ŻYCZENIA NOWOROCZNE

DO NOWEGO 2016 ROKU ZOSTAŁO TYLKO KILKA DNI.

Z TEJ OKAZJI MOIM GOŚCIOM ŻYCZĘ NAJSZCZERZEJ, WSZELKIEJ POMYŚLNOŚCI W KAŻDEJ DZIEDZINIE ŻYCIA. NIECH UŚMIECH I RADOŚĆ GOŚCI JAK NAJCZĘŚCIEJ NA WASZYCH TWARZACH, A ZDROWIE DOPISUJE KAŻDEGO DNIA. AWANSU W PRACY, PODWYŻKI PENSJI (EMERYTURY),  SZACUNKU W RODZINIE. UMIEJĘTNOŚCI DOSTRZEGANIA DROBIAZGÓW, KTÓRE STANOWIĄ O SZCZĘŚCIU PRZEZ CAŁY ROK.

ELŻBIETA

WSPOMNIENIA WIGILIJNE i ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE

W okresie poprzedzającym bezpośrednio święta Bożego Narodzenia przenoszę się często myślami, do mojej wsi, szczęśliwego dzieciństwa u boku rodziców i czworga rodzeństwa. Te chwile dawne, których wyrazistość powinien pokryć kurz minionego czasu, są żywe, co więcej jakby bardziej wyraziste, z każdym przeżytym rokiem. Miło mi, kiedy patrzę na Mamę, pochyloną nad stolnicą, szykującą ciasta, zawijane makowce, babki i sernik. Asystowałyśmy jej ustawieni wokół stołu, oblizując językiem wargi, bo przecież te smakowite słodkości, jadło się kilka razy w roku, właśnie przy okazji Świąt. Choć nasze dzieci miały to na co dzień, podobnie jak ich pociechy, świętujemy zawsze z wielkim pietyzmem i celebrą. Tak obchodzono święta w moim domu rodzinnym, podobnie robię to ja. Staram się zaszczepić i przekazać tą dobrą tradycję w moich dzieciach.

Rok temu napisałam tekst o celebrowaniu wieczerzy wigilijnej w moim domu rodzinnym. Mało osób ten artykuł przeczytało, bo niewielu miałam wtedy odwiedzających. Prowadziłam bloga dopiero  dwa miesiące. Zapraszam moich gości stałych i czytelników okazjonalnych do zapoznania się z tym co napisałam przed Gwiazdką 2014 roku.

WIGILIA W MOIM DOMU

Jedno co łączy nas, wszystkie panie domu, to pragnienie, aby dania i stół wigilijny były wyjątkowe. Do tego jak co rok, zachwycały wszystkich, którzy przy nim usiądą.

Stół przygotuję w tym roku, podobnie jak w poprzednią Wigilię, zgodnie z tradycją przekazaną przez moją mamę. Położę śnieżnobiały obrus, który wyszyłam sama haftem richelieu. Dawno, bo 30 lat temu, kiedy byłam z dzieckiem na trzyletnim urlopie wychowawczym. Bez motywów gwiazdkowych, nie lubię tego. Porcelana też biała, cieniutka, delikatna prosto z Francji. Pod obrusem tradycyjnie pęczek sianka, na talerzyku opłatek, a nad głowami zielona jemioła, powieszona na lampie wraz z kilkoma pięknymi bombkami. W wazonie gałązki żywej jodły, a w narożniku choinka prosto z lasu. Wysoka do samego sufitu, pod nią prezenty. W pokoju pachnie żywicą, a przepiękne lampki mrugając kolorowo tworzą magiczny nastrój. Sześć nakryć, choć jest nas pięcioro, zawsze jedno dodatkowe dla niespodziewanego gościa.

Kiedyś robiłam dwanaście potraw, bo tak nakazuje tradycja. Makiełki i groch z kapustą, niestety musiałam wyeliminować z zestawu, bo całe święta przekładałam niezjedzone z miejsca na miejsce. A co podaję? Zupa tylko i wyłącznie z borowików, czysta z drobno pokrojonymi grzybami na dnie talerza, zaciągnięta śmietanką kremową. Dwa rodzaje ryb smażonych. Jako jedyna jem karpia, pozostali tylko filet z mintaja lub dorsza. Koniecznie mrożony, bo w takim nie ma ości. Ryby smażę na maśle, potem zapiekam w piekarniku z kawałkiem masła na każdej porcji. Gotowana kapusta kiszona, z pokrojonymi podgrzybkami, aż ciemna od nadmiaru grzybów. Własnej roboty pierogi z grzybami i kapustą polane masłem z duszoną cebulą. To danie co rok w samą wigilię robi mąż z córkami. Do mnie należy tylko przygotowanie farszu i ugotowanie. Cała reszta to ich dzieło, a zrobić potrafią pysznie. Mamy też kompot z suszonych owoców (śliwki, jabłka, gruszki, dodaję też kilka rodzynek i moreli). Do tego ziemniaki i sos, dwa rodzaje śledzi i talerz z pieczywem. Oczywiście króluje tu sernik cioci Zosi (przepis podałam w poście z dnia 12. listopada 
http://szescdziesiat-rowna-sie-dwadziescia.blog.pl/2014/11/12/pyszny-sernik-cioci-zosi/
Polecam serdecznie, jest pyszny i łatwy w wykonaniu, a co najważniejsze, zawsze się udaje. Potem pijemy kawę, a Gwiazdor w czerwonej czapeczce z białym pomponem (młodsza córka) rozdaje prezenty. Potem śpiewamy kolędy, a córka przygrywa nam na keyboardzie.

W domu rodzinnym, na wsi nie przychodził Gwiazdor, nie było przebrania, więc mama musiała wymyślić sposób, żebyśmy uwierzyli, że prezenty są od niego. Ubierała nas i wysyłała na dwór, żeby każdy szukał gałązek. Kto będzie miał najwięcej, dostanie najładniejsze prezenty. Czasem trudno było cokolwiek wygrzebać z głębokiego śniegu, ale staraliśmy się bardzo, bo wierzyliśmy, że Święty Mikołaj to doceni. Kiedy podarunki były już pod choinką, mama wołała nas do domu. Tłumaczyła, że Gwiazdor bardzo się spieszył, bo wszystkie dzieci czekają na niego i zostawił to, co miał dla nas i ruszył dalej. Ciekawość i radość z otrzymanych niespodzianek była tak wielka, że nikt nie zastanawiał się długo nad tym, co powiedziała mama. Pamiętam, jednego roku (może miałam trzy lata), mój najstarszy brat dostał cukrową lalę. Wyobraźcie sobie, był rok 1956, na wsi. Duży karton, a na wierzchu celofan tak, że było widać co jest w środku. Wydawało mi się, że ta pięknie pomalowana lalka, w czerwonej sukience, złotych włosach i takich samych bucikach, jest większa ode mnie. Dostał ją od swojej chrzestnej matki, a my pozostali też mieliśmy cukrowe figurki, ale niestety mniejsze. Musiało to być coś wyjątkowego, bo pamiętam do dziś wygląd lalki. Jak u Was wygląda Wigilia i jakie wspomnienia z dzieciństwa macie?

    Nasza tegoroczna choinka                    20151222_203331

            Nasze choinki. Gwiazdka 2015 i 2014.

Z OKAZJI ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA ŻYCZĘ WSZYSTKIM GOŚCIOM MOJEGO BLOGA ZDROWYCH, SPOKOJNYCH, RADOSNYCH CHWIL SPĘDZONYCH W GRONIE NAJBLIŻSZYCH. NIECH AURA WSPÓLNYCH PRZEŻYĆ POZOSTANIE W PAMIĘCI PRZEZ CAŁY ROK.

Z WYRAZAMI SZACUNKU ELŻBIETA

ŚWIĘTA BOŻEGO NARODZENIA. TRADYCJE I ZWYCZAJE ZWIĄZANE Z PODARUNKAMI.

Tym razem zapraszam serdecznie do przeczytania tekstu lżejszego, na czasie. Boże Narodzenie zbliża się szybkim krokiem, niedługo zapuka do naszych drzwi, a wraz z nim Mikołaj, Gwiazdor, Dziadek Mróz czy inny Pan przyniesie i obdaruje nas  prezentami. Czekamy na wieczór wigilijny i pełno pięknie zapakowanych pudełek z niespodziankami dla dzieci i dorosłych. Nie ważne ile mamy lat, na prezent czekamy niezmiennie każdego roku, bo wierzymy w św. Mikołaja, w to , że przybywa saniami ciągnionymi przez dorodne renifery z dalekiej, mroźnej Laponii  na północy Finlandii i na pewno o nas też będzie pamiętał. 

W Polsce i wielu krajach o podobnej kulturze do naszej, prezenty przynosi Gwiazdor. Jest to pan z białą broda, w czerwonym stroju, miły i przyjemny dla każdego. Najbardziej kochają go dzieci. Dorośli wiedzą, że mogą dostać lanie rózgą, bo nie zawsze byli grzeczni. Czasem  Mikołaj nie pokazuje się nikomu, zostawia prezenty pod choinką, w pustym pokoju i pędzi dalej by obdarować wszystkich czekających na jego wizytę. W Polsce po wigilii dostajemy prezenty, a jak jest w innych krajach? Pozwólcie, że przedstawię Wam to w krótkiej prezentacji.

Włosi na prezenty czekają do rana. Niektóre rodziny celebrują kolację wigilijną, ale wiele rodzin zaczyna w tym kraju świętowanie dopiero od 25 grudnia i właśnie w tym dniu rozdawane są prezenty, bo najważniejszym świętem dla Włochów jest pierwszy dzień Bożego Narodzenia. Dzieci młodsze dostają zabawki, starsze smartfony lub inny sprzęt elektroniczny. Panie obdarowuje się przede wszystkim perfumami albo galanterią skórzaną. Zazwyczaj Mikołaj przychodzi po cichu o północy, kiedy wszyscy już śpią i zostawia podarki dla całej rodziny.

W Norwegii świętowanie zaczyna się od mszy, około godziny 16.00 w dniu 24 grudnia. Po zakończeniu uroczystości kościelnych biją dzwony, a wierni udają się do swoich domów i otwierają prezenty. Ci, którzy nie byli w kościele czekają na dzwony i punktualnie o godzinie 17.00 otwierają prezenty. Nie wszyscy Norwegowie celebrują tę tradycję. W niektórych domach, podobnie jak we Włoszech prezenty odwija się dopiero rano pierwszego dnia  świąt Bożego Narodzenia. Tu św. Mikołaj bardziej przypomina krasnala w czerwonej czapce z długą białą brodą.

W Australii święta Bożego Narodzenia obchodzone są w zupełnie innej scenerii niż w Europie. Toteż Mikołaj przybywa z prezentami w inny sposób, czyli przypływa na desce surfingowej lub wychodzi z morskich fal. Australijskie rodziny, mieszkające nad wodami, celebrują często święta przy stole ustawionym na piaszczystej plaży, na brzegu oceanu, a ma to miejsce 25 grudnia. Ze względu na upały Mikołaj ma strój letni, czyli krótkie spodenki i koszulkę, kapelusz zamiast ciepłej czapy obszytej futrem, a na nogach japonki. Towarzyszą mu misie koala i kangury w miejsce nam znanych reniferów.

Wiszące, czerwone skarpetki, to domena Irlandczyków i Amerykanów. W Irlandii, ci co liczą na dużych rozmiarów paczki, zamiast skarpetki, wieszają przy swoim łóżku poszewkę lub worek. Św. Mikołaj odwiedza ich, po cichu, w nocy z 24 na 25 grudnia. W oknach domów pali się świeca, by nie zabłądził i nie ominął żadnego domu. W USA, skarpety wiesza się z reguły przy kominku, bo Santa Claus wchodzi do domów przez komin, więc uzasadnione jest wybranie tego miejsca. W tym kraju, jak mało gdzie na świecie, dekoruje się też domy (zewnętrzne ściany i dachy) setkami migających światełek. Tworzy to dodatkowy element świątecznego nastroju, bajkowej aury.

W Meksyku do dziś pielęgnowana jest i ciągle żywa tradycja chowania prezentów i zgadywania, gdzie został ukryty. Jest to dodatkowa atrakcja, forma zabawy, zwłaszcza dla dzieci. Właśnie dla najmłodszych pod sufitem wieszane są kolorowe kubeczki wypełnione mąką lub piaskiem. W jednym z nich ukryta jest niespodzianka. Zabawa polega na tym, by jak najszybciej wytypować miejsce, w którym ukryty jest podarunek.

Z kolei w Hiszpanii na prezent trzeba poczekać do Trzech Króli. Ale tendencja idzie w kierunku podobnej tradycji jak w innych krajach. Coraz więcej rodzin obdarowuje się prezentami w pierwsze święto Bożego Narodzenia czyli 25 grudnia. Hiszpanie mimo to kultywują dawną tradycję, czyli wierzą , że prezenty przynoszą Trzej Królowie, a nie  tak jak my, św. Mikołaj. Zwolennicy starej tradycji zostawiają podarki 5 stycznia wieczorem, a uroczyste ich rozpakowanie ma miejsce 6 stycznia rano. Dzieci wierzą, że trzej wędrowcy goszczą w ich domu i zostawiają im na talerzykach słodycze.

Francuzi nie obchodzą wigilii, zaczynają święta od 25 grudnia. Rano na wszystkich czekają prezenty. Dzieci wierzą, że to mały Jezus przynosi im oczekiwane podarunki. Przychodzi w poprzednią noc i wkłada je do bucików postawionych przy kominku.

Przedstawiłam Wam kilka ciekawych zwyczajów związanych z obdarowywaniem się prezentami w okresie świąt Bożego Narodzenia. Może znacie inne tradycje? Zapraszam do podzielenia się wiedzą na ten temat w komentarzach.

Inspiracja. Piątkowo -niedzielny (11-13.12.2015 roku) Głos Wielkopolski.Jolanta Korucu ,,Gdzie szukać prezentów”.

13 GRUDNIA 1981. KAŻDEGO ROKU CZUJĘ TO SAMO.

Odnośnik

Moje wspomnienia związane z pierwszym dniem stanu wojennego, każdego roku są takie same. Czas mija i znów o rok jesteśmy dalej od wydarzeń tamtej zimowej niedzieli, ale pamięć i strach związany z niewiedzą, o tym co nas czeka, został na zawsze w głębi serca wyryty i nigdy się go nie pozbędę. Winni zostali osądzeni, główni sprawcy już nie żyją. Historia po latach oceni ich działanie. Czy intencje były czyste, czy strach przed nowym ruchem był silniejszy niż dobro Polski i Polaków?

Załączam tekst napisany rok temu. Proszę osoby, które już treść znają, by przeczytali raz jeszcze, a innych o zapoznanie się z moimi osobistymi przeżyciami, związanymi z dniem wprowadzenia stanu wojennego.

13 GRUDZIEŃ 1981

Każdy z nas pamięta ten dzień inaczej. Rano w niedzielę powitał nas głos generała,  wojskowy, przerażająco spokojny.

Moi rodzice mieszkali na wsi, a mama obchodziła imieniny 9. grudnia. Ponieważ co roku zbierała się na tę uroczystość cała rodzina, uzgodniliśmy spotkanie na sobotę 12. grudnia. Goście dopisali frekwencją, a imieniny były wyjątkowo wesołe i dostatnie. Nie wracaliśmy w nocy do swojego domu, spaliśmy u rodziców. Zamierzaliśmy poleniuchować dłużej, bo impreza przedłużyła się, a przecież niedziela to dzień wolny od pracy. Rano obudziły nas rozmowy rodziców, zabarwione niepokojem i wzmożony ruch. W piżamach usiedliśmy przed telewizorem. W milczeniu i z przerażeniem na twarzach. Czułam to samo, co w okresie wczesnego dzieciństwa podczas burzy. Zawsze kiedy moja mama okazywała oznaki strachu, my dzieci też baliśmy się. Teraz czułam ten sam lęk.

Jaruzelski spokojnym, wyważonym głosem przeczytał informację o wprowadzeniu STANU WOJENNEGO. Chociaż siedzieliśmy licznie wpatrzeni w ekran, nikt nie wiedział, co nas Polaków czeka w najbliższym czasie. Złu znanemu da się zaradzić, ale jak przygotować się na wielką niewiadomą? W ponurych nastrojach spędziliśmy niedzielę. Już ten nasz pobyt u rodziców stracił blask. Rozmowy nie kleiły się. Każdy miał swoje własne myśli i z nimi musiał się uporać. Po obiedzie zaczęliśmy rozjeżdżać się do swoich domów. W poniedziałek czekał nas normalny (jeśli można mówić w tej sytuacji o normalności) dzień pracy. Było już bardzo ciemno, kiedy opuściliśmy dom rodziców. Mróz był w tym dniu dosyć solidny, ale nam w samochodzie nie było źle. Ja siedziałam obok męża z przodu, a nasz mały synek na tylnej kanapie. Po kilku kilometrach zatrzymał nas patrol wojskowy z karabinami w rękach. Chodziło o kontrolę dokumentów. Wpadłam w panikę, bo nie miałam ze sobą dowodu osobistego. Poczułam straszną bezsilność i obawę o bezpieczeństwo moich najbliższych. Na tylnej półce stała wytłoczka z jajkami od mamy. Do dzisiaj nie wiem czemu, ale przez moment pomyślałam, że przez to będziemy mieli kłopoty. Mąż uspokajał mnie i zapewniał, że nic nam nie grozi. Był spokojny i opanowany. Przecież to nasi, nic nam nie zrobią. Synek nie wiedział co się dzieje, więc cichutko siedział na swoim miejscu, jakby czuł powagę sytuacji. Mąż pokazał dokumenty i pozwolono nam jechać dalej. Droga nie była bezpieczna. Bez przerwy mijały nas czołgi i konwoje samochodów ciężarowych. Jechały w kolumnie. Ich ryku nie zapomnę nigdy. Wydawało się, że droga nie wytrzyma ich ciężaru i zamieni się w rozjechaną polną ścieżkę. Wyglądało to koszmarnie. Bałam się, że za chwilę zaczną wojnę. Tylko z kim? Żołnierze, część jechała samochodami, inni w czołgach, a pozostali szli pieszo. Jeden z nich, pewnie zdezorientowany jak my, zabłądził albo spóźnił się. Zatrzymał nas i zapytał:

     – Czy widzieliście kolumnę czołgów?

     – Tak, mijała nas kilka kilometrów wcześniej – odpowiedziałam.

Ruszył pieszo za nimi. Nie wiem ile drogi musiał pokonać, ale żal mi było tego młodego człowieka. Podobnie jak my był zaskoczony sytuacją. Pewnie  rozkaz wyrwał go z ramion matki albo żony i dziecka. Nikt nie czuł się dobrze w tym dniu. Ani cywile ani żołnierze. Wszyscy mieli trwogę w sercach. Przecież oni też byli czyimiś mężami, braćmi, ojcami i pewnie nie chcieli nikogo krzywdzić. Ale ich tragedia i nasza polegała na tym, że nikt nie wiedział, jakie rozkazy mogą dostać od zwierzchników. A wiadomo, żołnierz musi rozkaz wykonać.

Do domu dojechaliśmy bezpiecznie. Dobrze się stało, że nie doszło do masowego rozlewu krwi w czasie tych trudnych miesięcy. Oskarżamy, rozliczamy, chcemy więzić winnych. Niedługo nie będzie kogo rozliczać, bo ci co decydowali umrą śmiercią naturalną. Jednak trauma stanu wojennego będzie w nas żyła zawsze i wracała każdego roku 13 grudnia.

Proszę podzielcie się swoimi wspomnieniami z tamtych dramatycznych dni w komentarzach. Zapraszam serdecznie do rozmowy.

UFAĆ, ALE KOMU? KRZYWDZĄ: RODZINA I ZNAJOMI.

Żyję w Poznaniu i podobnie jak każdy jego mieszkaniec jestem mimowolnym uczestnikiem wydarzeń, które swój początek datują na ostatni tydzień listopada. Nie będę opisywać całej tragedii i dramaturgii jaką wywołała sprawa zaginięcia młodej kobiety. To wszyscy znamy z mediów.  Zagadkowe zniknięcie człowieka, w dużym mieście, niestety nie zostało wyjaśnione i nie zakończyło się do dzisiaj. Trwa, bo poszukiwania zaginionej się toczą, a osoba, która miała chronić młodą kobietę, dostarczyć ją bezpiecznie do miejsca zamieszkania, czeka w areszcie śledczym na dalsze ustalenia policji i decyzje prokuratury. Jedno ważne pytanie nurtuje mnie od samego początku. Komu można ufać, na kim polegać, z kim czuć się zupełnie bezpiecznie? Kiedy człowiek, którego znamy, pracujemy razem, przebywamy z sobą wiele godzin w ciągu dnia, bawimy się wspólnie z innymi, zdolny jest zawieść nasze zaufanie i dopuścić się czynu zbrodniczego.

W ostatnich dniach zapadły dwa wyroki związane ze śmiercią. Jeden dotyczył dwójki młodych ludzi, którzy przed rokiem dokonali mordu na rodzicach chłopaka. Czy to są jeszcze ludzie, czy już bestie?  Zagubili gdzieś po drodze  resztki cech, którymi obdarowany jest człowiek. Jemu tylko przynależnych. Wyzbyli się uczuć, stali się maszynami do zadawania bólu, zabijania z niezwykłym okrucieństwem. Rodziców, którzy im ufali, obdarzali miłością, opieką, dobrobytem i troską na co dzień. Dzieci zapłaciły im za to śmiercią. A przecież nie mieli prawa się tego spodziewać, bo nikt na tym świecie nie pomyślałby, że tak młodych ludzi stać na zabicie najbliższych. Pytam po raz drugi, komu można zaufać do końca, kiedy własne dziecko staje się katem?

Kolejna tragedia i wyrok, tym razem dla rodziców. To oni, powinni zapewnić swojemu dziecku wszechstronną opiekę, bo powołali je na świat. Troszczyć się o zdrowie córki, zapewnić opiekę lekarską, wypełniać zalecenia, a przede wszystkim dawać jeść. Oddali się pod wpływy szarlatana, niekompetentnego znachora, który miast pomóc ich córce, doprowadził razem z nimi do jej śmierci głodowej. Dziecko, które nie mogło samo o siebie zadbać, powiedzieć co je boli, mające rodziców biologicznych, żyjące w rodzinie bez patologii i biedy, musiało umrzeć, bo matka i ojciec pozwolili na to. Kończyło życie w mękach, a oni przyglądali się beztrosko. Jak można jeść posiłki, dawać je innym dzieciom, a jednocześnie głodzić na śmierć maleństwo, własne, bezbronne, zdane w całości na innych? Rodzice, ludzie czy potwory, bez empatii i resztek człowieczeństwa?

Podobnych zdarzeń  mamy w Polsce setki, tysiące. Nikt nie jest w stanie przewidzieć co przyniesie kolejny dzień. Zbrodnie, pobicia, kradzieże będą zawsze, bo są ludzie, którzy potrafią krzywdzić innych. Podwójnym dramatem jest jednak zawsze zło doznane przez najbliższych: rodziców, dzieci, znajomych. Im ufamy bezwarunkowo, bo komu? A jednak często cios przychodzi z tej strony. 

STUDIA CZAS ZACZĄĆ CZ.IV. PIERWSZA SESJA.

Po dłuższej przerwie z przyjemnością wracam do cykli tematycznych, które zaczęłam pisać wcześniej.Pora na przedstawienie dalszych przygód związanych ze studiami. Poprzedni wpis zakończyłam na zajęciach z literatury. Przyszedł czas na sprawdzenie wiedzy pierwszego roku, a zaczęło się od egzaminu dwuetapowego z literatury antycznej, poszerzonej o elementy łaciny. Najpierw pisemny egzamin z panią, która prowadziła konwersacje. Pytania z reguły nie sprawiły mi żadnych kłopotów poza jednym. Tukidydes, kim był i czym zasłynął? Rozumiem, że można zapytać o Safonę, poetkę z wyspy Lesbos, Cycerona, wybitnego mówcę rzymskiego, ale  Tukidydes????? Po raz pierwszy słyszałam to nazwisko, podobnie jak cała grupa. Niestety, wiadomości przekazane przez wykładowców, ze względu na ograniczoną ilość godzin, należało uzupełnić czytając podaną wcześniej przez prowadzących, literaturę. Ale kto z nas czytał zadane teksty? Nikt z grupy, ja również nie zajrzałam do Biblioteki Uniwersyteckiej w tym celu. 

Po egzaminie przeczytałam informacje na temat Tukidydesa i do końca mojego życia zapamiętam. Był to grecki historyk, żyjący w  latach około 460-393 r p.n.e., autor monografii ,,Wojna peloponeska” wydanej po jego śmierci. Zasłynął z odrzucenia wiary w ingerencję bogów w bieg dziejów. Uznał, jak nikt przedtem, że ludzie tworzą historię. Włączył historię do nauk, które powinny być źródłem wiedzy o przeszłości. Nie interesowały go mity ani czasy odległe. Chciał zgłębić okres dziejów jemu współczesny. Jego nowatorskie dzieło i poglądy zbliżone są do historiografii nowożytnej. I tyle. Te kilka zdań wystarczyło, bym otrzymała z egzaminu pisemnego piątkę. Niestety pani doktor wydedukowała, że dodatkowej literatury nikt z nas nie zna i wszyscy zaliczyli kolokwium od czwórki  w dół. 

Drugą część egzaminu, ustną, mieliśmy z panem doktorem, którego poznałam dopiero  w dniu sesji. Czułam się pewnie, bo znałam materiał i wydawało mi się, że odpowiem na każde pytanie, bez problemu. Niestety znowu pojawiła się przeszkoda, kiedy usłyszałam na samym wstępie: proszę wyjaśnić, co kryje się pod pojęciem ,,filozofia”. Podstawa, jeśli chodzi o starożytność. Wtedy rodziła się ta dziedzina nauki, więc rozumienie tego pojęcia wydawało się być obowiązkowe. Ale nie dla mnie. Na ten temat wykładowca mówił na jednym z pierwszych zajęć, czyli w październiku, a egzamin był w lutym. Jakoś, powtarzając materiał nie pomyślałam, żeby zapoznać się z tym hasłem. Na pozostałe pytania odpowiedziałam celująco. Niestety niedosyt pozostał, bo ocena nie należała do wymarzonych, przez studentkę uczącą się świadomie. Nie dla dyplomu, a dla wiedzy. Jednak cztery plus musiało mnie zadowolić. Znowu historia powtórzyła się. Przeczytałam o filozofii więcej niż trzeba było. Szkoda, że po egzaminie. Powinnam wiedzieć, że filozofia, to wyraz grecki, powstał z połączenia dwóch członów fileo plus sophia, czyli miłość i mądrość w połączeniu daje to umiłowanie mądrości. W Grecji także oznaczał takie pojęcia jak: wiedza, mądrość i wykształcenie. 

Po pierwszych egzaminach sytuacja nie przedstawiała się obiecująco, biorąc pod uwagę, że chciałam otrzymać stypendium naukowe na drugim roku studiów, a z czwórkami z egzaminów nie mogłam o tym marzyć. Córki zrobiły mi niespodziankę, czekały w holu z mocno bordową różą i uśmiechami na buziach. Mimo nie do końca zadowalającej noty z pierwszych egzaminów, roześmiane poszłyśmy do domu, gdzie czekali mąż i syn. Mama dorosłych dzieci, studentka z wypiekami na twarzy, jak młoda dziewczyna, przeżywała swoje pierwsze egzaminy po 38. letniej przerwie. Warto było, wierzcie mi.