WRACAM DO TEMATU: ZWIERZĘTA W NASZYCH DOMACH.

Prawie rok temu napisałam tekst na  temat zwierzaków w naszych domach i zamieściłam jako czwarty na moim blogu. Ponieważ byłam nowa, szascdziesiąt-rowna-sie-dwadziescia miał dopiero dwa tygodnie, więc nikt nie przeczytał notki i nie zostawił komentarza. Myślę, że problem wart jest zainteresowania i przeczytania. Polecam go jeszcze raz gorąco kopiując z oryginału. Będzie też okazja porównać moje pierwsze teksty z bieżącymi. Może pojawią się wśród czytelników jakieś uwagi, refleksje, wątpliwości, proszę uwiecznić  je w komentarzach.

 PIES W RODZINIE

Dzisiaj napiszę o sprawie, która dotyczy albo dotyczyła w przeszłości każdego z nas, a mianowicie o „nowym członku rodziny”, czyli psie. Nie ma domu, w którym choć raz ten problem by się nie pojawił, a zwłaszcza tam gdzie są małe dzieci. U mnie sprawa wracała cyklicznie, bo mam trójkę (teraz dorosłych) dzieci, ale każde z nich miało czas pragnień, by pies zamieszkał w naszym domu. Najbardziej zdeterminowana była najmłodsza córka. W okresie wczesnego dzieciństwa potrzeba bycia właścicielką psa, a zwłaszcza prowadzenie go na smyczy, pokonywała wszystkie inne marzenia. Psa nie kupiliśmy ze względu na małą powierzchnię mieszkania i świadomość, że tak ruchliwe zwierzę nie miałoby komfortu w naszym skromnym „M”.

Ale dzieci potrzebowały żywej istoty, którą mogłyby się opiekować, więc każde z nich miało swoje zwierzątko. Syn chomika, a córki królika miniaturkę i papużki. Muszę przyznać, że większość prac pielęgnacyjnych należała do mnie, ale miłość jaką dawały swojemu pupilowi była nie do przecenienia. Rekordy w tym zakresie bił malutki czarny króliczek, który był z nami 9 lat. Na jego punkcie oszalała cała rodzina!!!

Teraz wszyscy jesteśmy dorośli, ale miłość do zwierząt została w każdym z nas. W dalszym ciągu nie mamy własnego psa, ale córka opiekuje się czasem pięknym pieszczochem od znajomych. Jesteśmy nim oczarowani wszyscy, czym dłużej przebywamy razem i bardziej się poznajemy, nasza sympatia do siebie rośnie. To zwierzę ma charakter, potrafi pokazać co chce i wie jak to w delikatny sposób uzyskać. Darzy miłością każdego, kto tym samym potrafi mu się odwdzięczyć. Ja jeszcze ostatecznie nie zdecydowałam się, ale jestem coraz bliżej dania domu jakiemuś bezdomnemu psu ze schroniska, bo te są najwierniejsze i najbardziej nas potrzebują.

Myślę, że decyzja o zakupie psa powinna być wnikliwie przemyślana i świadoma, bo kiedy ją podejmiemy i wprowadzimy do swojej rodziny zwierzę, nie powinno być odwrotu. Oddanie psa do schroniska, wywiezienie do lasu i przywiązanie do drzewa lub zabicie jest barbarzyństwem, którego nikt nie powinien się dopuścić!

A na koniec miły akcent :-) Załączam zdjęcie naszego „wypożyczonego” pupila. Chyba sami rozumiecie mój dylemat patrząc na tego pieska :-)

ECHA XVII KONKURSU CHOPINOWSKIEGO.

Zgiełk wyborczy i exodus imigrantów z Azji i Afryki, całkowicie zdominowały media. Jestem rozczarowana powściągliwością stacji telewizyjnych, nie tylko publicznych, ale także komercyjnych w pokazywaniu, omawianiu i komentowaniu, jednego z ważniejszych wydarzeń w kalendarzu muzycznym Polski. Poza TVP Kultura, która pokazała wszystkie etapy konkursu, także komentarze znawców, na bieżąco (130 godzin transmisji), na próżno było szukać w telewizji nawet wzmianki o XVII Konkursie Chopinowskim, który w środę 21 października dobiegł końca. Wydarzenia ostatniego wieczoru w Filharmonii Narodowej miały niecodzienną, uroczystą wymowę i oprawę, a popisy pianistyczne, najpierw laureatów, potem zdobywcy I Nagrody Seong-Jin Cho z Korei Południowej, który wykonał Koncert fortepianowy e-moll op. 11 z towarzyszeniem Orkiestry Filharmonii Narodowej pod batutą Maestro Jacka Kaspszyka, goście nagrodzili aplauzem na stojąco. 

W tym miejscu trochę historii i liczb. I Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina odbył się w dniach 23-30 stycznia 1927 roku. Wystąpiło na nim 26 pianistów z 8 krajów. Do tej pory konkurs chopinowski wygrało tylko czterech Polaków – Halina Czerny-Stefańska (1949), Adam Harasiewicz (1955), Krystian Zimerman (1975) i Rafał Blechacz (2005). W tym roku do konkursu głównego w Filharmonii Narodowej zakwalifikowało się 84 pianistów z 20 krajów, w tym 14 Polaków. Do finału przeszedł tylko jeden, 20-letni Szymon Nehring z Krakowa.

Gwiazdą, objawieniem i osobowością tegorocznych zmagań był, wspomniany wcześniej, młody koreański pianista Seong-Jin Cho, który oczarował jurorów i publiczność. Znawcy muzyki Chopina wymieniali Go jako faworyta od początku, kiedy zagrał pierwsze utwory. Wielka osobowość, perfekcja, doświadczenie sceniczne i iście azjatycka umiejętność skupienia. Zwycięzca Konkursu został nagrodzony, złotym medalem, gratyfikacją finansową w wysokości 30.000 €. Prezydent Polski Andrzej Duda, obecny na uroczystości finałowej, podziękował artystom za uczestnictwo w konkursie, zmagania, a organizatorom za perfekcyjne przygotowanie imprezy. Wręczył także osobiście nagrody zwycięzcy.

Nie przypadkowo trzej laureaci z pierwszej piątki pochodzą z krajów Azji, bezpośrednio lub z kolejnego pokolenia. Umiejętność koncentracji maksymalnej, to jeden z ważniejszych atutów, które decydowały o wygranej. Różnice między poszczególnymi uczestnikami konkursu finałowego były minimalne. Nie tylko wykonanie na najwyższym poziomie, oceniano. Właśnie, wspomniana wcześniej, osobowość artysty, przechylała czasem szalę na jego korzyść. Pozostali nagrodzeni ostatnie, pożegnalne koncerty dali w Warszawskiej Filharmonii 22 i 23 października. Zwycięzca i laureaci, nie wrócili zaraz do swojego kraju. Koncertują w Polsce, między innymi w moim mieście, stolicy Wielkopolski – Poznaniu. W poniedziałek 26.10 w Auli UAM odbędzie się uroczysty koncert orkiestry Amadeus wraz z  laureatami tegorocznego Konkursu Chopinowskiego. Dyrygować będą Agnieszka Duczmal i jej córka Anna Duczmal-Mróz. Zdobywca II nagrody, Kanadyjczyk Charles Richard-Hamelin wykona Koncert fortepianowy f-mol Fryderyka Chopina. Drugi artysta, wyróżniony przez jury, Gieorgij Osokin z Łotwy, zagra Koncert e-mol. Gratka dla miłośników twórczości Chopina i muzyki poważnej.

Na kolejny Konkurs Chopinowski trzeba czekać pięć lat. Kiedy zatęsknimy do twórczości naszego kompozytora możemy wrócić do tego, co już miało miejsce, jest przeszłością, czyli tegorocznego wydarzenia.

Polecam, warto jeszcze raz to przeżyć:                                                                                                                                                           
http://www.tvn24.pl/kultura-styl,8/xvii-konkurs-chopinowski-gala-laureatow,588047.html


http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/finalisci-konkursu-chopinowskiego-u-prezydenta-duda-ta-muzyka-ma-dusze,586809.html

NADOPIEKUŃCZE INSTYTUCJE PAŃSTW DOBROBYTU KRZYWDZĄ, W IMIĘ PRAWA, POLSKIE RODZINY.

Od kiedy Polska jest członkiem Unii Europejskiej (1 maj 2004) pracę i zamieszkanie w Europie Zachodniej wybrało około 2 milionów naszych młodych rodaków. Najczęściej wyjeżdżają do państw rozwiniętych, by dotknąć szczęścia duszą i ciałem. Tak przynajmniej im się wydaje w chwili opuszczania kraju. Wybierają: Niemcy, Wielką Brytanię, albo państwa skandynawskie: Szwecję i Norwegię. Zarobki, a tym samym warunki życia są nieporównywalnie lepsze niż w kraju, więc wydawać by się mogło, że każdy kto tam się osiedlił żyje beztrosko jak pierwsi ludzie w Raju. Niestety, z najmniej spodziewanej strony, coraz częściej rodziny polskie doznają krzywdy stokroć większej niż niedostatek. Instytucje do tego powołane, bez zasadnych powodów, zabierają im własne dzieci.

Siniak, zadrapanie, apatia i smutek dziecka, donos sąsiada, niewinne kłótnie, nic nie znaczące słowa, podejrzane zachowanie lub inne błahostki, mogą być powodem szybkiej interwencji i wkroczenia, w ciepło polskiej rodziny, machiny urzędniczej. Bezduszne wyrwanie rodzicom, nie spodziewającego się niczego złego, dziecka i zabranie celem przekazania do adopcji, zupełnie obcym ludziom, to fakt. Horror, czarny humor, powiedziałby ktoś, kto nie zna tematu. Nie, to nie film, który ma przestraszyć, wygodnie siedzącego na kanapie, widza. To prawda, real, rzeczywistość. Polskie rodziny mieszkające za granicą, bez jakiejkolwiek winy matki i ojca, przeżywają dramaty, które rodzą w nich poczucie krzywdy, niezawinionej kary, poniżenia i ,,chłosty psychicznej”, na którą nie zapracowali niczym niewłaściwym wobec własnego dziecka.

Rodzicom zabiera się dziecko błyskawicznie, bez jakichkolwiek formalności i zbędnych pytań. Jest siniak na jego ciele, przesądzone, przemoc w polskim domu panuje. Tymczasem odzyskanie córki lub syna z rąk bezdusznych instytucji, powołanych do tego przez państwo, dobrze zorganizowanych, nastawionych z góry na zabieranie jak najwięcej dzieci, to droga przez mękę, która może trwać lata. Nikogo nie obchodzi cierpienie rodziców. Ale najbardziej traci dziecko, które nie rozumie sytuacji, w jakiej nagle się znalazło. Wini rodziców, którzy dotąd byli jego ostoją, bezpieczeństwem, stabilizacją, miłością. Czuje się odrzucone przez nich, bo nikt przecież nie powie mu, że to nie jest wina mamy i taty. Mocno cierpi psychika dziecka, dochodzi do rozchwiania emocjonalnego, a przeżycia, związane z przymusem opuszczenia najbliższych, zostawiają zły ślad na całe życie.

Takie przypadki nie należą do incydentalnych. Skala zjawiska przybiera niepokojące rozmiary, może sięgać nawet setek w ciągu roku. Problemem dla pokrzywdzonych ludzi jest przede wszystkim to, że zostają z dramatem, który stał się ich udziałem, zupełnie sami. Często są zagubieni i bezbronni, bez znajomości języka podpisują dokumenty, które są im podsuwane. Nie mają pieniędzy na profesjonalną pomoc. Sami zakładają sobie pętlę na szyję. Polskie państwo, jakby, ignoruje ten problem i nie wychodzi z pomocną ręką do swoich rodaków. Ambasady milczą, są głuche na krzyk rozpaczy polskich imigrantów, którym zabrano siłą dziecko, czasem kilkoro. Jugendamt w Niemczech, Barnevernstjeneste w Norwegii, Social Services – SS w Anglii, Socialstyrelsen w Szwecji to instytucje bezduszne, nastawione na to, by jak najwięcej dzieci zabrać rodzicom, nawet bez powodu.

Proszę nie myśleć błędnie, że rodzice mają pierwszeństwo w prawach do dziecka, w decydowaniu o codziennym wychowaniu. W Skandynawii tak nie jest. Tu państwo decyduje o wszystkim, co dotyczy dziecka, ono wie najlepiej co dla małego człowieka jest najlepsze. Jeżeli któryś z urzędników uzna, że dla dziecka wskazane jest przedszkole, to matka musi to wykonać, choćby miała środki i czas, by wychowywać je sama. Inaczej zostanie zabrane i oddane rodzinie zastępczej. Cała rozbudowana machina, która jakoby powołana została do ochrony praw dziecka, nie ma nic wspólnego z pierwotnym założeniem. Przepisy dają nieograniczone prawa instytucjom i urzędnikom. Rodziny są pozbawione praw całkowicie i z góry ich wina jest przesądzona, choćby jej wcale nie było. Ta nadgorliwość urzędników ma swoje podłoże ekonomiczne. Formą uznania za ich skuteczną pracę są liczne nagrody i awanse. Wniosek nasuwa się jeden: czym więcej dzieci odbierze się biologicznym rodzicom i przekaże do adopcji, profity są większe. Zagubiło się w tym bezdusznym galimatiasie, całkowicie, dobro dziecka. Nikt nie liczy się z jego potrzebami. Nie tylko urzędnicy zyskują na odebraniu polskiej rodzinie dziecka. Także rodzice zastępczy są sowicie dofinansowani. Wydaje się, że ta bezwzględna machina jest celowo tak skonstruowana. Wygodne, żyjące w dobrobycie kobiety w Szwecji i Norwegii, niechętnie rodzą dzieci. Wolą dostać je bez niedogodności związanych z ciążą i porodem. Często jest tak, że rodzice adopcyjni, to dobrzy znajomi pracowników służb socjalnych. Co więcej, może być nawet tak, że wskazane dziecko, spełniające oczekiwania przyszłych ,,nabywców” jest osaczone, wymyśla się powód odebrania rodzicom biologicznym i trafia tam gdzie powinno.

Kiedy już dziecko odbiorą, kontakt z nim jest ograniczony do minimum, albo całkowicie zakazany. Najlepiej to obrazuje sytuacja Wojciecha Pomorskiego prezesa Polskiego Stowarzyszenia Dyskryminacji w Niemczech. 13 lat temu, to jemu zabrali troje dzieci. Widząc brak pomocy i niemoc polskich władz, założył stowarzyszenie. Chciał pomagać innym rodzinom postawionym w podobnej beznadziejności. Przez Jugendamt traktowany był jak przestępca, widzenia nadzorowali urzędnicy. W ciągu tego czasu widział dzieci trzy razy, w sumie 16 godzin spędzili razem, ostatnio 12 lutego 2010 roku. Od 2007 roku nie zna ich adresu zamieszkania. Jugendamt wymusił, by ojciec nie prowadził rozmów z dziećmi po polsku. Nie używał słów: ,,kocham”, ,,tęsknię”, ,,chcę być z Wami”. Zaznacza, że niepotrzebnie wydał duże sumy na procesy sądowe i redagowanie pism. Teraz wie, że ta droga nie prowadzi do odzyskania dzieci. Wymiana papierów trwa lata, a dzieci wychowują obcy ludzie. Są inne metody, dające nadzieje, szansę. Właśnie w tym, pokrzywdzonym rodzicom, pomaga Pomorski. Przykładem na skuteczne, niekonwencjonalne działanie jest wyrwanie nastolatki, z rąk rodziców zastępczych, przez jednego z polskich detektywów.  

Wiele artykułów napisano w prasie, w Internecie, na temat bezduszności i mechanizmów działania służb socjalnych, w państwach nadopiekuńczych, wobec dzieci polskich imigrantów. Wiele rodzin, którym niesłusznie odebrano dzieci, opisano, a walka z machiną urzędniczą zawsze skazana jest na przegraną. Warto wspomnieć w tym miejscu o filmie Dariusza Gajewskiego, o wymownym tytule ,,Obce niebo”, który wszedł właśnie na ekrany polskich kin. Autor pokazuje mechanizm działania i skutki absurdalnego podporządkowania opiekuńczej roli państwa, bezdusznej biurokracji. Często słyszymy też o bezradności i opieszałym działaniu polskich służb dyplomatycznych, które obiecują interweniować, ale ich rola na tym się kończy. Tak nas Polaków traktuje świat, jak na to pozwala nasze państwo. Niestety odbierani jesteśmy gorzej niż przybysze z Trzeciego Świata, bo nie ma kto się o nas upomnieć. Polskie służby do tego powołane, zapominają o polskich rodzinach krzywdzonych w państwach bogatych. Akceptują to, dają ciche przyzwolenie. 

Sami jesteśmy rodzicami. Dobrze pamiętamy liczne urazy naszych dzieci, nim dorosły. Nawet najtroskliwsza opieka i czujność nie zapobiegną siniakom, odrapanym kolanom, ranom na głowie i w innych miejscach u dziecka. Po prostu jest to wpisane w jego rozwój. Siebie zaliczam do troskliwych matek, powiedziałabym nawet, nadopiekuńczych. Ale żadnego dziecka nie udało mi się wychować bez urazów, których ślady zostaną na ich ciele do końca życia. Na moich oczach, niespełna dwuletnia córka upadła na taboret. Blizna nad nosem przypomina o tym przykrym wydarzeniu. Druga pięcioletnia córka, na placu zabaw, pod opieką innej mamy, podeszła pod huśtawkę. Lekkie wgłębienie na czole mówi nam zawsze o tym zajściu. Syn w wieku trzech lat stracił kawałek kciuka, bo starsza koleżanka ruszyła rowerkiem i szprychy poraniły jego palec. To tylko bardziej poważne urazy moich dzieci. Setek siniaków, guzów i innych zdarzeń nie sposób tu opisać. Myślę, że gdybym mieszkała w którymś z wymienionych wcześniej krajów, nie byłabym ich matką do teraz. Państwowa nadopiekuńczość upomniałaby się o nie i na pewno każde z nich wychowane zostałoby w rodzinie obcej, nastawionej na profity z tego tytułu, a nie na miłość i ciepło rodzinne, jakie każdemu małemu człowiekowi się należy od matki i ojca.

Proszę porozmawiajmy na temat poruszony w moim artykule. Przypuszczam, że każdy z nas zna ludzi, którzy mieszkają za granicą. Może spotkaliście się z osobami, które dotknął ten problem.

RADA JĘZYKA POLSKIEGO MÓWI LUDZKIM GŁOSEM.

Andrzej Markowski-przewodniczący, Jerzy Bralczyk-wiceprzewodniczący,    Jan Miodek-członek Rady Języka Polskiego, czyli trzy największe autorytety w dziedzinie językoznawstwa, rozmawiają językiem przeciętnego użytkownika polszczyzny, o współczesnych jej problemach. Wywiad-rzekę przeprowadził Jerzy Sosnowski, z czego powstała książka pt. ,,Wszystko zależy od przyimka”, wydana w 2014 roku przez Wydawnictwo Agora SA z siedzibą w Warszawie. Tyle danych formalnych.

Za oknami jesienna słota, w powietrzu czuć gorączkę przedwyborczą, a ja chciałam oderwać Was od codzienności i zaprosić do przeczytania ciekawej książki. Nie jest to lekka powieść ani romansidło niskich lotów, a poważna pozycja. Choć traktuje o języku, jego kulturze, a rozmówcami są znani z mediów badacze polszczyzny, lektura przeznaczona jest dla każdego. Być może, Drogi Czytelniku, temat Cię przerazi. Mając w pamięci szkolne zajęcia z gramatyki, ortografii, stylistyki, każdy z nas ma uraz, a powrót do wiedzy w tym zakresie budzi niechęć. Zapewniam jednak, że warto po książkę sięgnąć, bo w przyjemny sposób można podnieść poziom wiedzy o rodzimym języku, pogłębić świadomość posługiwania się nim, a przy okazji poznać anegdoty związane z tematem i rozmówcami.

Książkę otrzymała moja młodsza córka na zakończenie praktyk studenckich. Zainteresowała mnie, bo język, to moja pasja, a poprawne i świadome posługiwanie się nim, to delikatnie mówiąc mój konik. Po raz pierwszy przeczytałam lekturę jeszcze latem minionego roku (potem chyba jeszcze dwa razy). Co najbardziej mnie zaskoczyło, to prostota języka, którego używają trzej profesorowie i prowadzący rozmowę. To pozwala, nam czytelnikom, na zbliżenie się do rozmówców, nie musimy domyślać się co nam chcą przekazać, bo język, jakim posługują się jest jasny i zrozumiały, daleki od naukowego. Tym sposobem dają nam do zrozumienia, że mówienie powinno być naturalne, na co ma wpływ wiele różnorakich czynników. Innego języka używają w komunikacji dwaj koledzy, innego student w rozmowie z profesorem, jeszcze innego dwie przekupki na targu. Tego właśnie uczymy się całe życie. Dobrze jest, kiedy od czasu do czasu zatrzymamy się i pomyślimy, poddamy refleksji naszą wiedzę o języku polskim. Zastanowimy się nad jego bogactwem i miejscem wśród języków świata. Na potwierdzenie wcześniejszego zapisu cytuję Sosnowskiego: ,,rozwijanie świadomości, jak różnorodne warianty otwiera przed nami polszczyzna, przypomina raczej trening, przygotowanie do meczu – lecz gdy otwierasz usta, wówczas jakbyś słyszał gwizdek sędziego i grasz, a nie dumasz w rogu boiska nad możliwościami taktycznymi”.

Poprawność i kultura języka, to według Jerzego Bralczyka, obszary językoznawstwa, które nie są mocno osadzone w normach, nie są ustabilizowane. Rozmowa dotyczy właśnie tego czy posługujemy się językiem dobrze, źle, ale przede wszystkim jaka jest rzeczywistość i tendencje, w jakim kierunku mowa nasza zmierza. Intencją dyskutujących nie jest sztywne narzucanie i trzymanie się norm, ale zachęcenie czytelników do refleksji i poznawania mechanizmów, które językiem rządzą.

Język służy do komunikacji, z której powinni czerpać radość rozmawiający. Stanowi narzędzie, które daje możność wyrażania siebie: swoich myśli, uczuć, wrażeń w dowolny sposób, charakterystyczny dla naszej osobowości, wiedzy, wykształcenia, kultury, wrażliwości. Od nas samych zależy jak powiemy. Zapewne w dobie internetu, sms-ów, niepoprawności językowej reklam, bełkotu mediów i naporu ze zdwojoną siłą języka angielskiego, nie jest łatwo naszemu językowi obronić swego dorobku. Ale język, to żywy twór. Pączkuje, a niektóre jego elementy obumierają. Jedne słowa zastępują inne, zmienia się często ich semantyka, niektóre zapożyczenia zostają spolszczone inne adaptujemy w oryginale z innego języka.

Żeby zachęcić Was do sięgnięcia po proponowaną lekturę zacytuję kilka wypowiedzi uczestników rozmowy.

Jan Miodek o używaniu w mejlach słowa ,,witam”: ,,Zawsze można zacząć: ,,Szanowna Pani”, ,,Szanowny Panie”.   Z szacunkiem….. Ale dla mnie sto razy gorsze i świadczące o całkowitym braku słuchu językowo-obyczajowego jest: ,,dobra”, ,,dzięki”. Jeśli student przychodzi do mnie, żeby coś załatwić i mówi:,,dobra”, ,,dzięki”, to mam wobec niego mordercze skłonności”.

Inny cytat: ,,Kiedy poszedłem odwiedzić w szpitalu swojego dyrektora szkoły – wy wiecie co to był w miasteczku powiatowym dyrektor gimnazjum, to był Bóg! Więc go odwiedzam, a tu przychodzi dwudziestoletnia pielęgniarka i słyszę, jak mówi do niego: ,,panie Książek, na kroplówkę!”. Myślałem, że spadnę z krzesła! Bożyszcze Tarnowskich Gór, a w szpitalu jest panem Książkiem….

Jerzy Bralczyk o wulgaryzmach: ,,Ale mówię o tych trzech słowach, które oznaczają męski i żeński organ oraz samą czynność. W nich nie ma er. To zresztą smutne, że w naszym języku najwulgarniejsze słowa łączy się z erotyką i seksem. W innych językach tak wcale nie musi być. Łatwiej bym zniósł gdyby tam były jakieś defekacje i tym podobne działania. Ale dlaczego obrzydzać nam te piękne zachowania wulgaryzmami?

Inny cytat: ,,Lajkowanie jest lubieniem. Ale różnimy się od Anglików choćby tym, że nie lubimy czegoś od razu, najpierw to coś musi nam się podobać. Piosenka musi mi się ze dwa razy podobać, zanim za trzecim razem ją polubię. Widzę dziewczynę, ona mi się najpierw podoba, choć jeszcze nie wiem, czy ją lubię. A Anglik od razu powie ,,I like”. I to jest w porządku. Niestety dzisiejsze lajkowanie wprowadza tylnymi drzwiami angielskie znaczenie ,,lubię” z pominięciem podobania się. Ale jak te lajki zmienić? ,,Podobki” zamiast ,,lajków”?

Andrzej Markowski o gwarze młodzieżowej: ,,Ale w tej gwarze jest wiele wulgaryzmów. Dzisiejsza gwara jest chyba bardziej wulgarna niż była kiedyś”. ,,Zawsze przytaczam przykład z naszej młodości: ,,nietoperz” na określenie ojca. Bo nie widzi, nie słyszy, a się czepia. Taka metaforyka. Jednak to nie weszło. Ale ,,starzy”, ,,wapniaki” – to jest potoczne.

Inny cytat:  ,,A co do formy ,,ministra”, jest ona prowokacją. Także dlatego, że ministra po łacinie znaczyło ,,służąca”. ,,Oraz ,,magistra” (,,historia magistra vitae”). Ale historia żeńskich końcówek wygląda zupełnie tak, jak w dowcipie z cyklu pytań do radia Erywań: Czy można wprowadzić socjalizm w Wielkiej Brytanii? Odpowiedź: Można, ale po co?

To tylko niektóre smaczki w jakie obfituje lektura. Polecam, bo czytanie tej pozycji, to nabywanie cennej wiedzy na temat polszczyzny w sposób przyjemny, momentami pełen humoru. Uczyć przez zabawę, chyba takie zamierzenie przyświecało powstaniu książki                                                    ,,Wszystko zależy od przyimka”.


http://www.punkt44.pl/319762,wszystko_zalezy_od_przyimka_jan_miodek_%5Bksiazka%5D.html

http://upolujebooka.pl/oferta,41561,wszystko_zalezy_od_przyimka.html


http://upolujebooka.pl/oferta,41561,wszystko_zalezy_od_przyimka.html

JESIEŃ. PORA KOŃCZYĆ SEZONOWĄ PRACĘ.

W ubiegłą sobotę  3 października zwinęłam mój kram i na 8 miesięcy robię przerwę w sprzedaży owoców i warzyw z naszych rodzimych pól i sadów. Zabytkowa waga z czasów PRL-u przezimuje w piwnicy, a reszta niewykorzystanych opakowań poczeka na kolejny maj i truskawki, od sprzedaży których zaczynam kolejny rynkowy sezon. Żal rozstawać się z koleżankami i kolegami prowadzącymi swoje kioski i stragany na bazarze szczególnie tymi, którzy darzyli mnie sympatią i zrozumieniem. Smutno opuszczać na  tak długo klientów, regularnie mnie odwiedzających. Nie koniecznie przychodzili coś kupić, czasem obdarowali mnie uśmiechem, powiedzieli tylko dzień dobry, albo zatrzymali się, by zwyczajnie porozmawiać. Brakować będzie też dwóch starszych panów, którzy z samego rana przechodzili ulicą (czasem z puszką w ręku), witających się ze mną głośnym „dzień dobry”, uśmiechem wyjątkowo życzliwym i pełnym dobroci.

Smutno gdy pomyśli się, że wiele z tych osób w ciągu mojej przerwy odejdzie na zawsze. Zauważyłam, że co rok po przerwie jesienno-zimowo-wiosennej kogoś brak. Nie pojawiają się niektórzy wcale, a inni starsi jakby bardziej utykają, pochylili się bliżej ziemi, trudniej jest im poruszać się, torby jakby bardziej im ciążą. Dzieci rosną, a kolejne pojawiają się w wózkach. Niby normalna kolej rzeczy, ale smutek i tęsknotę czuję kiedy pomyślę, że nie spotkam już nigdy zaprzyjaźnionej osoby, bo niestety tak jest każdego roku. Jesienią rozstajemy się z nadzieją, ponownego spotkania. Czasem jest to niemożliwe, bo choroba, wiek nie pozwoliły na to. Tego roku szczególnie ciepło pożegnałam się z panią Marią. Nie jest osobą zdrową, raczej bardzo schorowaną, po operacji tarczycy, z cukrzycą, słabym wzrokiem, porusza się przy pomocy laski. Ale ciepłem i optymizmem mogłaby obdzielić kilka osób. Nie daje się ani chorobie ani upływowi lat. Zaprawia pomidory, smaży wspaniałe powidła, kupuje nowe pościele i kołdry. Mimo dolegliwości jakie nękają ją codziennie stara się planować i żyć w miarę normalnie. Mieszka sama, znam ją tak dobrze, bo od 5 lat przychodzi przede wszystkim porozmawiać, a przy okazji kupić to co w danym dniu potrzebuje. Rozumiemy się doskonale, chociaż nasze poglądy w wielu sprawach diametralnie się różnią. Ale rozmowa to przecież rozumienie drugiego. Nie narzucanie swojego widzenia świata, a szanowanie innego jego odbioru. Takt i kultura wymiany zdań z panią Marią może być wzorem rozmów międzypokoleniowych. Jej sposób prowadzenia dialogu, nie pozwala na bylejakość w dobieraniu słów przez oponenta. Sytuacja wymaga pedantycznego i wyważonego zachowania. Jestem filologiem, ale czasem staję przed panią Marią, jak uczeń przed profesorem i trudno mi zrobić krok dalej.

Kolejna zaprzyjaźniona osoba to Bożenka, pełna ciepła i życzliwości w stosunku do innych. Swoją dobrą energią i empatią potrafi zarazić otoczenie. Znamy się od początku, czyli 5 lat. Nie zmienia się od kiedy tylko ją pamiętam. Pełna pasji i ciekawości świata. Podobnie jak ja poznała komputer, potrafi się nim posługiwać, korzystać z jego dobrodziejstw. Warto rozmawiać z Bożenką, wie dużo o filozofii, zna poglądy wielu uczonych z tej dziedziny. To Ona przekazała mi wiadomość o ustawie majowej. Dzięki niej powstał post dla moich gości i czytelników. Być może wiadomość zamieszczona w tym miejscu pomoże niejednej osobie upomnieć się o to, co jej przysługuje, a nie dotarłaby do swoich uprawnień gdyby nie informacja zamieszczona na moim blogu.W listopadzie jesteśmy wstępnie umówione na aromatyczną herbatę z konfiturą różaną, w jednej z kameralnych kawiarenek w okolicy poznańskiego Starego Rynku.

Maria i Basia prowadzą sprzedaż w swoich kioskach. Lubimy się szczególnie z panią kwiaciarką. Dzięki jej hojności, mój dom, przez całe lato udekorowany był pięknymi kwiatami z jej własnego ogrodu. Jeszcze dzisiaj w wazonie stoją herbaciane róże, rozkwitły z pączków w dorodne kwiaty, pachnące i urodziwe. Miło wiedzieć, że inni nas lubią, tak po prostu, bezinteresownie, tylko za to, że jesteśmy, potrafimy odwzajemnić uśmiech, porozmawiać w wolnej chwili. Takie znajomości utwierdzają wiarę w człowieka, jego dobroć i życzliwość dla drugiej osoby. Powodują, że staramy się być lepszymi ludźmi. Widzę zależność: kontakt z dobrym, ciepłym człowiekiem powoduje, że potrafię pracować nad sobą, eliminować złe nawyki, wyciszyć się, przystanąć w biegu i pomyśleć. Będę tęsknić za bazarowym życiem. Ale czas ma to do siebie, że mija szybko. Została tylko część jesieni, zima i wiosna.

Myślę, że w ciągu najbliższych miesięcy, częściej będę pojawiać się na blogu. Zamieszczać, jak poprzednio, posty dwa razy w tygodniu, nadrobię zaległości w czytaniu i komentowaniu zaprzyjaźnionych stron. Dziękuję, że byliście ze mną, pomimo mojej niewielkiej aktywności.

Jutro mija pierwsza rocznica mojego bloga. Wszystkim gościom i czytelnikom szescdziesiat-rowna-sie-dwadziescia składam serdeczne podziękowanie za czytanie i komentowanie moich tekstów.

Z wyrazami szacunku Elżbieta Szulc