JESTEM WŚCIEKŁA! NIE NA ZŁODZIEJA. NA SIEBIE!

Chwila nieuwagi, oderwanie myśli od rzeczywistości, a kłopotów góra dla całej rodziny. W poniedziałek po południu (około 16.00) jechałam komunikacją miejską (najpierw autobus, potem tramwaj) na warsztaty literackie, które miałam poprowadzić. ,,Rewolucja w literaturze francuskiego feminizmu” na podstawie dzieł Simone de Beauvoir, ze szczególnym uwzględnieniem traktatu ,,Druga płeć”. Temat ambitny, przygotowanie perfekcyjne, mgiełka francuskich perfum na świeżo umytych włosach, bucik aż raził lśnieniem, strój odpowiedni i ………głowa w chmurach. Do tego w ręku talerz z roladkami francuskimi na słodko, własnego wypieku i mała torba podróżna, jeden Bóg wie po co, komu była potrzebna? W niej portfel z pieniędzmi, kartą do bankomatu, oczywiście kodem PIN zapisanym na skórzanym wnętrzu i danymi osobowymi całej rodziny. Inne szpargały też tam były, nawet nie wiem jakie i zdjęcie męża, które nosiłam od 40 paru lat. Dał mi je z dedykacją, kiedy jeszcze nie byliśmy związani małżeństwem. Miało dla mnie niezwykłą wartość sentymentalną.

Doszłam do przystanku, na którym tłoczyli się czekający pasażerowie. Na jedynej, małej ławeczce siedziało dwóch bezdomnych, wyglądających na nieźle wstawionych. Jeden z nich był kaleką bez nogi. Trzymałam torbę na ramieniu, a w reku ciastka. Ciężko i niewygodnie. Kiedy nadjechał autobus, chmara ludzi ruszyła do drzwi, a ja razem z nimi. Nie wiem gdzie mi się tak bardzo spieszyło, czasu miałam dużo. Chyba jednak chciałam zdążyć na koniec poprzednich warsztatów, o zapożyczeniach z języka francuskiego, prowadzonych przez moją młodszą córkę. Tłok mnie porwał, nawet wypadło na przystanek kilka moich smakowitych ciastek. Być może właśnie w tym momencie złodziej zapolował na łatwy łup. Starałam się wejść, uważając by nie wywalić wszystkich roladek. Niestety nie zwracałam uwagi na torbę z dwoma zamkami, przewieszoną przez ramię. Ku uciesze bandyty, otwierała się z dwóch stron, więc złodziej mógł łatwo dostać się do jej zawartości.

Szczęśliwa zapłaciłam za przejazd, opuściłam torbę w dół i dojechałam do celu. Wysiadłam na następnym przystanku, przeszłam przez ulicę i poczekałam trzy minuty na tramwaj. Tu tłoku nie było wcale. Położyłam torbę na podłodze, rozłożyłam dodatkowe siedzenie na bocznej ścianie pojazdu i usiadłam. Zamarłam, bo torba rozchyliła się i było wiadomo, że ktoś zamek otworzył. Sama tego nie zrobiłam, kartę PEKA miałam w kieszeni kurtki. Nerwowo przeszukałam wnętrze. Poza notatkami i rękawiczkami nie było w niej nic.  Portmonetka z całą zawartością, pieniędzmi i naszymi danymi osobowymi, zniknęła. Niestety telefonu nie miałam przy sobie. Gdybym wysiadła na najbliższym przystanku, weszła do banku i zastrzegła kartę do bankomatu lub poprosiła kogoś z pasażerów, by zadzwonił na infolinię, być może złodziej by mnie nie wyprzedził. Niestety nie zachowałam się profesjonalnie. Moje działanie było beznadziejne. Dojechałam do celu i w pierwszym z banków zablokowałam możliwość wypłaty środków. Pan zgłoszenie przyjął, na moją prośbę sprawdził stan konta i już wszystko było wiadome. Zostały grosze.

Zdenerwowana zajęcia poprowadziłam. Dopiero wieczorem zablokowałam swój dowód osobisty. Chociaż miałam go w domu, mąż i syn swoje w portfelu, zastrzegliśmy wszystkie. Dane: Pesele całej rodziny, numer dowodu mój, męża i prawdopodobnie syna, regon firmy, NIP mój i męża wszystkie te dane były w posiadaniu złodzieja. Nie znam jego zamiarów, jak je może wykorzystać? Wiem, że przez internet nie może dokonać zakupu, bo weryfikacja konta i danych jest konieczna, poprzez symboliczny przelew z konta. Nie może tego zrobić, bo nie zna logowania na nie. Ale, jak pani na infolinii powiedziała, może dokonać zakupu lub pobrać pożyczkę w formie usługi bezpośredniej. Dla przykładu: może zakupić garnki na pokazie Zeptera (bardzo drogie), bo tam wystarczą dane z karteczki. Sprzedaż za wszelką cenę, bez sprawdzenia danych. Wystarczy weryfikacja zdolności kredytowej i nic więcej. Pożyczki na miejscu w domu klienta lub w kawiarni też  może udzielić przedstawiciel bez okazania dokumentu tożsamości. Wszystko zależy od rzetelności wykonywanej pracy przez ludzi. Często chęć sprzedania produktu jest tak duża, że nie patrzy się na spełnienie podstawowych zasad bezpieczeństwa transakcji.

Otworzyłam konto na stronie BIK. Tam będę mogła śledzić zadłużenie przez 60 dni, bez opłaty. Muszę na bieżąco kontrolować, czy nie pojawiają się na moim koncie dodatkowe obciążenia, czyli długi zaciągnięte przez złodzieja. Trzeba szybko reagować, bo nakaz egzekucji i wkroczenie komornika, powodują, że niewinny jest na straconej pozycji, a złodziej ma się dobrze. Przeszłam przez to przykre zdarzenie w miarę spokojnie. To dzięki rozsądkowi i wyrozumiałości rodziny, mam do pokonania tylko jedną osobę, czyli złodzieja. Pozostali, wspierają dobrym słowem i stoją po mojej stronie. 

Przypuszczam, że zamieszczoną publikacją, nadszarpnę nieco swój wizerunek, osoby ostrożnej, rozsądnej i przewidującej zagrożenie, w wielu dziedzinach życia, nie tylko w sprawie kradzieży. Nie to jest najważniejsze. Jeśli mój tekst pomoże obronić się przed rabusiem, choć jednej osobie, uznam to za swój sukces. Zbliżają się święta, złodzieje wykazują w tym okresie zdwojoną aktywność. Proszę bądźcie ostrożni. Nie noście przy sobie nic, co jest w danym momencie zbędne. Nie notujcie na karteczkach danych osobowych i kodu PIN. Kiedy te informacje dostaną się w ręce osoby nieupoważnionej, czyli wroga, zapewne wykorzysta je na Waszą szkodę. 

PRYWATNOŚĆ WYSTAWIONA NA SPRZEDAŻ. WIELKI BRAT PODGLĄDA BEZ PRZERWY.

Poznańska rodzina z czwórką dzieci zainstalowała 12 kamer w swoim domu, które przez całą dobę rejestrują ich życie, wszędzie poza łazienką. Nie kryją, że upubliczniają ten specyficzny film, w internecie, w celach komercyjnych. Chociaż od pierwszego programu, typu Big Brother, minęło już kilkanaście lat, a kolejne pokazywały coraz więcej, tego typu posunięcie budzi niechęć i odrazę większości z nas. Można się zastanawiać, czy dla pieniędzy, można obnażyć się do końca? Na co możemy sobie pozwolić bez negatywnych skutków, a co będzie odbierane z odrazą i niechęcią?

Wydaje się, że powód ekonomiczny, to nie jedyny, jakim kierowali się poznaniacy. Modne słowo celebryta, czyli znany z gazet, telewizji, popularny w internecie. Drugi to reklama firmy, którą założyli kilka lat temu. Być może, wyjście z anonimowości, zaistnienie na szerszym polu, bycie obiektem dyskusji pchnęło, obok korzyści materialnych, tę rodzinę do tak kontrowersyjnej decyzji? Pewnie ukryte są jeszcze inne przyczyny, o których nie mówią. Wystawienie siebie i dzieci na widok publiczny, oddanie swoją prywatność, a nawet intymność każdemu, kto się tym zainteresuje, to mówiąc eufemizmem, odważne posunięcie. Zastanawiam się, czy dobre? Dorośli mają prawo decydować o sobie w dowolny sposób. Narażać dzieci na hejt i inne niebezpieczeństwa w sieci, nie mogą. Na straży dobra dzieci, jeżeli rodzice nie potrafią zadbać o nie, stoją powołane do tego instytucje państwowe, z sądem na czele. Podobno wszystko można sprzedać, nawet prywatność. Jest jeden warunek, tylko swoją, nie cudzą.

Przed okiem wielkiego brata chroniona jest tylko łazienka. Sześcioosobową rodzinę można oglądać całą dobę w salonie, pokojach dziecięcych, sypialni rodziców i w kuchni. Nierzadko w negliżu, a nawet w sytuacjach intymnych. Społeczeństwo jednoznacznie oceniło czyn małżeństwa jako zły. Wyraz tego dali w internecie, pisząc słowa oburzenia, złości i krytyki. Nie obyło się też bez obraźliwych wyzwisk przez telefon. Rodzice czują się nękani. Również ich dzieci odczuły niechęć i krytykę ze strony rówieśników. ,,Kowalscy”, choć znane jest nazwisko rodziny, tak popularnie nazwijmy tych ludzi, przy pomocy tego przedsięwzięcia, chcą zrealizować projekt. Ma to być organizacja biegu z udziałem miliona zawodników. Potrzebują do tego sponsorów, wolontariuszy i ogromnych pieniędzy. Pula nagród ma wynosić 100 milionów złotych. 

Ze względu na upublicznienie wizerunku dzieci, sprawą zajął się Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie, Marek Michalak – rzecznik praw dziecka, który  wnioskował do Sądu Rejonowego w Poznaniu o rozpatrzenie sytuacji dzieci. Wystawianie dzieci do ogólnodostępnego podglądania, narażanie ich na atak zwyrodnialców i zboczeńców, których pełno w sieci, to igranie z ich bezpieczeństwem. Skutki wystawiania i upubliczniania ich wizerunku, mogą spowodować wypaczenie charakterów, co odbije się negatywnie w dorosłym życiu.

Żadne zagrożenia, kontrowersyjnych rodziców, nie zrażają. Upierają się przy swojej decyzji, twierdząc, że nic złego nie robią, a pokazują życie rodziny, bo nie mają nic do ukrycia. Chcą zapewnić dzieciom dostatnie życie i dobre wykształcenie. Czy te powody usprawiedliwiają ich działanie? Czy warte są, by dzieci narażać na dyskomfort życia codziennego i ataki?

LUBIĘ JESIENNĄ PORĘ, LENIWY DESZCZ I CZEKANIE……..

Dokładnie rok temu, w listopadzie, napisałam tekst zatytułowany ,,Jesień pisana melancholią”. Byłam wtedy nieupierzoną autorką i nikt mnie nie znał, bo blog prowadziłam dopiero miesiąc. Myślę, że szkoda, by moi obecni goście, komentatorzy nie poznali, jak  wyglądały moje  początki. Publikację kopiuję w całości. Proszę przeczytajcie i zostawcie komentarz, jeśli tekst Was zainteresuje. Jestem pewna, że macie inne zdanie na temat jesieni?  Przypuszczam, że niewielu jest ludzi podobnych do mnie, którzy uważają, że jesień można lubić. Jeżeli wśród czytelników są tacy, którzy tekst znają, proszę przeczytajcie raz jeszcze, może znajdziecie w nim elementy, na które wcześniej nie zwróciliście uwagi.

JESIEŃ PISANA MELANCHOLIĄ

Lubię jesienną porę, leniwy deszcz i czekanie…

Na zewnątrz szaro, ponuro i smutno. Otoczenie przybrało wyraz przygnębienia, a chmury jakby przyspieszyły wędrówkę po niebie. Ptaki już grzeją się w ciepłych krajach, tylko wróble i sikorki nic sobie nie robią z nadchodzącej zimy. Drzewa łyse, zastygły w swej walecznej pozie, szykują się do odparcia ataku wiatru i mrozu. Matka Natura pokornie oddaje Persefonę Hadesowi. A Ziemianie?????? Żyją jakby w hibernacji i większość stawia na przeczekanie.

Może zdziwię Was, ale ja lubię jesień! Podobnie jak moja mama. Okres ten nastraja mnie pozytywnie. Życie jakby zwalniało tempo, a tym samym czas, jaki jest nam dany staje się dłuższy. Są chwile na zadumę i rozmyślanie, w długie wieczory, przy gorącej herbacie z sokiem, koniecznie malinowym. W domu ciepło i bezpiecznie, a na dworze słota, więc w przeciwieństwie do lata chętnie się tu wraca. Lubię jesień ze względu na miłe wspomnienia z dzieciństwa. Zapisane w pamięci jako bezpieczne, błogie i szczęśliwe. A konkretnie?

Jesienią mieliśmy mamę dla siebie. Latem zawsze zapracowana do samej nocy, nie mogła należeć do nas. Zmęczona dawała nam siebie w okrojonej ilości. Wszystkie zaległości nadrabialiśmy jesienią i zimą. Długie wieczory, przy trzaskającym ogniu, spędzaliśmy na graniu w chińczyka, Piotrusia, czytaniu książek i rozmowach o wszystkim. Mamę otaczała piątka dzieci, jedno od drugiego niewiele starsze. Jak ONA umiała nas godzić, łagodzić temperamenty, akcentować i utrwalać w pamięci sprawy najważniejsze. Wydaje mi się po latach, że wychowywała nas w czasie deszczu, wiatru, śniegu i zamieci. I nigdy, ale to nigdy nie biła. A muszę zaznaczyć, że do „aniołków” nie należeliśmy, sąsiedzi często przychodzili z pretensjami. Już pół wieku temu moi kochani rodzice wiedzieli, że dzieci bić nie wolno. Byli chyba jedyni w swoich poglądach. Bo cała wieś regularnie, dla zasady i często bez powodu swoje dzieci biła. Wiem z opowiadań koleżanek, że to nie były klapsy, a razy zadane pasem, kablem albo rzemieniami. Razy, których nie da się wymazać z pamięci do końca życia, a im człowiek starszy tym bardziej bolą. Dzisiaj dorośli ludzie potrafią płakać na wspomnienie bólu zadanego przez rodziców i nie czują żalu i współczucia w chorobie, a nawet po ich śmierci. Znam wiele domów, gdzie łańcuch przemocy trwa od kilku pokoleń do dziś i na pewno następne pokolenia go nie przerwą.

Dlaczego moi rodzice nas nie bili? Po prostu, oni też nie byli bici. Ja jako następne ogniwo tej układanki nie mogłabym postępować inaczej. Moje dzieci wychowaliśmy na dobrych ludzi bez używania przemocy. Czasem nie miałam cierpliwości, kiedy któreś z nich kaprysiło przy myciu czy nauce. Klaps niechybnie położyłby temu kres natychmiast. Ale na uderzenie nie pozwalało mi wspomnienie mojej mamy. Miała życie cięższe od mojego, ale nigdy nie wyładowywała swojego niezadowolenia na bezbronnych, małych istotach. Kiedyś moja najmłodsza córka przyszła z przedszkola z pytaniem: „Mamusiu co to jest lanie? Wszystkie dzieci mówią, że dostały lanie, a Ty mi nigdy nie dałaś”. W czasie choroby jeździłam 30 km z dziećmi do szpitala do ojca. Zdziwiony był, że kilka razy w tygodniu nie jest mi ciężko go odwiedzać. Pytał: „Dlaczego to robisz?” . Odpowiedź była prosta i krótka: „BYŁEŚ DOBRY TATO!”.

Lubię jesień też za to, że poprzedza Boże Narodzenie. A przecież to czas radości, odwiedzin, zapachu pierników i prezentów. Nieważne ile mamy lat zawsze czekamy na ten wyjątkowy czas w ciągu roku.

ODSŁONY, KOMENTARZE, POLECONE NA ONECIE, POLUBIENIA, REKLAMY, PIENIĄDZE.

Tym razem wpis będzie bardzo bardzo krótki. Nie chcę treścią nic sugerować, a także  zdradzić mojego zdania na problem, który mam nadzieję będzie zaczątkiem gorliwej dyskusji. Zachęcam serdecznie moich gości do wypowiedzi na postawioną tezę:

O sukcesie bloga mówimy gdy……………………………………………

Pozdrawiam serdecznie Elżbieta:)

ROGALE ŚWIĘTOMARCIŃSKIE – WIELKOPOLSKI WYPIEK Z CERTYFIKATEM.

11 listopada obchodzimy Święto Niepodległości, dzień upamiętniający odzyskanie własnego państwa po 123 latach (1795-1918) zaborów. O tym każdy uczeń i dorosły Polak wie, ale nie wszystkim jest znane znaczenie tego dnia dla Poznania i jego mieszkańców. W tym dniu, kiedy cała Polska uroczyście świętuje odzyskanie niepodległości, Wielkopolanie, a przede wszystkim mieszkańcy Poznania, obchodzą także Dzień Świętego Marcina.

Wiąże się z tym kilka tradycyjnych obrzędów. Przede wszystkim obchodzone są Imieniny Ulicy Święty Marcin, organizowane przez Centrum Kultury ,,Zamek” od 1994 roku. Głównym punktem uroczystości jest przemarsz korowodu i przejazd tą ulicą świętego Marcina na białym koniu, w stroju rzymskiego legionisty. Towarzyszą mu szczudlarze, muzycy, machiny i platformy. Celem pochodu jest CK ,,Zamek”, gdzie na dziedzińcu czeka Prezydent Miasta Poznania, aby przekazać św. Marcinowi symboliczny klucz do bram miasta. Od tej chwili mieszkańcy świętują, by o godzinie 21.00 zakończyć uroczystość uczestnictwem w pokazie fajerwerków.

O wielkopolskiej tradycji związanej z dniem 11 listopada wie zapewne niewielu spoza regionu. Dlatego pragnę ją przybliżyć gościom mojego bloga. W tym dniu, od wielu dziesiątek lat, na stołach króluje gęsina oraz wypiekane są ogromne ilości rogali świętomarcińskich. I właśnie o rogalach chciałam opowiedzieć więcej. Pierwsze wzmianki o ich wypieku na Dzień Świętego Marcina, można znaleźć już w 1860 roku w Dzienniku Poznańskim. Ale legenda przekazywana z pokolenia na pokolenie związana jest z wydarzeniem późniejszym, bo z 1891 roku. Wtedy to Jan Lewicki, proboszcz parafii Św. Marcina, zaapelował do zebranych na mszy wiernych, by wzorem rzymskiego żołnierza Marcina (uznanego później za świętego) zrobili dobry uczynek w stosunku do biednych mieszkańców Poznania. Cukiernik Józef Melzer, w odpowiedzi na apel duchownego, namówił właściciela cukierni, by wrócił do dawnej tradycji i część swoich wypieków sprzedawał bogatym, a częścią obdarowywał tych, których na kupno nie było stać. Inna legenda związana z tym słodkim wypiekiem mówi, że: wiele lat temu jeden z poznańskich piekarzy, we śnie, podniósł podkowę, którą zgubił jadący na koniu święty Marcin. Postanowił wypiekać ciasto, o podobnym do niej kształcie. Te legendy znane są prawie wszystkim Poznaniakom i mieszkańcom okolic. Ale mało kto z nas wie, że pierwsza wzmianka, o kształcie najbardziej znanego przysmaku regionu, datowana jest na czasy pogańskie. Wtedy to podczas jesiennego święta składano ofiary bogom z ciasta zawijanego w bawoli róg. 

Na początku XX wieku rogale cieszyły się, w dalszym ciągu, bardzo dużym popytem, a zwyczaj ich wypieku przejęło Stowarzyszenie Cukierników, zaś po I wojnie światowej Franciszek Raczyński dalej kultywował tradycję obdarowywania ubogich tym słodkim przysmakiem. Zygmuntowi Wasińskiemu zawdzięczamy uratowanie od zapomnienia wypieku rogali po II wojnie światowej. Obecnie cukiernicy Wielkopolski, a przede wszystkim jej stolicy wypiekają i sprzedają w Dniu Świętego Marcina 250 ton rogali świętomarcińskich, w ciągu roku pół tony, a w przeliczeniu na sztuki jest to liczba około 2 i pół miliona. Nasz lokalny wypiek i jego smak mieli okazję poznać również parlamentarzyści Unii Europejskiej, pracownicy instytucji unijnych i korpusu dyplomatycznego różnych państw. 28 listopada 2013 roku polscy cukiernicy częstowali nimi gości w Brukseli, z okazji czwartej edycji Dnia Świętego Marcina. 

Pozwolę sobie przytoczyć dwa cytaty mówiące o naszym wyrobie regionalnym, który ma swoją rejestrację w UE, podobnie jak podhalański oscypek:

,,Możliwość wypieku Rogali Świętomarcińskich jest największą chlubą poznańskich cukierni. Specjalny certyfikat Kapituły Poznańskiego Tradycyjnego Rogala Świętomarcińskiego, która powstała z inicjatywy Cechu Cukierników i Piekarzy w Poznaniu, Izby Rzemieślniczej i Urzędu Miasta Poznania, zobowiązuje cukierników do wypiekania rogali według tradycyjnej receptury i użycia składników najwyższej jakości – półfrancuskiego ciasta, białego maku, wanilii, mielonych daktyli lub fig, śmietany, rodzynek, masła i skórki pomarańczowej. Od kilku lat Unia Europejska także certyfikuje Rogale Marcińskie jako produkt regionalny Chronionym Oznaczeniem Geograficznym”. http://www.rogalemarcinskie.pl/pl/historia_rogala.html

,,Rozporządzeniem Komisji (WE) nr 1070/2008 z dnia 30 października 2008 r. nazwa „Rogal świętomarciński” została wpisana do rejestru chronionych nazw pochodzenia i chronionych oznaczeń geograficznych w Unii Europejskiej”. https://pl.wikipedia.org/wiki/Rogal_świętomarciński

Może ktoś z moich gości zechce sam upiec rogale świętomarcińskie, podaję przepis i sposób wykonania na 15 sztuk:

Produkty na masę makową: 1 szkl. białego maku, 2 szkl. okruchów biszkoptowych, 0,5 szkl. cukru, 0,5 szkl. miodu pszczelego, 12 dkg orzechów, 12 dkg rodzynków, trochę fig i różnych owoców kandyzowanych, 40 dkg masła, 1 esencja migdałowa.

Produkty na ciasto: 4,5 szkl. mąki pszennej, 40 dkg. masła, 2 jaja, pół kostki drożdży, pół szkl. cukru, 1 szkl. ciepłego mleka, pół szkl. oleju, 2 płaskie łyżeczki soli.

Wykonanie masy makowej: mak płuczemy, parzymy, po godzinie mielimy dwa razy. Dokładamy cukier, masło i podgrzewamy na małym ogniu ciągle mieszając. Gdy masa jest ciepła dodajemy: rodzynki, posiekane orzechy i esencję. Dodajemy okruchy, przykrywamy i odstawiamy do wystygnięcia.

Wykonanie ciasta:  mąkę przesiewamy, dodajemy drożdże rozpuszczone w mleku, cukier, jaja i sól. Mieszamy aż powstanie sprężysta masa, dodajemy olej i wyrabiamy. Robimy prostokąt i wkładamy do lodówki. Schłodzone ciasto wałkujemy i na 2/3 prostokąta nakładamy zimne masło. Składamy na 3 części, sklejamy brzegi, rozwałkowujemy, składamy trzykrotnie, powtarzając czynność trzy razy. Wkładamy ciasto do lodówki, wyjmujemy po 5-10 godzinach i formujemy pasy o dł. 40 cm. Wycinamy poprzecznie długie trójkąty, o podstawie 10 cm. Rękawem cukierniczym nakładamy masę makową tak, by u podstawy było jej jak najwięcej. Zwijamy ciasto od podstawy, nacinamy prostopadle, kończymy zwijanie do samego wierzchołka i oba końce zaginamy do środka. Gotowe rogale układamy luźno na blasze, smarujemy żółtkiem rozbełtanym z wodą i wkładamy do piekarnika rozgrzanego do temperatury 180 stopni. Pieczemy 35 minut, pozwalamy im trochę ostygnąć, lukrujemy i posypujemy orzechami włoskimi.

Proszę bardzo tak wygląda gotowy wypiek:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Rogal_świętomarciński
Zdjęcie: https://pl.wikipedia.org/wiki/Rogal_świętomarciński

Kilka lat pracowałam w cukierni, co prawda w biurze, ale znam proces produkcyjny rogali świętomarcińskich doskonale. 11 listopada wszyscy staliśmy przy stołach i pomagaliśmy zawodowym cukiernikom. Gdyby chętni do podjęcia próby własnego wypieku, w którymś momencie trafili na przeszkodę, służę uprzejmie radą.