STUDIA CZAS ZACZĄĆ. CZ.II JĘZYK ANGIELSKI

Wszystkie formalności załatwiłam w krótkim czasie. W dziekanacie otrzymałam mój numer subkonta, na który należało wpłacić czesne do końca października. Pozostało tylko śledzić na stronie Uczelni informacje, a w szczególności te dotyczące dnia uroczystego rozpoczęcia roku akademickiego 2005/2006.

Zbliżał się koniec sierpnia, córki nie wróciły jeszcze z wakacji. Spokojnie płynęło nasze życie w pracy i w domu. Odpoczywaliśmy dużo z mężem i synem, bo sezon ogórkowy jeszcze trwał. Pierwszy semestr, dla studentów pierwszego roku, zaczął się niespodziewanie szybko. Odczytałam notatkę i na chwilę moje serce przestało bić. 10 wrzesień, pierwsze zajęcia w Szkole Języka Angielskiego dla studentów pierwszego roku filologii polskiej. Wpadłam w panikę, bo na ten przyspieszony termin nie byłam przygotowana. Od kiedy tylko sięgam pamięcią, studenci zaczynali rok akademicki 1 października, a szkoły podstawowe i średnie 1 września. Nie wyobrażałam sobie, że może być inaczej. Ostatnie dwa tygodnie przed zajęciami były znowu niespokojne. Dziesiątki myśli piętrzyły się w głowie, nie pozwalały spokojnie pracować, spać i jeść. Jeden plus, jaki z tego się urodził, to utrata wagi prawie 5 kilogramów, w bardzo krótkim czasie. Zgodnie z maksymą, powiedziałam A muszę powiedzieć B. Nie było już odwrotu. Wstyd wobec rodziny nie pozwolił mi na to.

Testu kwalifikacyjnego nie musiałam pisać, bo nie znałam języka angielskiego. W szkole podstawowej uczyłam się tylko rosyjskiego, a w liceum niemieckiego i rosyjskiego. Od razu przydzielono mnie do grupy początkującej. Powtarzałam sobie: córka zna angielski, będę mogła liczyć na jej pomoc, dam radę, wspólnymi siłami zdamy też egzaminy. Kiedyś, jako młoda dziewczyna, uczyłam się języków z przyjemnością i doskonałymi wynikami. Jak będzie teraz….zobaczymy? Książki nie kupiłam, musiało wystarczyć ksero. Podręczniki do nauki języków są niesamowicie drogie, a książka skserowana nie różniła się niczym od oryginału, poza kolorami. Na zajęcia chodziłam regularnie, powtarzałam kurs w domu, a częste ćwiczenia zadawane przez moje dziecko, utrwalały umiejętności. Pierwszy prawdziwy test na zajęciach przed Gwiazdką zaliczyłam na 80%, co dawało dobrą czwórkę według ocen cyfrowych. Ten wynik dodał mi skrzydeł i pewności siebie. W wieku późniejszym też można uczyć się języków i to z całkiem dobrym rezultatem. Lektorem mojej grupy była sympatyczna pani Beata, osoba w średnim wieku, doświadczony pedagog. Atmosfera na zajęciach była luźna, choć prowadząca nie należała do takich, które zaliczają  2 x po 90 minut, i nic więcej ich nie obchodzi. Pani Beata miała ambicję nauczyć języka nawet tych najmniej zdolnych. Wszystkie testy udało mi się napisać przynajmniej na minimalną ilość punktów. Raz lepiej, innym razem gorzej, ale na koniec pierwszego roku zaliczenie dostałam bez dodatkowych podejść. Pierwszy rok kończyliśmy bez oceny. Pani lektor języka angielskiego podpisała zaliczenie 60. godzinnego kursu w indeksie. Muszę tu podkreślić, że w tym sukcesie wielki udział miało moje dziecko, które w tym czasie pobierało nauki w pierwszej klasie liceum. Podobnie jak ja, znalazła się w nowej rzeczywistości i nie miała nadmiaru wolnego czasu. Mimo to, kiedy jej potrzebowałam zostawiała swoje obowiązki i bez szemrania spieszyła z pomocą.

DZIĘKUJĘ KOCHANA CÓRECZKO!

Cały drugi rok nauki języka angielskiego (60 godzin) mogliśmy zaliczyć w czasie wakacji. Szkoła językowa prowadziła zajęcia, więc kto chciał mógł skorzystać z tej możliwości. Jeszcze w czerwcu zadeklarowałam chęć uczestniczenia w letnim kursie i wpisałam się na listę. Niestety mój zakład pracy, a konkretnie kierowniczka działu, stanowczo odmówiła zwalniania mnie na 2 i pół godziny dziennie. Zaproponowałam, że każdą minutę nieobecności pokryję urlopem, a niewykonaną pracę na miejscu, zabiorę do domu i rano będzie gotowa. Niestety pani nie dała się przekonać, że zakład nic nie straci, a raczej zyska. Musiałam poinformować szkołę, że rezygnuję z letniego kursu i proszę o skreślenie mnie z listy. Jak się potem dowiedziałam, dobrze się stało. Mało kto z uczestników zaliczył egzamin pisemny przy pierwszym podejściu i niewielu więcej poprawkowy. Zmarnowany czas, bo studenci letni musieli po raz drugi przychodzić na zajęcia razem z nami. Dopiero po odbyciu kursu mieli prawo ponownie podejść do egzaminu końcowego.

 Zajęcia trwały do połowy grudnia, a egzamin został zaplanowany na ostatni dzień przed świętami Bożego Narodzenia. Czasu było niewiele, materiału ogrom, tempo szaleńcze. Wiedziałam, że nie będzie lekko. Na szczęście moja córka dopiero po Nowym Roku wyjeżdżała za granicę na trzymiesięczną wymianę międzyszkolną. Gdyby przypadało to na pierwszy semestr drugiego roku, moja sytuacja wyglądałaby, mówiąc eufemizmem, nieciekawie. Ale córka była w domu i mogłam nie nadużywając jej dobroci, cierpliwości i wolnego czasu, którego w ogóle nie miała, prosić ją o pomoc. Widziałam, czasem po jej minie, że niezbyt zachwyca ją moja wiedza, chętnie wyzwałaby mnie od nieuka, albo jeszcze gorzej. Na szczęście, to dziecko jest najbardziej cierpliwym człowiekiem na świecie i nigdy nie powiedziało nic, co by mogło mnie urazić. Muszę przyznać się Wam, że czasem rumieniłam się jak nastolatka podczas pierwszego pocałunku, przed moim własnym dzieckiem. Uczyłam się sumiennie, ale były momenty, że nie mogłam ruszyć z miejsca. Wydawało mi się, że rozumiem temat, ale w zadaniu rozwiązać go nie potrafiłam. Wreszcie przyszedł dzień egzaminu. Test z całego materiału dwuletniej nauki. Oczywiście odpowiednio przygotowaliśmy miejsca tak, by osoba mniej zdolna siedziała pomiędzy dwoma pewniakami. Kiedy będzie miała kłopot z zadaniem, koleżanka z prawej albo z lewej jej pomoże. Ale pani Beata miała własną wizję egzaminu i skutecznie nasze plany zniwelowała, rozsadzając grupę według swojego scenariusza. Orłów posadziła przy swoim biurku i przy pierwszych stolikach, a nas słabeuszy zostawiła samych sobie. Przy mnie siedziała dość dobra dziewczyna, jeżeli chodzi o umiejętności językowe, ale z góry było wiadomo, że na jej pomoc nie mogę liczyć. Wzięłam arkusz i pracowałam przez dobrą godzinę. Niestety niektóre zadania były zbyt trudne w stosunku do mojej wiedzy. Zostało 30 minut, a ja przymierzałam się szacunkowo, czy mam szansę zaliczyć egzamin. Mogło wystarczyć, ale niekoniecznie. Marnie to wyglądało. Ale pani lektor wyszła. Nie miałam wyjścia, zabrałam sama, nie pytając niechętnej sąsiadki, jej arkusz i ściągnęłam z niego ile się dało. Kiedy pani Beata, pojawiła się w drzwiach koleżanka wyszarpnęła swój arkusz spod mojego łokcia, mało go nie rozdzierając. Uśmiechnęłam się szczęśliwa pod nosem. Egzamin z języka angielskiego mam zdany. Należy tylko poczekać, na jaką ocenę? Podziękowałam koleżance, z której pomocy skorzystałam, wbrew jej woli i bez pozwolenia, ale wypadało coś miłego powiedzieć, więc to zrobiłam.

Muszę Wam zdradzić, że od tego egzaminu nabrałyśmy do siebie zaufania i sympatii. Tak było do końca studiów, bo należałyśmy do jednej grupy. Ten przedmiot zaliczyłam na trzy plus, co uważałam za swoje duże osiągnięcie. Może trochę pomogłam sobie stawiając kilka krzyżyków na wzór lepszej w tym koleżanki, ale tak wyszło, nie pora teraz czynić sobie wyrzuty. Raczej jeszcze raz wypada mi podziękować mojemu dziecku, za cierpliwość i wkład swojego czasu w mój dobry wynik.

Co sądzicie o ściąganiu w moim wieku? Do tego w tak nieładnym stylu?

(Mam nadzieję, że tego wpisu nie przeczyta pani Beata, bo nie chciałabym oddać mojego dyplomu:))

WIOSNA PO DRUGIEJ STRONIE BAŁTYKU

Prowadzenie bloga zaczynałam pół roku temu w Helsinkach. Teraz ponownie tu jestem, ładuję akumulatory i nabieram pozytywnej energii na dalsze blogowanie.

W czwartek wczesnym rankiem wraz z córkami wyruszyłyśmy w podróż do Finlandii. Polska żegnała nas piękną, wiosenną pogodą, a słońce grzało jak w środku lata. Najpierw do Gdańska pociągiem, potem samolotem do Turku. Podróż, po autobusowym zwiedzaniu miasta, zakończyłyśmy w Onni Busie w Helsinkach, późnym wieczorem. Cała wyprawa trwała 16 godzin.

Rano pogoda w naszym pięknym mieście powitała nas słońcem i ciepłem, podobnym jak w Gdańsku. Morze niebieskie jak niebo, wiaterek muska tylko nasze włosy, a woda delikatnie uderza o skalisty brzeg. Gdzie spojrzeć, z każdego miejsca widać daleki horyzont, na jego styku z niebem można dostrzec odpływające i przypływające do Helsinek statki. Piękny port jest przystanią dla promów do Szwecji, Tallinna i Petersburga. W czasie poprzedniej bytności w Helsinkach, wybrałyśmy się w każde z wymienionych miejsc. Swoje korzystne położenie miasto potrafi doskonale wykorzystać i czerpać z tego pieniądze, na dalszy swój rozwój.

Istnieje niesłuszny sąd, że kraje nordyckie mają klimat zimny, ponury i nieprzychylny dla swoich mieszkańców. Ludzie tu, według błędnie powielanych, fałszywych informacji, mają być ponurzy, pijący dużo alkoholu i ogólnie nieszczęśliwi. Jestem tu już piąty raz. Zapewniam, że rozpowszechniane mity są nieprawdziwe. Ludzie tu żyją szczęśliwie, a problemów mają mniej od mieszkańców innych krajów. Położenie w sąsiedztwie Bałtyku też jest dla nich atutem. Pełno kawiarenek ulokowanych nad brzegiem zachęca gości, by skorzystali i wstąpili na kawę, lampkę wina lub piwo. Gwar, śmiech i radość oznajmia, że wiosna przyszła do Helsinek, podobnie jak do całej Europy Centralnej.

O Helsinkach i wyspach wokół nich pisałam wcześniej. Polecam artykuł ”Inspiracja dziełem malarskim”:

http://szescdziesiat-rowna-sie-dwadziescia.blog.pl/2015/02/16/inspiracja-dzielem-malarskim/

Do serdecznych pozdrowień dołączam krótki filmik i kilka własnych zdjęć z Helsinek.

Mój film

1

2

3

4

6

7

98

1110

CZY PÓŁ ROKU TO JUBILEUSZ?

Helsinki, wczesny październikowy wieczór. Siedziałyśmy z córkami przy latte w ulubionej kawiarni, nad samym brzegiem Bałtyku. Nie pamiętam, która z nas wspomniała o pisaniu bloga. Pomysł zachwycił wszystkie, a ja, jako ta przewidziana do pisania, zgodziłam się.

Wspólnie wybrałyśmy szatę graficzną, młodsza córka wykonała całą pracę administracyjno-informatyczną, a starsza jest autorką nazwy bloga: sześćdziesiąt-równa-się-dwadzieścia. Właśnie teraz jest okazja, by wyjaśnić, co ona oznacza. Kiedy zaczęłam prowadzić bloga miałam sześćdziesiąt lat, a serce, duszę i energię dwudziestolatki. 10. października powstał pierwszy post i kilka słów o mnie. Zdziwiłam się, że nie było to wcale trudne. Utworzyłam listę tematów, które chciałam poruszyć i harmonogram kolejnych publikacji. Staram się regularnie zamieszczać artykuły, dwa w ciągu tygodnia. Myślę, że taka częstotliwość nie zdąży zanudzić czytelników, a ja daję sobie czas na to, by opracować i przedstawić temat rzetelnie.

Tak minęło pół roku. Początek, jak w każdej dziedzinie, nie był obiecujący. Kilka postów przeszło niezauważonych, bez czytelników i komentarzy. Nie jest miło pisać tylko dla siebie, bo z reguły każdy autor czeka na to, aż czytelnik powoła do życia to, co napisał. Nie byłam pasywna czekając na przypadkowego czytelnika. Zaprosiłam, przez odwiedzenie innych blogów i umieszczenie tam swoich komentarzy, ich autorów by zechcieli zapoznać się z moimi artykułami pod adresem : www.szescdziesiat-rowna-sie-dwadziescia.blog.pl

Mile byłam zaskoczona, kiedy pojawiły się pierwsze komentarze, a z czasem regularne wizyty stałych gości. Dzisiaj, po pół roku mojej obecności wśród prowadzących blogi, mogę z dumą powiedzieć, że mam stałe grono osób, które regularnie śledzą to, co mam do powiedzenia, a także komentują moje posty. Staram się odwzajemnić wizyty i zostawić komentarz pod interesującymi wpisami. Muszę podkreślić, że w ciągu tego półrocza poznałam wielu ciekawych ludzi, a także ich stosunek do tego, co się dzieje obok nas. Dialog z nimi jest dla mnie sposobem na rozwój własnego spojrzenia na świat, a także skonfrontowania go z tym, co myślą inni. Daje to szerokie spektrum, bo wielorakie stanowiska pozwalają spojrzeć na sprawy z wielu punktów odniesienia. Pozwala to znaleźć ścieżkę, która powstała w wyniku połączenia czasem odległych dojść. Człowiek nie zawsze potrafi sam zgłębić zjawiska wieloaspektowo. Właśnie spojrzenie na nie innych pozwala poznać problem dogłębnie. W zderzeniu z innymi stanowiskami, czasem bardzo odległymi, można się rozwijać, bo tylko odniesienie własnego stanowiska do innych może potwierdzić jego słuszność, albo poddać je pod rozwagę, albo definitywnie odrzucić.

Chciałam w tym miejscu serdecznie podziękować moim stałym gościom za cierpliwe czytanie i komentowanie tego, co piszę. Przyzwyczaiłam się do Waszych odwiedzin Moi Drodzy i na każdego z Was czekam z niecierpliwością. Proszę o dalsze wsparcie i motywację, które pozwolą mi na podnoszenie moich umiejętności pisarskich.

A jak Wy, Drodzy Czytelnicy, wspominacie swoje początki w prowadzeniu bloga? Podzielcie się proszę swoimi doświadczeniami.

ŚWIĄTECZNE ŻYCZENIA

Zdrowych, pogodnych i szczęśliwych Świąt Wielkiej Nocy mam przyjemność złożyć Gościom mojego bloga. Niech radość zagości w Waszych domach, a wspólnie spędzone chwile z Rodziną i Znajomymi dadzą moc radości i wiele satysfakcji każdemu z Was. Życzę także bogatego Zająca i mokrego dyngusa.

Elżbieta

artpasje.pl

artpasje.pl