykonawcom. Ponieważ nasza codzienna prasa, radio i telewizja WTK szeroko omawiały projekt, podały nazwę szkoły, pokazały zdjęcia młodych ludzi i miejsce, gdzie graffiti powstało, ja również konkretnie napiszę kto, gdzie i co zrobił?

Na ulicy św. Floriana w Poznaniu znajduje się jedenaście garaży. Wszystkie postawione w czasie PRL-u, kiedy nic nie można było kupić, to i ciąg garaży wyglądem nie zachwycał. Każdy inny, z oznakami minionego czasu na bokach i dachu. Odrapana farba, powyginana blacha, rdza bliżej podłoża. Choć wgląd w boczne części i na dach był utrudniony, swoją brzydotą straszyły fronty. Uczniowie Zespołu Szkół Zawodowych nr 1 z Jeżyc  sami zaprojektowali, a potem wykonali przedsięwzięcie. Tą drogą chodzą każdego dnia do szkoły. Szare, odrapane, nieestetyczne garaże nie podobały im się. Postanowili drogę do szkoły uatrakcyjnić. Dlatego na każdym brzydkim garażu umieścili kolorowe graffiti, a konkretnie malunek pojawił się na każdych drzwiach. Tematyka różna. Święty Florian, patron ulicy; rotmistrz Witold Pilecki, patron szkoły autorów pomysłu; kilka motywów historycznych; obrazki z codziennego życia młodzieży.

Inicjatywa godna pochwały i naśladowania. W realizacji, zbiórce pieniędzy na farby pomógł ksiądz tutejszej parafii. Wspólny pomysł dał wyśmienity rezultat. Ludzie przechodzący uliczką często filmują garaże, fotografują je, przesyłają jako ciekawy pomysł bliskim i znajomym. Myślę, że inni wezmą przykład z uczniów i zainicjują podobne działania w innych częściach miasta. Kolory zawsze nastrajają optymistycznie, szarzyzna i  brud zmuszają do odwracania się w inną stronę. Brawo młodzi artyści!

Reportaż z Pulsu Dnia:

http://wtkplay.pl/video-id-21390-swiety_florian_i_rotmistrz_witold_pilecki_na_graffiti

http://epoznan.pl/news-news-62031-Jezyce_graffiti_na_garazach_&


http://epoznan.pl/news-news-62031-Jezyce_graffiti_na_garazach_&

http://www.fakt.pl/poznan/na-jezycach-uczniowie-odmalowali-stare-garaze-z-ksiedzem,artykuly,593357,1,1,4.html


http://www.fakt.pl/poznan/na-jezycach-uczniowie-odmalowali-stare-garaze-z-ksiedzem,artykuly,593357,1,1,4.html

 

http://poznan.naszemiasto.pl/artykul/zdjecia/jezyce-poznanscy-uczniowie-zamienili-odrapane-garaze-w,3581652,artgal,18076512,t,id,tm,zid.html


http://poznan.naszemiasto.pl/artykul/zdjecia/jezyce-poznanscy-uczniowie-zamienili-odrapane-garaze-w,3581652,artgal,18076512,t,id,tm,zid.html

 

 

 

 

 

 

 

635841314310625813


http://www.fakt.pl/poznan/na-jezycach-uczniowie-odmalowali-stare-garaze-z-ksiedzem,artykuly,593357,1,1,4.html

POSTANOWIĆ ŁATWO, GORZEJ Z WYKONANIEM

Myślę, że temat postanowień, przyrzeczeń, obiecań jest zawsze aktualny na początku roku. Sama się łapię na tym, że chociaż żadnej osobie trzeciej, ale sobie samej obiecuję, że w rozpoczętym roku: zacznę systematyczniej ćwiczyć, zadbam o kręgosłup, mniej będę jadła, częściej spędzę wolny czas aktywnie i inne, drobne obiecanki, których i tak nie wykonam. W ubiegłym roku zamieściłam na swoim blogu ten tekst na temat postanowień noworocznych. Zapraszam moich czytelników do zapoznania się z jego treścią, może odnajdziecie w tym co napisałam cząstkę siebie?

„NICI” Z NASZYCH STYCZNIOWYCH POSTANOWIEŃ

Rozpoczyna się rok, mamy styczeń 2015. Każdego roku, o tym czasie, w rządzie, samorządzie, partii, mieście, domu, ktoś, coś postanawia. W grudniu, okazuje się, że nic, ale kompletnie nic, nie zostało zrealizowane. Nie mamy do siebie pretensji, bo wszyscy zrobiliśmy równo –„zero czyli nic”. 

Styczeń to miesiąc twardych postanowień, bijemy się w piersi i przyrzekamy, że nie będzie tak jak w ubiegłym roku, teraz to na pewno dotrzymam obietnicy! Na każdy miesiąc wyznaczamy sobie zadania, które zamierzamy wykonać w stu procentach.

Dla mamy cały rok, dwanaście miesięcy, to czas odchudzania, aktywnego, zdrowego trybu życia: bieganie, jazda na rowerze, pływanie, aerobik raz w tygodniu, fryzjer raz w miesiącu. „Oponki” trzeba zrzucić i ładnie wyglądać! W czerwcu, lipcu, albo w sierpniu, wakacje nad morzem, z całą rodziną, bo jod potrzebny jest dzieciom, nie będą chorować zimą.

Każdy tata deklaruje rzucenie palenia. Najpierw stopniowo planuje ograniczenie ilości spalanych papierosów, co miesiąc mniej, a w grudniu, ma nadzieję, że nie kupi już ani jednej paczki, bo przecież nie warto wyrzucać pieniędzy na truciznę. Piwo też ograniczy, by pod koniec roku nie pić go w ogóle, przecież drogie, a nawet „szmerku” po nim nie ma. Do domu będzie wracał wcześniej, bo dzieci potrzebują ojca, chcą porozmawiać. Z żoną też trzeba wyjść do kina, a może do teatru, albo opery. Trochę kultury przyda się, bo telewizja nic ciekawego nie pokazuje.

Dzieci, jak zwykle, będą się lepiej uczyć. Agata poprawi jedynkę z chemii, na świadectwie w czerwcu, będzie miała czwórkę (chociaż sama w to nie wierzy). Nad językiem polskim wystarczy trochę popracować i piątka murowana. To dla niej żaden wysiłek. W maju wycieczka, ale po powrocie, ostro zabierze się do pracy. Średnia na świadectwie minimum cztery i pół. Do tego w kwietniu udział w olimpiadzie polonistycznej i koniecznie trzeba zdobyć miejsce w drugim etapie. Tomek ma więcej rozsądku i jego postanowienia są skromniejsze. Powtarzał trzecią klasie i wie, że do orłów nie należy. Chce ukończyć gimnazjum, mniej balować i wagarować, dostać się chociaż do najgorszego ogólniaka. Zawodówka nie wchodzi w rachubę, bo zamierza studiować, a matura jest do tego konieczna.

W grudniu robimy rachunek sumienia. Każdy jakby chciał ukryć część postanowień, zapomnieć, nie wspominać. Ale nie mamy się czego wstydzić, bo przed kim? Nikt nic nie zrobił i nie ma sensu się rozliczać. Za chwilę będzie nowy styczeń, znowu dobry czas na kolejne „twarde” plany. Nie przypisujemy winy sobie za brak konsekwencji, bo przecież nikt z nas nie zawinił. Brak pieniędzy, pani od polskiego to „piła” i nic nie dało się zrobić, piwo trzeba wypić, bo co mam z tego życia, w pracy muszę siedzieć do wieczora, a ja, przecież nie jestem taka gruba -  są grubsze – więc mogę jeść. Seriale lubię oglądać, więc czasu na aktywny tryb życia brakuje. Tak jest, mogę przypuszczać, że w większości domów,  w polityce, gospodarce i w każdej innej dziedzinie życia. Nie postanawiajmy, bo i tak nic z tego nie wykonamy, mobilizujmy się na bieżąco, a w grudniu nie będziemy musieli się wstydzić. Nie przed rodziną, ani sąsiadami, ale przed samym sobą, a to chyba jest najgorsze!

Podzielcie się proszę swoimi doświadczeniami. Może komuś udało się pokonać swoje słabości i zrealizować któreś z noworocznych postanowień?

POWIĄZANE WPISY:

  1. WRACAM DO TEMATU: ZWIERZĘTA W NASZYCH DOMACH. Prawie rok temu napisałam tekst na  temat zwierzaków w naszych…