WARSZAWO JESTEŚ PIĘKNA W GRUDNIU

Dzisiejszym tekstem, Moi Drodzy Czytelnicy, chcę Was przenieść w magiczny nastrój świąt Bożego Narodzenia. Warszawa w przepięknej szacie złocistej, zachwyca mieszkańców i przybyszów. Widziałam inne miasta europejskie udekorowane iluminacjami bożonarodzeniowymi (Paryż, Sztokholm) i mogę zapewnić, z pełną odpowiedzialnością, że nasza stolica wypada na ich tle znakomicie, za co składam pomysłodawcom wyrazy uznania.

W ostatni piątek sytuacja rodzinna kazała mi pojechać do stolicy, gdzie spędziłam całą sobotę i niedzielę. Chciałam podzielić się z Wami Kochani wrażeniami, a jest ich jak na dwa dni pobytu, mnóstwo i to samych pozytywnych. Śnieg, który powitał nas dużo wcześniej, przed wjazdem do miasta, zapowiadał ciekawy weekend.  Zawsze, od kiedy pierwszy raz odwiedziłam Warszawę, to miasto mnie zniewalało swoim pędem, tempem życia, architekturą, urodą. Tym razem do walorów, które wymieniłam wcześnie, doszły dekoracje świąteczne ulic, placów i domów.  Bogate, bajeczne, kolorowe, ociekające złotem i przepychem. Każda ulica w centrum (na obrzeżach nie zdążyłam być) mieni się światełkami. Regularna, zaprogramowana cyklicznie  zmiana barw. Od złotego, poprzez biały do intensywnie niebieskiego koloru, przenosi widza w inny, nieziemski świat. To trzeba zobaczyć, bo opisem trudno oddać urok i magię tego zjawiska.

Jak poinformowała mnie zaprzyjaźniona rodowita warszawianka, w tym roku jest inaczej niż w poprzednie lata. Bogaciej, dwa razy więcej światełek, nowe elementy upiększające, inna aranżacja. Centralna część dekoracji ciągnie się w dłuż Traktu Królewskiego i obejmuje  plac Zamkowy, Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat, plac Trzech Krzyży i Aleje Ujazdowskie, by osiągnąć swój cel przy Belwederze. Oprócz niezliczonej ilości światełek, ułożonych na każdej ulicy w inne kompozycje, spacerując minęliśmy dostojnego pawia, z rozłożoną lirą, na Alejach Ujazdowskich, w pobliżu Łazienek Królewskich. Zaś na placu Na Rozdrożu stoi intensywnie kolorowy autobus, z prezentami na dachu. Nie ma drzwi, otwarte wejście zaprasza dzieci do zabawy. Radość i krzyki zachwytu oznajmiają nam, dorosłym, że ten pomysł jest jak najbardziej trafiony. Przecież nie chodzi o to by tylko patrzeć i podziwiać, ale przy tej okazji sprawić mieszkańcom jak najwięcej radości, zwłaszcza dzieciom, którym niewiele potrzeba by śmiały się i reagowały spontanicznie. Żałuję bardzo, że nie miałam czasu na dotarcie do centralnego punktu miasta, placu przy Zamku Królewskim i Starego Rynku. Dziwy świąteczne, które tam oglądają mieszkańcy stolicy, ale również przyjezdni,z innych części kraju i spoza, mogą zawrócić w głowie, zapewne. Spacer po ulicach Warszawy, odświętnie udekorowanej, sprawił mi, mieszkance Poznania, wiele radości. U nas, jak to zwykle bywa na prowincji, ubogo, oszczędnie i nijak.

Jedno co zaskoczyło mnie negatywnie, podczas spacerów po stolicy, to dantejskie ciemności w Łazienkach Królewskich. Na głównej ścieżce, łączącej aleje Ujazdowskie z Czerniakowską, nie ma ani jednej latarni. W ciągu dnia, to nie przeszkadza. W okresie bożonarodzeniowym, kiedy co jakiś czas trasę oświetlają postaci z dawnych epok, też. Ale kiedy w pozostałym czasie roku przyjdzie wieczorem  znaleźć się w tym parku, groza wyziera zza każdego drzewa. Moje dzieci były dwa tygodnie wcześniej w Warszawie. Nie odważyły się przejść parkiem na drugą jego stronę. Ciemność, nawet na jego głównej ścieżce, chyba o nazwie Aleja Chińska, o ile dobrze pamiętam, zaprasza tylko najodważniejszych. Jak sobie radzą goście restauracji Belvedere? Poza tym małym zgrzytem widać gołym okiem, że Łazienki Królewskie są popularnym i ulubionym miejscem  mieszkańców i turystów. Mimo, że w sobotę i niedzielę pogoda niezbyt zachęcała do zabaw na świeżym powietrzu, mnóstwo ludzi było w parku. Dzieci lepiły bałwany, inne z rodzicami zjeżdżały na sankach, z górki przy  Pałacu Ujazdowskim. Bieganie po śniegu najwięcej radości sprawiało maluchom, które pierwszy raz w życiu miały okazję dotknąć i poznać biały, zimowy puch.

Niestety nie zrobiłam żadnego zdjęcia, bo skupiłam się na obserwowaniu i wymianie wrażeń z bliskimi. Nie chciałam by bieganie z aparatem zakłóciło mi piękno przeżyć. Wierzcie mi, jeszcze raz powtórzę słowa zawarte w tytule, ,,Warszawa jest piękna w grudniu”. Przekonajcie się sami jadąc na jeden z  grudniowych weekendów do stolicy.

WNIOSKI WYNIKAJĄCE Z OBSERWACJI ŻONY I MATKI

,,Współcześni mężowie i ojcowie angażują się w życie rodziny aktywniej niż w ,,czasach mojej młodości”. Na początku tekstu postawiłam tezę,  w dalszej części postaram się uzasadnić jej słuszność.

Obserwuję młode małżeństwa w rodzinie, miejscu zamieszkania, na ulicy i placach zabaw. To co widzę owocuje czasem mimowolnymi myślami i automatycznym powrotem do przeszłości, a ściślej mówiąc, do czasów kiedy byłam młodą żoną i matką. Refleksja pozwala na stwierdzenie pewnych, a właściwie zdecydowanych różnic w zachowaniu młodych mężczyzn, ich roli i zaangażowaniu w życie swojej rodziny. Najłatwiej opisać zjawisko na podstawie własnych obserwacji i doświadczeń. Wtedy nie może być mowy o błędzie, kłamstwie, wypaczonym spojrzeniu na problem. Tak też uczynię w tym przypadku. Znam temat omawiany dobrze, bo sama w nim uczestniczę, a ustaleniami i wnioskami chcę podzielić się z Wami Szanowni Goście mojego bloga. Sprawa dotyczy każdego z nas, więc nie kryję, że liczę na ciekawą dyskusję, w zamieszczonych pod postem komentarzach.

Najpierw omówię przeszłość, czyli czasy, w których moja rodzina była młodą komórką, na progu życia małżeńskiego. Jak wtedy swoją rolę wypełniali mężowie i ojcowie? Trzeba zacząć od tego, że większość kobiet, po urlopie macierzyńskim, występowała do firmy z prośbą o trzyletni urlop wychowawczy. Mężczyzna, zarabiał na rodzinę sam, zaś matka, do ukończenia przez dziecko trzeciego roku życia, przebywała z nim w domu. Kobiety integrowały się na placach zabaw, wymieniały opinie i doświadczenia na temat wychowywania dzieci. Przyjaźnie zawiązane przez matki przetrwały do dziś, z przyjemnością wspomina się podczas przypadkowych spotkań tamte czasy. Ojcowie pracowali często całymi dniami, a nawet w nocy. Mało mieli czasu i sił, by aktywnie spędzać czas z rodziną. Rzadko angażowali się w życie dziecka. Matka najczęściej chodziła z latoroślą do kina, teatrzyku, na miejskie imprezy, do cyrku czy na spacery, a nawet do kościoła, sama. Mężczyźni popołudniami i wieczorami, a także w  dni wolne od pracy, regenerowali siły najczęściej oglądając telewizję. Nie mieli siły, a może przede wszystkim potrzeby ani ochoty, uczestniczyć w spacerze, zabawach z dziećmi, wyjściach z domu. Przypuszczam, że duży wpływ na taką sytuację miało wychowanie. Od zawsze wpajało się mężczyznom, że to oni są samcami alfa, na barkach których spoczywa utrzymanie rodziny. To i nic więcej było ich obowiązkiem. Rzadko który mąż i ojciec chciał wychylić się poza tę rolę. Bał się o utratę statusu macho. Place zabaw, kina i teatrzyki w większości wypełnione były dziećmi z matkami, niestety bez ojców. Tak pamiętam tamten czas ja i zapewne wiele kobiet – moich rówieśniczek, z czasów PRL-u.

Dzisiaj obserwując młode rodziny, serce aż rośnie z radości i podziwu. Czasy zmieniły się diametralnie, a wraz z tym rola męża i ojca w rodzinie. Dzisiaj młodzi mężczyźni aktywnie uczestniczą w życiu ,,swojego stadka”. Dumnie towarzyszą żonie i dziecku w spacerach, zabawach. Młodzi ojcowie uczą swoje dzieci jeździć na wrotkach, rowerze, grają w klasy. Zaprowadzają dziecko na pozaszkolne zajęcia, noszą torby wypełnione zakupami. Pięknie wygląda tatuś niosący dziecko na rękach, które regularnie o godzinie 17.00 śpi na jego ramieniu. Dodam tylko, że młody tata musi zanieść je na czwarte piętro. Zaprowadzanie dzieci do przedszkola, odbieranie i zajmowanie się nimi w domu, przez ojców, jest dzisiaj regułą. Matki często zmuszone są, ze względu na potrzeby finansowe, pójść do pracy, zaraz po urlopie macierzyńskim. Przynajmniej tak było do momentu wydłużenia płatnego urlopu macierzyńskiego, do roku. Władze dostrzegły potrzebę pomocy rodzicom i ustaliły pomoc w kwocie 500 złotych na drugie dziecko i każde kolejne, do ukończenia przez nie 18 roku życia. Nie będę rozpisywać się, czy to rozdawnictwo, zniechęcanie kobiet do aktywności zawodowej (różne opinie da się usłyszeć na ten temat). Faktem jest, że mężczyźni mają czas i siły, by uczestniczyć w pełni w życiu rodziny, angażować się w proces wychowania syna czy córki. Sami też tego chcą. Sprawia im to przyjemność. Daje wiele radości i satysfakcji. Nie uważają, że tracą część swojej męskości, niewieścieją. To zjawisko napawa radością i nadzieją, że idziemy w dobrym kierunku. Skończyła się epoka pracy mężczyzny i zarabiania na całą rodzinę. Dzisiaj oboje rodziców pracuje, razem uczestniczą równo w życiu własnych dzieci. Myślę, że ta sytuacja jest normalna. We wspomnieniach z wczesnych lat życia, dziecko powinno widzieć często obojga rodziców u swojego boku. Niestety dzieci moje i większości rodzin z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wspominają tylko czas spędzony z matką, bo ojcowie mieli czas i siły tylko na pracę. Reszta należała do kobiet.

Proszę podzielcie się własnymi spostrzeżeniami i doświadczeniami. Być może są one zupełnie inne niż moje.

RYSIEK RIEDEL – NIEZWYKŁY ARTYSTA, TRAGICZNA POSTAĆ.

Piosenki Dżemu towarzyszyły mi od zawsze, kiedy po raz pierwszy usłyszałam tę grupę bluesową. Co więcej słucham ich w dalszym ciągu, a najbardziej ulubionymi są ,,Autsajder”, ,,Skazany na bluesa” i ,,Sen o Viktorii”. Wiedzą o tym moje dzieci, więc w tym roku, na Dzień Matki, podarowały mi biografię wokalisty Dżemu, autorstwa Jana Skaradzińskiego, zatytułowaną po prostu ,,Rysiek”.

Tragiczna postać, ten zwrot najbardziej pasuje do Riedla. Od najmłodszych lat, jego życie, to ciągła walka: o chleb, miłość rodziców, akceptację nauczycieli, kolegów. Nic nie było mu dane bez wysiłku. Szybko zakończył edukację na szkole podstawowej. Niosło Go ku wolności, głównej dewizie jego życia. Pozycja, którą Wam prezentuję, to: ,,Prawdziwa historia życia Ryśka Riedla. Jego choroby narkotykowej. Euforii, zniechęcenia, walki i komplikacji. Dramatu. Drogi na skróty do śmierci” – to słowa autora książki, o swoim dziele. Książka nie jest łatwa w odbiorze. Pierwsza część poświęcona jest dzieciństwu. Opowiadają o nim osoby, które znały Ryśka, przede wszystkim jego siostra Małgorzata. Najbardziej porusza to, że Rysiek nie był kochany przez ojca  jako dziecko i tak zostało do końca. Matka zaś otaczała Go wielką miłością, ale z reguły wtedy kiedy nie było ojca. W szkole miał ciągłe kłopoty, nie przywiązywał wagi do nauki, nie potrafił podporządkować się dyscyplinie panującej w niej. Najczęściej wagarował.

W dalszej części biografii autor opisuje przebieg kariery piosenkarskiej: początki, wydane albumy, koncerty, koledzy, tworzenie tekstów, próby swoich sił poza Dżemem. W zasadniczej części pojawiają się wypowiedzi osób, z którymi Rysiek współpracował. Mało jest narracji autorskiej. W piosenkach począwszy od ,,Whisky”, poprzez ,,Niewinnych”, ,,Detox”, ,,Małą aleję róż”, ,,Prokuratora” aż po ostatnią czyli ,,Autsajdera” – wszędzie zawarte jest świadectwo picia, palenia trawy,  po dragi prowadzące do śmierci. Co ważne Riedel wiedział, co uczyniły z jego życia narkotyki. Nigdy nie namawiał do ich brania, wręcz ostrzegał, zabraniał,  nie częstował początkujących.

Tragizm jego życia polega na tym, że wszystko co robił miało prowadzić go do wolności. Ale alkohol i narkotyki zniewoliły go, wzięły w swoje szpony, nie pozwoliły się wyrwać. Z czasem całe swoje życie artystyczne i prywatne podporządkował nałogowi. Choroba – roztaczała przed nim oblicze śmierci. Kiedy wiedział, że nie uwolni się z uzależnienia, przegra napisał ,,Modlitwę”. Bo cóż więcej mu pozostało? Niestety nie została ona wysłuchana ani przez ludzi ani przez niebiosa. Sam zagubiony, wyniszczony, załamany poddał się, o czym opowiada w ,,Autsajderze” słowami: ,,Ja już nigdy się nie zmienię. Zawsze będę żył już tak”. Na początku kariery on i jego koledzy brali przykład z artystów światowych. Uważali, że bez narkotyków nie może powstać dobra muzyka. Taka była moda. Ćpali jego idole: Clapton, Hendrix, Morrison, Joplin, Cocker. DRAGI = WOLNOŚĆ, tak wtedy uważali. Do tego pasował hippisowski styl Ryśka. Poprzez alkohol, narkotyki, muzykę, kino,włóczęgę, literaturę, odrywał się od życia codziennego. Musiał, bo odczuwał w dwójnasób ból istnienia.

Nie wiedział wtedy, że wystarczy 2,5 – 3 lat brania, by uzależnić się od narkotyków na zawsze. Od 1986 roku było  coraz gorzej. Zarwane terminy, próby, koncerty. Nie obowiązki, a dragi wyznaczały rytm życia Riedla. To rodziło konflikty i napięcia w zespole. Rysiek był nieprzewidywalny. Kiedy był na głodzie narkotykowym, nic nie było ważne, poza ,,przygrzaniem”………………….

Nie napisze nic więcej. Sami przeczytajcie, bo warto. Jako uzupełnienie polecam film o Ryszardzie Riedlu i Dżemie zatytułowany podobnie jak piosenka, śpiewana przez Ryśka  ,,Skazany na bluesa”. W obrazie filmowym widać dzień po dniu, etap po etapie staczania się wokalisty na dno. Przestał przywiązywać wagę do wyglądu. Spocony, niedomyty, w poszarpanej kurtce. Tylko głos przejmujący, niezmiennie piękny został do końca.  Posłuchajcie proszę ,,Autsajdera”, wersję wykonywaną na żywo w Bydgoszczy w 1993 roku, czyli rok przed śmiercią. Ten obraz wystarczy, by wyobrazić sobie wszystko co dotyczyło wokalisty Dżemu u schyłku jego życia.

PODOBNIE JAK GABUNIA76: USPRAWIEDLIWIAM SIĘ I PRZEPRASZAM.

SZANOWNI GOŚCIE I CZYTELNICY MOJEGO BLOGA. PRZEPRASZAM ZA NIEOBECNOŚĆ I MAŁĄ AKTYWNOŚĆ.

Wcześniej remont i praca na bazarze. Teraz inny rodzaj aktywności zawodowej. To wszystko, niestety, wypełniało mi w ostatnim czasie życie. Mało wolnego czasu zostało na prowadzenie bloga, odwiedzanie zaprzyjaźnionych autorów, komentowanie ich ciekawych tekstów. Postaram się pisać i komentować jak najczęściej. Proszę nie zapomnijcie o : szescdziesiat-rowna-sie-dwadziescia.blog.pl.

Pozdrawiam wszystkich gorąco.

Elżbieta

REMONT CZ. II. ARTYSTA PRZEJĄŁ PRACE PO PARTACZACH, MOJE TROSKI TEŻ

Kiedy zobaczyłam i usłyszałam Artystę pierwszy raz, pomyślałam: to człowiek którego potrzebuję teraz najbardziej. Konkretny, rzeczowy, spokojny, wyważony, nic nie stanowiło dla niego problemu, na drobiazgach się nie skupiał. Natychmiast ocenił sytuację. Mieszkanie rozgrzebane, ekipa zwolniona, a położone w łazience płytki (indygo) falują na ścianie jak woda w morzu. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że definitywne zakończenie współpracy z poprzednią ekipą było najlepszą decyzją jaką podjęłam w związku z remontem. Wierzcie mi zrobiłam to stanowczo zbyt późno. Przez swoje miękkie serce i skrupuły, naraziłam się na niepotrzebne koszty i wydłużenie czasu remontu o około półtora miesiąca. Warto czasem posłuchać młodszych, trzeźwym okiem patrzących bliskich, którzy już na samym początku sugerowali rezygnację z usług niesolidnej ekipy. Uważałam, że są do malarzy uprzedzeni bez powodu i brnęłam w kłopoty ślepo, jak ćma w ogień. Na szczęście w porę się ocknęłam.

Artysta przyjechał, z całym wyposażeniem, dzień przed Bożym Ciałem. W mig, bez ceregieli, uzgodniliśmy zakres prac (bez pomiarów i szczegółów), kwotę za ich wykonanie, inne drobne sprawy zostały spisane na kartce i na tym koniec. Wykonawca zlecenia nie miał problemu z akceptacją  wymagań jakie przed nim postawiłam. Zamierzał wykonać wszystko sam, poza podłączeniem kuchenki gazowej. Pomyślałam: Losie jesteś łaskawy dla mnie. Potrzebuję teraz najbardziej zrzucić z siebie problemy związane z remontem na kogoś kto niepodzielnie je udźwignie. Zaczęłam pracę na ryneczku i to działanie absorbowało mnie całkowicie od rana do wieczora. Nie miałam siły w tej sytuacji kierować pracami nieudolnej poprzedniej ekipy, której każdego dnia wytykałam palcem niedociągnięcia. Nie teraz, nie w tej chwili, nie mam siły, nie mogę spać. Dzień przyjazdu Artysty zmienił sytuację diametralnie.

W Boże Ciało Artysta zaczął naprawiać, to co zostało zepsute. Uzgodniliśmy, że płytki położone na ścianie w kuchni zostawimy, mimo niedoróbek. Natomiast  osiem metrów płytek w łazience trzeba zdjąć. Artysta miał nadzieję, że uda się je odzyskać dzięki urządzeniu, które poznał w Norwegii. Jego praca polegała na przytykaniu gorącej ssawki do płytki, a ta rozpuszczała klej, pozwalając zdjąć nieuszkodzoną glazurę położoną wcześniej. Niestety pracownicy żadnej wypożyczalni sprzętu budowlanego, w moim dużym mieście, nie posiadali, a nawet nie znali takiej maszyny. Proponowali tradycyjny młotek i majzel (skuwanie ręczne) albo za pomocą młota mechanicznego czyszczenie ściany. W obu przypadkach płytki oczywiście będą zniszczone. W jeden dzień Artysta uporał się z moimi płytkami, tłukąc je z całej siły, a kolejne kartony zapełniały się gruzem. Mieszkańcy kamienicy poszli do kościoła, a mój pracowity chłopak robił hałas na całą ulicę. Pracował z wielkim entuzjazmem do późnych godzin wieczornych.

Wezwałam szefa pierwszej ekipy, pokazałam gołą ścianę i kartony zniszczonych płytek. Domagałam się zwrotu pieniędzy za osiem metrów glazury. Pokrył koszty bez oporów. Pożegnaliśmy się bez złości. Mimo wszystko żal mi go było. Poprosiłam by nigdy więcej nie brali się za prace, których nie są w stanie wykonać dobrze. Narażają siebie na straty, a inwestora na stress, dodatkowe koszty związane z remontem i wydłużenie czasu jego trwania. Tłumaczył się kłopotami natury osobistej, nieudolnie usprawiedliwiał przykrą sytuację, która zaistniała między nami. Myślę, że w głębi serca szczęśliwy był, że zdjęłam z niego obowiązek kontynuowania remontu, którego nie był w stanie wraz z pracownikiem dokończyć. Problemy, które mnożyły się każdego dnia przerosły jego wiedzę i umiejętności. Nie miał odwagi przyznać się do braku doświadczenia w tej materii. Może obawiał się, że nie znajdę nikogo, kto poprowadzi dalej rozgrzebane przez nich prace? Widziałam, że poczuł ulgę, zostawiając moje mieszkanie innemu fachowcowi. Pewnie spodziewał się również porażki jego. Zdziwiłby się gdyby zobaczył dzieło końcowe Artysty.

Oczywistym jest, że w remoncie mieszkania uczestniczyłam nie tylko ja, również moja rodzina. Rzadko opisuję jej członków, mało piszę o mężu i dzieciach. Szanuję decyzję o ograniczeniu do minimum zamieszczania informacji na ich temat. Piszę wyłącznie o sobie. Również nie sfotografowałam kolejnych etapów prac. Moje rodzina i dom nie są przeznaczone do udostępniania w internecie, za co przepraszam Gości bloga.

Kolejna część tekstu na temat remontu ukaże się wkrótce. Zapraszam.

REMONT CZ.I. TRWA CZWARTY MIESIĄC MOJEJ BEZDOMNOŚCI. NIE MOGĘ WRÓCIĆ DO DOMU JAK ODYS DO ITAKI

Uspokajam czym prędzej. Nie straciłam domu, nie opuściłam też męża. Remontujemy nasze mieszkanie, a końca jakby wcale nie widać. Zacznę od początku. Stali Goście zapewne pamiętają, że dwa lata temu zaczęliśmy doprowadzać nasze mieszkanie do stanu, który dałby nam radość z mieszkania w nim. Nasze? Nie wiem czy tak mogę je nazwać? Jest to prywatna kamienica, której właściciele wynajmują lokale najemcom. Właśnie na takich warunkach zajmujemy z mężem dwa pokoje, kuchnię, łazienkę i korytarz. W pierwszym etapie zlikwidowaliśmy tapety definitywnie. Wygładzone, prawie jak lustro, ściany podobają się nie tylko nam. Prace trwały półtora miesiąca, co wydawało się wiecznością. Nic jednak nie przebije tegorocznego maratonu.

Remont łazienki, kuchni i korytarza miała przeprowadzić dwuosobowa ekipa, ta sama która wyśmienicie sprawdziła się przy pracach malarskich. Uwierzyłam w zapewnienia o umiejętnościach z dziedziny kładzenia płytek i zatrudniłam ich, biorąc pod uwagę perfekcję poprzedniego wykonania. Problemy zaczęły się zaraz pierwszego dnia. Panowie rzucili z rękawa wygórowaną kwotę za wykonanie prac, która była nie do przyjęcia przeze mnie, w żadnym wypadku. W pierwszym momencie zagrozili, że zostawią mnie z rozgrzebanymi pracami (przypuszczali, że to zmusi mnie do spuszczenia z tonu i przystanę na ich warunki). Poprosiłam o kosztorys, który zawierał wszystkie czynności, zgodnie z obowiązującym cennikiem. Dostałam go zaraz na następny dzień, o dziwo opiewał na kwotę  o 2 tysiące niższą niż pierwotna. Zgoda, można zacząć prace.

Kucie tynków, likwidacja poprzednich płytek, wylanie posadzki w korytarzu, wyrównanie betonowych powierzchni w pozostałych pomieszczeniach. Dotąd prace szły sprawnie. Nie miałam szczególnych zastrzeżeń.  Problem pojawił się kiedy zostały położone płytki na ścianie w kuchni. Dużo złego można było powiedzieć o umiejętnościach fachowców i dokładności w wykonaniu. Wszyscy widzieli partactwo tylko nie ja. Pozwoliłam, czego bardzo żałuję, pracować dalej ekipie, która nie miała przygotowania do wykonania powierzonego zadania. Dzisiaj wiem, że panowie uczyli się kłaść płytki w moim mieszkaniu. Mam wrażenie, że nigdy wcześniej podobnych zleceń nie wykonywali.  Przyszedł dzień rozpoczęcia prac w łazience. Płytki indygo piękne w kartonach, na źle wyłożonej ścianie straciły cały swój urok. Ściana pływała jak fale na niespokojnym jeziorze.

W poniedziałek ekipa przyszła do pracy w wyśmienitych humorach. Już na podwórku zauważyli, że ja niestety nie podzielam ich radości. Pół godziny prowadziłam monolog, o partactwie jakie jest ich udziałem. Żaden z panów nie powiedział słowa. Nic innego nie mogłam zrobić jak zwolnić partaczy, by nie uczynili więcej szkód niż dotąd. Pozbierali cały swój dobytek i opuścili moje mieszkanie. Niestety zapłaciłam im za trzy tygodnie pracy w ratach wcześniej. Szkoda pieniędzy i czasu, który straciliśmy. Płytkarz, prawdziwy fachowiec, znawca tematu, który podjął się remontu, musiał poprawiać wszystko czego dotknęli ci panowie. Oczywiście należało skuć położone płytki w łazience, prawie 8 metrów. Za nie pieniądze zwrócił pan, które je położył. Prosiłam gorąco by nigdy więcej nie podejmowali się wykonywania prac remontowych, o których nie mają pojęcia. Powinni robić tylko to na czym się znają.

26 maja do prac przystąpił młody artysta malarz po ASP, który ze sztuki nie może się utrzymać, więc pracuje jako jednoosobowa ekipa remontowa, wykonując kompleksowo prace w mieszkaniach. Dalszy ciąg opowieści związanej z remontem nastąpi niebawem……

WAŁCZ – PERŁA WOJEWÓDZTWA ZACHODNIOPOMORSKIEGO

Z przyjemnością podzielę się z Wami wrażeniami z pobytu w Wałczu. Wybrałam się do tego miasta po raz pierwszy na Festiwal Dwóch Jezior, którego organizacja była przedsięwzięciem pilotażowym. Z Poznania autobusem udałam się, w towarzystwie jednej z koleżanek, w podróż przez Szamotuły (miejsce mojego urodzenia), Obrzycko (miejsce licznych wypraw na grzyby), Czarnków i Trzciankę do celu. Wałcz przywitał nas deszczem i ciemnymi chmurami. Nie popsuło nam to dobrego humoru, bo z prognozą zapoznałyśmy się dzień wcześniej, a zapowiedzi meteorologów były optymistyczne. Deszcz przelotny miał ustać około południa. Tym razem nikt się nie pomylił i tak było rzeczywiście. Piękna pogoda i magiczne miasto zauroczyły nas bez reszty. 

Kilka ważnych informacji o historii miasta. Wałcz został założony 23 kwietnia 1303 roku. Tędy wiódł trakt z Wielkopolski do Bałtyku. Od początku istnienia  miejscowość stanowiła ważny punkt w tej części Polski. Często przechodziła z rąk Polaków w obce władanie, najczęściej krzyżackie. Dopiero pokój toruński zawarty w 1466 roku dał miastu spokój aż do XVII wieku. W 1554 roku Wałcz otrzymał od Zygmunta Augusta przywilej utworzenia urzędu grodzkiego. Drobne konflikty w tym okresie nie miały większego wpływu na rozwój miasta. Bez przeszkód rozwijało się prężnie. Stało się centrum administracyjnym i gospodarczym północnej Wielkopolski. Miasto doprowadził do ruiny potop szwedzki w latach 1655-1670. Maszerujące wojska szwedzkie niszczyły te ziemie bezlitośnie. Wojny północna (1700-1721) oraz siedmioletnia (1756-1763) dotknęły także Ziemię Wałecką. Maszerujące wojska skonfliktowanych stron i grabieże rujnowały pobliskie miasta i wsie. Potem rozbiory polski i zabory. Wałcz na ponad wiek dostał się pod władzę Prus. Okres międzywojenny nie był dla miasta pomyślny. Po II wojnie światowej gród nabierał stopniowo znaczenia. Notuje się stały rozwój Wałcza aż do dnia dzisiejszego. Miasto pięknieje i nabiera znaczenia na naszych oczach.

Wróćmy do naszego pobytu w Wałczu. Nim udałyśmy się na miejsce głównych atrakcji zaliczyłyśmy darmowy rejs jachtem. Dwaj panowie, społecznicy, z radością i ciekawą rozmową przewieźli nas po Jeziorze Raduń. Dowiedziałyśmy się, że kochają to miejsce, a udział w obchodach święta Wałcza sprawia im przyjemność, bo wiedzą że reklamują w ten sposób swoje miasto i zachęcają turystów do jego odwiedzania. Wałcz położony jest wśród wielu jezior. Największe z nich to Raduń, wymieniony wcześniej, i Zamkowe. Do tego koniecznie trzeba dodać, że jest to miejscowość wyjątkowo czysta, położona wśród zieleni i lasów. Mieszkaniec dużego miasta odczuwa w każdym oddechu świeżość i czystość powietrza. Porównanie z ciężkim, przesiąkniętym dymami i smrodem miejskim działa zdecydowanie na niekorzyść stolicy Wielkopolski. Jeden z mężczyzn obsługujących łódź, Wałczanin, na krótko przeprowadził się do Poznania. Nie wytrzymał tam długo. Tęsknota i piękno jego rodzinnego miasta przyciągnęły go w te strony z powrotem, w krótkim czasie. 

Po rejsie, nasze żołądki dawały znać, że pora na posiłek. Szukałyśmy jadłodajni lub niedrogiej restauracji. Kilka wskazówek mieszkańców zaprowadziły nas do gospody ze swojskim, domowym jedzeniem. Pyszne potrawy o smakach babcinych usunęły głód bezpowrotnie. Potem na trasie do sceny głównej i siedziby MOSiR dziewczęta częstowały ludzi pierogami domowej roboty i kiełbaskami z rusztu. Smakowite i treściwe delicje. Później przejażdżka motorówką po jeziorze i rowery wodne. Myślałam, że strach przed wodą zakłóci przeżywanie  przyjemności moczenia nóg w czystej wodzie. Nie, czułam się jak wilk morski, a umiejętność kierowania rowerem była tylko kwestią czasu. Wyobraźcie sobie, że po raz pierwszy w życiu skorzystałam z takich atrakcji! Szybko pokonałam obawy, a pływanie po dużym jeziorze to wyjątkowa przyjemność. Na początek duża dawka adrenaliny, potem błogie dwugodzinne kołysanie się na środku jeziora. W tle, spoza drzew, dochodziły do nas śpiew i dźwięk instrumentów. Zapowiedź, że za niedługo rozpocznie się koncert gwiazdy wieczoru.

Obchody trwały trzy dni. Dodatkowo podczas Dni Wałcza, można było m.in. podziwiać pokaz Smoczych  Łodzi z pochodniami, wysłuchać koncertów szant, albo wziąć udział w spektaklu laserowym. Pani burmistrz zapowiedziała spotkanie za rok. Na pewno pojadę tam, bo atrakcje, jakie czekały na gości, były miłe nie tylko dla mnie, zapewne, dla wszystkich gości. Może ktoś z Was zna tą niezwykłą miejscowość? Napiszcie proszę, jakie miejsca w tym mieście warto odwiedzić? Tym razem skupiłam się na festiwalu i obchodach Dni Wałcza. Następnym, chciałabym poznać bliżej to wspaniałe miasto.

12

34

5

Zdjęcia własne autorki bloga.

PAN Z PUNKTU KSERO OKAZAŁ SIĘ CZŁOWIEKIEM Z KLASĄ

Obsługa punktu ksero, a konkretnie pan tu pracujący będzie bohaterem zdarzenia, które dzisiaj na gorąco, opiszę. Miejsce to odwiedzam od lat, zawsze kiedy potrzebowałam skopiować dokumenty, zbindować plik kartek lub wydrukować zarchiwizowane na nośniku pamięci  dokumenty. Przyjemna, szybka i perfekcyjna obsługa, zachęcała do korzystania z usług tu, a nie gdzie indziej. Tak było i tym razem. Lało jak z cebra. Wróciliśmy z bazaru, mąż został w garażu, a ja pieszo ruszyłam do domu, po drodze zamierzając skopiować dokument, potrzebny na dzień następny (ustalenie wysokości opłaty za korzystanie ze stoiska). Minęłam stłoczonych ludzi, którzy czekali na przejście deszczu, stojąc na schodach prowadzących do ksero. Mokra – deszczówka kapała z moich włosów, rąk i ubrania – wyjęłam dokument z teczki i pieniądze by zapłacić za kopię. Z uwagą, by nie zachlapać, spakowałam kartki do teczki, kładąc pudełka z drobnymi na ladę. Zadowolona, że udało mi się załatwić sprawę szybko, wyszłam na ulicę.W domu, zaraz wzięłam prysznic, przebrałam się i zabrałam za obiad. Kiedy rozpakowywałam torbę rynkową, zauważyłam brak pojemników z bilonem.  Muszę przyznać, że suma nie była mała, wynosiła ponad 130 złotych.

Weszłam do punktu, kiedy pan obsługiwał klientkę. Spojrzał na mnie z uśmiechem, co było jednoznaczne z potwierdzeniem, że zgubę znalazł, co więcej wiedział do kogo należy. Podziękowałam serdecznie i pożegnałam się z panem uśmiechem.W domu sprawdziłam kwotę, którą wcześniej przeliczyłam na rynku. Moja radość nie miała granic. Cieszyłam się jak zwariowana. Nie dlatego, że odzyskałam całą kwotę. Pieniądze w całej sprawie odegrały najmniejszą rolę. Zeszły na plan dalszy. Uczciwość tego człowieka napełniła mnie tak wielką radością, że czułam się przez chwilę jak milionerka. Przekonanie, że ludzie którzy żyją obok nas są uczciwi, daje poczucie dumy i radości. Człowiek ten nie wiedział, że zostawione pieniądze zostały wcześniej przeliczone. Bilon, o różnym nominale, wypełniał pudełko po brzegi. Pan, który zapewne nie jest bogaty, mógł skusić się na niespodziewany zastrzyk gotówki. Wziąć kilka monet. Nie zrobił tego, bo jest człowiekiem uczciwym, dla niego honor znaczy więcej niż bogactwa całego świata. Tym razem znalazł niewielką kwotę, oddał wszystko. Jestem pewna, gdyby znalazł ogromną sumę, torbę wypchaną walutą, też zwróciłby właścicielowi, gdyby ten szukał zguby, albo zaniósł na policję nie wiedząc kim jest właściciel. Szanuję takich ludzi, ich uczciwość daje mi przekonanie, że jest w nas dobro  z natury i dobrze życzymy drugiemu człowiekowi, nie chcemy krzywdzić innych, przysparzać im trosk. 

Proszę podzielcie się swoimi doświadczeniami podobnymi do opisanych przeze mnie. Może dużo więcej jest takich przypadków uczciwości w stosunku do innych ludzi, niż nam się wydaje? Może ja zachwycam się czymś, co jest na porządku dziennym? Często mówimy o złodziejach, którzy nas okradli, o ludziach złych, czyhających na łatwy zarobek, bez pracy. Dzisiaj pozytywny, autentyczny akcent na temat uczciwości. Na koniec dodam podziękowanie dla pana z ksero w Poznaniu przy ulicy Dąbrowskiego. Nie wie, że opisałam Go w swoim tekście. Właściwie w dalszym ciągu jest anonimowym człowiekiem.

 DZIĘKUJĘ PANU.

FANTAZJA WŁASNA NA TEMAT: JAKĄ OSOBĄ NIE CHCIAŁABYM BYĆ?

Miła, uśmiechnięta, niemal dziecięca buzia, taką pamiętam Ulę z pierwszego spotkania. Teraz, gdy wracam do tej chwili, po pięciu latach przebywania w jednym pomieszczeniu i wspólnej pracy, zastanawiam się ile zostało z tego pierwszego wrażenia? Jak z dnia na dzień, odkrywała swoją prawdziwą twarz? Co pod tą przybraną maską, kryło się w środku? Na ile potrafiła się zmienić w ciągu tego czasu, a ile już wtedy nosiła w sobie?

Hałaśliwość, nadmierna ruchliwość, zabieranie głosu na każdy temat i zwracanie na siebie uwagi za wszelką cenę (ja, oto pępek świata wiem wszystko najlepiej), rzuciły się w oczy już w pierwszej godzinie „tortur”. Próżność i zazdrość, to następne niespodzianki. Kosmetyki, ubrania, sprzęty domowe, wszystko koniecznie markowych firm, a znajomość ich nazw, zachwyciłaby nawet samego Miodka. Zawsze skora do krytyki otoczenia, koleżanek, ich dzieci i rodzin. Sukcesy innych, jakby celowo umniejszane, a każdy kto śmiał się wychylić, poza ramy jej postrzegania świata, szybko sprowadzany był na ziemię. Ja, moje dziecko, moje sprawy, moja rodzina, wszystko, co dotyczy mnie, jest najważniejsze – jest wyznacznikiem, jak należy postępować, jak należy żyć, czym się kierować.

Pogłębianie swojej wiedzy, czytanie ambitnych książek, to tylko strata czasu i pieniędzy. Dobra lektura to „Harry Potter” i „ Kod da Vinci”. Bieg, wręcz swoisty maraton za materialnym przepychem, to podstawowy cel jej życia. Nowy, lepszy samochód, nowoczesne meble i coraz większy, doskonalszy telewizor, a w nim seriale polskie i z trzeciego świata, komercyjne, niskiej jakości programy typu : „tańce z gwiazdami”, „tańce na lodzie”, „ mam talenty” i „ jak oni tańcują”- wszystko trzeba obejrzeć. To wyznacza rytm życia w jej domu. Kino, teatr i opera, to nie dla niej. Ma przecież wielki telewizor, nie musi wychodzić z domu, a wszystko jest na wyciągniecie ręki. Bez wysiłku. Wystarczy pilot, wino lub mocny drink i już wszystko dzieje się według dawno wypracowanego schematu.

Uznaje wychowywanie dziecka, zgodnie z zasadą: ja jestem matką i masz mnie słuchać. Mnie należy się szacunek i bezwzględne posłuszeństwo. Ja zarabiam, ty korzystasz. Jeżeli nie, zabieram, zabraniam i stosuję inne kary (nigdy nie stosowała kar cielesnych-przynajmniej tak mówiła). Dobre, ciepłe słowo nie należy się dziecku. To świadczyłoby o słabości rodzica. Co myślała o powiększeniu rodziny? Jedno dziecko w dzisiejszych, trudnych czasach, to w sam raz. Każde kolejne to „nowy Mercedes”, a na to mnie nie stać.
Życie szybko skorygowało jej metody wychowawcze i staroświeckie poglądy na ten temat. Krótko przed końcowymi egzaminami w gimnazjum, jej piętnastoletnia córka weszło w tak zwany „ trudny okres życia”. Negowanie wszystkiego, arogancja, kłamstwa, wagary, bunt i wojna na dwóch frontach: w szkole i w domu.

- Nie chcę chodzić na chórek kościelny, nie chcę jechać na działkę, nie zależy mi na dobrych ocenach i na punktach z końcowych egzaminów gimnazjalnych.

- Jak to? Przecież to twoja przyszłość! Nie dostaniesz się do „dobrego liceum”!

Co robić? Najprościej, zgodnie z tradycją, zabierać, nie pozwalać, zamknąć w „ czterech ścianach” i kontrolować przez całą dobę. Szybko okazało się, że te metody nie zdają egzaminu. Po raz pierwszy poprosiła o pomoc koleżanki, które podobne problemy z dziećmi miały już za sobą.

- Podaj jej dłoń, nagradzaj dobrym słowem, chwal za najmniejsze sukcesy, przytulaj jak najczęściej, bądź jej przyjaciółką, nie tylko matką.

Spokorniała. Uznała, że inni też mogą mieć rację i warto ich wysłuchać. Czterdzieści cztery lata, to na pewno nie pierwsza młodość, ale też nie wiek, by ograniczyć swoje życie do schematów i rutynowych, wypracowanych przez lata działań.

Proszę porozmawiajmy o tym jakimi ludźmi nie chcielibyśmy być. Z jakimi swoimi słabościami walczymy?  Jakie złe cechy charakteru udało nam się pokonać, z czym sobie nie radzimy?

Opublikowany tekst jest pracą, którą napisałam na czwartym roku studiów, w ramach specjalności dziennikarskiej, na zajęciach z twórczego pisania.

 

W TYM ROKU NIE BĘDĘ KOCHANKĄ BAMBRA, NIESTETY

27 maja, podobnie jak każdego, roku od siedmiu lat, rozpoczęłam sezonową pracę na bazarku. Zarezerwowane wcześniej miejsce, czekało na mnie bym tchnęła w nie kolorowe życie, wystawiając do sprzedaży, na początek, dojrzałe, czerwone truskawki. W zasadzie nic się nie zmieniło, ten sam inkasent, ci sami właściciele stoisk, podobne towary. A jednak nie jest tak samo. Zaprzyjaźniony, jedyny przychylny mi konkurent w handlowaniu, był tego dnia nieobecny. Okazało się, że definitywnie zrezygnował ze sprzedaży swoich produktów rolnych w tym miejscu i w ogóle. Powód: pani z którą dzielił stoisko, swym jadem i zaborczością, wyeliminowała go, jako intruza z terenu wspólnie zajmowanego. Szkoda, że dał się wyrzucić ze straganu, który dzierżawił od początku istnienia ryneczku, czyli od ponad dwóch dekad. Był jednym z pierwszych gospodarzy z pobliskiej wsi, którzy właśnie mieszkańców tego osiedla chcieli zaopatrywać w swoje warzywa i owoce. Miał dobrą markę wśród klientów, a niektórzy z nich, bardziej zaprzyjaźnieni, mówili na niego  ciepło dziadek. Bez bambra to miejsce jest gołe, straciło swój klimat. Dziadek był tu centralną postacią, żaden klient nie przeszedł obok bez serdecznego dzień dobry, skierowanego specjalnie do niego.

Obraził się na wszystko, poczuł niesprawiedliwość, złamał się i zamknął w swoim domu. Pomimo, że władze Targowisk zaproponowały mu inne miejsce, nie przyjął go. Wycofał się. Tylko raz w tygodniu, w soboty przyjeżdża jego syn, który nie przywiązuje wagi do miejsca, na którym przyszło mu handlować. Od niego wiem, co dzieje się z ojcem. Zdrowie, mocno nadszarpnięte, pozwalało przyjeżdżać na rynek i obsługiwać klientów, ale  do pracy na roli nie bardzo się nadaje. Zamknął się w swoim świecie i czeka……………na…. Smutna reakcja na przeciwności, które w końcu nie są dla przeciętnego człowieka, nie do pokonania. Ale rolnik, to specyficzny odbiorca rzeczywistości. Uraza, będąca dla każdego z nas błahostką, jego powala na kolana, z których człowiek ze złamanym kręgosłupem, nie da rady się dźwignąć. Dwa lata temu pokonał ciężką chorobę, pomału wrócił do pracy. Wola walki o zdrowie zwyciężyła niemoc. Teraz pokonała go złośliwa, chciwa kobieta.  Już w ubiegłym roku, pani ta ograniczała mu przestrzeń handlową do minimum, zostawiając małą część tego co zajmował wcześniej. Teraz wyrzuciła jak niepotrzebną rzecz, zużytą zawalidrogę. Rolnika złamał żal i brak wiary w ludzką uczciwość.

Boję się o bambra, mojego kochanka, którego w ubiegłym roku przypisała mi wcześniej opisana pani. Marazm, depresja, zły stan psychiczny, rozmyślania i patrzenie bez celu w sufit, dla człowieka ze wsi, rolnika z krwi i kości od pokoleń, może okazać się zgubna. Zostałam sama, z zachwianą wiarą w sprawiedliwe i równe traktowanie każdego człowieka. Nawet w tak małym środowisku, jak społeczność handlowców na osiedlowym bazarze, zdarzają się sytuacje obrzydliwe. Konkurencję rozumiem, ale uczciwą, z zasadami, nie niszczącą drugiego, który też chce  sprzedać wystawione produkty. Wojny ukryte, oszczerstwa, donosy i walka na noże nie licują z zasadami dobrego wychowania, szacunku do drugiego człowieka. Sama, cały czas wierze w ludzkie dobro, ta sytuacja nie podważyła fundamentów na których je opieram. Czy przyjdzie moment, że zwątpię w ludzi? Nie chciałabym tego. Co sądzicie o opisanym zdarzeniu? 

Drodzy Goście i Sympatycy moich publikacji. Ważna sprawa na koniec. Pracuję już sezonowo, z tego powodu będę mniej aktywna na blogu. Proszę nie zniechęcajcie się i odwiedzajcie mnie jak dotąd. Nie chciałabym stracić z Wami kontaktu ani na chwilę. W miarę wolnego czasu i sił będę starała się zamieścić notkę, odpowiedzieć na  komentarze zostawione przez Was i odwiedzić zaprzyjaźnione blogi, czytając i komentując zamieszczone teksty.