CZYM DLA CZŁOWIEKA JEST SZCZĘŚCIE?

Fortuna kołem się toczy, raz sypnie z rogu obfitości, innym razem zabiera wszystko…

Krótkie, szare dni jakoś częściej pobudzają mnie do refleksji i zadumy. Dzisiaj podzielę się z Wami moimi przemyśleniami o szczęściu. Od kiedy istnieje ludzkość towarzyszy jej szczęście. Pojęcie to jest tak stare jak myśl człowieka. Większość z nas niechętnie rezygnuje z przyjemności. Ale nie można nikogo za to winić, gdyż ciągłe dążenie do zaspakajania tego co człowiekowi miłe jest wpisane w naturę człowieka. Co ciekawe, o tym, że byliśmy szczęśliwi uświadamiamy sobie dopiero w chwili kiedy szczęście nas opuści. Korzystając z przemyśleń filozofów i przekazów na ten temat możemy prześledzić, jak pojmowali szczęście nasi przodkowie, jak się zmieniała definicja szczęścia i co dawniej nazywano szczęściem, a czym jest ono dla współczesnych ludzi?

Jedno jest pewne! Człowiek dąży do szczęścia, a przyjemność i radość są wpisane w jego osobowość. Już starożytni Grecy wiedzieli, że pomyślność Fortuny jest ważna, a do darów z jej rogu obfitości ma prawo każdy. Epikurejczycy uważali, że szczęście jest największym dobrem człowieka. Stoikom zaś zadowolenie dawało życie w cnocie. Według Arystotelesa głównym celem działania człowieka było dążenie do osiągnięcia szczęścia, a Marek Aureliusz nazywał nim dobre czyny i  dobre skłonności. Wymyślono wiele mądrości o szczęściu. Przytoczę Wam niektóre z nich:

- samo uświadomienie sobie wartości życia jest szczęściem,

- człowiek szczęśliwy zauważa piękno świata,

- zazdrości trzeba wyzbyć się koniecznie, ona niszczy radość życia,

- bez cierpienia nie rozumie się szczęścia.

Przede wszystkim, żeby być szczęśliwym trzeba polubić ludzi, siebie i to co się ma. Taka postawa może dać zadowolenie z własnego życia. Każdy człowiek ma inne potrzeby, które dają mu poczucie szczęścia. Jednym wystarczy zaspokojenie tych  podstawowych: pożywienie, mieszkanie, bezpieczeństwo, gwarancja pracy. Kiedy to mają czują się zadowoleni. Inni oczekują więcej od życia. Chcą mieć przyjaciół, spotykać się z nimi poza pracą, zależy im na uznaniu innych, poczuciu własnej wartości, chcą być wzorem dla otoczenia, mają potrzebę kształcenia się, rozwijania swego intelektu – dopiero zaspokojenie tych wyższych potrzeb daje im szczęście. Człowiek powinien poznać swoje pragnienia i dążyć do ich realizacji, nie działać po omacku i w chaosie. Do osiągnięcia celów potrzebne są pieniądze. Same w sobie nic nie znaczą. Jednak bez nich niemożliwe jest osiąganie dóbr, o których marzy człowiek. Pieniądze mają wartość wtedy, gdy stanowią środek do zaspakajania potrzeb, realizacji celów i zamierzeń. Podobno pieniądze szczęścia nie dają, ale bez nich życie jest trudne. Nadmiar może prowadzić do złych zachowań, lecz ich brak na podstawowe potrzeby, potrafi zniszczyć każdą miłość i radość, czyli szczęście.

Ale nie tylko to co opisałam wcześniej powinno człowiekowi dawać radość. BO SZCZĘŚCIE TO TAKŻE: bliska osoba u boku, umiejętność cieszenia się promieniami słońca, gwieździstym niebem nad głową, listkiem na drzewie, zapachem kwiatów, czterolistną koniczyną i płatkami śniegu lecącymi z nieba. Szczęśliwy jest ten co kocha ludzi, widzi w nich to co dobre, nie szuka na siłę ich słabości. To dar mówienia o miłości, pomimo upływu lat, dostrzegania jej w drobnych codziennych gestach i uśmiechu drugiego. Szczęście to wyzbycie się zazdrości zabijającej radość. Szczęście, to nie mnożenie rzeczy materialnych, a rozwijanie swojej sfery duchowej i intelektualnej, poznawanie świata, odkrywanie jego piękna, co dzień na nowo. To, że istniejemy, bierzemy udział w trwaniu Świata, jesteśmy jego maleńką cząstką, stanowi największe szczęście. Myślę, że dla mnie i dla wielu z Was reszta jest tylko dodatkiem do tego.

CZYTAĆ CZY OGLĄDAĆ?

Ostatnim wpisem na temat książki i filmu „Oczyszczenie” nie wyczerpałam tematu, więc dzisiaj ze spokojem dodam to, co zostało niedokończone, a wiąże się z poprzednią wypowiedzią.

Czy zastanawialiście się kiedyś, czym karmi nas telewizja? Polsat i TVN od rana do późnego popołudnia „serwuje” wyłącznie paradokumenty. Trzy w jednym: ludzkie dramaty, sensacja i monotonia. Oglądalność gwarantowana! W godzinach wieczornych wyłącznie polskie seriale, przeważnie niskich lotów albo „tańce”, „talenty”, kabarety, show i Bóg wie co? Wszystko z jednej szuflady i o takiej samej tematyce. Filmy niszowe, ambitne, mało znanych kinematografii, zmuszające widza do zaangażowania nadawane są z reguły o godzinie, w której rytm dnia i nocy nakazuje nam iść spać. Wytrwali i zdeterminowani poczekają, ale walka ze snem około pierwszej w nocy nie pozwala delektować się dziełem. Podaję przykład: w środę (26.11.2014) o godzinie 23.30 TVN7 zaprasza na ciekawy obraz „MIŁOŚĆ W CZASACH ZARAZY”. Ekranizacja głośnej książki kolumbijskiego noblisty Gabriela Garcíi Márqueza, o tym samym tytule (czytałam, polecam). Stacje komercyjne potrafię usprawiedliwić, bo istnieją dzięki reklamom, a tu oglądalność jest najważniejsza. Od telewizji publicznej mamy prawo wymagać więcej. Po części opłacana jest ze środków abonamentowych, a to przecież pieniądze widza. Chcemy przede wszystkim urozmaiconego programu!!! Obok tego co jest oczekujemy częściej dobrego teatru, koncertu, opery, ciekawych dyskusji i filmów nowych, uznanych przez krytyków i branżę. Władze TVP zachęcają do płacenia abonamentu, bo będą mogli realizować programy o charakterze misyjnym. Płacimy coraz więcej, a misja kuleje w dalszym ciągu.

Na szczęście nie trzeba oglądać telewizji. Ja rezygnuję z tej wątpliwej przyjemności często na rzecz książki. Ta forma spędzania wolnego czasu daje nieograniczone możliwości. Każdy tom, stojący na półce, jest martwą rzeczą dopóki nie stanie się lekturą. A staje się nią wtedy, kiedy weźmiemy go do ręki i otworzymy pierwszą stronę. Czytając zaczniemy konkretyzację dzieła i uzupełnianie miejsc niedookreślenia. O co chodzi? Konkretyzacja dzieła literackiego to jakby dawanie mu życia, to dialog z jego autorem, odgadywanie jego myśli. Twórca choć bardzo by się starał i tak zostawia przerwy, puste miejsca. Tu czytelnik jest najważniejszy, podobnie jak z naszymi blogami. Swoją wyobraźnią uzupełnia miejsca niedookreślenia, czyli te, które nie zostały do końca opisane, są niedokończone, niedopowiedziane przez autora. Każda pozycja literacka takie miejsca ma i czytelnik w zależności od wyobraźni, wiedzy, doświadczenia nadaje ostateczny kształt dziełu. Swoją wrażliwością czytelnik, na swój sposób, każdą lukę pozostawioną przez pisarza, wypełnia inaczej. Ilu czytelników, tyle wersji dzieła. W filmie nie mamy takiej możliwości. Film oglądamy oczami reżysera, jesteśmy tylko biernym jego odbiorcą o  wyłączonej wyobraźni.

Jak ja czytam? Wypożyczam 2 książki: jedną trudniejszą, a drugą z gatunku lżejszych. Czytam obie jednocześnie. Gdy czuję, że mam kłopot z koncentracją i mało rozumiem z tego co czytam, sięgam po lekturę relaksującą. Podam przykład, może ktoś z Was będzie chciał wypróbować? 1. „Ulisses”  (James Joyce) i „Dawid Copperfield” (Charles Dickens) albo 2. „Sto lat samotności” (Gabriel García Márquez) i „Baśnie braci Grimm” (Wilhelm Karl Grimm i Jacob Ludwig Karl Grimm). Wierzcie mi, nigdy nie jestem zmęczona tym co czytam i zniechęcona trudnym autorem. Kiedy trzeba sięgam po daną książkę jeszcze raz. Korzystam z dobrych rad mądrej pani profesor, która twierdziła, że jednorazowe przeczytanie książki trudnej, zaledwie pozwoli poznać jej treść. Żeby odczytać myśli autora i jego przekaz, trzeba przeczytać ją co najmniej raz jeszcze.

A co Wy myślicie na ten temat?  Zapraszam do dyskusji.

OCZYSZCZENIE

Każdy ma swoje katharsis…………

Tym razem poruszę temat oderwany zupełnie od dzisiejszej rzeczywistości. A więc nie będzie o wyborach, przegranej PO, wygranej PIS. Nie wiąże się z tym co króluje w serwisach, na blogach, wszystkich kanałach TV i stacjach radiowych. Rozmowy w domach i pracy też się na tym skupiają. Wiemy, że przesyt zawsze odrzuca, a nawet kawior jedzony codziennie zbrzydnie i pragnie się zwykłego chleba. Statystyki, porównania i słupki budzą niechęć już po kilku godzinach. DLATEGO………

Chciałabym Was przenieść w inny świat, świat książki i filmu. Zaprosić i zachęcić do przeczytania lektury i obejrzenia nakręconego na jej podstawie filmu. Mam na myśli konkretną pozycję, a mianowicie „Oczyszczenie” Sofi Oksanen. Młoda fińsko-estońska autorka napisała w 2008 roku książkę, która natychmiast stała się bestsellerem. W krótkim czasie podbiła Europę i Amerykę. Obok tej lektury nie można przejść obojętnie. Ja przeczytałam ją dwa lata temu i zapewne wrócę do niej jeszcze nie jeden raz. Treści książki nie opowiem, bo zabrałabym Wam całą przyjemność czytania i odkrywania tajemnic, jakie zawiera. Mistrzowsko skonstruowana, wielowątkowa fabuła przedstawia historię trzech pokoleń kobiet z rodziny Truu. Losy bohaterów zataczają krąg. Tragedia zaczyna się na estońskiej prowincji w czasie rządów Lenina, potem Stalina, a kończy w okresie rozpadu Związku Radzieckiego. Miłość i cierpienie, zazdrość granicząca z patologią, rodzinne zdrady i donosy w czasie komunistycznego terroru to niektóre wątki książki. Ostatnim ogniwem jest Zara. Bestialsko pobita dziewczyna dociera do domu rodzinnego swojej matki z fotografią babki i jej siostry w ręku. Mieszkająca tam Aliide oddaje życie, by przybyła do niej młoda Rosjanka mogła rozpocząć na nowo swoje.  Resztę przeczytajcie i obejrzyjcie sami.

Dlaczego polecam tę pozycję? W Polsce mamy niewiele książek autorów fińskich. Nawet jeśli są, mało komu przyjdzie do głowy taką książką się zainteresować. Czytamy klasykę lub pisarzy szeroko omawianych w mediach. Ta powieść jest inna. Opowiada o rzeczywistości, która w dalszym ciągu owiana jest tajemnicą. Sofi Oksanen w sposób wieloraki, raz poetycki i  refleksyjny, czasem brutalny i wulgarny, przedstawia swoich bohaterów. Tylko taki język mógł oddać prawdę o czasach, które opisuje. Autorka w tej wielowątkowej powieści zadaje pytania: o naturę człowieka, na ile zdolny jest wyzbyć się człowieczeństwa dla „sprawy”, do czego zdolni są ludzie i gdzie jest granica ich zezwierzęcenia?

Jako uzupełnienie książki polecam film kinematografii fińskiej o tym samym tytule. Myślę, że w dobie telewizyjnej monotonii: paradokumentu, miernych seriali, nagminnie pokazywanych reality show, kabaretów i wszechobecnych amerykańskich produkcji, ten film powinien zyskać Wasze uznanie. Jest wiernym odtworzeniem książki. Zaznaczam, ma wiele scen brutalnych i drastycznych, potrafi widza wcisnąć w fotel. Zostawia ślad na długo…

Dla zainteresowanych podaję linki, gdzie można przeczytać o autorce, książce i filmie.

www.sofioksanen.com

www.lubimyczytac.pl/ksiazka/57197/oczyszczenie

www.filmweb.pl/film/Oczyszczenie-2012-622060#

http://biblioteka.zamosc.pl/page/1648/recenzja-ksiazki-sofi-oksanen-quotoczyszczeniequot.html

http://1.fwcdn.pl/po/20/60/622060/7449456.3.jpg

JESIEŃ PISANA MELANCHOLIĄ

Lubię jesienną porę, leniwy deszcz i czekanie…

Na zewnątrz szaro, ponuro i smutno. Otoczenie przybrało wyraz przygnębienia, a chmury jakby przyspieszyły wędrówkę po niebie. Ptaki już grzeją się w ciepłych krajach, tylko wróble i sikorki nic sobie nie robią z nadchodzącej zimy. Drzewa łyse, zastygły w swej walecznej pozie, szykują się do odparcia ataku wiatru i mrozu. Matka Natura pokornie oddaje Persefonę Hadesowi. A Ziemianie?????? Żyją jakby w hibernacji i większość stawia na przeczekanie.

Może zdziwię Was, ale ja lubię jesień! Podobnie jak moja mama. Okres ten nastraja mnie pozytywnie. Życie jakby zwalniało tempo, a tym samym czas, jaki jest nam dany staje się dłuższy. Są chwile na zadumę i rozmyślanie, w długie wieczory, przy gorącej herbacie z sokiem, koniecznie malinowym. W domu ciepło i bezpiecznie, a na dworze słota, więc w przeciwieństwie do lata chętnie się tu wraca. Lubię jesień ze względu na miłe wspomnienia z dzieciństwa. Zapisane w pamięci jako bezpieczne, błogie i szczęśliwe. A konkretnie?

Jesienią mieliśmy mamę dla siebie. Latem zawsze zapracowana do samej nocy, nie mogła należeć do nas. Zmęczona dawała nam siebie w okrojonej ilości. Wszystkie zaległości nadrabialiśmy jesienią i zimą. Długie wieczory, przy trzaskającym ogniu, spędzaliśmy na graniu w chińczyka, Piotrusia, czytaniu książek i rozmowach o wszystkim. Mamę otaczała piątka dzieci, jedno od drugiego niewiele starsze. Jak ONA umiała nas godzić, łagodzić temperamenty, akcentować i utrwalać w pamięci sprawy najważniejsze. Wydaje mi się po latach, że wychowywała nas w czasie deszczu, wiatru, śniegu i zamieci. I nigdy, ale to nigdy nie biła. A muszę zaznaczyć, że do „aniołków” nie należeliśmy, sąsiedzi często przychodzili z pretensjami. Już pół wieku temu moi kochani rodzice wiedzieli, że dzieci bić nie wolno. Byli chyba jedyni w swoich poglądach. Bo cała wieś regularnie, dla zasady i często bez powodu swoje dzieci biła. Wiem z opowiadań koleżanek, że to nie były klapsy, a razy zadane pasem, kablem albo rzemieniami. Razy, których nie da się wymazać z pamięci do końca życia, a im człowiek starszy tym bardziej bolą. Dzisiaj dorośli ludzie potrafią płakać na wspomnienie bólu zadanego przez rodziców i nie czują żalu i współczucia w chorobie, a nawet po ich śmierci. Znam wiele domów, gdzie łańcuch przemocy trwa od kilku pokoleń do dziś i na pewno następne pokolenia go nie przerwą.

Dlaczego moi rodzice nas nie bili? Po prostu, oni też nie byli bici. Ja jako następne ogniwo tej układanki nie mogłabym postępować inaczej. Moje dzieci wychowaliśmy na dobrych ludzi bez używania przemocy. Czasem nie miałam cierpliwości, kiedy któreś z nich kaprysiło przy myciu czy nauce. Klaps niechybnie położyłby temu kres natychmiast. Ale na uderzenie nie pozwalało mi wspomnienie mojej mamy. Miała życie cięższe od mojego, ale nigdy nie wyładowywała swojego niezadowolenia na bezbronnych, małych istotach. Kiedyś moja najmłodsza córka przyszła z przedszkola z pytaniem: „Mamusiu co to jest lanie? Wszystkie dzieci mówią, że dostały lanie, a Ty mi nigdy nie dałaś”. W czasie choroby jeździłam 30 km z dziećmi do szpitala do ojca. Zdziwiony był, że kilka razy w tygodniu nie jest mi ciężko go odwiedzać. Pytał: „Dlaczego to robisz?” . Odpowiedź była prosta i krótka: „BYŁEŚ DOBRY TATO!”.

Lubię jesień też za to, że poprzedza Boże Narodzenie. A przecież to czas radości, odwiedzin, zapachu pierników i prezentów. Nieważne ile mamy lat zawsze czekamy na ten wyjątkowy czas w ciągu roku.

MARYSIA Z PODWÓRKA

Marysia, albo jak mówią jej koleżanki z podwórka Mania, to mała rezolutna dziewczynka, która mieszka w naszej kamienicy na drugim piętrze. Znam ją i jej rodziców od samego początku, kiedy cztery lata temu wprowadzili się na miejsce poprzedniego lokatora. Rosła na moich oczach… Kiedy skończyła trzy lata poszła do przedszkola. Wtedy słyszałam (po raz pierwszy) każdego ranka, jak płacze przed wyjściem z domu. Teraz ma pięć lat, nosi dwa jasne, sterczące warkoczyki i czerwone dziecięce okularki. Śmiesznie patrzy przez nie, nie jak dorośli prosto przez szkła, a ponad nimi, przedtem spuszczając je na czubek noska :-)

Dlaczego piszę o Marysi? Myślę, że pomału daje o sobie znać tęsknota za tym co w moim wieku jest naturalne i oczywiste… czyli za własnymi wnukami. Patrzę na tę obcą dziewczynkę oczami potencjalnej babci, przepełnionej miłością i czułością. Pełną sił i wolnego czasu. Tym wszystkim mogłabym obdarować co najmniej tuzin dzieci. Wiek i emerytura wskazują na to, że powinnam mieć przy sobie gromadkę wnucząt. Niestety tak nie jest, chociaż jestem matką trójki dorosłych dzieci.

Dzisiaj młodzi ludzie są dobrze wykształceni, zarabiają dużo, jedzą w dobrych restauracjach. Nauczyli się żyć w ciągłym biegu, wciąż pędzą, gonią i nie zastanawiają się nad tym co w życiu jest najważniejsze. Kariera, dom lub mieszkanie, dobry samochód i koniecznie wczasy w egzotycznym kraju. Bo tak trzeba, tak należy, tak wypada, tak robią znajomi! Takie pokolenie wychowaliśmy my, ich rodzice. Ten pęd rozpoczęliśmy po upadku komuny. Tak jakbyśmy chcieli nadrobić stracony czas. Już od najwcześniejszego dzieciństwa fundujemy naszym dzieciom bieg na złamanie karku, bez chwili oddechu. Szukamy najlepszego przedszkola, potem szkoły, gimnazjum, liceum. Wszystko z najwyższej półki. Do tego kilka dodatkowych zajęć (języki obce, taniec, gra na instrumentach, sport i inne). Ciągle rankingi, statystyki i lokaty. Dzieci rzadko mają czas wolny tylko dla siebie. To nasze wygórowane ambicje (może niespełnione kiedyś) i wysokie wymagania spowodowały, że młodzi ludzie ciągle chcą być NAJ…, bo inaczej nie potrafią!!!!!!!!!

Nie wiem, może każde pokolenie mówi: „za moich czasów było inaczej”. Ja jestem pewna, że w mojej młodości było inaczej. Po szkole zakładaliśmy rodziny. Brak mieszkania nie był przeszkodą. Prawie zawsze zaczynaliśmy z minusowym kontem. Sprawy materialne nie miały znaczenia. Potrzeba miłości, drugiego człowieka obok siebie, posiadania dzieci pojawiała się bez chłodnych kalkulacji. To było jakby filarem, opoką naszego życia. Potem wspólnie działaliśmy, by w naszej rodzinie było dobrze. Teraz młodzi odwrócili kolejność. Najpierw rzeczy, potem posiadanie rodziny odwleczone w czasie, albo wcale jej nie zakładają. Według statystyk mamy ponad 10% singli. Szczęśliwych na pokaz, bogatych, mogących pozwolić sobie na luksus. Cały tydzień zaganianych i wesołych, mieszkających w pięknych apartamentach. Tylko samotność, która dopada ich w czterech ścianach złotych klatek, jest nie do zniesienia. Po cichu płaczą, walczą z depresjami i nerwicami.

Wydaje mi się (może tylko tak mi się wydaje?), że moje dzieci nigdy nie musiały być NAJ. Chodziły do szkoły najbliżej domu. Prawie w ogóle nie miały markowych ubrań i drogich zabawek. Same stawiały sobie poprzeczkę wyżej niż wymagaliśmy z mężem. Jak na początek swojego dorosłego życia dokonały wiele. Czekają na swoją miłość i szukają drogi, na której mogą spotkać drugą połowę, przeznaczoną im na całe życie. A ja marzę i widzę najpiękniejszy obrazek namalowany przez moje myśli: dziecko w wózku, a przy nim JA, jego własna babcia…

Ten tekst walczy o miano Tekstu Roku 2014:


http://blogroku.pl/2014/kategorie/marysia-z-podwalrka,cln,tekst.html


http://m.ocdn.eu/_m/f4c1d85532c99c60e146563e3ddbccdd,0,1.png

http://m.ocdn.eu/_m/f4c1d85532c99c60e146563e3ddbccdd,0,1.png


http://m.ocdn.eu/_m/f4c1d85532c99c60e146563e3ddbccdd,0,1.png

PYSZNY SERNIK CIOCI ZOSI

Na osłodę po ostatnim ciężkostrawnym wpisie o polityce polecam pyszny sernik :-)

Miłe są dla mnie wspomnienia z okresu kiedy byłam młodą mężatką. Wówczas cała rodzina zjeżdżała się do rodziców na każde imieniny, święta i tak bez powodu, żeby ich odwiedzić i po prostu być razem, a oni mogli nacieszyć się wnukami. Każda z kobiet w naszej rodzinie przywoziła swoje najlepsze dania. Ja osobiście nigdy nie lubiłam sernika, wydawało mi się, że ser rośnie w buzi i go nie połknę. Zdanie zmieniłam, gdy moja siostra Zosia przywiozła sernik według własnego przepisu. Niebo w gębie, do tego prosty w wykonaniu i co najważniejsze zawsze się udaje! Kiedy po raz pierwszy upiekłam to ciasto, zaprosiłam siostrę z mężem i dziećmi na wspólną degustację. Przyjechali, ale mogłam ich poczęstować tylko sernikiem ze sklepu, bo mój zjedliśmy sami w ciągu jednego popołudnia ;-)

Teraz, gdy do domu przyjeżdżają w odwiedziny moje dzieci, oczywiście witam je najlepszym ciastem, jakie potrafię upiec, czyli…… sernikiem cioci Zosi. Nigdy ten wypiek nam się nie znudzi, nigdy nie powiemy, że mamy go dosyć, dlatego chciałabym podzielić się przepisem z Wami moi Drodzy Czytelnicy. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, więc zachęcam serdecznie do przyjęcia gości i zachwycenia rodziny nowym specjałem własnego wypieku.

Składniki na ciasto kruche                                           Składniki na masę serową

1 kostka masła (250 gram)                                        1 op. masła roślinnego (250 gram)

2,5 szklanki mąki                                                      1 kilogram sera śmietankowego

1 szklanka cukru pudru                                             8 żółtek

1 całe jajo                                                                100 gram rodzynek

1 łyżka proszku do pieczenia                                   2 ¼ szklanki cukru

1 cukier waniliowy  (mała paczka)                           1 łyżka mąki ziemniaczanej

3 łyżki kakao                                                           1 łyżka mąki krupczatki

                                                                               białko z 8 jaj

Wykonanie ciasta

Masło o temperaturze pokojowej posiekać i połączyć z pozostałymi składnikami w jednolitą masę. Gotowe ciasto podzielić na dwie części. Jedną zamrozić, drugą schłodzić w lodówce. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia ciast, posmarować masłem, posypać delikatnie kaszką manną i wyłożyć formę schłodzonym w lodówce ciastem. Włożyć do nagrzanego piekarnika (180°C) na 10 minut. Wyciągnąć i ostudzić.

Wykonanie masy serowej

Masło roślinne ucierać z cukrem na jednolitą masę tak długo aż nie będzie czuć w niej kryształków. Nie przerywając ucierania dodawać po jednym żółtku. W innym naczyniu przygotować ser śmietankowy, delikatnie go rozmieszać. Do sera (UWAGA!!!!!!! nie odwrotnie, bo masa się zwarzy) dokładać po łyżce masy z masła, cukru i żółtek i dalej ucierać. Po połączeniu tych składników dodać mąkę ziemniaczaną oraz krupczatkę i delikatnie wymieszać. Ubić pianę z białek na sztywno. Połączyć z masą serową. Dodać wcześniej namoczone, odcedzone i posypane mąką rodzynki. Całość wylać na upieczony spód, a zamrożone ciasto zetrzeć na tarce bezpośrednio na wylaną masę i przykryć nim równomiernie jego powierzchnię. Tak przygotowane ciasto wkładamy do nagrzanego piekarnika o temperaturze 180 stopni na 1 godzinę i 20 minut.

Zapewniam Was, że sernik jest wspaniały, utrzymuje świeżość nawet do tygodnia. Można go także zamrozić.

Zapraszam do wypróbowania przepisu, a w przypadku jakichkolwiek wątpliwości proszę pytać w komentarzach, na pewno odpowiem.

P.S. Zdjęcie sernika jest fatalnej jakości, ale nigdy nie zdążyłam zrobić lepszego, bo zanim się zorientowałam to ciasto było już zjedzone:-)

sernik

 

 

LISTOPAD WYBORÓW

Zbliżają się wybory, dlatego czuć jakby większy pęd, miasto przyozdobione nowymi twarzami i hasłami, w skrzynkach więcej poczty, szczególnie tej agitacyjnej. A obecnie rządzący politycy dotąd nie spełnili oczekiwań swojego elektoratu i obietnic, jakie składali przed poprzednimi wyborami… Nie trzeba być znawcą tematu, by rozszyfrować, na czym polega gra prowadzona przez naszych „wybrańców”. GENERALNA ZASADA, JAKĄ SIĘ KIERUJĄ, TO NIE DAĆ SIĘ WYSADZIĆ ZE STOŁKÓW, NA KTÓRYCH SIEDZĄ! Przedstawiciele władzy i politycy przyklejeni są do swoich foteli jak ślimaki do skorup. Za cenę bycia u steru gotowi są sprzedać swoje przekonania, kolegów i poprzednią partię (klasyczny przykład obecna pani od ELEMENTARZA i pan od HAPPENIGÓW ZE ŚWIŃSKIMI RYJAMI). Plotą bzdury, które nie mają żadnego związku z rzeczywistością i zawsze, ale to zawsze według nich „JEST DOBRZE!” Co nam może zrobić Putin i jego embargo?????????? „Jedzmy jabłka na złość Rosji!” Tysiące ton, zjemy! Takie rozwiązanie problemu przez władzę przypomina powiedzenie dziecka „Na złość mamie odmrożę sobie uszy”… Mniejsze dostawy gazu też nam niestraszne. Propaganda niczym z głębokiej komuny. Nikogo nie obchodzi kraj i jego mieszkańcy!

Cokolwiek by nie zrobił polityk i pan z teką (mogą kłamać, popełniać przestępstwa, brać łapówki, podejmować złe decyzje) i tak nie poniosą żadnej odpowiedzialności. Kolesie ich obronią, zatuszują, wytłumaczą. Czasem wydaje mi się, że nasz kraj, duży, w środku Europy, to dżungla, gdzie panoszą się kacyki, a reszta to niewolnicy i ciemne masy. Władza, choć stanowi mniejszość, trzyma „poddanych” mocno w swoich szponach. To my wyborcy daliśmy im mandat zaufania, a oni uznali, że to dla ich wygody i dobrobytu. Nie pamiętają o obietnicach przedwyborczych. Teraz to się nie liczy, mają władzę, a wyborca niech sobie radzi sam.
Zagmatwane przepisy (najlepiej wtedy kraść i krzywdzić dowolną interpretacją ludzi), brak kontroli i odpowiedzialności za błędne decyzje, dbanie o obcych inwestorów, niszczenie rodzimych to tylko niektóre praktyki władzy. Najważniejsze są wskaźniki, które pokazują kondycję polskiej gospodarki na tle państw Unii i świata. A ONE POKAZUJĄ, ŻE JESTEŚMY NA CZELE!!!!!!!!!!!!!!!!! Wmawia się Polakom, że równamy do najlepszych!!!!!! Pytam, w czym??????? Panowie u steru mają dobrobyt, a gdzie Polacy, ich portfele ciągle kurczą się, gdzie człowiek, szary i skazany na decyzje niszczące go. Nie bez podstaw mówi się, że polityk w rodzinie gwarantuje jej dostatek. Ja rozumiem, że nie możemy równać się do państw o bogatych gospodarkach, ale nigdy nie zrozumiem, że koszty transformacji mają płacić najubożsi, a paniska u władzy rozpuszczają się bez umiaru za nasze pieniądze. Władza myśli tylko o sobie, im jest dobrze i oderwani od rzeczywistości nie widzą problemów ludzi, którym powinni służyć, którzy im zaufali.
Straszne jest oglądanie w telewizji ciągle tych samych polityków. Ale jeszcze bardziej przeraża to co mówią! Wszelkie dyskusje ograniczają się do kłótni z przeciwnikami, szkalowaniem siebie nawzajem. Kompletny brak merytorycznej rozmowy!!! A to co naprawdę myślą, wypowiadają w sposób wulgarny, prostacki, naturalny bez obłudy i zakłamania za kulisami, przy markowych trunkach i kawiorze za pieniądze podatnika.

Szanowni Politycy, Szanowna Władzo, tak dalej nie będzie!!! Już wybory do Parlamentu Europejskiego pokazały, że społeczeństwo wystawia Wam cenzurki. Nie wystarczy tylko się wdzięcznie uśmiechać i pleść byle co!!!!!! Bo Polak uwierzy. Pamiętam, z jaką euforią podchodziliśmy do zmian 25 lat temu. Dzisiaj coraz więcej ludzi rozczarowanych jest polską demokracją. Demokracją dla cwaniaków, ludzi bezwzględnych i wyrafinowanych.
W listopadzie kolejne wybory w Polsce. Obniżka cen paliw, otwieranie nowych odcinków autostrad, inwestycje, które czekały na ukończenie od dawna są pośpiesznie kończone teraz, bo trzeba poprawić wizerunek partii rządzącej. Skąd my to znamy?????????? Oczywiście z panowania PZPR. Niewiele się zmieniło w ciągu 25 lat. Najważniejsze co ciągle Polakom się wmawia: MAMY WOLNOŚĆ I DEMOKRACJĘ. Na tym sloganie już dłużej nie da się jechać, o czym przekonali się niektórzy startujący do Parlamentu Europejskiego…

PODRÓŻ ZE „ŚLEDZIAMI”

Wyobraźcie sobie, że pierwszy raz w życiu pojechałam pod namiot w wieku 56 lat, a właściwie, gdybym chciała być dokładna, brakowało dwa miesiące do 57. Córka w Internecie wyszukała lot za symboliczną złotówkę do Bergen. Prawdę mówiąc o tej miejscowości usłyszałam wtedy po raz pierwszy i nie miałam pojęcia w co się pakuję.
Bergen leży na zachodnim brzegu Norwegii i statystycznie pada tam 300 dni w roku. My zaplanowałyśmy wycieczkę na koniec sierpnia, mając nadzieję, że będzie ładna pogoda :-) Obawy moje rosły wprost proporcjonalnie do zbliżania się terminu wyjazdu. Były momenty, że chciałam zrezygnować z tej eskapady…

Wreszcie wyjechałyśmy pociągiem do Gdańska, a potem tanimi liniami do celu. Pierwsze schody pojawiły się już na lotnisku. Opłaciłyśmy tylko bagaż podręczny, a śledzie mogły pokonać lot tylko w luku samolotu. Nie wiedziałyśmy co robić, ale na szczęście z pomocą przyszli młodzi turyści, którzy zabrali nasze metalowe pręty do swojej walizy.
W czasie dwugodzinnego lotu miałyśmy mieszane uczucia i w podświadomości niepokój, czy pogoda będzie odpowiednia do wakacji „pod chmurką”. Wylądowałyśmy szczęśliwie późnym wieczorem. Oczywiście zgodnie z przewidywaniem powitał nas deszcz, co prawda nie ulewny, ale dla naszego namiotu i tak niebezpieczny. Ponieważ podróż trwała cały dzień, marzyłyśmy tylko o tym, aby położyć się spać. Szybko znalazłyśmy odpowiednie miejsce na rozbicie namiotu i o dziwo bez większych problemów postawiłyśmy nasz „nowy dom”, chociaż każda z nas robiła to po raz pierwszy.

Pierwsza noc w Norwegii nie należała do spokojnych. Namiot rozbiłyśmy w miejscu przypadkowym, więc nie czułyśmy się do końca bezpieczne. Do tego było zimno, mokro i niewygodnie. Muszę przyznać, że nie byłam zachwycona tym co mnie spotkało i czekało w najbliższym czasie…
Rano niespodzianka, powitał nas piękny dzień! Błękitne niebo, słońce jak w środku lata i nastrój nastolatek zapowiadały niepowtarzalną przygodę. Ruszyłyśmy w drogę do naszego Bergen. Okolica była zachwycająca, więc drogę postanowiłyśmy pokonać pieszo. Nie spieszyło się nam, poznawałyśmy i podziwiałyśmy przedmieścia Bergen. Na miejsce dotarłyśmy późnym popołudniem. Zakupy, posiłek i szukanie zacisza na drugi nocleg zajęły nam resztę dnia. Tym razem spanie było wygodne i noc minęła spokojnie. Z entuzjazmem ruszyłyśmy na zwiedzanie miasta, które z wielu stron okala woda, a domki jakby wisiały na pionowych skałach. Przypływające statki i promy wycieczkowe tworzyły nastrój jakby z bajki. Bez ruchu leżałyśmy pół dnia na brzegu i żadna z nas nie chciała by ten czar prysł. Następnego dnia wspięłyśmy się chyba na najwyższe wzniesienie Bergen, a widok na miasto i okolice zapierał dech w piersiach. Z góry woda, okoliczne wysepki i postrzępiony brzeg wydawały się nierealne. Wszystko zatrzymało się jakby w kadrze filmu. Obraz namalowany przez utalentowanego artystę nie mógłby być piękniejszy.

Przeżyłyśmy wiele strachu i niedogodności, ale tę podróż wspominam z wielkim rozrzewnieniem, bo powinna ona mieć miejsce co najmniej 40 lat temu, kiedy byłam licealistką. Jednak tak jak wspomniałam we wcześniejszych wpisach, wiek nie przeszkadza w niczym i nigdy nie jest za późno by poznać nowe smaki życia!

bergen1

bergen2