JESTEM DUMNA Z MOICH KORZENI!

Wieśniak, wiochmen, bamber, te i inne epitety na określenie mieszkańców wsi ciągle wpadają nam w ucho. Wydają się obraźliwe. Mnie jednak, urodzonej i wychowanej na wielkopolskiej wsi dziewczynie, jakoś nie dotykają. Zapewne dlatego, że jestem dumna ze swego pochodzenia i według mojej (przypuszczam też wielu ludzi) filozofii, nie to skąd się pochodzi, a to jakim jest się człowiekiem, stanowi o jego wartości!

Pierwsze oznaki niechęci do środowiska wiejskiego doświadczyłam w liceum. Jego władze tak ustawiły klasy, żeby ich skład rodził konflikty. Ja i pozostałe dziewczęta pochodziłyśmy ze wsi, a męska część klasy należała do elity miejskiej, czyli synów dyrektorów, wojskowych, lekarzy itp. Pamiętam, że na znak protestu klasowi koledzy nie rozmawiali z nami chyba przez rok! Do dzisiaj wspominam tę sytuację z zażenowaniem, a niesmak budzi wspomnienie, jacy byli urażeni, że uczą się w jednej klasie z chłopkami. To, że jestem córką rolników, co więcej osadników z Nowosądecczyzny, napawa mnie dumą. Po wojnie moi rodzice osiedlili się na ziemiach odzyskanych, ale ich dusze i serca nigdy nie zapomniały rodzinnych stron. Po przodkach odziedziczyłam i rodzicom zawdzięczam najlepsze cechy jakie posiadam. Uczciwość, hardość, pracowitość, wrażliwość na drugiego człowieka i gotowość pomocy pokrzywdzonym to wartości, których nie można przecenić. Miłość do śpiewu i tańca jest przekazywana w naszej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Maksymalny wysiłek i minimalne oczekiwania pozwoliły moim bliskim czuć się szczęśliwymi. Takie podejście do życia mają tylko mieszkańcy gór! Jako piętnastolatka po raz pierwszy pojechałam na wakacje do dziadka. Chociaż nie było tam przepychu i nieraz chodziłam głodna, zaszczepiona wtedy miłość do gór przetrwała we mnie do dziś. Nie znam piękniejszego widoku od tego kiedy idąc z wioski dziadka, wysoko położonej u szczytu Babiej Góry, widziałam przez szczeliny między drzewami wody jeziora Rożnowskiego… Ta bajka trwa we mnie i pomaga mi w chwilach trudnych.

W mieście żyję od 40. lat, ale nigdy nie czułam się tu dobrze. Tkwi we mnie miłość do wsi i gór, tak jak kiedyś w moich rodzicach, bo ludzie z południa zawsze część siebie oddają górom…

Drodzy Czytelnicy może macie podobne doświadczenia? Proszę podzielcie się nimi w komentarzach.

PIES W RODZINIE

Dzisiaj napiszę o sprawie, która dotyczy albo dotyczyła w przeszłości każdego z nas, a mianowicie o „nowym członku rodziny”, czyli psie. Nie ma domu, w którym choć raz ten problem by się nie pojawił, a zwłaszcza tam gdzie są małe dzieci. U mnie sprawa wracała cyklicznie, bo mam trójkę (teraz dorosłych) dzieci, ale każde z nich miało czas pragnień, by pies zamieszkał w naszym domu. Najbardziej zdeterminowana była najmłodsza córka. W okresie wczesnego dzieciństwa potrzeba bycia właścicielką psa, a zwłaszcza prowadzenie go na smyczy, pokonywała wszystkie inne marzenia. Psa nie kupiliśmy ze względu na małą powierzchnię mieszkania i świadomość, że tak ruchliwe zwierzę nie miałoby komfortu w naszym skromnym „M”.

Ale dzieci potrzebowały żywej istoty, którą mogłyby się opiekować, więc każde z nich miało swoje zwierzątko. Syn chomika, a córki królika miniaturkę i papużki. Muszę przyznać, że większość prac pielęgnacyjnych należała do mnie, ale miłość jaką dawały swojemu pupilowi była nie do przecenienia. Rekordy w tym zakresie bił malutki czarny króliczek, który był z nami 9 lat. Na jego punkcie oszalała cała rodzina!!!

Teraz wszyscy jesteśmy dorośli, ale miłość do zwierząt została w każdym z nas. W dalszym ciągu nie mamy własnego psa, ale córka opiekuje się czasem pięknym pieszczochem od znajomych. Jesteśmy nim oczarowani wszyscy, czym dłużej przebywamy razem i bardziej się poznajemy, nasza sympatia do siebie rośnie. To zwierzę ma charakter, potrafi pokazać co chce i wie jak to w delikatny sposób uzyskać. Darzy miłością każdego, kto tym samym potrafi mu się odwdzięczyć. Ja jeszcze ostatecznie nie zdecydowałam się, ale jestem coraz bliżej dania domu jakiemuś bezdomnemu psu ze schroniska, bo te są najwierniejsze i najbardziej nas potrzebują.

Myślę, że decyzja o zakupie psa powinna być wnikliwie przemyślana i świadoma, bo kiedy ją podejmiemy i wprowadzimy do swojej rodziny zwierzę, nie powinno być odwrotu. Oddanie psa do schroniska, wywiezienie do lasu i przywiązanie do drzewa lub zabicie jest barbarzyństwem, którego nikt nie powinien się dopuścić!

A na koniec miły akcent :-) Załączam zdjęcie naszego „wypożyczonego” pupila. Chyba sami rozumiecie mój dylemat patrząc na tego pieska :-)

BIEDRONKA OSZUKUJE!!!

Problem, który poruszyć chcę w tym poście męczy mnie już od dłuższego czasu, a konkretnie od chwili kiedy utwierdziłam się w przekonaniu, że jestem nagminnie oszukiwana! I to gdzie?! W miejscu, gdzie robi zakupy większość z nas, ale nie dlatego, że są tam produkty wyjątkowe, atrakcyjne, nigdzie niespotykane. W BIEDRONCE ROBIMY ZAKUPY DLATEGO, ŻE JEST TANIO. Ale czy na pewno idąc tam oszczędzamy???????? Moje doświadczenia zaprzeczają temu, a swoimi ustaleniami chciałam podzielić się z Wami drodzy klienci Biedronki. Podkreślam, że metody nieuczciwości, jakie stosuje sieć, są zaplanowane i powiedziałabym wręcz wyrafinowane, dlatego proponuję krótki poradnik na co zwracać uwagę.

JAK OSZUKUJĄ? (podaję autentyczne przykłady, które spotkały mnie)

- waga przy kasie ustawiona na +200 g, czyli ilości towarów na wagę są zawyżone (np. 2 banany zamiast 400g ważą 600, a jedna niewielka cytryna nie 140, a 340 g),

- ceny promocyjne pokazane na półce (np. serek 2 zł) nie są uwzględniane przy kasie, bo np. oferta minęła dzień wcześniej (płacimy 2.49 zł),

- ceny produktów nie wiszą nad asortymentem, którego dotyczą, a dalej nad innym (np. nad winogronami za 10 zł wisi cena bananów za 2.99 zł),

- kasjer ręcznie wprowadza kod na towary fabrycznie nim wyposażone (np. napoje w puszkach, z kodem 1.49 zł, bez 1.69 zł),

- kasjer 2x skanuje towar i płacimy za 2 szt., a mamy w koszyku jedną,

- kasjer wprowadza inny kod towarów na wagę (np. kupujemy jabłka po 1.99 zł, a kasjer typuje ogórki po 6.99 zł).

JAK SIĘ BRONIĆ?

 - zawsze brać paragon,

- sprawdzać go dokładnie jeszcze w sklepie, żeby natychmiast reagować, bo z domu po raz drugi nie chce się wyjść,

- ważyć towar przy stoisku,

- nieprawidłowości najpierw potwierdzić „na sklepie”, a potem zawsze reklamować u obsługi (odwrotna kolejność nie jest wskazana, bo próbuje się klientowi wmówić, że to on się pomylił).

Dodam do tego jeszcze dwie konkluzje. Rozczarowana jestem reakcją klientów oszukiwanych podobnie jak ja, ale o tym niewiedzących. Ponieważ wyjaśnienie błędu chwilę trwa, a kolejka się nie przesuwa, spotykam się często z negatywną reakcją w stosunku do mnie, a nie do nieuczciwego sprzedawcy. Żal mi najbardziej ludzi starszych, którzy nie sprawdzają nikogo, bo ufają, że wszyscy są uczciwi tak jak oni. Mają najmniej pieniędzy, a oszuści bez skrupułów potrafią wyszarpnąć im resztki nędznej emerytury.

To tyle o nieuczciwości. Zapraszam do podzielenia się swoimi doświadczeniami w tym zakresie.

LOT PRAWIE DO NIEBA

We wtorek byłam z córkami na wycieczce w Jyväskylä. Jakie to dzisiaj normalne i oczywiste podróżować i poznawać nowe miejsca. Ale nie zawsze tak było! Pamiętam dobrze moją pierwszą wyprawę za granicę… Pierwszy lot samolotem i szczegółową instrukcję na dwie strony: co, kiedy i gdzie mam zrobić, żeby dolecieć bezpiecznie do Helsinek. Im częściej czytałam wskazówki i myślałam o podróży, tym bardziej byłam pewna, że nie dam rady samodzielnie dolecieć do celu. Wszystko było dla mnie wielką tajemnicą: nie wiedziałam jak wygląda odprawa, kto mi powie do którego samolotu mam wsiąść, jak nadać ogromny bagaż i sto różnych wątpliwości, które były wtedy nie do ogarnięcia. Dobrze, że do wyjazdu zostało niewiele czasu, bo cała wyprawa skończyłaby się niewątpliwie nerwicą.

Pociągiem pojechałam do Warszawy (dziesięć godzin przed odlotem!!!) z wielkimi walizami i takimi samymi oczami. A wyobraźcie sobie, że miałam wtedy 55 lat i byłam studentką piątego roku filologii polskiej. Do tego nie mieszkałam w małej miejscowości, tylko w dużym mieście i to prawie od 40 lat. Więc skąd ten strach? Po prostu, nigdy nie wyjeżdżałam sama, zawsze miałam przy sobie męża, nie musiałam sama troszczyć się o wszystko.

Oczywiście doleciałam bez problemów, a wszystkie mity związane z podróżowaniem samolotem okazały się nieprawdziwe. Podróż za granicę nie różni się niczym od wyjazdu w góry czy nad nasze polskie morze! Czasem własna wyobraźnia, mnożenie przeszkód może zniwelować każde przedsięwzięcie, nie tylko związane z podróżą. A co Wy o tym sądzicie???

IDĘ NA STUDIA!

Wszystko, co nie jest zabronione prawem, jest dostępne dla każdego. Wiek nie ogranicza zdrowego człowieka w niczym. Może spełniać się w każdej dziedzinie (studia, podróże, pisanie książek, odkrywanie nowego). Jedyny warunek to mieć młodą duszę i energię dwudziestolatka! Tak czuję się właśnie ja :-) Dlatego decyzja o podjęciu studiów w wieku 52 lat nie była trudna. Właściwie, co mogło ją przekreślić…? Przecież poza stroną materialną, nie niosła za sobą żadnych negatywnych konsekwencji dla męża i dzieci.

Przyznam, obawiałam się reakcji najbliższych, nie spałam chyba cały tydzień. Spodziewałam się słów: „W tym wieku…chyba oszalałaś?” Zaskoczenie moje było ogromne – spotkałam się nie tylko z aprobatą, ale też zachętą i wsparciem. Najbardziej cieszyło mnie to, że dzieci nie okazały się egoistami. Nie uważały, że moje życie jest ich własnością, a ja nie mam prawa marzyć czy mieć własnych potrzeb. Co więcej, przez całe pięć lat mogłam liczyć na pomoc dzieci, której potrzebowałam co chwilę. Dziwię się, że nigdy nie „odprawiły mnie z kwitkiem”, chociaż miały dużo własnych obowiązków. Odpytywanie, wypożyczanie książek, to pomoc, której nie mogłam przecenić. To, że zaliczyłam w terminie angielski zawdzięczam w stu procentach młodszej córce, a nad ”odtajnianiem” komputera solidarnie pracowali wszyscy. Najmilej wspominam wspólne świętowanie i radość z zaliczenia kolejnego roku studiów.

Zachowanie mojej rodziny było wzorcowe, natomiast szokiem była dla mnie reakcja dalszej rodziny i koleżanek z pracy, ale o tym w kolejnym poście, do przeczytania którego zapraszam!

Na dobry początek

Wszystkie ważne rzeczy, które dotyczą tylko mnie, zaczęłam realizować dopiero po pięćdziesiątce. Wtedy mój syn był już samodzielny, córki prawie dorosłe, a praca zawodowa dobiegała końca. Myśl o studiach wracała co jakiś czas przez całe moje dorosłe życie. Marzyłam o tym od matury, ale zawsze była na to nieodpowiednia pora, bo dzieci małe, brak pieniędzy, inne ważne powody. Pomyślałam. Czemu nie zrobić tego razem z córkami? Jedna miała rozpocząć studia na Uniwersytecie, a druga naukę w Liceum. W końcu razem raźniej! Uwierzycie? Udało się!

Druga ważna rzecz, o której musicie wiedzieć – wreszcie wyruszyłam poza granice Polski! Najpierw Finlandia, potem fiordy norweskie, a w końcu Francja i samo jej serce – Paryż. Wycieczki po naszej rodzimej ziemi też miały miejsce. Pewnie się zdziwicie, ale to nie mąż zapraszał mnie na te wyprawy, tylko moje dzieci. Zawsze wydawało mi się, że małżeństwo musi spędzać wakacje razem. Nie powinno być tak, że jeden odpoczywa, a drugi pracuje. Ale co zrobić w przypadku, kiedy takie rozwiązanie wydaje się idealne dla osoby nie lubiącej opuszczać domu?

Co jeszcze udało mi się osiągnąć…? Prawie trzy lata temu rzuciłam palenie. Raz i definitywnie. Decyzja był spontaniczna. Po prostu jedno z postanowień noworocznych. Udało się i to bez tabletek wspomagających. Zapewniam! Wystarczy tylko popracować nad swoją psychiką, bo tak naprawdę tam można wszystko załatwić. Ale nie byłabym prawdziwą kobietą, gdybym czegoś nie spaprała W tym samym czasie postanowiłam popracować nad moją figurą. Już miałam kilka kilogramów nadwagi, a rzucenie palenia dołożyło mi kolejne. Na polu odchudzania poniosłam totalną porażkę…Temat pozostaje otwarty, a kolejne próby na pewno jeszcze podejmę.

Dużo mam jeszcze do zrobienia i chciałabym, abyście uczestniczyli w realizacji moich kolejnych pomysłów. Teraz kiedy założyłam bloga i mam Was, Drodzy Czytelnicy, będzie mi łatwiej! Zapraszam serdecznie do czytania kolejnych wpisów i gorąco zachęcam do wspierania i komentowania moich działań.