„NICI” Z NASZYCH STYCZNIOWYCH POSTANOWIEŃ

Rozpoczyna się rok, mamy styczeń 2015. Każdego roku, o tym czasie, w rządzie, samorządzie, partii, mieście, domu, ktoś, coś postanawia. W grudniu, okazuje się, że nic, ale kompletnie nic, nie zostało zrealizowane. Nie mamy do siebie pretensji, bo wszyscy zrobiliśmy równo –„zero czyli nic”. 

Styczeń to miesiąc twardych postanowień, bijemy się w piersi i przyrzekamy, że nie będzie tak jak w ubiegłym roku, teraz to na pewno dotrzymam obietnicy! Na każdy miesiąc wyznaczamy sobie zadania, które zamierzamy wykonać w stu procentach.

Dla mamy cały rok, dwanaście miesięcy, to czas odchudzania, aktywnego, zdrowego trybu życia: bieganie, jazda na rowerze, pływanie, aerobik raz w tygodniu, fryzjer raz w miesiącu. „Oponki” trzeba zrzucić i ładnie wyglądać! W czerwcu, lipcu, albo w sierpniu, wakacje nad morzem, z całą rodziną, bo jod potrzebny jest dzieciom, nie będą chorować zimą.

Każdy tata deklaruje rzucenie palenia. Najpierw stopniowo planuje ograniczenie ilości spalanych papierosów, co miesiąc mniej, a w grudniu, ma nadzieję, że nie kupi już ani jednej paczki, bo przecież nie warto wyrzucać pieniędzy na truciznę. Piwo też ograniczy, by pod koniec roku nie pić go w ogóle, przecież drogie, a nawet „szmerku” po nim nie ma. Do domu będzie wracał wcześniej, bo dzieci potrzebują ojca, chcą porozmawiać. Z żoną też trzeba wyjść do kina, a może do teatru, albo opery. Trochę kultury przyda się, bo telewizja nic ciekawego nie pokazuje.

Dzieci, jak zwykle, będą się lepiej uczyć. Agata poprawi jedynkę z chemii, na świadectwie w czerwcu, będzie miała czwórkę (chociaż sama w to nie wierzy). Nad językiem polskim wystarczy trochę popracować i piątka murowana. To dla niej żaden wysiłek. W maju wycieczka, ale po powrocie, ostro zabierze się do pracy. Średnia na świadectwie minimum cztery i pół. Do tego w kwietniu udział w olimpiadzie polonistycznej i koniecznie trzeba zdobyć miejsce w drugim etapie. Tomek ma więcej rozsądku i jego postanowienia są skromniejsze. Powtarzał trzecią klasie i wie, że do orłów nie należy. Chce ukończyć gimnazjum, mniej balować i wagarować, dostać się chociaż do najgorszego ogólniaka. Zawodówka nie wchodzi w rachubę, bo zamierza studiować, a matura jest do tego konieczna.

W grudniu robimy rachunek sumienia. Każdy jakby chciał ukryć część postanowień, zapomnieć, nie wspominać. Ale nie mamy się czego wstydzić, bo przed kim? Nikt nic nie zrobił i nie ma sensu się rozliczać. Za chwilę będzie nowy styczeń, znowu dobry czas na kolejne „twarde” plany. Nie przypisujemy winy sobie za brak konsekwencji, bo przecież nikt z nas nie zawinił. Brak pieniędzy, pani od polskiego to „piła” i nic nie dało się zrobić, piwo trzeba wypić, bo co mam z tego życia, w pracy muszę siedzieć do wieczora, a ja, przecież nie jestem taka gruba -  są grubsze – więc mogę jeść. Seriale lubię oglądać, więc czasu na aktywny tryb życia brakuje. Tak jest, mogę przypuszczać, że w większości domów,  w polityce, gospodarce i w każdej innej dziedzinie życia. Nie postanawiajmy, bo i tak nic z tego nie wykonamy, mobilizujmy się na bieżąco, a w grudniu nie będziemy musieli się wstydzić. Nie przed rodziną, ani sąsiadami, ale przed samym sobą, a to chyba jest najgorsze!

Podzielcie się proszę swoimi doświadczeniami. Może komuś udało się pokonać swoje słabości i zrealizować któreś z noworocznych postanowień?

CZŁOWIECZEŃSTWO WYSTAWIONE NA PRÓBĘ

Człowiek, tylko dzięki relacji z drugim człowiekiem, może odkryć samego siebie i głębię swojego człowieczeństwa. Tak mówi współczesna filozofia.

Człowiek i jego świat, istota relacji międzyludzkich, ludzka myśl, zrozumienie ludzkich problemów, odzieranie świata z wszelkich pewników i norm, to zagadnienia nurtujące myślicieli dwudziestego pierwszego wieku. Dla przeciętnego człowieka i obywatela, mało istotne. Ten chce mieć pracę, mieszkanie, dobrze działającą infrastrukturę i urzędy, także gwarancję bezpieczeństwa swojego i rodziny.

Jean Bruller tak pisze o człowieczeństwie:

„Człowieczeństwo nie jest stanem,

w którym przychodzimy na świat.

To godność, którą trzeba zdobyć.”

Natomiast według Słownika języka polskiego PWN człowieczeństwo inaczej humanitarność, humanitaryzm, ludzkie podejście, obejmuje grupę cech charakterystycznych tylko dla ludzi. Są to: ludzka natura, godność, zdolność tworzenia kultury, szlachetność, przychylność wobec innych ludzi, ogół cech wspólnych wszystkim ludziom, istotne cechy człowieka, ludzkość w zachowaniu wobec innych, bycie człowiekiem.

Dużo słyszymy na co dzień o ludzkiej podłości, złych czynach, mordach, zbrodniach, przemocy, gwałtach, wojnach i innych postępkach niegodnych człowieka. Mało mówi się o świecie bez okrucieństwa, świecie gdzie dobro ma swoje miejsce. Człowiek skłonny jest do odsłaniania swoich najgorszych cech w chwili zagrożenia życia, ale nie tylko. Mając władzę i broń, zabija. W imię Boga, w imię wyższych celów, obrony ojczyzny, zagrożenia. Do jakiego stopnia jest gotów się posunąć? Czy istnieje granica, której nie przekroczy? W literaturze mamy dziesiątki przykładów, a posłużę się dwoma wybranymi. O utracie człowieczeństwa opowiada Andrzej Szczypiorski w książce „Msza za miasto Arras” i Albert Camus w „Dżumie”. Obaj autorzy postawili swoich bohaterów w środku dramatycznych wydarzeń związanych z zarazą. Odgrodzeni od świata, zdani na własne siły walczyli o przetrwanie. Wszechobecna, zabijająca ludzi choroba, powodowała, że z każdą chwilą tracili cząstkę swojego człowieczeństwa na rzecz walki o życie, uratowania go, kosztem zatracenia cech ludzkich. By przetrwać, człowiek sięgał do najbardziej mrocznych zakątków swej duszy. Instynkt samozachowawczy nakazywał mu bronić własnego istnienia, zabijając, jedząc trupy czy dopiero co narodzone dzieci.

Obecnie mamy inny rodzaj walki, zmagania trwają bez przerwy. Innego kalibru, nie o zachowanie życia, ale o miejsce w społeczeństwie, rodzinie, świecie, który otacza nas, w którym przyszło nam żyć. Powracają podobne pytania, o człowieczeństwo. Ile jesteśmy w stanie zrobić złego, na co nas stać, by być wysoko w hierarchii. By pokonać innych w awansie, w posiadaniu większego domu, lepszego samochodu. Ile ubyło nam empatii w stosunku do drugiego człowieka?

Zobrazuję problem częściowo na przykładach z własnego życia. Dwójkę starszych dzieci urodziłam jeszcze przed zmianami ustrojowymi w naszym kraju. Do trzeciego roku życia moich dzieci byłam z nimi w domu, nie musiałam pracować, bo mąż sam potrafił zarobić na utrzymanie rodziny. Syn nie był tęgiego zdrowia, więc kiedy poszedł do przedszkola, a ja do pracy, zaczęły się problemy. Chorował często, czasem kilka razy w miesiącu. Szłam z nim do lekarza, a zwolnienie zanosiłam do zakładu pracy. Kierownik i koleżanki, z wielką troską i współczuciem wysyłali mnie do domu, abym mogła opiekować się chorym dzieckiem. Nikt nie miał pretensji, że musi pracować, a ja dostaję pieniądze, siedząc w domu. Były to reakcje ludzi, którym empatia w stosunku do drugiego człowieka, nie była obca. Młodszą córkę urodziłam krótko po obaleniu komuny. Nie chciałam stracić pracy, więc po urlopie macierzyńskim dziecko umieściłam w żłobku, a sama wróciłam do biura. Podczas pierwszej choroby dziecka, lekarz zaopatrzył mnie w porady i zwolnienie, które dostarczyłam do zakładu. Zdziwienie moje nie miało granic, gdy na drugi dzień przyszedł do mojego domu pracownik, wysłany przez kierownika z informacją, abym natychmiast wróciła do pracy, bo zostanę zwolniona. Ponieważ nie miałam komu powierzyć chorej pięciomiesięcznej istoty, zaniosłam ją rano do sąsiadki, a sama poszłam do pracy. Nikt mi nie współczuł, nie pochylił się nad moją rozpaczą. Chcesz mieć pracę, bo ona jest najważniejsza, więc pracuj. Zrozumiałam szybko, w jakich niekorzystnych warunkach przyjdzie mi wychować trzecie dziecko.

Wtedy było to nowe zjawisko, teraz jest normą. Matki nie mogą być w domu z chorym dzieckiem. Żadna nawet nie pomyśli poprosić lekarza o zwolnienie. Angażują babcie, sąsiadki, znajome, by móc iść do pracy. Restrykcje finansowe i niechęć koleżanek, w stosunku do matki na zwolnieniu, nie zachęca jej do pozostania w domu. Tak. Mamy kapitalizm i utrzymanie pracy jest dla ludzi priorytetem. To wykorzystują pracodawcy, ponieważ nadmiar rąk do pracy pozwala im traktować zatrudnionych niewolniczo. W konsekwencji, dzieci mają sfrustrowanych, niecierpliwych i wykończonych rodziców. Kontakt na linii rodzic-dziecko ogranicza się do minimum. To odbija się negatywnie na psychice młodego człowieka, a żyć uczy się sam. Gry pełne trupów, filmy z przemocą w tle, to wzorce kształtujące wyobraźnię dziecka, potem młodego człowieka. Stąd czerpie wiadomości o świecie, relacjach międzyludzkich. Potem często dostaje się do grup przestępczych, które kończą dzieło kształtowania jego osobowości.

Co dalej dzieje się z tak wychowanym młodym człowiekiem? Ma zapewne wypaczone pojęcie o relacjach między dobrem a złem. W konsekwencji błądzi, a jego czyny są nieobliczalne. Choćby w ostatnim okresie dochodzą do nas informacje o zbrodniach niegodnych człowieka. Łatwo przychodzi matkom zabić noworodka, spalić, wyrzucić do śmietnika. Bez skrupułów uśmiercają kilkoro swoich dzieci, mrożą je jak mięso w lodówkach, zakopują w ogródku albo trzymają w beczce do kiszenia kapusty. Bezbronne maleństwa kopią, rozbijają główki, miażdżą ciałka, a potem wywożą z dala od domu i skazują na śmierć, w niewyobrażalnym cierpieniu. Głodzenie i kary cielesne też nie należą do odosobnionych przypadków. Podpalenie domu z żoną i dziećmi w środku albo makabryczne zabójstwo rodziców przez nastolatków mrożą krew w żyłach. Te czyny zostały popełnione.

I tu musimy wrócić do pojęcia człowieczeństwa. Na początku opisałam zanik cech ludzkich, w sytuacji walki o przetrwanie. Wiemy już, że człowiek nie pohamuje się i odsłoni swoje najciemniejsze strony, by przeżyć. Jednak jak wytłumaczyć zbrodnie, najbardziej nieludzkie, popełnione z niskich pobudek? Bo dziecko płakało, bo mam już troje dzieci, więcej nie utrzymam, bo jest kaleką, nie chcę takiego dziecka, mam długi potrzebuję pieniędzy z polisy…

Są to błahe powody, niewspółmierne do czynów. Człowiek wybiera najgorsze rozwiązanie: zabójstwo. A przecież każda matka może bez żadnych konsekwencji urodzone dziecko zostawić w szpitalu, zanieść do okna życia, oddać do ośrodka, domu dziecka, ale nie zabijać! Każde rozwiązanie jest lepsze od zbrodni. Analizując sylwetki okrutnych przestępców, często odkrywa się brak miłości w dzieciństwie, przemoc, molestowanie. Słyszymy tłumaczenie rodziców, że szkoła źle wychowuje. Nie szkoła, nie otoczenie, a rodzina jest najważniejsza. Rola rodziców w kształtowaniu dziecka i młodego człowieka jest najważniejsza. Tu wszystko ma swój początek. Wydaje się, że dobre warunki materialne, dodatkowe zajęcia, nadprogramowa nauka języków, wakacje w znanych kurortach wystarczą, by dobrze ukształtować człowieka. Nie! To za mało. Zwłaszcza w okresie osłabionego autorytetu Kościoła i nauczycieli. Brak bliskiego kontaktu, codziennych, szczerych rozmów, wspólnych posiłków, wyjść, przede wszystkim w najwcześniejszym okresie życia dziecka, może spowodować, że przestanie ono uważać rodziców za swój autorytet i wzorzec. Stracona bliskość już nigdy nie będzie odbudowana. Poszuka wzorców poza rodziną, a wtedy popełnione błędy mogą zaowocować tragedią.

Może demonizuję problem, a skala jego działania nie jest tak duża jakby się wydawało. Czy myślicie podobnie jak ja, a może macie inne zdanie?

KARNAWAŁ OKRESEM WIELKIEGO ŚWIĘTOWANIA

Człowiek bawi się od zarania dziejów. Dionizje i Bachanalia sięgają czasów przed Chrystusem.

Tak jak jedzenia, wody i ubrania, ludzkość potrzebuje do życia zabawy. Przyjemność sprawiały człowiekowi – tak jak wspólna praca, polowanie -  korowody, gromadne przemarsze ze śpiewem, tańcem i śmiechem. Wzmacniano przeżycia, upijając się alkoholem i odurzając ziołami oraz innymi środkami. Wszechobecny był też w te dni erotyzm. W każdej cywilizacji i kulturze, przy omawianiu jej, pojawiają się informacje na temat zabawiania się podczas świąt cyklicznych (często związanych z porami roku), jak też w wolnym czasie. Nieraz właśnie śpiew i taniec pomagały przeżyć w chwilach, kiedy nic innego nie dawało człowiekowi nadziei. Ciało człowieka podczas świętowania było bardzo ważne. Na ten czas ozdabiano je malunkami, przywdziewano w odświętne szaty i ozdoby. U innych z kolei ciało było pozbawione prawie całkiem szat, a udekorowane tylko ozdobami i farbami. Piękno u jednych znaczyło obfite kształty, a u innych szczupłe jak źdźbło. Zawsze upiększenia nadawały człowiekowi odświętny wygląd i powab. Karnawał, to czas tańca i śpiewu. Obecnie najsłynniejszy ma miejsce w Rio de Janeiro. Barwny, z wielkim rozmachem, przyciąga oczy całego świata. Przygotowania do popisów samby trwają tam cały rok.

Karnawał wywodzi się z kultów płodności i z kultów agrarnych. Jest ściśle związany z tańcami, na wsiach dookoła ogniska. Nazwa pochodzi od łacińsko-włoskiego „carnavale„, a znaczy w dosłownym tłumaczeniu, rozstania z mięsem, w Polsce  „mięsopust„, określa tylko ostatnie dni karnawału. „Karnawał” nawiązuje także do łacińskiego „carrus navalis„, tak w starożytnym Rzymie nazywano łódź na kołach – udekorowany kwiatami rydwan boga Dionizosa. Podczas hucznych obchodów powitania wiosny, przemierzał on ulice Rzymu wraz z licznym orszakiem. Karnawał to najdłuższy okres świętowania w ciągu całego roku. Tradycja chrześcijańska nakazuje obchodzić go między świętem Trzech Króli, a Środą Popielcową. Szczyt i nasilenie zabaw przypada na jego ostatnie dni tj. od tłustego czwartku do tłustego wtorku.

W średniowieczu, z hucznych zabaw karnawałowych słynęła Wenecja, w XVIII w. Rzym, potem także Hiszpania, Portugalia, Francja, Niemcy, Czechy, Ruś i Bałkany. Ten zwyczaj szybko dotarł do Polski. Tu zabawy karnawałowe miały narodowy charakter, z polską tradycją i obyczajem w tle. Czas ten był suty, hałaśliwy, wesoły i szumny. Obfitował w różne uciechy: polowania, kuligi, poczęstunki, tańce i swawole. W miastach, zwłaszcza na dworach pańskich i w bogatych rezydencjach, karnawał cechowały wystawne uczty i bale. Była to świetna okazja dla panien gotowych do zamążpójścia, aby się zaprezentować. Tańczyły one pod okiem matek, ciotek, babek, zawierały znajomości, przebierały w  konkurentach. Skromniej świętowało mieszczaństwo, kupcy i rzemieślnicy. Jednak tańce i swoboda przewyższały karnawał bogaczy. Inny w swym charakterze był  karnawał chłopski. Wesoły i różnoraki, radość kipiała tu z każdej strony. Na wsi w zapusty wolno było prawie wszystko, dużo więcej niż w zwyczajny czas. Jak wszędzie tak i tu najhuczniej obchodzono ostatnie dni karnawału. W Tłusty Czwartek i wtorek przed Popielcem nie mogło nigdzie zabraknąć smażonych na tłuszczu słodkich racuchów, blinów oraz pączków i chrustów. Tłusty Czwartek był tylko wstępem do szaleństw ostatnich trzech dni przed Popielcem, kiedy to we wszystkich domach było wielu gości i dużo tłustego, pożywnego jedzenia, żeby każdy mógł najeść się do syta przed nadchodzącym Wielkim Postem. W karczmach tańczono do upadłego, aż wióry leciały z podłogi. Skoczne obertasy, szfajery, mazury, krakowiaki, szuraki i inne tańce nie miały końca. Bawiono się do białego rana.

W PRL-u modne były wystawne bale elit politycznych, pokazywane szeroko w telewizji, opisywane w prasie, omawiane w radio. Zjawisko to miało charakter propagandowy. Świadczyło o bogactwie, dostatku i dobrobycie w kraju. Bawił się też świat niższego szczebla. Zakłady pracy, prawie wszystkie, organizowały karnawałowe zabawy pracownicze. Pączki, golonki, szampan i inne przyjemności były w symbolicznej cenie biletu. Nawet na pół naga piękność pojawiała się na parkiecie po północy. Panowie mogli z nią zatańczyć. Po zabawie, autobus odwoził uczestników do domów. Bawili się wszyscy, mało kto zastanawiał się, czy go stać na fryzjera, kreację i inne potrzeby z tym związane. Widocznie było stać każdego. Nie trzeba było kalkulować, czy starczy potem na ratę czy opłacimy czynsz? Dla dzieci też bez trudności załatwiało się opiekę. Babcie były chętne do pomocy, młode emerytki miały siłę i czas by pomóc. Sama byłam z mężem na kilku takich imprezach. Na wspomnienie łezka w oku się kręci. Może wygląda to na chwalenie PRL-u, ale tak pamiętam ten okres i tak go opisuję, bez dodatkowego upiększania. Po prostu tak było.

Dzisiaj też Polacy bawią się w karnawale. Jednak mało ludzi idzie na prawdziwe bale. Młodzi wybierają kameralne spotkania w pubach, imprezy składkowe u kogoś w domu albo wyjazd do zimowych kurortów i zabawę z lokalnymi atrakcjami. Media wspominają o Balu Sportowca, czy balach charytatywnych, ale myślę, że takiej ich mnogości, jak w czasach minionych już nie ma.

Karnawał przypada w środku zimy. Gdy u nas szaro i zimno, w Brazylii upał. Ludzie bawią się i tań­czą na uli­cach. Wraz z rozpoczęciem karnawału klucze do miasta są przekazywane w ręce Rey Momo (Króla Momo). Tu karnawał oznacza świętowanie przez cztery dni. Zaczyna się w niedzielę, a kończy w Tłusty Czwartek. W pokazach bierze udział ponad 200 najlepszych szkół samby z całego kraju. Tradycja hucznych obchodów karnawału w Rio de Janeiro sięga 1823 roku. Do miasta co rok przybywają tysiące turystów z całego świata. Chcą uczestniczyć w tym niezwykłym widowisku przygotowanym z niewyobrażalnym rozmachem, przepychem i barwnością. Uroda tancerek, skąpe stroje, zmysłowe ruchy powodują zawrót głowy u obserwatorów tego szaleństwa i pewnie pozostają w ich pamięci przez długie lata.

A czy Wy patrząc przez okno nie mielibyście ochoty znaleźć się w centrum tego brazylijskiego szaleństwa?

                                  Pieter Bruegel, Walka karnawału z postem, 1559

http://www.teatralia.com.pl/archiwum/artykuly/sierpien_2009/030809_wsow.php


http://www.teatralia.com.pl/archiwum/artykuly/sierpien_2009/030809_wsow.php

Karnawał w Rio de Janeiro

http://www.aboutbrasil.com/modules/riocarnaval/riodejaneirocarnaval2013_4.jpg


http://www.aboutbrasil.com/modules/riocarnaval/riodejaneirocarnaval2013_4.jpg

Ray Momo

http://zarzadzanie.blog.pl/szescdziesiat-rowna-sie-dwadziescia.blog.pl/wp-admin/post.php?post=230&action=edit


http://zarzadzanie.blog.pl/szescdziesiat-rowna-sie-dwadziescia.blog.pl/wp-admin/post.php?post=230&action=edit

DZIEŃ DOBRY. W CZYM MOGĘ POMÓC?

Wiem, niby to nic złego zapytać klienta, jakiej pomocy potrzebuje po wejściu do sklepu lub banku, ale bardziej wygląda to na natręctwo, niż grzeczną formę obsługi.

Po wzmożonych, świątecznych zakupach chciałam podzielić się z czytelnikami mojego bloga refleksją, jaka nęka mnie od dawna. Nie wiem, może jestem jakąś przewrażliwioną klientką, która czepia się drobiazgów. Proszę wypowiedzcie się Drodzy w komentarzach, czy macie podobne odczucia w tej sprawie?

Jeszcze dobrze nie przekroczę progu sklepu, a już miła, uśmiechnięta pani pyta: „W czym mogę pomóc?”. Wchodząc do sklepu doskonale wiem po co idę i czego szukam. Nie rozumiem i nie potrafię usprawiedliwić nachalności sprzedawcy. Czuję się jakbym była obserwowana i kiedy tylko pojawię się w zasięgi wzroku pani ekspedientki, mam towarzystwo na plecach. Nie mogę mieć pretensji do obsługi sklepu, bo panie te niczemu nie są winne i na pewno same źle się czują z tym ciągłym nagabywaniem potencjalnego klienta. Sposób zachowania determinują wytyczne osób ustalających formę zagajenia rozmowy z klientem, bo kontakt słowny może zaowocować zakupem. Winię tych, co taki sposób obsługi klienta wprowadzili jako standard. Nie pomyśleli o tym, że przesadna usłużność może  zniechęcać do odwiedzenia sklepu, a tym samym rezygnacji z zakupu. Rozumiem, konkurencja jest ogromna, a Polacy nie mają pieniędzy. Żeby utrzymać się na powierzchni, trzeba sprzedawać. Ale ta droga wydaje się prowadzić donikąd. Ja osobiście reaguję negatywnie i czym bardziej jestem zachęcana, tym większy opór stawiam i z reguły wychodzę bez niczego. Opuszczam sklep i idę tam, gdzie swobodnie mogę wybrać, obejrzeć, przymierzyć. Sprzedawca jest cierpliwy i daje mi tyle czasu ile potrzebuję.

Może przeszłabym do porządku dziennego i nie poruszyła tego problemu. Ale woda przelała się w Biedronce (znowu ta nieszczęsna Biedronka). Oniemiałam. Otóż pani w kasie miała zawieszkę, a na niej imię (chyba Mariola) i napis „ W czym mogę pomóc?”. Nie wiem kto to wymyślił i kiedy po raz pierwszy usłyszałam ten zwrot w sklepie, ale zawsze działa na mnie jak czerwona płachta na byka. Te schematyczne zwroty narzucone obsłudze, przez „ekspertów’ od handlu, są śmieszne i drażnią. Proszę powiedzcie, w czym klient potrzebuje pomocy kasjera? Chce tylko zapłacić za towar, który ma w koszyku. Nic więcej. A tu z każdej strony słyszy pytania w czym pomóc i w czym pomóc? W takiej sytuacji uzasadniona byłaby odpowiedź:  – proszę zanieść moje siatki z zakupami do domu. Oczywiście kasjerka nie jest niczemu winna, bo tą bzdurę na zawieszce wymyślił jakiś „twórca”, który przypuszcza, że w ten sposób dowartościuje kupujących.

Podobnie ma się sytuacja w bankach. Po wejściu pani podchodzi i pyta: „W czym mogę pomóc?”. Kiedy klient chce tylko skorzystać z usług i kompetencji kasjera, pani zostawia go niech czeka w kolejce nawet godzinę. Jedna kasjerka dwoi się i troi, żeby obsłużyć klientów, a pozostałe panie polują na tych, co chętni są nabyć jeden albo kilka produktów, jakie bank ma w swojej ofercie. Czas klienta stojącego do jedynej kasy się nie liczy, nie jest ważne nawet to, że niezadowolony wyjdzie z banku. W cenie są inni, ci, którzy bank utrzymują ze swoich pieniędzy. Biorą wysokooprocentowane kredyty, zostawiają pieniądze na lokatach niskooprocentowanych, biorą karty kredytowe i inne produkty korzystne dla banku. Takich obsługuje się natychmiast, a czekając do kasy trzeba mieć cierpliwość.

Więc proszę Was drodzy handlowcy i bankowcy, nie bądźcie natrętni, bo skutek z reguły jest odwrotny od tego, jakiego oczekujecie. Klient chce być panem w sklepie i banku. Wie po co przyszedł i co chce załatwić. Już to, że wybrał Wasz punkt daje powód do zadowolenia, bo jak wszedł, może kupi? Nie odstraszajcie go, zawsze takt i umiar jest w cenie i to w każdej sytuacji.

Zapraszam do zabrania głosu na poruszony przeze mnie temat.

RECENZJA FILMU „IDA”

Wielkie nadzieje kinematografii polskiej. Film Pawła Pawlikowskiego podwójnie nominowany do Oscara za obraz nieanglojęzyczny i zdjęcia. Czy tym razem mamy szansę na statuetkę?

Na przełomie września i października byłam w Helsinkach. Jak co roku, w moim kalendarzu, nie mogło zabraknąć czasu na obejrzenie proponowanych pozycji w ramach Tygodnia Filmów Polskich. Ambasada RP i Towarzystwo Polsko – Fińskie w Helsinkach, pokazały w tym roku pięć pełnometrażowych obrazów. Były to: „Ida”, „W imię…”, „Wałęsa. Człowiek z nadziei”, „Papusza” i „Mocny człowiek”. Dzisiaj chcę podzielić się z Wami, drodzy goście mojego bloga, uwagami na temat jednego z nich. Jest to „Ida” Pawła Pawlikowskiego. Do następnych pozycji, które obejrzałam („W imię…” i „Wałęsa. Człowiek  z nadziei”) wrócę w kolejnych postach.

„Ida” to film podbijający świat od pierwszego dnia emisji. Ma też szansę zwycięstwa w walce o dwa Oscary. Zdobycie tej nagrody jest marzeniem każdej osoby związanej z branżą filmową. „Ida”  jest obrazem nakręconym w  2013, wyprodukowanym przez łódzkie studio Opus Film. Pozycja zaistniała w Gdyni, w ubiegłym roku, skąd reżyser wrócił ze Złotymi Lwami. Potem zdobyła około 60 innych nagród w kraju i za granicą (m.in. Warszawa, Toronto, Londyn, Mińsk). Mówi się, że jest czarnym koniem w wyścigu do Oscara w kategorii „film nieanglojęzyczny”. Żaden inny obraz w tej grupie nie dorównuje „Idzie”. Światowe media  piszą o filmie, że to „dzieło nieskazitelne, doskonałe i cudowne”. Od sukcesu Krzysztofa Kieślowskiego i jego „Trzech kolorów” w 1989, nie było tak głośno o żadnej polskiej produkcji. Kieślowskiemu było łatwiej. Nakręcił film w wersji francuskiej i zaangażował też aktorów z tego kraju. Paweł Pawlikowski może poszczycić się dziełem polskim od początku do końca. Dziewięć razy nominowano nasze filmy do Oskara, ale żaden statuetki w kategorii dla filmu nieanglojęzycznego nie zdobył. „Ida” zauroczyła wielkich filmowców (Alfonso Cuarón czy Paul Schrader) i literackich noblistów (Mario Vargas Llosa i J.M. Coetzee). Czasopismo „Variety” uznało ten film jako jeden z najlepszych, wśród pięciu innych, pokazywanych w tym roku w amerykańskich kinach.
Czy tym razem jury oskarowe zaskoczy Polaków swoim wyborem?

Czym podbija świat „Ida”? Rolę tytułową zagrała pięknie młodziutka aktorka-amatorka, Agata Trzebuchowska. Jednak uwaga i zachwyt skupił się na Agacie Kuleszy, która odtworzyła rolę Wandy. Obok kunsztu aktorskiego dwóch głównych bohaterek nikt nie przejdzie obojętnie, a siła wyrazu filmu ma swoje źródło w minimalizmie. Kameralny   obraz, w kolorze czarno–białym, przemawia do widza z podwójną siłą, a opowiadanie jest pełne wyrazu i emocji. Na uznanie zasługują też precyzyjnie napisany scenariusz,  niezwykłe zdjęcia  i świetna muzyka.

Akcja filmu osadzona jest w latach 60. XX wieku w Polsce. Przedstawia historię siostry-nowicjuszki. To sierota wychowywana w zakonie. Przed złożeniem ślubów, z polecenia siostry przełożonej, musi odwiedzić ciotkę Wandę. Jej jedyna żyjąca krewna opowiada  dzieje rodziny, z której pochodzi. Okazuje się, że Ida ma żydowskie korzenie. Zakonnica zdołała przekonać ciotkę do wspólnej podróży, której celem było poznanie tragicznych losów jej bliskich. W tym czasie Wanda przeżywa trudny okres. Jest byłą stalinowską prokurator. Ma na sumieniu śmierć działaczy polskiego podziemia. Pije i stacza się w niebyt. Jest zepsuta i wypalona, w przeciwieństwie do niewinnej, delikatnej, wychowanej poza brutalnością świata dziewczyny. Wspólna podróż tej niezwykle różniącej się dwójki bohaterek obfituje w wiele niespodziewanych wydarzeń. Anna-Ida w czasie podróży zderza się ze swoimi pragnieniami. Film porusza też kontrowersyjny temat – udział Polaków w zagładzie Żydów w czasie II wojny światowej. Pawlikowski podchodzi do tej  kwestii ze skupieniem i zrozumieniem. Bez sensacji, w ciszy i z rozwagą rozpatruje ten trudny rozdział naszej historii.

Miłość i dylemat młodej nowicjuszki, jaką wybrać drogę na dalsze życie…….. zamknąć się na zawsze dobrowolnie przed światem, czy być jego cząstką poza zakonem? Jej dramatyczny wybór zawsze okupiony będzie cierpieniem.

Oglądanie tego filmu sprawiło mi wielką przyjemność. Pomimo wolnej akcji, braku kolorów i wrażenia, że to stary przekaz, ani przez moment seans nie nudził mnie. Gdzieś w tle widziałam migające obrazy z mojego dzieciństwa. Szarobure otoczenie, z wychudzoną szkapą w tle. Nie zdradzę szczegółów filmu. Proszę obejrzyjcie sami, bo warto.

ida3


http://stopklatka.pl/filmy/-/66834623,ida

http://vod.pl/filmy/ida/npbw9


http://vod.pl/filmy/ida/npbw9

http://www.pisf.pl/pl/kinematografia/news/ida-w-usa-i-kanadzie


http://www.pisf.pl/pl/kinematografia/news/ida-w-usa-i-kanadzie

http://www.artslife.com/2015/01/15/oscar-2015-annunciate-le-nomination/


http://www.artslife.com/2015/01/15/oscar-2015-annunciate-le-nomination/

NAJWIĘKSZA ORKIESTRA ŚWIATA ZAGRA PO RAZ 23

Od samego początku moja rodzina jest z Orkiestrą Jurka Owsiaka. Kilka razy, moja córka jako czynny wolontariusz wspierała akcję, a my zawsze dokładaliśmy cegiełkę do zebranych środków.

W kuchni od 13 lat stoi mały plastikowy gadżet Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jest to pojemnik do karteczek na notatki i nic więcej. A wiąże się z wielką sprawą i dlatego jest dla nas tak cenny. Przyniosła go moja córka, jako pamiątkę swojego udziału w X edycji akcji Jurka Owsiaka w 2002 roku. Razem z tysiącami młodych Polaków zbierała do puszki datki, które chcieli podarować, na rzecz dzieci, mieszkańcy naszego miasta. Za wrzucone pieniądze, każdemu przyklejała na płaszczu, w okolicy serca, symbol solidarności z WOŚP – czerwone serduszko. Było mroźno i chodzenie po ulicach wymagało dużej determinacji i poświęcenia. Tak było po raz pierwszy, a moje dziecko miało tylko 15 lat. W kolejnym graniu nie chodziła z puszką, a brała udział w licytacji przedmiotów podarowanych na aukcję. Swój udział w graniu pod batutą Owsiaka zawsze wspomina z wielką sympatią, nie tylko ona, ale cała nasza rodzina.

Dzisiaj Orkiestrę wspierają nowe pokolenia i przypuszczam, że dla każdego, kto się czynnie udziela w tej akcji, jest to niedziela jedyna w roku. Wyjątkowa ze względu na cel, któremu służy granie. Wspierani zebranymi środkami są najmłodsi, a to zawsze chwyta za serce. Przez 22 lata, dzięki hojności Polaków, a także darczyńców z całego świata, wyposażono szpitale w sprzęt najnowszej generacji. Zakupiono „maszyny”, dzięki którym uratowano życie dziesiątek istnień nie mających szans na przeżycie bez ich pomocy.

WOŚP rośnie w siłę każdego roku gromadząc coraz większe kwoty na swoim koncie. Te pieniądze zawsze trafiają tam, gdzie są najbardziej potrzebne. Pierwszy raz Owsiak zagrał w 1993 roku, a jego akcja przyniosła kwotę około 2 mln zł., co przerosło oczekiwanie wszystkich. Dotychczas odbyły się 22 „Finały Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy”, a  łącznie  zebrano  około  600 000 000 zł.

Finał WOŚP jest na stałe wpisany w kalendarz corocznych imprez, gdyż objawia się jako jedno z ważniejszych wydarzeń kulturalnych w Polsce, z echem na cały świat. W całym kraju organizowane są koncerty, festyny, festiwale i happeningi. W tym roku WOŚP zagra finał po raz XXIII, w niedzielę 11. stycznia. Myślę, że impreza będzie zorganizowana, podobnie jak w poprzednich edycjach, z wielkim rozmachem, a efektem tego będzie maksymalna hojność Polaków oraz rekordowa suma zebrana i przeznaczona na podtrzymanie wysokich standardów leczenia dzieci na oddziałach pediatrycznych i onkologicznych oraz godną opiekę medyczną seniorów, bo takie jest przeznaczenie tegorocznej zbiórki.

Zachęcam wszystkich, którzy chcą mieć swój, chociaż symboliczny udział w Finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, do wrzucania datków do puszek wolontariuszy. Ci młodzi ludzie, którzy z wielką nieśmiałością podchodzą do nas, nic nie chcą dla siebie. Sami poświęcają swój czas, czasem zdrowie, by uczestniczyć w osiągnięciu celu. Pomóżmy i my wszyscy, bo kilka symbolicznych groszy, które podarujemy, być może przyczynią się do uratowania komuś życia, albo powrotu do zdrowia. Warto jest okazać bezinteresowną pomoc, bo może dzisiaj nie potrzebujemy jej my, czy nasi najbliżsi, ale może kiedyś tak. Pomóżmy więc tym, którzy tego od nas oczekują.

WOSP


http://www.wospchicago.com/23-final-w-chicago/

KOŚCIÓŁ XXI WIEKU

Nie ma znaczenia, jakie zło trawi Kościół – ważne, żeby informacje o nim nie wyszły poza jego mury.

Wczorajsza wizyta duszpasterska stała się pretekstem do zamieszczenia wpisu na temat współczesnego Kościoła.

Jestem osobą wierzącą w Boga. Nie zamierzam nikogo odciągać od Kościoła ani zrażać do księży. Szanuję styl życia każdego człowieka i jego światopogląd, ale mam wiele zastrzeżeń do Kościoła jako instytucji. Chcę opisać sprawy, które nas niepokoją, ale  poruszyć je na forum mają odwagę nieliczni. Pragnę obiektywnie odnieść się do tego, co mnie razi i bulwersuje. Widzę to na co dzień. Uważam bowiem, że jako społeczeństwo nie powinniśmy być obojętni na zjawiska, które nas otaczają, a są złe. Tym bardziej jeżeli dotyczą Kościoła, który powinien zająć się przede wszystkim troską o życie duchowe ludzi i być ich autorytetem moralnym.

Napiętnowałam molestowanie dzieci przez księży. Usłyszałam od jednej z bezkrytycznych fanatyczek Kościoła, że będę potępiona do piątego pokolenia, bo sądzić księży może tylko Bóg. Więc mamy pozwolić na zło, przed którym dziecko nie potrafi się obronić? Przyjąć bezkrytycznie do wiadomości, graniczące z absurdem, tłumaczenie dostojników kościelnych, że to brak miłości rodzicielskiej każe szukać jej u księży? Jeżeli dziecku brak miłości w rodzinie to tej duchowej, a nie cielesnej, bo dzieci takiej nie znają. Ale księża tak, i z pełną bezwzględnością wykorzystują nieświadomość dziecka. To zbrodnia wobec niego, a doznanej krzywdy nie wymaże ono ze swej pamięci nigdy.

Kościół zraża wiernych chciwością, wtrącaniem się w każdy aspekt życia Polaków: in vitro, antykoncepcja, związki tej samej płci, gender, feminizm. Wszystko złe, wszystko poddane krytyce. Dostojnicy w purpurze są wszędzie. Nie ma uroczystości, gdzie centralną postacią nie byłby biskup. Otwarcie boiska, dożynki, nowe obiekty, trasy, niedługo ścieżka rowerowa nie zostanie oddana do użytku bez kropidła. Najbardziej niepokoi konserwatyzm Kościoła, jego skostniała formuła. Obecnym dostojnikom Kościoła trudno się pogodzić z tym, że nie przyszło im działać w ciemnocie średniowiecza. Wtedy było wszystko proste, bo analfabetom wmawiano każdą bzdurę, trzymano w strachu i posłuszeństwie. Teraz kiedy społeczeństwo jest wykształcone, wie więcej, trudniej utrzymać je w karności i ślepym przyjmowaniu tego, co głosi Kościół. Polacy umieją krytycznie ocenić każde zjawisko, osobę, instytucję, a także Kościół i jego wysokich dostojników. Żyć skromnie, mieć liczną rodzinę, dawać dużo na tacę, przestrzegać postu i koniecznie nie opuszczać cotygodniowej mszy. Taki jest ideał katolika. A jak się ma do tego ideał księdza? Przecież, żeby wymagać trzeba świadczyć, własną postawą potwierdzać prawdę, jaką się głosi. Nie krytykuję księży niższego rzędu i misjonarzy. Jedni mają lepiej inni gorzej. Najbardziej oburza mnie i mam pretensje do „książąt” kościoła. Sądzą cały świat świecki, jednocześnie nie pozwalając na krytykę swojego środowiska.

Chrześcijaństwo w Polsce ma dopiero dziesięć wieków. Na początku Kościół był ubogi. Teraz na potęgę buduje swoje pałace, spływające złotem i przepychem (Licheń). Tylko zastanawiam się, czy modlitwa w takim zbytku podoba się Bogu bardziej niż w małej drewnianej kapliczce? Czy jej wartość mierzona będzie w Niebie bogactwem miejsca czy bogactwem duszy wiernego? Czy człowiek żyjący według Dekalogu, ale opuszczający niedzielną mszę św., będzie potępiony bardziej od dewota bijącego co tydzień czołem przed ołtarzem, a krzywdzącego bliźnich? Zadaniem Kościoła jest dbanie o stronę duchową człowieka. Jesteśmy państwem świeckim, które rozgranicza sacrum (sfera święta) i profanum (sfera ludzka, świecka). Niech każdy robi swoje najlepiej jak potrafi, a wszystkim w Polsce będzie się żyło lepiej.

Wiarygodnym autorytetem współczesnego Kościoła jest papież Franciszek I. Swoim życiem potwierdza to, co mówi (skromne szaty, mieszkanie, podróże). Potępia styl życia kapłanów, nawołuje do umiaru, by przepych nie drażnił wiernych. Bardzo słuszna droga wytyczona przez następcę św. Piotra. Problem polega na tym, że te słowa dotrą do świadomości nielicznych, a jeszcze mniej będzie chciało je wdrożyć we własne życie. Albowiem sybaryta niechętnie rezygnuje z luksusu. Papież Franciszek I jest jeden, a kościołów tysiące, w nich miliony sług bożych na całym świecie. Niestety sam niewiele zmieni.

W Polsce ludzi chodzących do kościoła ubywa z roku na rok. Oby nie było tak, jak na Zachodzie, gdzie ksiądz odprawia mszę dla kilku osób. W kościele jest więcej turystów niż wiernych. Bo wtedy te potężne, bogate, zimne mury będą stały puste i pokazywały tylko minioną świetność Kościoła. A życia wewnątrz nich będzie niewiele.