TŁUSZCZE ZDROWE I TRANSGENICZNE

Zbliżają się Święta Wielkanocne. Z reguły podczas spotkań rodzinnych, gościmy się przy suto zastawionych stołach, bo taka jest nasza polska tradycja. Może warto już teraz pomyśleć, co zrobić, żeby to świąteczne przesadne jedzenie, nie skutkowało dolegliwościami i dodatkowymi kilogramami przez kilka najbliższych tygodni po świętach.

Nie od dziś wiadomo, bo o tym pisze prasa nie tylko fachowa, że tzw. tłuszcze trans mają bardzo zły wpływ na organizm człowieka. W naszej diecie są wszechobecne, a nikt z nas nie zdaje sobie sprawy z tego, na jaką skalę wchłania je spożywając rożne produkty sporządzane na ich bazie.

Przede wszystkim trzeba wyjaśnić, co to takiego tłuszcze trans? Są to tłuszcze wysoko przetworzone, potocznie określane jako izomery trans kwasów tłuszczowych. Powstają podczas utwardzania olejów roślinnych przez uwodornienie. Pod ciśnieniem, przy pomocy katalizatora niklowego dodaje się wodór. Zyskuje się w ten sposób tłuszcz bardzo wydajny, łatwy w przechowywaniu, o ładnym wyglądzie i przyjemnym zapachu. Chętnie sięga po niego przemysł spożywczy. Najwięcej tłuszczów trans zawierają takie produkty jak: słodycze i pieczywo cukiernicze (czekolady, ciastka, batoniki, wafelki, torty kremowe, babki, placki, pączki), różnego typu fast foody (frytki, hamburgery, hot dogi, kebaby), chipsy, krakersy, chrupki, gotowe kanapki śniadaniowe. Trzeba dodać, że tłuszcze trans powstają także w naturalny sposób. Przeżuwacze czyli krowy, owce, kozy, podczas procesu trawienia wytwarzają podobnie szkodliwe substancje, które przedostają się do tkanek i mleka. Wszystkie produkty, powstające z tych surowców, zawierają tłuszcze trans.

Tłuszcze trans, ze względu na skalę i powszechność ich stosowania, stały się jednym z największych wrogów zdrowia człowieka. Między innymi podnoszą poziom złego cholesterolu w krwi, tym samym skutecznie obniżając poziom dobrego cholesterolu. To z kolei zwiększa ryzyko zawału serca i wylewu krwi do mózgu. Spożywanie złych tłuszczów może prowadzić do cukrzycy, a także do upośledzenia odporności organizmu. Częste spożywanie produktów o wysokiej zawartości złego tłuszczu prowadzi do wzrostu wagi, a z czasem także do otyłości.

Wszystkie produkty smażone w głębokim oleju należą do najbardziej szkodliwych w naszej diecie. Także margaryny przeznaczone do smarowania, często w swoim składzie mają połowę złego tłuszczu. Tymczasem bezpieczna ilość dla naszego organizmu nie powinna przekraczać 1,5 grama na 100 gram każdego spożywanego produktu. Dopuszcza się maksymalnie 10% zawartości tych szkodliwych składników. Generalna zasada jest taka, czym mniej przetworzony produkt, tym mniej zawiera szkodliwego tłuszczu i jest zdrowszy. Aby uchronić się przed niepotrzebnym i szkodliwym spożywaniem produktów bogatych w tłuszcze trans, należy przede wszystkim kupując towary czytać, jakie składniki zawierają. Unikać określeń typu: uwodorniony, częściowo uwodorniony, utwardzony. Poza tym, jeżeli trafimy na informację, że dany produkt nie zawiera cholesterolu lub tłuszczy zwierzęcych, zapewne jest bogaty w wysoko przetworzone tłuszcze trans.

Tłuszcze są niezbędnym składnikiem diety człowieka. Powinny pokrywać 30% naszego zapotrzebowania energetycznego. Nasz organizm nie może dobrze funkcjonować, gdy jedzenie nie zapewnia ich dostatecznej ilości. Najwyższą wartość mają tłuszcze nienasycone. Ważnym zródłem dobrego tłuszczu są olej rzepakowy i oliwa. Używajmy tych produktów w kuchni najczęściej, zastępując nimi szkodliwe dla organizmu margaryny. Należy kupować oliwę typu exstra virgin, a olej tylko tłoczony na zimno. Bogatym źródłem tłuszczy nienasyconych są ryby w każdej postaci. Najcenniejsze to te świeże, prosto z morza. Mają duże ilości zdrowych kwasów omega-3. Najlepiej spożywać ryby gotowane lub przyrządzane na parze. Można je zastąpić pijąc, od czasu do czasu, ich tłuszcz w postaci tranu. Jednakże niemiły zapach i smak nie zachęcają do jego spożywania.

Warto sięgać po orzechy włoskie ze względu na zawarte w nich bezcenne składniki. Mimo tego, że maja dużo kalorii, zawierają one właśnie wiele, omawianych przeze mnie, dobrych tłuszczów. Mają dużo, bo 5,5% kwasów omega-3 oraz paletę różnych witamin i minerałów. Najcenniejsze to: witamina B, E, i magnez, wspomagający pracę serca i układu nerwowego. Ważna zasada, nie spożywajmy orzechów solonych i prażonych. Bez łupiny należy kupować małe ilości, bo szybko jełczeją, a takie nie nadają się do spożycia. Na przemian z orzechami zachęcam sięgać po migdały. Skutecznie obniżają one zły cholesterol, mają dużo witaminy E i minerałów: wapnia i magnezu. Jako przekąskę między posiłkami, zamiast kawałka ciasta, proponuję zjeść miseczkę różnych pestek. Do najbardziej popularnych należą z dyni i słonecznika. Są one, podobnie jak wcześniej opisane produkty, źródłem dobrego tłuszczu, chronią przed złym cholesterolem, są bogate w magnez, mangan, żelazo, cynk i miedź. Rzadko sięgamy po olej lniany i siemię lniane, a szkoda, bo  są one ważnym składnikiem naszej diety, bogatym w kwasy omega-3: olej ma ich 53%, a siemię 14%.

Bez tłuszczów nasz organizm nie może funkcjonować prawidłowo. Pomimo, że są droższe, wybierajmy produkty bogate w tłuszcze nienasycone. Dla zdrowia warto zmienić swoje dotychczasowe nawyki i sięgać po to, co jest naszemu organizmowi przyjazne, nie szkodzi, a potrafi zapewnić pełną wartość odżywczą, bogaty zestaw witamin i minerałów.
Na koniec jeszcze raz przypomnę: czytajmy składniki, które producent umieszcza na etykiecie wybranego przez nas towaru.

Porozmawiajmy proszę na temat naszych przyzwyczajeń. Jaką kuchnię prowadzicie Wy Drodzy Czytelnicy?

SYRIA KRWAWI

Niedaleko Polski, w kraju z którym graniczymy, toczy się wojna. Nikt nie może zagwarantować, że z czasem nie przeniesie się w kierunku Europy Zachodniej. Tymczasem prezydent Polski Bronisław Komorowski, zapewnia, że jesteśmy bezpieczni. Wydarzenia we Francji, a ostatnio w Tunezji, wydają się zaprzeczać tej pewności.

W tym kontekście popatrzmy na kraj, który wykrwawia się w wojnie domowej, gdzie najbardziej cierpi ludność cywilna. Nieopowiadająca się po żadnej ze stron, a przymierająca głodem, ginące dzieci i kobiety od bomb samolotowych, zrzucanych z nieba i kul snajperów usadowionych na dachach domów. Sprawą Syrii zainteresowałam się po przeczytaniu artykułu-wywiadu jaki przeprowadziła Maria Mazurek  z reżyserem i dokumentalistą Wojciechem Szumowskim autorem filmu dokumentalnego „Aleppo. Notatki z ciemności”. Film także obejrzałam w TTV, która pokazała go w dwóch częściach. Prawda, że bardzo późno, ze względu na drastyczne obrazy, ale warto było poczekać, bo przekaz jaki do nas dotarł porusza do żywego. Jak wiemy, doniesienia z Syrii ograniczały się dotąd do zdawkowych informacji. Dlaczego? Bo świat nie ma interesu uczestniczenia w tym co tam się dzieje i odwraca głowę udając, że nie dzieje się nic złego.

Cytat z wypowiedzi Wojciecha Szumowskiego: „O tym, co dzieje się w Syrii, mam ochotę krzyczeć, nie mówić. Krzyczeć ze złości i bezsilności, że nie mogę się przebić przez tę obojętność Zachodu. Czuję, że mam do opowiedzenia światu historię, to co zobaczyłem w Aleppo. Ale z moim filmem „Aleppo. Notatki z ciemności” trudno się przebić, do dziś mam kłopoty z dystrybucją. Syria „nie kręci” świata zachodniego”.

Reżyser dwa miesiące wraz z ekipą przebywał w strefie wojny, narażając siebie i osoby mu towarzyszące, na śmierć. Dzięki temu powstał dokument pokazujący prawdę o tym kraju i ludziach, uwikłanych wbrew sobie w wojnę bratobójczą. Zginąć można w każdym miejscu i w każdej chwili. Tylko ekipa polska odważyła się, kręcić pod bombami. Żadna agencja zachodnia nie wysłała w ten rejon swoich reporterów. Również Polski rząd i politycy nie są zainteresowani wydarzeniami w Syrii. Służby amerykańskie i zachodnie doskonale znają skalę ludobójstwa w tym kraju, dają na nie nieme przyzwolenie, brakiem swojej reakcji. Tak postępować nie wolno! Świat obowiązują międzynarodowe prawa, nakazujące obronę podstawowych wartości. Gdy są łamane, należy stanąć w ich obronie, kierując się obowiązkiem prawnym i moralnym. Kraje bogate za cenę spokoju własnego, akceptują niegodziwość innych państw. Jako przykład może posłużyć sprawa Krymu.

Syria to piekło na ziemi. Głód, ubóstwo, walające się śmieci, groźba epidemii dżumy, spadające bomby. Aleppo wygląda jak miasto-widmo, opustoszałe. Ludzie jak szczury kryją się w norach. Są podobni do Europejczyków, tylko wyznają inną wiarę. Islam, religia wroga światu. Takie piętno padło na wszystkich jej wyznawców od ataku na Word Trade Center we wrześniu 2001 roku. Każdy muzułmanin, to terrorysta, a każdy chrześcijanin jest dobry. Ludzie nie powinni dzielić się ze względu na wyznawaną wiarę. 90% muzułmanów to normalni ludzie, chcą spokojnie żyć, nie uważają Zachodu za wroga, którego należy tępić. Pragną pokoju i bezpieczeństwa, wychowywać dzieci, spać spokojnie, nie drżeć przed atakiem z góry i kulami snajperów. Ludzie chcą być dobrzy. Mówią, że wojna wydobywa z człowieka najgorsze cechy. Jak zaobserwował Szumowski, w Syrii ludzie mają w sobie więcej dobra, niż inni w czasie pokoju. Przykładem może być, człowiek który organizuje wypiek chleba, by jego rodacy mieli co włożyć do ust. Bieda jest tam wszechobecna, a największy niedostatek odczuwają powstańcy i ich rodziny. Dobrze ma się reżim Asada i Państwo Islamskie. Tyran nakazuje bombardować osiedla cywilne, by eliminować w ten sposób poparcie dla powstańców. Oficjalne statystyki podają, że w Syrii zginęło 200 tys. ludzi. Prawdopodobnie liczba zabitych sięga już około pół miliona istnień. W większości są to cywile.  Ludzie pytają, dlaczego Zachód pozwala na taką zagładę, głód, choroby? Pomoc humanitarna dociera do oddziałów rządzących. Powstańcy nie dostają nic. Autor filmu, Wojciech Szumowski, przypuszcza, że Syria stała się poligonem doświadczalnym, na którym ścierają się wpływy wielu państw. Cytuję: „Mocarstwa świata przeprowadzają manewry, sprawdzając swoje zdolności wojskowe. Ale robią to kosztem życia, kalectwa, bólu i cierpienia”. Ameryka wcześniej deklarowała pomoc, ale szybko się z obietnic wycofała.

Reżyser spotykał się ze śmiercią na każdym kroku. Opowiada, że kiedy zajechali po raz pierwszy do Aleppo, krótko przedtem siły Asada zbombardowały doszczętnie jedną z kamienic, w której przebywali cywile. Jeden z mieszkańców pokazywał im, w którym kierunku mają iść, by uwiecznić ogrom tragedii. Na ziemi leżała mała zakrwawiona dziewczynka. Wstrząśnięty operator bezwiednie filmował, ale kiedy przejrzał materiał, nie zdecydował się pokazać go w całości. Poza bezwładną rączką zabitego dziecka nie widać nic więcej. Uwiecznił też rozpacz i nieludzkie cierpienie matki zabitego dziecka. Krzyk tak strasznie rozpaczliwy, przesycony cierpieniem, że do dzisiaj słyszy go przez sen. Gdyby świat usłyszał ten krzyk nieludzkiej rozpaczy, może zdjąłby maskę obojętności i nie pozwolił na ten ogrom cierpienia niewinnych, masowe ludobójstwo, którego nikt nie chce zatrzymać.

Napisałam ten artykuł z myślą o ludziach całego świata, a kieruję go podobnie jak Wojciech Szumowski do tych co mają prawo decydować, a nie korzystają z tego. Czy potęgi gospodarcze i militarne potrafią angażować się tylko tam gdzie tryska ropa, by sprzedając swoje zaangażowanie, czerpać gospodarczo? Mamy wiele takich przykładów z przeszłości. Masakra w Ruandzie, gdzie zginęły miliony ludzi w bratobójczej wojnie, a świat patrzył na to z cichym przyzwoleniem, udając że nic się nie dzieje. Podobnie jest w Syrii i wielu krajach afrykańskich, gdzie bieda niszczy ludzi, a pomagają w tym działania militarne dyktatorów.

Czy świat potrafi tylko debatować o prawach człowieka, pisać deklaracje i karty praw? Kiedy potrzebna jest pomoc i czyny, chowa głowę w piasek.

Wojciech Szumowski, syn dziennikarza Macieja Szumowskiego i brat reżyserki Małgorzaty Szumowskiej o swoim filmie i pobycie w syryjskim Aleppo opowiedział Marii Mazurek dla Polska Głos Wielkopolski w dodatku „Taki jest świat” z 14/15 marca 2015. Z tej publikacji pochodzą przytoczone cytaty oraz część informacji jakie zawarłam w moim artykule.

CO NAS KRĘCI, CO NAS PODNIECA

Szokujący, ekscentryczny pan w dojrzałym wieku, powiedziałabym, podstarzały  amerykański geniusz, neguje szczerą miłość. Potrafi jednak zmienić się pod wpływem 20-letniej Melody.

Co powoduje, że ciągle chcemy oglądać filmy Woody’ego Allena? Wierni widzowie śledzą jego poczynania, a kiedy pojawia się nowa produkcja chcą być pierwsi, za wszelką cenę starają się obejrzeć film już podczas jego premiery. „Co nas kreci, co nas podnieca” to komedia obyczajowa, zrealizowana w 2009 roku przez Woody’ego Allena. Film, w którym znajdziemy potwierdzenie jego wszechstronnego talentu. Twórca ponad 35 obrazów, w tym kilkunastu nominowanych do Oscara, na nowo podjął temat miłości. Tym razem po dłuższym rozbracie, wrócił z Europy do Ameryki Północnej, a konkretnie do Nowego Jorku, na Manhattan. Tematyka, być może nawiązuje do życiowych perypetii samego reżysera. Starsi miłośnicy talentu Allena pamiętają przecież jego kontrowersyjny związek, a potem ślub z adoptowaną córką, wychowywaną wcześniej przez reżysera i jego żonę Mią Farrow.

Treść filmu wydaje się prosta i powielana w twórczości reżysera już dziesiątki razy. Jest to historia nietypowego związku. Gderliwy intelektualista, emeryt Boris, spędza czas wałęsając się w dresie po Manhattanie. Kiedyś zwraca uwagę na ubogą dziewczynę przykrytą kartonem, która koczuje pod  jego domem. Jest brudna i odrażająca, ale ma najważniejszy, według ekscentryka atut, młodość. Melody, tak ma na imię, przyjechała do Nowego Jorku z małego miasteczka. Boris zabiera ją do siebie i rozkochuje w sobie. Ona również nie jest obojętna i odwzajemnia uczucie do będącego już w jesieni życia kochanka. Para pobiera się i zamieszkuje razem. Nie wiadomo czym kierowała się młoda kobieta; uczuciem czy perspektywą stabilizacji, a może Boris zaimponował jej intelektem? Taki związek musiał jednak okazać się burzliwy.  Dalszy ciąg fabuły nietrudno przewidzieć, bo problemy pojawiają się szybko.

Zaskoczeniem dla widza jest obsada głównych ról. Idealnym odtwórcą Borisa byłby sam Woody Allen. Jest to postać wręcz stworzona dla niego. Wiek, wygląd, przeżycia własne przemawiają za tym, że każdy reżyser wybrałby jego, ponieważ nikt tak jak on nie byłby w tej roli bardziej naturalny i wiarygodny. Ale nie sam Woody Allen. Borisa zagrał kontrowersyjny komik Larry David, a Melody młoda aktorka Evan Rachel Wood, znana w środowisku show – biznesu nie za sprawą osiągnięć artystycznych, a związku z szokującym świat Marilynem Mansonem – liderem grupy metalowej.

„Co nas kręci, co nas podnieca” nawiązuje do wcześniejszej twórczości komediowej tego reżysera, a także do nowszych produkcji choćby „Vicky Cristina Barcelona”. Uprzedzam,  nie warto sugerować się tytułem, bo jest tym razem wyjątkowo nietrafiony. Scen, które mogłyby kogoś podniecić nie ma prawie wcale, a jeżeli ktoś kogoś kręci, to chyba tylko Boris swoim wyjątkowym intelektem, zarówno widza jak i swoją żonę. Nic poza tym. Poziom filmu, niestety, obniża mizerna, a wręcz nijaka gra głównych aktorów. Ich warsztat i umiejętności stoją na niezbyt wysokim poziomie. Ograny temat, słaba obsada aktorska stawiałyby ten film na straconym miejscu. Ale broni go sam reżyser; mistrz nad  mistrzami, którego sława i samo nazwisko, a także dzieła filmowe, które dotąd zrobił, stawiają na najbardziej zaszczytnym miejscu. Woody’emu Allenowi widzowie wybaczą każde niedociągnięcie w jego dziełach. Do filmu możemy mieć zastrzeżenia my widzowie, choć oglądamy obraz z zainteresowaniem. Wiadomo, że opinie widzów i krytyków filmowych rzadko są zgodne. Tym razem, zresztą jak zwykle, znawcy okrzyknęli film arcydziełem.

Oglądając „Co nas kreci, co nas podnieca” czułam niedosyt. Ciągle podświadomie szukałam na ekranie Woody Allena. Szkoda, że Borysa nie zagrał sam reżyser. Jego brak w obsadzie, odczuwałam w każdej scenie z głównym bohaterem. Pojawienie się na ekranie Allena, zmieniłoby obraz całkowicie. Wygląd typowego anty amanta, mimika twarzy, niepozorny, w trochę niechlujnym codziennym odzieniu, z okularami trącącymi myszką na nosie jest nie do zastąpienia. Do tego szczerość w każdym calu i ruchliwość mrówki byłby tu jak najbardziej na miejscu. Film nabrałby charakteru. Długo nie mogłam się przemóc do polubienia tego artysty. Wierzcie mi, dopiero dekadę oglądam filmy z jego udziałem. Ale ten co dostrzeże fenomen jego specyficznego, inteligentnego komizmu i dramatyzmu pokocha go na zawsze. Będzie śledził  twórczość i czekał na kolejne dzieło. Kiedy będzie to czas zbyt długi, tęsknotę wypełni powrotem do dawnych obrazów. Tak jak ja zrobiłam tym razem. Bo w każdym powtórnym seansie można odkryć coś nowego, co przeoczyliśmy poprzednio.

http://polki.pl/work/privateimages/formats/V5_MT_LIFE/56288.jpg


http://polki.pl/work/privateimages/formats/V5_MT_LIFE/56288.jpg

WIELKANOC: TRADYCJA I OBRZĘDY

W tym roku Wielkanoc przypada 5. i 6. kwietnia. Obchodzenie tego święta w domach, to zawsze okazja do spotkań rodzinnych, biesiad przy stole, rozmów, zabaw, wypoczynku, śmiechu i serdeczności. Odwiedzamy też bliższych i dalszych znajomych.

Wielkanoc: obchodzone w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca, na pamiątkę Zmartwychwstania Jezusa, najstarsze i najważniejsze święto chrześcijańskie; Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego; Pascha.                          www.sjp.pl/Wielkanoc

W naszej religii każda niedziela, to pamięć zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, ale najbardziej uroczyście, Kościół i wierni obchodzą Niedzielę Zmartwychwstania, czyli Niedzielę Wielkanocną. Jej początek ma miejsce już w sobotę, kiedy zajdzie słońce rozpoczyna się Wigilia Paschalna, wtedy zapala się wielką woskową świecę zwaną Paschałem, symbol zmartwychwstałego Chrystusa. Ostatni tydzień przed Wielkanocą w chrześcijaństwie nazwano Wielkim Tygodniem, a ostatnie trzy doby, to Triduum Paschalne, które obejmuje Wielki Czwartek (wieczór), Wielki Piątek, Wielką Sobotę i Niedzielę Zmartwychwstania.

W Polsce msza rezurekcyjna zaczyna się radośnie wypowiedzianymi słowami Alleluja czyli Chwalcie Boga. W okresie wielkanocnym używa się pozdrowienia „Chrystus zmartwychwstał z odpowiedzią „Zmartwychwstał prawdziwie”. Do XVIII wieku ta msza celebrowana była o północy. Obecnie odprawia się ją wcześnie rano. Zmartwychwstanie Chrystusa oznajmia bicie dzwonów. W wielu parafiach w tym czasie słychać strzelby, petardy, armatki i inną broń palną. Cały ten hałas niesie informację, że pora obudzić świat do życia. Przed mszą ma miejsce procesja z Najświętszym Sakramentem. W kościele, przy Grobie Pańskim ksiądz oznajmia  zmartwychwstanie Chrystusa. Następnie procesja z kapłanem niosącym monstrancję z Hostią i niosącymi figurę Chrystusa Zmartwychwstałego, wychodzi z kościoła i okrąża go. Po uroczystej mszy rezurekcyjnej chrześcijanie zasiadają do śniadania. Na stole pojawia się koszyk z poświęconymi dzień wcześniej potrawami. Domownicy dzielą się jajkiem i składają sobie nawzajem życzenia. W jadłospisie królują jajka w różnych postaciach (symbol życia), wędliny, pieczywo, baby i mazurki. Dekoracje są typowo wiosenne z baziami i bukszpanem, w bukietach tulipanów i narcyzy.

Każdy region Polski ma własne zwyczaje i zabawy wielkanocne, gdzie tradycja chrześcijańska łączy się z ludowymi zwyczajami słowiańskimi. Większość z nich, w tle, ma  symbolikę odradzającego się życia. Udekorowanie kolorowych jajek należy do kobiet i dzieci. W tym czasie mężczyźni nie maja wstępu do izby. Za to w drugi dzień świąt, to oni ruszają na wieś po tak zwane datki, najczęściej są to właśnie pomalowane jaja. Chodzą też po dyngusie i polewają panny wodą. Ta tradycja jest obchodzona po dziś, nie tylko na wsiach, ale także w miastach. Święcone palmy według wierzeń chronią przed nieszczęściami. Najpiękniejsze, mieniące się wszystkimi kolorami i najbardziej okazałe robią na Kurpiach. Z kolei w okolicach  Limanowej podtrzymywany jest zwyczaj zwany słomiokami. W lany poniedziałek przebierańcy w słomianych strojach, z kijami, trąbkami, sikawkami wychodzą na ulice. Hałasują, oblewają wodą, ale nie mówią. Śląsk z kolei słynie z parad konnych. Też w poniedziałek, kawalkada stu koni zbiera się w Raciborzu – Sudole. Objeżdżają pola i modlą się o urodzaj. Na koniec procesji odbywają się wyścigi. W Małopolsce, w Wieliczce pojawia się Siuda Baba, czyli ubrudzony przebieraniec. Rusza on po wsi i szuka młodych dziewcząt, od których najczęściej dostaje całusy. Zwyczaje te zazwyczaj są  obchodzone w lany poniedziałek. Do tradycji wielkanocnych należą także coroczne misteria pasyjne i wycieczki emausowe.

My, podobnie jak w domu rodzinnym, święta obchodzimy zgodnie z tradycją. Na wsi,  u moich rodziców był to czas radości, malowania pisanek, pieczenia bab, mazurków, łez przy tarciu świeżego chrzanu, wzmożonego ruchu i gwaru. W Wielką Sobotę, od rana, razem z mamą szykowaliśmy święconkę. Mama swoim spokojem i cierpliwością tworzyła atmosferę niezwykłości i magii. Zachęcała całą naszą pięcioosobową gromadkę do uczestnictwa w tym niezwykłym wydarzeniu. Wtedy w duży kosz, na śnieżnobiałą serwetkę, wkładało się siedem kolorowych pisanek, baranka z masła, z oczami z pieprzu, uszami i ogonkiem z listków bukszpanu, pęta kiełbasy własnego wyrobu, szynkę wędzoną, pieprz, sól i inne drobiazgi. Wszystkiego było dużo, bo musiało starczyć dla całej siedmioosobowej rodziny na śniadanie wielkanocne. Zanieść ten ciężar musieliśmy w dwójkę, bo choć nie było daleko, jedno dziecko nie dałoby rady. Ksiądz, po którego wysyłano konną furmankę (najokazalszą w całej wsi), przyjeżdżał na określoną godzinę. W jednym z domów, wszyscy mieszkańcy, układali swoje kosze z potrawami. Stoły, krzesła, półki pełne były pachnących, bogatych, kolorowych potraw, a każdy kosz okazalszy, udekorowany piękniej, baziami i gałązkami bukszpanu. Modlitwa, poświęcenie pokarmów i życzenia świąteczne. Podobnie jest teraz. Kto się spóźnił musiał jechać ze swoją święconką do miasta, bo na wsi ksiądz święcił pokarmy tylko raz i wracał do swojej parafii. Nie pamiętam żeby któryś z mieszkańców nie zdążył na tę ceremonię. W niedzielę, na czczo szliśmy do kościoła. Uroczyste śniadanie, z życzeniami, było dość niespokojne, bo po nim cała piątka szukała prezentów, które zajączek zostawił dla nas w ogródku, w gniazdkach wyścielonych sianem. Cukrowe baranki, kurki, jajeczka, smakowały jak nic na świecie. Ta słodycz wielkanocnych figurek jest we mnie do dzisiaj. Były to zwykłe figurki z cukru, pomalowane kolorowo, ale smakowały jak największy rarytas. Miło wspominam tamten czas.  Staram się, by w moim domu obchodzono Wielkanoc podobnie jak u moich rodziców.

Tradycja święcenia pokarmów, jest jedną z piękniejszych w polskiej kulturze. Obrzęd ten na stałe przyjął się już w XV wieku. Kultywowany jest do dzisiaj i myślę, że następne pokolenia zadbają o to by nie zaginął. Warto też podtrzymywać inne zwyczaje i tradycje związane z Wielkanocą. Są one częścią naszej tożsamości narodowej.

A jak wygląda Wielkanoc u Was?

dzieciowo.pl

dzieciowo.pl

WRACAMY DO NIEWOLNICTWA

Kobieta w wieku 55 lat, czuje się młoda, atrakcyjna, pełnowartościowa, sprawna w pełni zarówno intelektualnie jak i fizycznie. Chce dalej pracować. Często bywa tak, że pracodawca w podstępny i wyrafinowany sposób pozbywa się jej zaraz po osiągnięciu wieku emerytalnego.

Wszystkie kobiety urodzone przed i w roku 1953 miały prawo do pójścia na wcześniejszą emeryturę, z chwilą ukończenia 55. roku życia i przepracowania wymaganego okresu czasu. Każda z tego prawa chętnie skorzystała, bo świadczenia z ZUS, choć niewielkie, są zagwarantowane co miesiąc i traktowane jako stałe i pewne źródło dochodu. W tym wieku rzadko która pani chce siedzieć w domu i oglądać głupawe seriale, więc z wielką ochotą chciałaby dalej pracować, pobierając jednocześnie świadczenia emerytalne, do których nabyła prawo zgodnie z przepisami. Ustawodawca jednak postawił warunek. Aby otrzymać pieniądze z ZUS-u należy zwolnić się z zakładu pracy, a świadectwo pracy dostarczyć do organu emerytalno-rentowego wraz z wymaganą dokumentacją. To rozwiązanie, oczywiście, z wielkim entuzjazmem przyjmowały firmy. Ponowne zatrudnienie odbywało się tylko na niekorzystnych dla emeryta umowach śmieciowych, czyli umowa zlecenie, o dzieło i inne. Wymiar czasu pracy wynosił teraz 3/4 etatu, czyli sześć godzin, ale zakres obowiązków, z reguły, pozostawał na poprzednim poziomie. Pensja takiego pracownika też była niewysoka i wynosiła 75% minimalnego wynagrodzenia obowiązującego w Polsce na dany rok. Pracodawcy w perfidny sposób wykorzystywali emeryta, który pokornie pracował, szczęśliwy że może, nie stawiając żadnych wymagań, nie upominając się o swoje prawa, wynagrodzenie, podwyżki. Wykonywał pracę bez żadnych sprzeciwów, bez urlopu, płatnego chorobowego oraz innych przywilejów należnych pracownikom zatrudnionym na umowy stałe. Emeryt zyskiwał niewielkie dodatkowe dochody. Za to zakład pracy doświadczonego, pełnowartościowego pracownika dzięki któremu mógł znacznie obniżyć koszty pracy, zwiększyć elastyczność zatrudnienia, obniżyć koszty zwalniania pracowników.

Doświadczenie uczy, że tych wszystkich korzyści zarządom firm było mało. Przy przechodzeniu pracownika na emeryturę, by go zachęcić, gwarantują bezterminowe dalsze zatrudnienie, w rzeczywistości już po upływie pół roku szukają powodu, by emeryta zwolnić. Nie jest istotne, że ten pracownik był wierny jednej firmie przez cały okres swojej aktywności zawodowej, potrzebuje dodatkowych funduszy na kształcenie niesamodzielnych jeszcze dzieci, chce dalej być aktywny zawodowo. Nie są to argumenty istotne dla władz zakładu, bo jest szansa jeszcze taniej pozyskać pracownika. Urzędy pracy przez pół roku finansowały zatrudnienie osoby figurującej u nich jako poszukująca zatrudnienia. Więc trzeba to wykorzystać i zamiast taniego emeryta, zaangażować darmowego pracownika rekomendowanego przez Urząd Pracy. Te wyrachowane metody nie mogą budzić pozytywnych sądów byłych pracowników o swoim do niedawna pracodawcy. Choć niektórzy pomimo mocno przekroczonego wieku emerytalnego, są uprzywilejowani, mają pracę zagwarantowaną do czasu, aż sami stwierdzą, że nie są zdolni jej dalej wykonywać.

Przez całe stulecia pracownicy walczyli o swoje prawa. By przywołać do porządku bogacącego się fabrykanta, zakładali związki zawodowe. Jako jednostka nie byli w stanie się obronić. Często tracili przez to zatrudnienie, a ich rodziny nie miały nawet chleba. Z wielkim trudem poprzednie pokolenia zdobywały krok po kroku szacunek i godziwe warunki pracy, sprawiedliwe wynagrodzenie, adekwatne do swojego wysiłku i poświęcenia. Trudno było wyrwać pracodawcy część jego zysku. Urlopy, płatne chorobowe, urlopy macierzyńskie. Wszystkie te przywileje rodziły się w bólach i powoli. Ostatecznie powstał Kodeks Pracy, który gwarantował przestrzeganie przepisów w nim zawartych, a sporne sprawy załatwiały Sądy Pracy. Mamy XXI wiek, demokrację i kapitalizm. Oczekiwany i dający nadzieję wszystkim na sprawiedliwość, dobrobyt, zachodni styl życia. 25 lat żyjemy w nowej rzeczywistości. Powoli z cichym przyzwoleniem władzy, cofamy się wstecz. Pracodawcy omijają przepisy. Zatrudniają pracowników na warunkach niekorzystnych dla nich, bezrobocie sięga zenitu, a o pracownika nie ma kto się upomnieć. Związki zawodowe kupczą z pracodawcą, a pracownik nie ma pewności kto jest jego przedstawicielem i komu powierzyć swoją obronę.

Jak postępują pracodawcy z nowym pracownikiem? Żeby nie mieć obowiązku zatrudnienia go na bezterminową umowę o pracę, po pięciu latach pracy, zwalnia się go i zatrudnia na nowo po miesięcznej przerwie, tak jakby przyszedł do firmy po raz pierwszy. Lata przepracowane poprzednio nie liczą się, bo nowy – stary pracownik zaczyna od zera. Oczywiście, jako nowy traci na zarobkach i innych przywilejach, których zdążył dorobić się w ciągu pięcioletniego zatrudnienia. Osoby, które w ten sposób potraktowano, po dziesięciu latach pracy zarabiają mniej niż podczas pierwszych miesięcy poprzedniego zatrudnienia. Państwo zezwala na takie praktyki, a pracownik godzi się, bo chce za wszelką cenę mieć zatrudnienie. Harmonogramy, na których widnieje normatywny czas pracy, zmuszony pracownik podpisuje, choć nie zgadzają się zupełnie z przepracowanym faktycznie czasem. Najbardziej przygnębiające jest udawanie. Dyrektor firmy wie, dział personalny też, związki zawodowe również, ale każdy jest zaskoczony, kiedy od czasu do czasu zbuntowany zgłosi to do Inspekcji Pracy. Hipokryzja, obłuda niegodna człowieka. Czy o takie warunki pracy, nędzne zarobki, głodowe pensje walczyła niezadowolona , w czasach PRL-u i wcześniej, klasa robotnicza?

Mam wrażenie, że kapitalizm w Polsce ma wypaczony charakter. Zakłady pracy padają jeden po drugim. Biurokracja rozrosła się jak perz w ogrodzie, szkoły zawodowe unicestwione, bo po co komu robotnik wykwalifikowany? Stawiamy tylko na ludzi wykształconych, najchętniej na uczelni wyższej. Nie jest ważne, że z dyplomem tym, zasili grono bezrobotnych, albo usiądzie jako kasjer w markecie lub będzie pracował za euro na zmywaku w innym kraju. Rządzący wypychają młodych, wykształconych ludzi z ojczyzny i cieszą się, że spada nam bezrobocie……. Władza wpada ze skrajności w skrajność, a traci na tym najbardziej, najliczniejsza klasa średnia (czyt. uboga).

Zapraszam do dyskusji.

STUDIA CZAS ZACZĄĆ (cykl tematyczny) CZ.I POCZĄTKI

Uczelnię kończy się z reguły w wieku 24 lat. Tak robi większość młodych ludzi, którzy chcą posiadać dyplom magistra, w wybranej przez siebie dziedzinie. Są też outsiderzy odkładający studiowanie, z różnych przyczyn, w czasie.

Zakładając bloga w październiku ubiegłego roku, obiecałam moim przyszłym czytelnikom podzielić się z nimi wiadomościami na temat studiów podjętych w okresie szóstego dziesięciolecia mojego życia. Konkretnie, naukę na wyższej uczelni zaczęłam w wieku 52 lat i skończyłam w terminie, czyli jako 56- letnia emerytka. Chcę, w ten sposób, przybliżyć osobom zamierzającym iść na studia w późnym wieku, jednak ostatecznie niezdecydowanym, wahającym się, rozważającym wszystkie za i przeciw, nie potrafiącym postawić kropki nad „i”, jak wygląda sprawa, mówiąc kolokwialnie, od kuchni.  Być może moje decyzje, przeżycia, radości i problemy, także anegdoty z tym związane, pomogą niejednemu podjąć ostateczną i właściwą decyzję. Żeby  to zrobić potrzebne są tylko: silna wola, trochę pieniędzy i odrobina (może dla niektórych zabrzmi to  strasznie) egoizmu. W ogóle uważam, że w małżeństwie, każdy z partnerów ma prawo do małego marginesu niezależności, czyli pola działania w którym ma miejsce na samorealizację. Gdzie wstęp ma tylko on, oczywiście nie krzywdząc tym pozostałych członków rodziny.

Wróćmy do tematu głównego. Jak pisałam w notce o sobie, pozwólcie, że zacytuję akapit z wpisu pierwszego: ”Wszystkie ważne rzeczy, które dotyczą tylko mnie, zaczęłam realizować dopiero po pięćdziesiątce. Wtedy mój syn był już samodzielny, córki prawie dorosłe, a praca zawodowa dobiegała końca. Myśl o studiach wracała co jakiś czas przez całe moje dorosłe życie. Marzyłam o tym od matury, ale zawsze była na to nieodpowiednia pora, bo dzieci małe, brak pieniędzy, inne ważne powody. Pomyślałam. Czemu nie zrobić tego razem z córkami? Jedna miała rozpocząć studia na Uniwersytecie, a druga naukę w Liceum. W końcu razem raźniej! Uwierzycie? Udało się!”
http://szescdziesiat-rowna-sie-dwadziescia.blog.pl/2014/10/

Decyzja o zapisaniu się na filologię polską nie była prosta. Poprzedzały ją powracające jak bumerang, natrętne myśli i rozwiązywanie ewentualnych problemów z wyprzedzeniem co najmniej rocznym. Ciągle pojawiało się pytanie: Co będzie jak…. i szukanie odpowiedzi, najczęściej, na siłę, negatywnej. Wiemy wszyscy z własnych doświadczeń, że problemy piętrzą się w miarę natarczywego rozpatrywania sprawy i rozdrapywania jej w najdrobniejszych aspektach. Dzisiaj wiem, że niepotrzebnie się dręczyłam, między innymi na samą myśl o rozmowie z rodziną. Przerażało mnie, że cztery dorosłe osoby będą w opozycji do mojej decyzji, byłam o tym przekonana. Czy dam radę ich przekonać swoimi mizernymi argumentami? Bo czuję się niedouczona, chcę spełnić swoje marzenia. Chociaż przebąkiwałam o studiach od czasu do czasu, ale poważnie chyba nikt, z moich bliskich, tych sygnałów nie traktował. Czas był wyjątkowo dobry, bo mogłam pozwolić sobie na naukę, nie krzywdząc nikogo. Muszę się Wam przyznać do swojej słabości. Dokładnie  dziesięć lat wcześniej stałam przed drzwiami uczelni, z czteroletnim dzieckiem u boku, trzymanym mocno za rączkę i zastanawiałam się, czy wejść do środka, czy nie. Czy właśnie teraz mogę sobie na to pozwolić, pracując w ciągu tygodnia, studiować w wolne dni. Popatrzyłam na córeczkę i decyzja była jedyna możliwa i definitywnie negatywna. Nie zrobię tego mojemu dziecku. Wolę każdą wolną chwilę poświęcić rodzinie, nawet gdybym do studiów nie miała wrócić nigdy.

Minęła dekada, a ja dojrzałam do świadomej i konkretnej decyzji. Powiedziałam mężowi i dzieciom. Uzyskałam ich akceptację wsparcie i  deklarację pomocy. Z wielką aprobatą najbliższych ruszyłam po duplikat świadectwa dojrzałości do mojego liceum. Oryginał zawieruszył się, niestety nie wiem kiedy i gdzie. Z pakietem potrzebnych dokumentów, zjawiłam się w dziekanacie. Zdziwiona byłam mocno, że nikt nie patrzy na mnie jak na wielbłąda. Spodziewałam się uśmieszków, szeptów, a tu nic….. To był pierwszy  pozytywny sygnał, że mam prawo tu być.

Już dzisiaj zapraszam na dalszy ciąg moich wspomnień związanych ze studiami.

CO BÓG ZŁĄCZYŁ…

Nie ma rozwodów w Kościele, te orzeka sąd cywilny. Sądy Metropolitalne stwierdzają nieważność małżeństwa. Skutek jest jeden – obie te czynności prawne powodują to samo – rozbicie rodziny.

Do napisania artykułu zainspirowała mnie sprawa konwencji antyprzemocowej, o której pisałam na moim blogu kilka dni temu. Kościół i środowiska do niego zbliżone są wrogo nastawione do ustawy i robią wszystko by nie została ratyfikowana przez polski parlament. Pomimo, że przeszła przez izbę niższą, zablokowała  ją Senacka  Komisja Praw Człowieka. Wszystko co postępowe, służące w znakomitej większości ogółowi, rozbija się o beton małostkowości, szukanie drugiego dna i czarnowidztwo. Nasi parlamentarzyści mają obawy m.in. przed skutkami uświadamiania seksualnego dzieci i młodzieży na każdym poziomie edukacji. Zastanawiam się dlaczego? Czy to, że nie będziemy rozmawiać z dziećmi i młodzieżą o cielesności będzie równoznaczne z tym, że  zabijemy w nich chęć posiadania wiedzy na ten temat?  Nie, bo źródeł z których mogą czerpać mają pod dostatkiem na wyciągnięcie ręki. Posiądą tę wiedzę bez zgody dorosłych, przy okazji podsyconą sensacją, wulgarnością, co może skutkować błędnym pojęciem o seksualności człowieka, erotyzmie i relacjach między kobietą a mężczyzną. Dziwię się, że Kościół jeszcze nie zabrania rozmów rodziców z dziećmi na ten temat, bo przecież takie prowadzone są w domach.

Nie o tym jednak ma być mój wpis. Rozwodów w Polsce z roku na rok przybywa, zarówno cywilnych jak i kościelnych. Już tytuł artykułu sugeruj, że zajmę się udzielaniem  rozwodów kościelnych. Przepraszam nie tak to się  nazywa,  stwierdzaniem nieważności małżeństwa. Polacy mają świadomość swoich praw i nie wahają się z nich korzystać. Mając nowego partnera chcą wymazać z przeszłości to co było ich udziałem i zacząć wszystko od początku z czystą kartą, zarówno w życiu jak i dokumentach. Przed ołtarzem i księdzem, który ślubu udziela, przysięgają sobie miłość i  wierność aż do śmierci. To jest przysięga, z której obowiązywania, poza Bogiem, nie ma prawa nikt zwolnić. A jednak zrobić można wszystko i to tu na Ziemi. Rozwiązanie małżeństwa przez Kościół nie należy do sprawa  łatwych. Bywa, że trwa latami. Kodeks kanoniczny ściśle określa powody, które na to pozwalają. Przyczyną może być wiek jednego z małżonków. Kobieta przed ukończeniem 18. roku życia, bez dyspensy biskupa, nie powinna zawrzeć związku małżeńskiego. W świetle prawa kościelnego taki związek jest nieważny. Ale przecież został udzielony. Inny powód, to podwójne małżeństwo kościelne, zawarte na podstawie sfałszowanych dokumentów przedłożonych w parafii. Jedno z przyszłych małżonków, w chwili zawierania związku, jest jeszcze w poprzednim. Przeszkodę stanowi też pokrewieństwo. Do czwartego pokolenia biskup nie  wyraża zgody na zawieranie małżeństw. Zdarzają się nieliczne wyjątki i te stanowią podstawę do stwierdzenia jego nieważności. Inną grupę stanowią tzw. wady zgody małżeństwa, do których zalicza się: brak zgody na posiadanie dzieci, niewierność (zamierza ją przyszły małżonek jeszcze przed zawarciem ślubu), udawanie małżeństwa (chęć zdobycia obywatelstwa, majątku), przymus fizyczny, moralny czy społeczny (zniewolenie przez rodziców, brak możliwości podjęcia świadomej decyzji). Również choroba psychiczna, alkoholizm, narkomania, różnego rodzaju nerwice, sadyzm, skłonności homoseksualne, dają możliwość stwierdzenia nieważności małżeństwa przez Sąd Metropolitalny. Jeden warunek, wszystkie te wady muszą mieć miejsce przed zawarciem  związku. Ślub jest nieważny także, gdy nie zostały spełnione formalności (brak świadków) lub ksiądz udzielający ślubu nie miał do tego prawa.

Jak wyglądają formalności? Pozew pisze notariusz kurialny na prośbę osoby zainteresowanej. Wniosek rozpatruje trzyosobowy trybunał oraz obrońca węzła małżeńskiego. Wszystkie te osoby muszą mieć doktorat lub licencjat z prawa kanonicznego oraz nieskazitelną opinię. Proces zaczyna się od przesłuchania stron, potem minimum trzech świadków. W sprawach dotyczących odchyleń psychicznych i impotencji konieczne jest powołanie biegłych z tych dziedzin. Następny etap, to upublicznienie akt i do sprawy wkracza obrońca węzłów małżeńskich. Stara się utrzymać związek, przedstawia argumenty. Wszystkie dokumenty w formie pisemnej trafiają do sędziów, którzy po zapoznaniu się z nimi wydają wyrok. Każdy z sędziów robi to w sposób tajny. Koperty otwierane są na specjalnym spotkaniu i tam też ostatecznie decyduje się o ustaniu małżeństwa lub jego utrzymaniu. Werdykt wędruje do zatwierdzenia przez wyższą instancję. Jeżeli wyrok obu instancji jest zgodny, proces się kończy. Bywa, że obie instancje wydają odmienne decyzje, wtedy trzecia instancja, czyli Rota Rzymska ma głos ostateczny. Tu trafia niewiele z rozpatrywanych pozwów. Od chwili wydania dekretu o unieważnieniu lub utrzymaniu związku nie może minąć więcej niż rok, by sprawę zakończyć.

Rocznie w dużych miastach składane jest około 150 pozwów o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Media często poruszają ten problem, a internetowe fora zawierają wymianę doświadczeń ludzi szukających informacji o procesach kościelnych. Wraz ze wzrostem zainteresowania tym tematem, rośnie liczba rozpadających się małżeństw. Możliwość  rozwiązania węzłów małżeńskich w Kościele daje kodeks i jego przepisy ustanowione w 1983 roku. Katolicy korzystają ze swojej świadomości i wiedzy, która z roku na rok rośną. Nie jestem przeciwnikiem rozwiązań małżeństw zawartych w kościele. Tylko dziwi mnie tolerancja Kościoła w tym aspekcie. O wiele mniej kontrowersyjne sprawy budzą u biskupów totalny sprzeciw, nie dopuszczają jakichkolwiek odstępstw od swojego autokratycznego stanowiska. W tej sprawie wydają się być bardzo tolerancyjni a przecież małżeństwo, to nie tylko umowa na piśmie, ale przede wszystkim sakrament

Stwierdzenie nieważności związku małżeńskiego – po jednej stronie, a po przeciwnej – „Co Bóg złączył, człowiek niechaj nie rozłącza”. (Mt 19, 6)

Proszę o wyrażenie opinii na poruszony temat, który uważam za trudny, kontrowersyjny  i niejednoznaczny.

POCZWARKA

Wiedza zdobyta, życie zawodowe poukładane, podróże odbyte, dom wybudowany, drzewo posadzone. Zgodnie z tradycją i harmonogramem, do pełni szczęścia brakuje tylko dziecka. Co zrobić kiedy na świat, zamiast syna, przyjdzie córka i do tego INNA? Czy dotąd oparte na miłości i zgodzie małżeństwo, przetrwa?

„Poczwarka”, tak nazwała swoją książkę krakowska pisarka i dziennikarka, Dorota Terakowska (1938 – 2004) . Powieść powstała w 2000 roku, a wydano ją rok później. Zarówno tytuł jak i dedykacja umieszczona na początku książki intrygują. Tytuł książki, to metafora. Znając już treść lektury możemy wyjaśnić ją w następujący sposób: Poczwarka, to pewien etap drogi pięknego motyla. Najbrzydsze stadium rozwoju, to coś niezgrabnego, odrażającego, budzącego wstręt, spętanego kokonem, jakby uwięzionego w środku, bez możliwości uwolnienia się. Autorka celowo nadała książce taki tytuł. Jej bohaterka, Marysia inaczej Myszka, ma podobne cechy. To dziecko z zespołem Downa, które żyje w swoim świecie, oderwanym od rzeczywistości. Dedykacja też zastanawia. „Mojej córce Małgosi Szumowskiej, dzięki której powstała ta książka”. Od razu pojawia się myśl, córka Doroty Terakowskiej urodziła dziecko z zespołem Downa. Matka uczestniczy w opiece nad chorym dzieckiem, a przeżyciami i funkcjonowaniem rodziny dzieli się z czytelnikami, traktując swoje dzieło po części jako poradnik dla rodziców, mających dzieci z tą samą chorobą. Ale tak nie jest. Przeczytana biografia autorki, takiej interpretacji zaprzecza. Powieść, to fikcja literacka. Powstała po wakacjach autorki na Mazurach, gdzie poznała i zaprzyjaźniła się z rodziną z chorym dzieckiem. Trzecia rzecz, która zastanawia, to dobór imion. Adam i Ewa byli pierwszymi rodzicami. To także symbol jakiejkolwiek kobiety i każdego mężczyzny. Celem autorki było zasygnalizowanie, że opisana sytuacja może spotkać każdego z nas.

Dziecko ociężałe, brzydkie, spętane chorobą, która powoduje wiele ograniczeń, momentami jest odrzucające. Zespół Downa, w najcięższej postaci, taką chorobę miał potomek idealnego małżeństwa. Rodziców, którzy zaplanowali każdy detal swojego dziecka, dziedzica ich fortuny. Doskonałe dotąd życie, wszystko poukładane i przewidziane, zburzyła jedna mała istota, która nie pasowała do wymalowanego pędzlem myśli ideału. Każde z rodziców zachowało się inaczej. Ewa po wielu rozterkach i przemyśleniach, postanowiła stawić czoło sytuacji. Chociaż miała różne momenty, od ogromnej miłości do Myszki, do jej nienawiści, trwała w swej roli. Postąpiła wbrew woli męża, przez co straciła jego miłość, przyjaciół, pracę, radość życia. Adam dziecko odrzucił. Nigdy Myszki nie zaakceptował, brzydził się nią, nie wziął na ręce, nie potrafił przytulić. Kochał żonę szczerą i głęboką miłością, rozgoryczenie i żal do całego świata nie pozwolił mu być z nią i z dzieckiem blisko. Oddzielił się od rodziny. Kiedy przebywał w domu, jego azylem był gabinet, z którego rzadko wychodził. Marysia wraz z upływem lat instynktownie szukała zbliżenia z ojcem. Siadała w holu, przy drzwiach, za którymi przebywał ktoś, kogo na swój sposób kochała. To miejsce było owiane tajemnicą, której dziewczynka nie rozumiała. Nie będę przybliżać czytelnikom treści książki, bo zabrałabym całą przyjemność odkrywania jej samodzielnie podczas lektury.

W książce prowadzona jest narracja dwubiegunowa. Świat realny przeplata się ze światem mitycznym, nierealnym, do którego wstęp ma tylko chore dziecko. Czytelnik uczestniczy w biegu wydarzeń, jest ich naocznym świadkiem. Przeżywa to, co się dzieje na scenie. Współczuje, momentami odczuwa napięcia, niepewność. Łzy i bezradność dziecka wywołują u czytelnika lektury zadumę, czasem złość na bezsilność wobec choroby. Autorka stara się pokazać z własnej perspektywy świadomość i podświadomość człowieka. Przedstawia całą sytuację rodziny w sposób dramatyczny. Ilustruje to, co moralne przeciwstawieniem dobra i zła. Pisarka nie osądza bohaterów, zostawia to czytelnikowi. Pozwala sobie tylko na delikatne sygnały i wskazówki.

Książka należy do pozycji wartych zainteresowania i polecenia jednak, według mnie, ma teżswoje minusy. Napiszę w tym miejscu, o co ja mam do autorki pretensje. Otóż, nie mogę pogodzić się z zakończeniem tego utworu. Jest ono, moim zdaniem, makabryczne! Autorka uśmierca chorą dziewczynkę. Rodzina odzyskuje na nowo harmonię, wraca miłość, zgoda i radość. Adam wychodzi z ukrycia. Dorota Terakowska przenosi Poczwarkę do innego, lepszego świata. Umieszcza ją w Niebie, ale nie tam, gdzie są wszystkie zmarłe dzieci. Marysia, tak jak w życiu na Ziemi, w swoim nowym miejscu odizolowana jest od zdrowych dzieci. Znowu jest tylko w grupie dzieci chorych. Myślę, że autorka taką wizją życia w Niebie, skrzywdziła rodziców takich dzieci. Każdy, kto ma dziecko z zespołem Downa, po przeczytaniu książki, będzie rozczarowany, nie zaakceptuje tego, że nawet po śmierci jego dziecko będzie także inne. Ja na pewno nie chciałabym od nikogo, nawet od autora książki w jego fikcji literackiej, usłyszeć, że moje dziecko, także w oczach Boga, będzie inne, oddzielone od wszystkich. Myślę, że rodzice chorych dzieci mają dosyć ich inności za życia i chcieliby, żeby ich dziecko zaakceptowały dzieci zdrowe, żeby bawiły się z nim i uważały za równe sobie. Jeszcze jeden zarzut dla autorki. Po śmierci Marysi, Ewa oczekiwała nowego dziecka. Czy Poczwarka musiała usunąć się, bo z nią nic nie mogło się udać. Musiała zrobić miejsce kolejnemu dziecku, tak jakby na tym świecie nie było miejsca dla niej i maleństwa, które miało się urodzić. Czy miłości rodziców nie starczyłoby dla dwójki dzieci, zdrowego i chorego? Nie wiem, czy takie było zamierzenie autorki, wywołać rozterki u czytelnika.

Książkę po raz pierwszy przeczytałam w 2007 roku. Miałam mieszane uczucia właśnie ze względu na jej zakończenie. Wróciłam do niej po latach. Nic się nie zmieniło. Rozczarowanie rozwiązaniem problemów rodziny, kosztem dziecka chorego, zostało. Lektura „Poczwarki” nie należy do łatwych książek. Można zauważyć, że momentami zawiera elementy filozoficzne. Poza tym, niektóre opisy wyglądu i zachowań chorego dziecka są trudne do zaakceptowania. Trzeba oddać autorce, że jej powieść przybliżyła nam i pozwoliła poznać bliżej chorobę Downa. Inaczej, może nawet cieplej, patrzymy na rodziców, którzy wychowują dzieci, dotknięte tymi dolegliwościami. Nie wszystko co nas otacza jest piękne. Często trzeba zmierzyć się z chorobą, kalectwem, brzydotą, starością, niedołęstwem. Czy my zdrowi umiemy zachować się i zrozumieć to, co czują ludzie dotknięci takim losem?

Polecam książkę, ze względu na trudny temat. Bliski nam wszystkim, bo z chorymi, nie tylko na zespół Downa, spotykamy się na co dzień. Może właśnie ta lektura pozwoli nam inaczej spojrzeć na rodziny, walczące z chorobą dziecka od chwili jego przyjścia na świat. Układanie i planowanie życia, z kilkuletnim wyprzedzeniem, nie sprawdza się prawie nigdy. Czym bardziej mamy swoje życie wepchnięte w ramy i formy, tym większa rozpacz kiedy w tych klatkach coś nie potrafi się zmieścić.

Podzielcie się proszę swoimi doświadczeniami na opisany temat.