PARYŻ CZ.II MARZENIAMI PODRÓŻ SIĘ ZACZYNA

Drugi dzień w Paryżu pachnie wiosną i lśni rannymi promieniami słońca. Na spanie żal każdej minuty. Nasz ambitny cel, to piesza wyprawa do wieży Eiffle. Nie mamy dużo czasu, bo tylko do godziny 14.00 pysznie karmi kantyna studencka, uczelni. Wiem, że dojście do wieży  brzegiem Sekwany zabierze nam sporo czasu.
W pobliżu domu, mamy piękny Ogród Botaniczny. Kochamy to miejsce, bo w jego sąsiedztwie przez dwa lata mieszkała nasza studentka. Podobnie jak Ogród Luksemburski przepych, bujność kwiatów i zapachów, zapiera dech w piersiach. Do tego koncert ptasich gwiazd w tle, przypomina że świat, w którym żyje człowiek, jest piękny. „Nie niszczmy go”, powinien powtarzać każdy z nas, kilka razy dziennie. Niestety  wiemy wszyscy, że degradujemy swoje środowisko, w tempie budzącym strach o przyszłość naszego globu i  następnych pokoleń. W pobliżu mostu schodimy na brzeg Sekwany i poruszamy się w kierunku wyznaczonym wcześniej. Raz po raz mijają nas statki pasażerskie, pełne ludzi.  Płyną rozgałęzieniem rzeki wokoło wyspy, na której króluje  opisana  przeze mnie wcześniej Katedra Notre Dame. Mijamy kolejne mosty, dwa obwieszone gęsto kłódkami zakochanych. Dochodzimy do tego najbardziej znanego, okazale upiększonego,  złotymi rzeźbami, stylowymi latarniami i posągami z brązu. Jest to Most Aleksandra z przełomu XVIII/XIX wieku. Wyjątkowo zadbany, wygląda imponująco.  Podziwia go 32 miliony turystów rocznie, przybywajacych do Paryża. Każdy choć raz pragnie w tym miejscu być obowiązkowo i zabrać wrażenie wywołane jego pięknem do domu. Złote postacie na czterech cokołach, widoczne są z daleka.
Oglądamy i podziwiamy każde miejsce  bez pospiechu. W Paryżu jestem  już czwarty raz, a nigdy nie mam dość delektowania się pięknem francuskiej stolicy. Każde miasto ma swój urok i klimat, czymś urzeka. Paryż niespotykaną w Europie unikatową zabudową, równymi dachami, ulicami rozchodzącymi się w formie gwiazdy z dwunastoma ramionami od centrum do dalszych miejsc. Na tle jednolitej kolorystyki wyróżnia się tylko Centrum Pompidou. Wydawać by się mogło, nie pasujące zupełnie do reszty. Ale  Paryż to także miejsce ogromnych  kontrastów widocznych na każdym kroku. Pięknie utrzymana i zagospodarowana Sekwana budzi zachwyt zwiedzających. Ale na całej trasie od Ogrodu Botanicznego do Muzeum d’Orsay  próżno szukać toalet. Dlatego pod każdym mostem bezdomni i myślę, że także turyści, załatwiają  swoje potrzeby fizjologiczne. Nieprzyjemny zapach ludzkich pozostałości, które z konieczności zostawiane są na łonie natury, zakłóca idylliczny spacer niepotrzebnym zgrzytem.  Dziesiątki bezdomnych koczuje we wnękach mostów, na centralnych ulicach, w zamkniętych drzwiach kościołów, w pobliżu kawiarenek i restauracji. Namioty rosną jak grzyby po deszczu, na głównych ulicach stolicy. Duże zainteresowanie przechodniów skupiła na sobie para imigrantów. O godzinie 20.00, zaraz po zamknięciu ekskluzywnej galerii, niedaleko Lafayette, rozłożyła się pod swoją różową kołdrą we wnęce drzwiowej. Mam wrażenie, że od ubiegłego roku przybyło  wielu nowych ludzi, których zły los wypędził z własnego kraju.  Na  bezbronnych  ulicach miasta rozstawili swoje „prymitywne domy”. Dziwne, ale nikt nie zakłóca im spokojnego snu. Najbardziej żal dzieci, śpiących na ulicach, a w ciągu dnia  wysyłanych, by prosiły o pieniądze. Bo dzieci budzą u przechodniów największą litość, im wrażliwi na krzywdę ludzie dadzą najwięcej. Matki rodząc je, z góry determinują ich los, gwarantują  im życie poza społeczeństwem. Jestem turystką wytrawną. Nigdy nie jeżdżę na wycieczki zbiorowe, gdzie tempo narzucone przez przewodnika nie pozwala wiele dostrzec. Mam czas podziwiać piękno odwiedzanych miejsc, jak i ich niedoskonałość.

Niestety, częste przystanki, refleksje i brak pospiechu, nie pozwolily dotrzeć nam do celu. Jeszcze chwila i spojrzenie na Muzeum d’Orsey.  Zrezygnowałyśmy z pierwotnych planów i zatrzymałyśmy sie w pięknym pałacu-muzeum Petit Palais. Wnętrze budynku i dziedziniec przenoszą nas w przeszłość. Utrzymanie w pięknym stanie obiektu, pozwala przypuszczać, że jesteśmy częścią tamtych czasów, które się zatrzymały w miejscu, a my pijemy kawę na dworze królewskim. W środku budowli pałacowych, na dziedzińcu z różnorodną roślinnością, rzeźbami i  złotymi aniołami na górze, sadzawka  z ozdobionym kolorowo dnem. Kawa i paryski makaronik (malutki jak nasza złotówka) smakuje jak nic na świecie. Metrem jedziemy na studencki obiad, a potem znowu czytelnia, przygotowanie do egzaminu mojej studentki. Staram się zapisać, to co oglądam i podziwiam w Paryżu.  Jego atrakcje i niedociągnięcia. Cudownie jest znowu poczuć się jak studentka. O 19.30 kończy pracę czytelnia. Idziemy w kierunku Bastylii. 14 lipca 1789 roku w czasie rewolucji francuskiej, zamek zdobył lud paryski. Później zburzono go jako miejsce i symbol ucisku. Po raz kolejny nocą bedziemy podziwiać urok tego miejsca, a wierzcie mi, że w blasku lamp wygląda imponująco. Przypuszczam, że nie minie nas rozmowa o jego historii. Znam prawie każde atrakcyjne miejsce Paryża, ale za każdym razem widzę je inaczej. Bo Paryż  nie  odkrywa swoich uroków od razu. Wymaga, by poznawać go  częściowo i rozkoszować się tym stopniowaniem.  Podobnie jest z czytaną książką. Biorąc ją do ręki kolejny raz, pozwala się poznawać i odkrywać na nowo, jakby  bogaciej,  bardziej szczegółowo uchylała tajemnice zapisane przez autora na kolejnych kartach.

Zdjęcia do wpisu,  z własnej dokumentacji fotografiicznej tegorocznego pobytu, dołączę w późniejszym czasie. Przyczyna prozaiczna, muszę poczekać na pomoc córki.

Proszę podzielcie się wrażeniami z ciekawych miejsc, które mieliście okazję poznać.

STUDIA CZAS ZACZĄĆ CZ. III BLOK PODSTAWOWY

Filologia polska, to kierunek oblegany przede wszystkim przez kobiety. Zdarzają się nieliczni studenci humaniści, ale należą do zdecydowanej mniejszości. W mojej grupie, na dwadzieścia pań, było tylko dwóch panów.

Nadszedł październik, a wraz z nim pora na rozpoczęcie roku akademickiego. Pierwszego w moim życiu.. Strasznie przejęci byli wszyscy, a ja z racji wieku, najbardziej. Nie wiem czemu zamartwiałam się maniakalnie  i zastanawiałam ciągle, co będą sądzić o mojej decyzji wykładowcy. Tę myśl pamiętam bardzo wyraźnie, więc sprawa musiała stanowić dla mnie problem. Wykłady na sali z innymi grupami, nie budziły moich obaw, bo wśród dziesiątek studentów rozmywałam się i nie rzucałam w oczy. Na zajęciach w grupie, czyli podczas konwersatoriów, każdy widoczny był jak na dłoni. Ciekawe, że nie pamiętam strachu, jak przyjmą mnie sami studenci? Widocznie było to dla mnie naturalne i oczywiste, że jestem jedną z nich. Szybko różnice wiekowe zatarły się, a zwracanie się do siebie po imieniu, wprowadziło w nasze relacje naturalność i spontaniczność. Muszę,  dla kontrastu opowiedzieć sytuację jaka miała miejsce w moim zakładzie pracy.  5 lat przed emeryturą zostałam przeniesiona do księgowości, z innego oddziału firmy. Przez pół roku żadna z pań w podobnym przedziale wiekowym, nie zwróciła się do mnie po imieniu. Co więcej, panie księgowe pracujące ze sobą dłużej w jednym pokoju, zwracały się do siebie „per pani”. Ta sztucznie napompowana atmosfera śmieszyła mnie, więc po pewnym czasie zapytałam, o co chodzi? Nie pamiętam odpowiedzi, ale w krótkim czasie, po tej rozmowie wszystkie zaczęłyśmy zwracać się do siebie po imieniu.

Grupa składała się z samych młodych ludzi. Tylko ja i mama z dwójką dzieci, czterdziestoletnia nauczycielka, odstawałyśmy wyglądem od reszty. Zaś nauczyciele akademiccy na uczelni, od najmłodszych, czyli doktorantów pierwszego roku do utytułowanych profesorów doktorów habilitowanych, niewiele starszych ode mnie. Na pierwszych zajęciach w grupie, zapoznaniu się z prowadzącymi wykłady i konwersatoria najważniejszym zadaniem było zrobić wywiad  i dowiedzieć się o kadrze uczącej jak najwięcej od starszych kolegów. Młodzi studenci mieli swoje ścieżki i działali w tym zakresie skutecznie. Kim jest wykładowca, jakie ma wymagania w czasie zajęć i semestralnych egzaminów, to były podstawowe pytania.  Wiadomości nie były optymistyczne. Najbardziej napawały niepokojem te o pani doktor z literatury staropolskiej i oświeceniowej. Prowadziła ona konwersatoria z tego przedmiotu. Poprzednie roczniki przedstawiły ją jako strasznie wymagającą, czepiającą się wszystkiego babę. Według, podobno, sprawdzonych informacji, na egzaminach, za pierwszym razem, nie zdawał u tej pani prawie nikt. Literatura, to moja pasja, poszłam na studia żeby poznać ją dogłębnie, niemożliwe żebym zaraz na pierwszym roku poległa – pomyślałam. Od początku zabrałam się za systematyczną pracę i postanowiłam zrobić wszystko, by egzamin z tego przedmiotu zdać i to bez drugiego podejścia. Na każde zajęcia szłam przygotowana, zorientowana w problematyce,gotowa do rozmowy na zadany temat. Na początku było tak, że przez całe półtora godziny rozmowa odbywała się między mną i panią doktor. W żaden sposób nie można było wciągnąc do dyskusji pozostałej części grupy. Z racji wieku i doświadczenia, nie miałam problemu swobodnie rozmowiać z kimkolwiek. Czułam, że pani doktor nie była tą osobą z opisu. Bardzo naturalna, swobodna,siadała na ławce i wyglądała jak jedna z nas. Czułam, że to pracowity i sprawiedliwy nauczyciel, który potrafi dać dobry przykład i swoją charyzmą zachęcić grupę do aktywności.Tak też się stało w krótkim czasie, a zajęcia, przynajmniej dla mnie, były jednymi z bardziej ulubionych na pierwszym roku. Wspominam je z nutką żalu, że trwały tak krótko, bo tylko dwa semestry. Pamiętam, że pani doktor powtarzała nam często, że jest w podobnym położeniu jak my. Też się uczy, bo pracuje na kolejny tytuł naukowy.

Wykłady z tego przedmiotu prowadził sam dziekan wydziału, utytułowany profesor, znawca i specjalista z omawianej epoki. Wielbiciel, badacz, publicysta twórczości Ignacego Krasickiego z wieloma uznanymi publikacjami. Później pod koniec trzeciego roku wybrałam tego naukowca na promotora mojej pracy magisterskiej. Wykłady prowadzone były perfekcyjnie, a sala zawsze wypełniona do ostatniego miejsca. Dużo skorzystałam chodząc na nie. Pozyskana w ten sposób wiedza w połączeniu z zajęciami w grupie, dawała pełen obraz omawianych epok. Wystarczyło popracować jeszcze trochę w domu, uzupełnić wiedzę o zagadnienia pominięte na zajęciach (z powodu ograniczonej ilości godzin) i podejść spokojnie do egzaminu. Materiał był bardzo obszerny. Obejmował wiedzę ogólną, całe średniowiecze, renesans, barok, rokoko, sentymentalizm i oświecenie. Do tego praca pisemna. Wybrałam temat dotyczący twórczości Ignacego Krasickiego, a konkretnie jego komedii. X.B.W. życie i jego twórczość, będą też tematem mojej pracy magisterskiej.

O pierwszym prawdziwym egzaminie z literatury, studentki Elżbiety, napiszę w kolejnej części.

Zapraszam już teraz.

 

NADWAGA I OTYŁOŚĆ PUKAJĄ DO DRZWI POLAKÓW

Jeszcze niedawno z wielką konsternacją i litością dla bohaterów filmów, oglądaliśmy programy telewizji amerykańskiej, o ludziach z monstrualnymi figurami,  nadwagą sięgającą 300 kilogramów. Złe nawyki żywieniowe i mało aktywny tryb życia zbierają żniwo. Niestety coraz częściej, także u Polaków. Czas, by każdemu z nas zapaliła się w porę czerwona lampka. 

Przyczynkiem do napisania tego artykułu była sytuacja, jaka miała miejsce podczas lotu z Helsinek do Paryża. Nie wiem dlaczego (starsza córka kupowała bilety), ale siedziałyśmy z młodszą córką w klasie biznesowej, linii  lotniczych Norwegian. Miejsca miałyśmy komfortowe, można śmiało powiedzieć, z nadmiarem przestrzeni na nogi. W naszej trójce, pod oknem siedziała, a właściwie spała na siedząco podczas całego lotu, młoda kobieta. Po lewej stronie od głównego ciągu komunikacyjnego, siedziały trzy osoby,w tym, przypuszczam, dwie spokrewnione ze sobą panie. Z czego wnioskuję? Były bardzo podobne do siebie, może nie z twarzy, ale figurami. Nie jestem wścibska, towarzystwo do rozmowy i miłego spędzenia czasu podczas lotu miałam. Nawet  na wprost moich oczu wisiał ekran telewizyjny, gdzie oprócz filmiku-instrukcji, jak zachować się podczas ewentualnej awarii maszyny, przez całe trzy godziny można było oglądać programy umilające lot. Było coś dla każdego pasażera, od bajek dla dzieci, po filmy przyrodnicze i rozrywkowe z miłymi piosenkami włącznie. 

Ale wzrok człowieka nie zawsze jest kontrolowany przez mózg i bezwiednie ciągnie tam, gdzie się coś dzieje. A działo się właśnie u sąsiadek, siedzących w linii prostej z nami. Nie zamierzam ośmieszać tych pań, ani ich krytykować, bo to co robią inni należy do nich samych i przed sobą mogą się usprawiedliwiać i kajać. Chcę tylko w ten sposób zagaić problem, który poruszę w tym poście. Właśnie dzięki tym paniom ważna sprawa, jaką jest otyłość, znalazła miejsce na moim blogu. Panie te nie były Polkami, prawdopodobnie nie były też Amerykankami, ale masą ich ciał można by obdzielić minimum 6 kobiet. Nie dziwiło  mnie to, że są otyłe. Czasem choroba o tym decyduje, nie nam wtrącać się w cudze życie i problemy, gdy nie znamy człowieka. Te pasażerki, z racji wielkich rozmiarów, miały kłopot z wydostaniem się z foteli, by załatwić potrzeby fizjologiczne. Niestety same zapracowały na swoją tuszę. Nie nadmiernym jedzeniem, a obżarstwem. Od kiedy serwis pokładowy ruszył z ofertą zakupową, panie objadały się przez 2 i pół godziny. Czekolady, cukierki, kanapki, napoje wysokokaloryczne, trzymały w rękach przez cały lot. Nie należę do chudzielców, ale umiar w jedzeniu potrafię zachować, chociaż nie umiem dotrzymać słowa i zrzucić kilka kilogramów jest mi trudno. Kiedyś, patrząc na amerykańskie wielkoludy, wydawało mi się, że jest niemożliwe doprowadzić się do takiego stanu. Ale widząc to co działo się na moich oczach, wiem, że jest to bardzo proste. 

Tyle wstępu, a teraz temat główny. Najpierw definicja:

,,Otyłość to nadmierne, patologiczne nagromadzenie się tkanki tłuszczowej w organizmie, które może być niebezpieczne dla zdrowia lub życia”.

W Polsce mówi się już o epidemii nadwagi i otyłości u ludzi. Połowa Polaków waży za dużo, a każdy z nas oczywiście myśli, że jego to nie dotyczy i uśmiecha się tylko pod nosem. Złe odżywianie oraz siedzący tryb życia mają decydujący wpływ na to jak wyglądamy, ile zbędnych kilogramów  nosimy i jaki stan fizyczny prezentujemy. Statystyki nie napawają optymizmem. Na świecie jest 1,5 miliarda ludzi otyłych, co stanowi 20% całej populacji, a 3 miliony umiera rocznie z tej przyczyny (http:/wiadomości.onet.pl). Jak wyglądają Polacy na tle świata w tym temacie? 53% ludności naszego kraju ma nadwagę, a 23% choruje na otyłość. To problem XXI wieku, a statystyki z roku na rok się pogarszają. Zajmujemy niechlubne 9 miejsce wśród krajów Europy. Pierwsze trzy należą do Czechów, Brytyjczyków i Rosjan. Najszczuplejsi są Szwajcarzy, Francuzi, Duńczycy i Holendrzy. Swoją wagę łatwo sprawdzić wskaźnikiem BMI (body mass index).  Obliczamy go, dzieląc masę ciała wyrażoną w kilogramach przez wzrost  w metrach,  podniesiony do kwadratu (kg/m2). Zgodnie z kryterium Światowej Organizacji Zdrowia, powyżej 25 kg/m2 notujemy nadwagę, a powyżej 30kg/m2 otyłość (Skarb, 5/2015). Większość osób otyłych, sama zapracowała na swój wygląd: spożywając nadmierną ilość kalorycznego jedzenia,  prowadząc niezdrowy tryb życia, ruszając się tylko wtedy gdy muszą (praca, zakupy, droga do domu). Tylko niecałe 10% Polaków regularnie uprawia sport, a niewiele ponad 20% systematycznie chodzi na spacer. Matki, babcie źle odżywiają dzieci. Do niedawna większość z nich miała ambicję chwalić się pulchniutkim bobasem. Rozepchany nadmiernie żołądek w dzieciństwie i złe nawyki żywieniowe, gwarantują kłopoty z nadwagą i zdrowiem w dorosłym życiu. Czasem jednak otyłość jest wynikiem choroby. Najczęściej zaburzenia hormonalne,  niedoczynność tarczycy, choroby genetyczne oraz nieprawidłowości metaboliczne są powodem niekontrolowanego przyrostu wagi. Wtedy trudno jest pogodzić dietę z leczeniem, a efekty, w zakresie walki z nadwagą, często nie przynoszą oczekiwanego rezultatu. 

zdj 2


http://www.gis.gov.pl.ckfinder/

Opisany przeze mnie problem jest duży i ma  tendencję rosnącą. W ciągu 13 lat (od 1996 do 2009 roku), ilość mężczyzn z problemami nadwagi podwoiła się, a u kobiet wzrosła o prawie 20%. Zbliża się dzień 22 maja, który ogłoszono Europejskim Dniem Walki z Otyłością. Może jest to dobra okazja, by po raz kolejny podjąć wyzwanie. Jest maj, pogoda zachęca do wyjścia z domu i ruchu na powietrzu. Zbliża się okres wakacji, wyjazdów na wczasy, kąpieli w basenach, opalania, marszrut po szlakach górskich. Zawsze osobie o ładnej figurze łatwiej rozebrać się i pokazać zadbane ciało. Człowiek nie obciążony dodatkowym balastem tłuszczu, pokonuje szlaki bez zbędnego wysiłku. Pamiętajmy o jednym, to my sami decydujemy o tym jak wyglądamy, co jemy i jak spędzamy czas. Często niewielkie zmiany i odejście od utartych, złych nawyków, mogą być widoczne w krótkim czasie, w zgrabniejszej sylwetce i lepszym samopoczuciu. Warto choć minimum zrobić dla siebie, albo chociaż spróbować, a to przecież nic nie kosztuje. Powinniśmy likwidować nadwagę, kiedy nie jest jeszcze wielka. Wtedy możemy dojść do formy własnym sumptem. Nie wydając ogromnych sum na dietetyków, trenerów, gotowe zbilansowane posiłki i kosztowne wsparcie z zewnątrz. 

Co myślicie o takiej inicjatywie? Powodzenia. Próbuję razem z Wami, bo też mam kilka kilogramów zbędnych.

NIE PRZEPADAM ZA PORZĄDKAMI

Mieszkanie sprzątamy co dzień. Ale bardziej przykładamy się do tych zajęć, kiedy są to porządki świąteczne albo wiosenne. Wtedy do ręki bierzemy każdy drobiazg, pucujemy wszystkie kąciki i zakamarki.

Po miesięcznej nieobecności w domu zabrałam się za porządki, takie typowo babskie, czyli dokładne. Mąż i syn starali się utrzymać mieszkanie w nienagannej czystości, ale wiadomo kobieta patrzy innym okiem i zawsze znajdzie niedociągnięcia. Przyznam uczciwie, że nie lubię sprzątać, więc te prace nie dają mi satysfakcji i nie posuwają się w takim tempie, jakie by mnie zadowalało. Zawsze znajdę powód, żeby oderwać się od tej żmudnej pracy. To wspólna z mężem kawa poranna, telefon zaległy do siostry albo brata. Wreszcie postanowiłam się przyłożyć i pchnąć robotę do przodu. Zabrałam się za mycie pamiątek i drobiazgów na półkach. Na jednej z nich udokumentowana jest cała kariera taneczna mojej młodszej córki. Każde trofeum lub pamiątka opowiada o innym miejscu zmagań par tanecznych zespołu, do którego należała. Na każdym przedmiocie wypisana jest data, miejsce zawodów i lokata, jaką para zajęła. Prawie jak pamiętnik, zapisany nie na kartkach, ale przedmiotami z chronologią dat. Rozmarzyłam się, przy każdej pamiątce zatrzymałam się na chwilę, a wspomnienia wzięły górę nad sprzątaniem.

Córkę zapisałam do zespołu jeszcze przed ukończeniem siódmego roku życia. Był problem, bo tylko dzieci uczące się mogły tu należeć. Dziecko nie chciało dłużej czekać. Ponieważ starsza córka była członkiem tego zespołu, jej siostrę potraktowano z przymrużeniem oka. Tak moje młodsze dziecko zostało tancerką, a ja wzięłam na siebie dodatkowy obowiązek. Zajęcia odbywały się dwa razy w tygodniu po południu, więc zaraz po obiedzie jechałyśmy autobusem do Młodzieżowego Domu Kultury. Czytałam na korytarzu książki, haftowałam serwetki, robiłam na drutach, a raz w tygodniu chodziłam na aerobik. Obok w sali, takie zajęcia też się tu odbywały. W tym czasie tancerka ćwiczyła ruch i głos. Muszę dodać, że starsza córka też nie mogła sama jeździć na zajęcia swojej grupy, więc dwa razy w tygodniu również z nią pędziłam na ćwiczenia. Cztery razy w tygodniu miałam popołudnia i wieczory zajęte poza domem. Tak przeszły cztery lata. Logistycznie wszystko mieliśmy dopracowane, więc nie było z niczym większych problemów. Czasem ktoś ze znajomych przywiózł moje dzieci lub ja odebrałam ich i dostarczyłam bezpiecznie do domu. W zespole solidarność rodziców była bardzo wysoko zaawansowana, a pomocy jeden drugiemu nie odmówił nigdy. Może dlatego to wszystko było nietrudno ogarnąć.

W 2002 roku instruktorka zespołu ludowego założyła sekcję Tańców Polskich, gdzie dzieci na bazie tańca ludowego wykonywały taniec w parach. Każda dwójka stanowiła oddzielną jednostkę, a i ćwiczenia były dostosowane do jej możliwości i umiejętności. Stroje w tej formacji nie były ludowe, a typowe do tańca towarzyskiego. Oczywiście moje dziecko wstąpiło do tej grupy. Próby odbywały się w sobotę, więc kolejny dzień, przynajmniej jego część była wyłączona z normalnych obowiązków domowych. Postępy szybko było widać, bo tancerze wywodzili się z zespołu ludowego, a choreografia taneczna oparta na tańcach już im znanych. Po trzech miesiącach grupa wyjechała na pierwszy turniej pod egidą CIOF. Pary z całego kraju brały udział w tych zawodach, a emocje i wysiłek nagrodzony brawami publiczności. Przeżywaliśmy te wyjazdy wszyscy. Żeby nie zabierać dzieciom obecności szkolnych odbywały się w cyklu sobotnio-niedzielnym. Było to dla dzieci bardzo wyczerpujące, bo wyjeżdżały w piątek po południu, a wracały zazwyczaj w niedzielę wieczorem. Rano normalnie wszyscy szli do szkoły. Czasem takie wyjazdy były raz w miesiącu. Żeby się liczyć w klasyfikacji całościowej, udział w zawodach był niemal koniecznością.

Po pewnym czasie, prowadząca zespół wpadła na pomysł utworzenia integracyjnej grupy tanecznej. Moja córka bardzo pragnęła tańczyć z chłopcem na wózku. Uważała, że to świetny pomysł i chciałam spróbować czegoś nowego. Instruktorka tańca podjęła wspaniałą inicjatywę.  Wiedziała, że dla niepełnosprawnych dzieci jest to szansa nabrania wiary w siebie. Wspólne zajęcia sprawiły dzieciom   wiele  radości  i  pomogły  zrozumieć, że wózek w tańcu nie jest przeszkodą, a dysfunkcja ruchowa kończyn dolnych nie przeszkodzi w sukcesach. Ćwiczenia  odbywały się w sobotę, po zajęciach grupy tańców polskich. Na szczęście nie musiałam jeździć specjalnie i tracić dodatkowego czasu na przejazdy. Pisałam wcześniej na ten temat. Zapraszam, przeczytajcie:

WÓZEK NIE JEST PRZESZKODĄ  sześćdziesiąt-równa-się -dwadzieścia. blog.pl.

Dzisiaj jak myślę o tym bez emocji i na spokojnie, nie umiem sobie wyobrazić skąd te małe dzieci brały siłę i determinację, by w tym projekcie uczestniczyć. Jednak ten czas zarówno dla mnie, jak i moich dzieci, należał do szczęśliwych. Uczestnictwo w zajęciach i wyjazdy wypełniały dziewczynkom wolny czas. Nie miały potrzeby szukania sposobów na zabijanie nudy. Nigdy nie stały w bramie lub na klatce, nie szukały towarzystwa na ulicy. Nie miały na to czasu ani siły. Taniec i śpiew kształtowały ich charaktery. Wiadomo, że muzyka i taniec, budzą ciepłe uczucia, nie pobudzają do agresji. Do tego, co ważne, były równoważnikiem wysiłku szkolnego i stresu związanego z nauką. Rodzice chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. Oprócz szkoły fundują im dodatkowe zajęcia, które pomogą im dostać się do najlepszych szkół, a potem na wymarzone kierunki na studiach. Chcemy dla swoich dzieci więcej niż my mieliśmy. Ale czasem ta poprzeczka stawiana bardzo wysoko od najmłodszych lat, owocuje nie tym, co oczekujemy. Młodzi ludzie żyją w ciągłym napięciu, co rodzi nerwice, frustracje, depresje i inne problemy zdrowotne. Może czasem powinniśmy zatrzymać się i zastanowić, czy warto? Na siłę, kosztem zdrowia i radości z życia, pędzić na złamanie karku? Może warto dać dziecku wybór, choćby to miało pozbawić go pierwszego miejsca w klasie? Moje dzieci same wybrały taniec. To było ich jedyne dodatkowe zajęcie poza szkołą.

Co myślicie o takiej formie spędzania wolnego czasu? Może nie warto go tracić na nic co nie podnosi wiedzy (korepetycje, nauka języków)?

PARYŻ cz. I W PARYŻU KASZTANY JUŻ PRZEKWITŁY

W poniedziałek żegnamy stolicę Finlandii. Jeszcze zdjęcie monumentalnego promu w helsińskim porcie, szybka kawa w nadmorskiej knajpce Nosturi, solidna porcja pysznych lodów waniliowych, spacer brzegiem Bałtyku, tęskne spojrzenie na horyzont, gdzie niebo bierze wodę w swe ramiona i ostatnia podróż przez miasto autobusem, na lotnisko Helsinki-Vantaa.

Samolot wystartował punktualnie o godzinie 17.00 czasu fińskiego i po trzech godzinach wylądował na Orly w Paryżu. Odzyskałyśmy godzinę straconą podczas wyjazdu z Polski do Helsinek. Według czasu lokalnego na ziemi francuskiej stanęłyśmy o 19.00. Francja, podobnie jak Polska, przesuwa czas o godzinę do tyłu w stosunku do Finlandii. Było jeszcze zupełnie jasno. Co rzuciło się natychmiast w oczy, to stopień wegetacji roślinności w stolicy Francji. Finlandia żegnała nas gołymi gałązkami, oblepionymi pączkami, gdzie liście żadnego drzewa nie były jeszcze rozłożone. W Paryżu kwiaty i drzewa wyprzedziły północne kraje Bałtyku, przynajmniej o miesiąc. Zjadłyśmy paryskiego crêpe’a z szynką i serem, a potem w stylowej kawiarence na Rue Mouffetard, przy lampce wina, wysłuchałyśmy koncertu na żywo, w wykonaniu trzech artystów. Nie, Paryż nie pozwala turyście iść wcześnie spać. Dziesiątki knajpek, pięknie położonych i gwarnych, zachęca gości do skorzystania z ich bogatej oferty. Rano, filiżanka aromatycznej kawy w domu, croissant plus pół bagietki w marszu i trasa prosto do wytyczonego wcześniej celu. W przeciwieństwie do poprzednich lat, nie poszłyśmy w kierunku Wieży Eiffla. Nasze powitanie z Paryżem, tym razem, zaczęłyśmy od spaceru po Ogrodzie Luksemburskim. Zachęciła nas do tego piękna pogoda i bliskie położenie od naszego domu. Tu w pełni widać rozbujały, niemal letni rozwój przyrody. Ogród Luksemburski, to park miejski Paryża o powierzchni 22 i pół hektara. Powstał w 1630 roku za sprawą drugiej żony Henryka IV, Marii Medycejskiej. Pałac Luksemburski umieszczono w północnej części parku. Cały kompleks miał przypominać pałac Pitti i ogrody Boboli w rodzinnej Florencji. Stanowi on swoisty element paryskiej architektury, a ogród jest ulubionym miejscem wypoczynku i spacerów zarówno mieszkańców, jak turystów odwiedzających Paryż. Zwiedzanie rozpoczęłyśmy od pałacu, obecnej siedziby francuskiego senatu. Sam budynek, z zewnątrz, nie wygląda na szczególnie zadbany. Za to jego otoczenie to najprawdziwsza bajka. Tysiące biało czerwonych kwiatów, przypominających dorodne tulipany w pełni rozkwitu, stanowi artystyczną mozaikę, miłą atrakcję dla oczu. Rozchodzący się wszędzie zapach, podobny do najpiękniejszych woni paryskich perfum, dopełnia całość niezwykłego przeżycia. Z każdej strony pałacu, rodzaj i kolory kwiatów tworzą inną całość, a samo wejście przyozdabiają dwie ogromne, egzotyczne palmy.

Mamy koniec kwietnia, a w Ogrodzie Luksemburskim pełnia lata. Drzewa i kwiaty jakby oszalały w swej bujności barw i różnorodności odcieni. Najpierw bocznymi alejkami, potem idąc aleją główną, podziwiałyśmy bogactwo przyrody i kultur w tym miejscu. Po prawie jednolitej rasowo Finlandii, Paryż poraża bogactwem i zróżnicowaniem  w tym aspekcie. Zdecydowanie prym wiodą przybysze z Afryki,  duży odsetek stanowią też migranci z bliskich i dalekich rejonów Azji. Bogactwo atrakcji, jakie oferuje Ogród Luksemburski, zadowoli każdego. Można pobiegać, zagrać w szachy, tenis stołowy i ziemny, zjeść posiłek na trawie, odpocząć w cieniu drzew i podziwiać śpiew chóru złożonego z różnych ptaków. Na koniec usiąść w przytulnej kawiarence i wypić pyszne espresso.

Dla turystów, ogród ma wiele atrakcji. Latem, zdecydowanie największą jest Fontanna Medyceuszy. Wśród bujnej zieleni i tysięcy kwiatów posadzonych w kształcie klombów stoi replika Statui Wolności z Nowego Jorku (2m wysokości). Jest też wiele pomników i rzeźb. Najbardziej znane to pomniki Eugène’a Delacroix, Fryderyka Chopina. W parku znajdują się również korty tenisowe, teatr marionetek, estrada koncertowa, szkoła jazdy konnej.

Osobliwością ogrodu jest kompleks uli z pszczołami, produkującymi miód. Jest on sprzedawany jesienią zainteresowanym, wraz z owocami z własnego mini sadu. Podobne praktyki stosuje się w jednej z najstarszych winnic Paryża na Montmartrze, gdzie turyści stoją w długich kolejkach, by kupić wino i dżemy z winogron tu uprawianych.

Co mnie zawsze zadziwia w Paryżu? Niezmienna miłość Francuzów do trzymania w ryzach przyrody. Podobnie jak w minionych epokach, przycinanie koron drzew, strzyżenie krzewów na wzór różnych figur geometrycznych jest nadal w modzie. Rzadko zdarza się, by  jakakolwiek roślina miała wolność w rozwoju, zgodnym ze swoją naturą. Drugą charakterystyczną cechą tego narodu jest upodobanie do koloru złotego. Liczne elementy ozdabiające metalowe parkany ogrodu kipią złotem. Pomniki, cokoły, wykończenia, okucia drzwi i antaby, girlandy, ozdoby, wszystko w kolorze złota.

Dalsza piesza wędrówka zawiodła nas do Katedry Notre Dame, ulubionej mojemu sercu, gdzie Wiktor Hugo umieścił akcję swojej powieści z przerażającym wyglądem, ale czułym sercem Cyganem Quasimodo. Na tyłach kościoła, za jego ogrodami, w podziemiach mieści się Mauzoleum Męczenników Obozów Koncentracyjnych (Mémorial des Martyrs de la Déportation). Francuskie ofiary obozów zagłady symbolizuje dwieście tysięcy migocących kryształków, ku pamięci 200 tysięcy Francuzów wymordowanych w obozach koncentracyjnych przez nazistów w latach 1940-1945. W zimnym betonie podziemi, umieszczone są pomieszczenia, imitacje cel, a czerwone napisy na ścianach mają przypominać ostatnie słowa zapisane krwią w obozowych celach, więźniów czekających na śmierć. Ten minimalizm wyrazu, lodowate zimno i głucha cisza, krzyczą głośniej niż przerażony strachem człowiek.

W tym miejscu kończymy na kilka godzin zwiedzanie. Wchodzimy na teren uczelni. Za każdym razem, przy bramie, musimy okazać dokument, który daje nam prawo wejścia na uniwersytet. Po krwawych zamachach terrorystycznych w Paryżu, można zauważyć zdwojoną czujność w miejscach dużych skupisk ludzi. W czytelni cisza i spokój. Studenci uczą się do egzaminów, podobnie jak moje dziecko. Ja korzystam z dostępu do komputera i piszę o swoim kolejnym pobycie w Paryżu. Wieczorem, przy świetle ulicznych lamp i gwarze gości setek kawiarenek, idziemy pieszo w kierunku Montparnasse. Kiedyś ulubionej dzielnicy artystów i paryskiej cyganerii, teraz często odwiedzane miejsce przez turystów. Wyróżnia się  tu czarna Wieża Montparnasse, wysoka na 210 metrów. W nocy niebieskie oświetlenie części narożnych, wraz z czernią całego budynku, daje charakterystyczne dla tej budowli efekty, rozpoznawalne z każdego miejsca w Paryżu.

Jest północ, wracamy do domu pieszo. Nie czujemy zmęczenia. Opisany spacer po Paryżu utrwaliłyśmy własną dokumentacją fotograficzną. Mam nadzieję, że chociaż częściowo oddałam czar  i atmosferę tego niezwykłego miasta.

Prom w Helsinkach

1

Paryska roślinność

Paryska roślinność

 

 

 

 

 

 

 

 

Kwiaty przy Senacie

Kwiaty przy Senacie

 

 

 

 

 

 

Senat w Ogrodzie Luksemburskim

Senat w Ogrodzie Luksemburskim

 

 

 

 

 

 

14

 

 

 

 

Roślinność Ogrodu Luksemburskiego

Roślinność Ogrodu Luksemburskiego

 

 

 

 

 

 

Tuja

Tuja

 

 

 

 

 

 

 

 

Francuskie ogrody

Francuskie ogrody

 

 

 

 

 

 

Drzewa owocowe w Ogrodzie Luksemburskim

Drzewa owocowe w Ogrodzie Luksemburskim

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ule w Ogrodzie Luksemburskim

Ule w Ogrodzie Luksemburskim

 

 

 

 

 

 

Pomnik Statui Wolności w Ogrodzie Luksemburskim

Pomnik Statui Wolności w Ogrodzie Luksemburskim

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pomnik Fryderyka Chopina w Ogrodzie Luksemburskim

Pomnik Fryderyka Chopina w Ogrodzie Luksemburskim

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

13

 

 

 

 

12

 

 

 

 

Katedra Notre Dame

Katedra Notre Dame

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mauzoleum Męczenników Obozów Koncentracyjnych

Mauzoleum Męczenników Obozów Koncentracyjnych

 

 

 

 

 

 

Wieża Montparnasse

Wieża Montparnasse