REMONT CZ.I. TRWA CZWARTY MIESIĄC MOJEJ BEZDOMNOŚCI. NIE MOGĘ WRÓCIĆ DO DOMU JAK ODYS DO ITAKI

Uspokajam czym prędzej. Nie straciłam domu, nie opuściłam też męża. Remontujemy nasze mieszkanie, a końca jakby wcale nie widać. Zacznę od początku. Stali Goście zapewne pamiętają, że dwa lata temu zaczęliśmy doprowadzać nasze mieszkanie do stanu, który dałby nam radość z mieszkania w nim. Nasze? Nie wiem czy tak mogę je nazwać? Jest to prywatna kamienica, której właściciele wynajmują lokale najemcom. Właśnie na takich warunkach zajmujemy z mężem dwa pokoje, kuchnię, łazienkę i korytarz. W pierwszym etapie zlikwidowaliśmy tapety definitywnie. Wygładzone, prawie jak lustro, ściany podobają się nie tylko nam. Prace trwały półtora miesiąca, co wydawało się wiecznością. Nic jednak nie przebije tegorocznego maratonu.

Remont łazienki, kuchni i korytarza miała przeprowadzić dwuosobowa ekipa, ta sama która wyśmienicie sprawdziła się przy pracach malarskich. Uwierzyłam w zapewnienia o umiejętnościach z dziedziny kładzenia płytek i zatrudniłam ich, biorąc pod uwagę perfekcję poprzedniego wykonania. Problemy zaczęły się zaraz pierwszego dnia. Panowie rzucili z rękawa wygórowaną kwotę za wykonanie prac, która była nie do przyjęcia przeze mnie, w żadnym wypadku. W pierwszym momencie zagrozili, że zostawią mnie z rozgrzebanymi pracami (przypuszczali, że to zmusi mnie do spuszczenia z tonu i przystanę na ich warunki). Poprosiłam o kosztorys, który zawierał wszystkie czynności, zgodnie z obowiązującym cennikiem. Dostałam go zaraz na następny dzień, o dziwo opiewał na kwotę  o 2 tysiące niższą niż pierwotna. Zgoda, można zacząć prace.

Kucie tynków, likwidacja poprzednich płytek, wylanie posadzki w korytarzu, wyrównanie betonowych powierzchni w pozostałych pomieszczeniach. Dotąd prace szły sprawnie. Nie miałam szczególnych zastrzeżeń.  Problem pojawił się kiedy zostały położone płytki na ścianie w kuchni. Dużo złego można było powiedzieć o umiejętnościach fachowców i dokładności w wykonaniu. Wszyscy widzieli partactwo tylko nie ja. Pozwoliłam, czego bardzo żałuję, pracować dalej ekipie, która nie miała przygotowania do wykonania powierzonego zadania. Dzisiaj wiem, że panowie uczyli się kłaść płytki w moim mieszkaniu. Mam wrażenie, że nigdy wcześniej podobnych zleceń nie wykonywali.  Przyszedł dzień rozpoczęcia prac w łazience. Płytki indygo piękne w kartonach, na źle wyłożonej ścianie straciły cały swój urok. Ściana pływała jak fale na niespokojnym jeziorze.

W poniedziałek ekipa przyszła do pracy w wyśmienitych humorach. Już na podwórku zauważyli, że ja niestety nie podzielam ich radości. Pół godziny prowadziłam monolog, o partactwie jakie jest ich udziałem. Żaden z panów nie powiedział słowa. Nic innego nie mogłam zrobić jak zwolnić partaczy, by nie uczynili więcej szkód niż dotąd. Pozbierali cały swój dobytek i opuścili moje mieszkanie. Niestety zapłaciłam im za trzy tygodnie pracy w ratach wcześniej. Szkoda pieniędzy i czasu, który straciliśmy. Płytkarz, prawdziwy fachowiec, znawca tematu, który podjął się remontu, musiał poprawiać wszystko czego dotknęli ci panowie. Oczywiście należało skuć położone płytki w łazience, prawie 8 metrów. Za nie pieniądze zwrócił pan, które je położył. Prosiłam gorąco by nigdy więcej nie podejmowali się wykonywania prac remontowych, o których nie mają pojęcia. Powinni robić tylko to na czym się znają.

26 maja do prac przystąpił młody artysta malarz po ASP, który ze sztuki nie może się utrzymać, więc pracuje jako jednoosobowa ekipa remontowa, wykonując kompleksowo prace w mieszkaniach. Dalszy ciąg opowieści związanej z remontem nastąpi niebawem……

WAŁCZ – PERŁA WOJEWÓDZTWA ZACHODNIOPOMORSKIEGO

Z przyjemnością podzielę się z Wami wrażeniami z pobytu w Wałczu. Wybrałam się do tego miasta po raz pierwszy na Festiwal Dwóch Jezior, którego organizacja była przedsięwzięciem pilotażowym. Z Poznania autobusem udałam się, w towarzystwie jednej z koleżanek, w podróż przez Szamotuły (miejsce mojego urodzenia), Obrzycko (miejsce licznych wypraw na grzyby), Czarnków i Trzciankę do celu. Wałcz przywitał nas deszczem i ciemnymi chmurami. Nie popsuło nam to dobrego humoru, bo z prognozą zapoznałyśmy się dzień wcześniej, a zapowiedzi meteorologów były optymistyczne. Deszcz przelotny miał ustać około południa. Tym razem nikt się nie pomylił i tak było rzeczywiście. Piękna pogoda i magiczne miasto zauroczyły nas bez reszty. 

Kilka ważnych informacji o historii miasta. Wałcz został założony 23 kwietnia 1303 roku. Tędy wiódł trakt z Wielkopolski do Bałtyku. Od początku istnienia  miejscowość stanowiła ważny punkt w tej części Polski. Często przechodziła z rąk Polaków w obce władanie, najczęściej krzyżackie. Dopiero pokój toruński zawarty w 1466 roku dał miastu spokój aż do XVII wieku. W 1554 roku Wałcz otrzymał od Zygmunta Augusta przywilej utworzenia urzędu grodzkiego. Drobne konflikty w tym okresie nie miały większego wpływu na rozwój miasta. Bez przeszkód rozwijało się prężnie. Stało się centrum administracyjnym i gospodarczym północnej Wielkopolski. Miasto doprowadził do ruiny potop szwedzki w latach 1655-1670. Maszerujące wojska szwedzkie niszczyły te ziemie bezlitośnie. Wojny północna (1700-1721) oraz siedmioletnia (1756-1763) dotknęły także Ziemię Wałecką. Maszerujące wojska skonfliktowanych stron i grabieże rujnowały pobliskie miasta i wsie. Potem rozbiory polski i zabory. Wałcz na ponad wiek dostał się pod władzę Prus. Okres międzywojenny nie był dla miasta pomyślny. Po II wojnie światowej gród nabierał stopniowo znaczenia. Notuje się stały rozwój Wałcza aż do dnia dzisiejszego. Miasto pięknieje i nabiera znaczenia na naszych oczach.

Wróćmy do naszego pobytu w Wałczu. Nim udałyśmy się na miejsce głównych atrakcji zaliczyłyśmy darmowy rejs jachtem. Dwaj panowie, społecznicy, z radością i ciekawą rozmową przewieźli nas po Jeziorze Raduń. Dowiedziałyśmy się, że kochają to miejsce, a udział w obchodach święta Wałcza sprawia im przyjemność, bo wiedzą że reklamują w ten sposób swoje miasto i zachęcają turystów do jego odwiedzania. Wałcz położony jest wśród wielu jezior. Największe z nich to Raduń, wymieniony wcześniej, i Zamkowe. Do tego koniecznie trzeba dodać, że jest to miejscowość wyjątkowo czysta, położona wśród zieleni i lasów. Mieszkaniec dużego miasta odczuwa w każdym oddechu świeżość i czystość powietrza. Porównanie z ciężkim, przesiąkniętym dymami i smrodem miejskim działa zdecydowanie na niekorzyść stolicy Wielkopolski. Jeden z mężczyzn obsługujących łódź, Wałczanin, na krótko przeprowadził się do Poznania. Nie wytrzymał tam długo. Tęsknota i piękno jego rodzinnego miasta przyciągnęły go w te strony z powrotem, w krótkim czasie. 

Po rejsie, nasze żołądki dawały znać, że pora na posiłek. Szukałyśmy jadłodajni lub niedrogiej restauracji. Kilka wskazówek mieszkańców zaprowadziły nas do gospody ze swojskim, domowym jedzeniem. Pyszne potrawy o smakach babcinych usunęły głód bezpowrotnie. Potem na trasie do sceny głównej i siedziby MOSiR dziewczęta częstowały ludzi pierogami domowej roboty i kiełbaskami z rusztu. Smakowite i treściwe delicje. Później przejażdżka motorówką po jeziorze i rowery wodne. Myślałam, że strach przed wodą zakłóci przeżywanie  przyjemności moczenia nóg w czystej wodzie. Nie, czułam się jak wilk morski, a umiejętność kierowania rowerem była tylko kwestią czasu. Wyobraźcie sobie, że po raz pierwszy w życiu skorzystałam z takich atrakcji! Szybko pokonałam obawy, a pływanie po dużym jeziorze to wyjątkowa przyjemność. Na początek duża dawka adrenaliny, potem błogie dwugodzinne kołysanie się na środku jeziora. W tle, spoza drzew, dochodziły do nas śpiew i dźwięk instrumentów. Zapowiedź, że za niedługo rozpocznie się koncert gwiazdy wieczoru.

Obchody trwały trzy dni. Dodatkowo podczas Dni Wałcza, można było m.in. podziwiać pokaz Smoczych  Łodzi z pochodniami, wysłuchać koncertów szant, albo wziąć udział w spektaklu laserowym. Pani burmistrz zapowiedziała spotkanie za rok. Na pewno pojadę tam, bo atrakcje, jakie czekały na gości, były miłe nie tylko dla mnie, zapewne, dla wszystkich gości. Może ktoś z Was zna tą niezwykłą miejscowość? Napiszcie proszę, jakie miejsca w tym mieście warto odwiedzić? Tym razem skupiłam się na festiwalu i obchodach Dni Wałcza. Następnym, chciałabym poznać bliżej to wspaniałe miasto.

12

34

5

Zdjęcia własne autorki bloga.

PAN Z PUNKTU KSERO OKAZAŁ SIĘ CZŁOWIEKIEM Z KLASĄ

Obsługa punktu ksero, a konkretnie pan tu pracujący będzie bohaterem zdarzenia, które dzisiaj na gorąco, opiszę. Miejsce to odwiedzam od lat, zawsze kiedy potrzebowałam skopiować dokumenty, zbindować plik kartek lub wydrukować zarchiwizowane na nośniku pamięci  dokumenty. Przyjemna, szybka i perfekcyjna obsługa, zachęcała do korzystania z usług tu, a nie gdzie indziej. Tak było i tym razem. Lało jak z cebra. Wróciliśmy z bazaru, mąż został w garażu, a ja pieszo ruszyłam do domu, po drodze zamierzając skopiować dokument, potrzebny na dzień następny (ustalenie wysokości opłaty za korzystanie ze stoiska). Minęłam stłoczonych ludzi, którzy czekali na przejście deszczu, stojąc na schodach prowadzących do ksero. Mokra – deszczówka kapała z moich włosów, rąk i ubrania – wyjęłam dokument z teczki i pieniądze by zapłacić za kopię. Z uwagą, by nie zachlapać, spakowałam kartki do teczki, kładąc pudełka z drobnymi na ladę. Zadowolona, że udało mi się załatwić sprawę szybko, wyszłam na ulicę.W domu, zaraz wzięłam prysznic, przebrałam się i zabrałam za obiad. Kiedy rozpakowywałam torbę rynkową, zauważyłam brak pojemników z bilonem.  Muszę przyznać, że suma nie była mała, wynosiła ponad 130 złotych.

Weszłam do punktu, kiedy pan obsługiwał klientkę. Spojrzał na mnie z uśmiechem, co było jednoznaczne z potwierdzeniem, że zgubę znalazł, co więcej wiedział do kogo należy. Podziękowałam serdecznie i pożegnałam się z panem uśmiechem.W domu sprawdziłam kwotę, którą wcześniej przeliczyłam na rynku. Moja radość nie miała granic. Cieszyłam się jak zwariowana. Nie dlatego, że odzyskałam całą kwotę. Pieniądze w całej sprawie odegrały najmniejszą rolę. Zeszły na plan dalszy. Uczciwość tego człowieka napełniła mnie tak wielką radością, że czułam się przez chwilę jak milionerka. Przekonanie, że ludzie którzy żyją obok nas są uczciwi, daje poczucie dumy i radości. Człowiek ten nie wiedział, że zostawione pieniądze zostały wcześniej przeliczone. Bilon, o różnym nominale, wypełniał pudełko po brzegi. Pan, który zapewne nie jest bogaty, mógł skusić się na niespodziewany zastrzyk gotówki. Wziąć kilka monet. Nie zrobił tego, bo jest człowiekiem uczciwym, dla niego honor znaczy więcej niż bogactwa całego świata. Tym razem znalazł niewielką kwotę, oddał wszystko. Jestem pewna, gdyby znalazł ogromną sumę, torbę wypchaną walutą, też zwróciłby właścicielowi, gdyby ten szukał zguby, albo zaniósł na policję nie wiedząc kim jest właściciel. Szanuję takich ludzi, ich uczciwość daje mi przekonanie, że jest w nas dobro  z natury i dobrze życzymy drugiemu człowiekowi, nie chcemy krzywdzić innych, przysparzać im trosk. 

Proszę podzielcie się swoimi doświadczeniami podobnymi do opisanych przeze mnie. Może dużo więcej jest takich przypadków uczciwości w stosunku do innych ludzi, niż nam się wydaje? Może ja zachwycam się czymś, co jest na porządku dziennym? Często mówimy o złodziejach, którzy nas okradli, o ludziach złych, czyhających na łatwy zarobek, bez pracy. Dzisiaj pozytywny, autentyczny akcent na temat uczciwości. Na koniec dodam podziękowanie dla pana z ksero w Poznaniu przy ulicy Dąbrowskiego. Nie wie, że opisałam Go w swoim tekście. Właściwie w dalszym ciągu jest anonimowym człowiekiem.

 DZIĘKUJĘ PANU.

FANTAZJA WŁASNA NA TEMAT: JAKĄ OSOBĄ NIE CHCIAŁABYM BYĆ?

Miła, uśmiechnięta, niemal dziecięca buzia, taką pamiętam Ulę z pierwszego spotkania. Teraz, gdy wracam do tej chwili, po pięciu latach przebywania w jednym pomieszczeniu i wspólnej pracy, zastanawiam się ile zostało z tego pierwszego wrażenia? Jak z dnia na dzień, odkrywała swoją prawdziwą twarz? Co pod tą przybraną maską, kryło się w środku? Na ile potrafiła się zmienić w ciągu tego czasu, a ile już wtedy nosiła w sobie?

Hałaśliwość, nadmierna ruchliwość, zabieranie głosu na każdy temat i zwracanie na siebie uwagi za wszelką cenę (ja, oto pępek świata wiem wszystko najlepiej), rzuciły się w oczy już w pierwszej godzinie „tortur”. Próżność i zazdrość, to następne niespodzianki. Kosmetyki, ubrania, sprzęty domowe, wszystko koniecznie markowych firm, a znajomość ich nazw, zachwyciłaby nawet samego Miodka. Zawsze skora do krytyki otoczenia, koleżanek, ich dzieci i rodzin. Sukcesy innych, jakby celowo umniejszane, a każdy kto śmiał się wychylić, poza ramy jej postrzegania świata, szybko sprowadzany był na ziemię. Ja, moje dziecko, moje sprawy, moja rodzina, wszystko, co dotyczy mnie, jest najważniejsze – jest wyznacznikiem, jak należy postępować, jak należy żyć, czym się kierować.

Pogłębianie swojej wiedzy, czytanie ambitnych książek, to tylko strata czasu i pieniędzy. Dobra lektura to „Harry Potter” i „ Kod da Vinci”. Bieg, wręcz swoisty maraton za materialnym przepychem, to podstawowy cel jej życia. Nowy, lepszy samochód, nowoczesne meble i coraz większy, doskonalszy telewizor, a w nim seriale polskie i z trzeciego świata, komercyjne, niskiej jakości programy typu : „tańce z gwiazdami”, „tańce na lodzie”, „ mam talenty” i „ jak oni tańcują”- wszystko trzeba obejrzeć. To wyznacza rytm życia w jej domu. Kino, teatr i opera, to nie dla niej. Ma przecież wielki telewizor, nie musi wychodzić z domu, a wszystko jest na wyciągniecie ręki. Bez wysiłku. Wystarczy pilot, wino lub mocny drink i już wszystko dzieje się według dawno wypracowanego schematu.

Uznaje wychowywanie dziecka, zgodnie z zasadą: ja jestem matką i masz mnie słuchać. Mnie należy się szacunek i bezwzględne posłuszeństwo. Ja zarabiam, ty korzystasz. Jeżeli nie, zabieram, zabraniam i stosuję inne kary (nigdy nie stosowała kar cielesnych-przynajmniej tak mówiła). Dobre, ciepłe słowo nie należy się dziecku. To świadczyłoby o słabości rodzica. Co myślała o powiększeniu rodziny? Jedno dziecko w dzisiejszych, trudnych czasach, to w sam raz. Każde kolejne to „nowy Mercedes”, a na to mnie nie stać.
Życie szybko skorygowało jej metody wychowawcze i staroświeckie poglądy na ten temat. Krótko przed końcowymi egzaminami w gimnazjum, jej piętnastoletnia córka weszło w tak zwany „ trudny okres życia”. Negowanie wszystkiego, arogancja, kłamstwa, wagary, bunt i wojna na dwóch frontach: w szkole i w domu.

- Nie chcę chodzić na chórek kościelny, nie chcę jechać na działkę, nie zależy mi na dobrych ocenach i na punktach z końcowych egzaminów gimnazjalnych.

- Jak to? Przecież to twoja przyszłość! Nie dostaniesz się do „dobrego liceum”!

Co robić? Najprościej, zgodnie z tradycją, zabierać, nie pozwalać, zamknąć w „ czterech ścianach” i kontrolować przez całą dobę. Szybko okazało się, że te metody nie zdają egzaminu. Po raz pierwszy poprosiła o pomoc koleżanki, które podobne problemy z dziećmi miały już za sobą.

- Podaj jej dłoń, nagradzaj dobrym słowem, chwal za najmniejsze sukcesy, przytulaj jak najczęściej, bądź jej przyjaciółką, nie tylko matką.

Spokorniała. Uznała, że inni też mogą mieć rację i warto ich wysłuchać. Czterdzieści cztery lata, to na pewno nie pierwsza młodość, ale też nie wiek, by ograniczyć swoje życie do schematów i rutynowych, wypracowanych przez lata działań.

Proszę porozmawiajmy o tym jakimi ludźmi nie chcielibyśmy być. Z jakimi swoimi słabościami walczymy?  Jakie złe cechy charakteru udało nam się pokonać, z czym sobie nie radzimy?

Opublikowany tekst jest pracą, którą napisałam na czwartym roku studiów, w ramach specjalności dziennikarskiej, na zajęciach z twórczego pisania.

 

W TYM ROKU NIE BĘDĘ KOCHANKĄ BAMBRA, NIESTETY

27 maja, podobnie jak każdego, roku od siedmiu lat, rozpoczęłam sezonową pracę na bazarku. Zarezerwowane wcześniej miejsce, czekało na mnie bym tchnęła w nie kolorowe życie, wystawiając do sprzedaży, na początek, dojrzałe, czerwone truskawki. W zasadzie nic się nie zmieniło, ten sam inkasent, ci sami właściciele stoisk, podobne towary. A jednak nie jest tak samo. Zaprzyjaźniony, jedyny przychylny mi konkurent w handlowaniu, był tego dnia nieobecny. Okazało się, że definitywnie zrezygnował ze sprzedaży swoich produktów rolnych w tym miejscu i w ogóle. Powód: pani z którą dzielił stoisko, swym jadem i zaborczością, wyeliminowała go, jako intruza z terenu wspólnie zajmowanego. Szkoda, że dał się wyrzucić ze straganu, który dzierżawił od początku istnienia ryneczku, czyli od ponad dwóch dekad. Był jednym z pierwszych gospodarzy z pobliskiej wsi, którzy właśnie mieszkańców tego osiedla chcieli zaopatrywać w swoje warzywa i owoce. Miał dobrą markę wśród klientów, a niektórzy z nich, bardziej zaprzyjaźnieni, mówili na niego  ciepło dziadek. Bez bambra to miejsce jest gołe, straciło swój klimat. Dziadek był tu centralną postacią, żaden klient nie przeszedł obok bez serdecznego dzień dobry, skierowanego specjalnie do niego.

Obraził się na wszystko, poczuł niesprawiedliwość, złamał się i zamknął w swoim domu. Pomimo, że władze Targowisk zaproponowały mu inne miejsce, nie przyjął go. Wycofał się. Tylko raz w tygodniu, w soboty przyjeżdża jego syn, który nie przywiązuje wagi do miejsca, na którym przyszło mu handlować. Od niego wiem, co dzieje się z ojcem. Zdrowie, mocno nadszarpnięte, pozwalało przyjeżdżać na rynek i obsługiwać klientów, ale  do pracy na roli nie bardzo się nadaje. Zamknął się w swoim świecie i czeka……………na…. Smutna reakcja na przeciwności, które w końcu nie są dla przeciętnego człowieka, nie do pokonania. Ale rolnik, to specyficzny odbiorca rzeczywistości. Uraza, będąca dla każdego z nas błahostką, jego powala na kolana, z których człowiek ze złamanym kręgosłupem, nie da rady się dźwignąć. Dwa lata temu pokonał ciężką chorobę, pomału wrócił do pracy. Wola walki o zdrowie zwyciężyła niemoc. Teraz pokonała go złośliwa, chciwa kobieta.  Już w ubiegłym roku, pani ta ograniczała mu przestrzeń handlową do minimum, zostawiając małą część tego co zajmował wcześniej. Teraz wyrzuciła jak niepotrzebną rzecz, zużytą zawalidrogę. Rolnika złamał żal i brak wiary w ludzką uczciwość.

Boję się o bambra, mojego kochanka, którego w ubiegłym roku przypisała mi wcześniej opisana pani. Marazm, depresja, zły stan psychiczny, rozmyślania i patrzenie bez celu w sufit, dla człowieka ze wsi, rolnika z krwi i kości od pokoleń, może okazać się zgubna. Zostałam sama, z zachwianą wiarą w sprawiedliwe i równe traktowanie każdego człowieka. Nawet w tak małym środowisku, jak społeczność handlowców na osiedlowym bazarze, zdarzają się sytuacje obrzydliwe. Konkurencję rozumiem, ale uczciwą, z zasadami, nie niszczącą drugiego, który też chce  sprzedać wystawione produkty. Wojny ukryte, oszczerstwa, donosy i walka na noże nie licują z zasadami dobrego wychowania, szacunku do drugiego człowieka. Sama, cały czas wierze w ludzkie dobro, ta sytuacja nie podważyła fundamentów na których je opieram. Czy przyjdzie moment, że zwątpię w ludzi? Nie chciałabym tego. Co sądzicie o opisanym zdarzeniu? 

Drodzy Goście i Sympatycy moich publikacji. Ważna sprawa na koniec. Pracuję już sezonowo, z tego powodu będę mniej aktywna na blogu. Proszę nie zniechęcajcie się i odwiedzajcie mnie jak dotąd. Nie chciałabym stracić z Wami kontaktu ani na chwilę. W miarę wolnego czasu i sił będę starała się zamieścić notkę, odpowiedzieć na  komentarze zostawione przez Was i odwiedzić zaprzyjaźnione blogi, czytając i komentując zamieszczone teksty.

INSTYTUCJE, DEMOKRATYCZNEGO PAŃSTWA PRAWA, CHRONIĄ PRZESTĘPCÓW

Kilka miesięcy temu, w Poznaniu, jedna z firm produkujących środki owadobójcze, zatruła Wartę. Doniesienia prasowe są enigmatyczne, a wiele rzeczy mieszkańcy tylko się domyślają. Zniszczone zostało życie w rzece, a jego odbudowa będzie trwała lata. Z rzeki wyłowiono około 5 ton śniętych ryb, a drugie tyle, według szacunków, popłynęło z nurtem. Po długim śledztwie, prawdopodobnie, ustalono sprawcę katastrofy ekologicznej. Dziwi bardzo to, że powołując się na dobro śledztwa, prokuratura, instytucje ochrony środowiska i inne, którym powinno zależeć na napiętnowaniu sprawcy, nabrały wody w usta. Nie krzyczy nikt głośno, chcemy poznać sprawcę, ujawnijcie go, podajcie imiennie osoby bezpośrednio odpowiedzialne za karygodny czyn. Nie można, dla dobra śledztwa. Nawet Związek Wędkarski, którego członkowie brali udział w czyszczeniu rzeki i nie mogą łowić ryb w swojej rzece, też pokornie czeka. 

Dziwne to zachowanie. Pamiętam, kiedy kilka lat wstecz, sprzedawano w sklepach sól przeznaczoną do posypywania ulic, w czasie zimy. Uznano, że jest nieszkodliwa dla ludzi i sprawcę, przestępcę chroniono. Nie podano, pewnie do dzisiaj,  ani nazwy firmy, ani nazwiska osoby bogacącej  się kosztem zdrowia ludzi.

Czy slogan ,, dla dobra śledztwa” podawany  zbyt często, myślę, jako powód milczenia organów ścigania, policji, prokuratury, pozwalający między innymi chronić przestępcę, jego dane, powinien być wykorzystywany przy każdej okazji? Czy społeczeństwo nie powinno, nie ma prawa, wiedzieć kto działa na jego szkodę?

ARTYŚCI PERFORMANCE ZAJĘLI ŚRODEK POZNANIA I…….MÓJ ROWER

O performance pisałam niedawno na moim blogu, przy okazji recenzji filmu o Marinie Abramović. Polecam: 
http://szescdziesiat-rowna-sie-dwadziescia.blog.pl/2016/01/19/marina-abramovic-artystka-jedyna/

Piątek 13 maja, godzina, krótko przed 16.00. Grupa studentów z Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, adepci sztuki innych miast Polski i Ukrainy, rozpoczęli pokaz performance. Przedsięwzięcie zorganizowane było z dużym rozmachem, z udziałem 15 znawców tej formy wypowiedzi artystycznej. Pokazy miały dynamiczny przebieg, na nudę nie było czasu. Jeden uczestnik prezentacji kończył swój pokaz, a następny już wchodził na ,,scenę”. Impreza miała charakter interaktywny. Widzowie, przede wszystkim dzieci, uczestniczyły w niej, wzbogacając występ artystów.

Serię różnych propozycji performance, rozpoczęła artystka, ubrana na czarno, która stojąc na podwyższeniu, sypała bez pośpiechu, równo, pięć kilogramów mąki na powieszoną w górze płachtę. Mgiełka pyłu unosiła się w powietrzu, by osiąść na publiczności i posadzce placu, na którym występowali artyści. Oczywiście najgrubsza warstwa białego proszku została na samej artystce i w okolicy jej działania. W tym samym czasie inna dziewczyna z wiadrem pełnym wody i ścierą w ręku, klęcząc, wkładając dużo siły, w to co robi, myła brudne płyty placu. Dwie kolejne kobiety, jedna z pomarańczową walizką, druga bez dodatkowego bagażu, chodziły w koło miejsca działania, torując sobie drogę wśród widzów. Czasem delikatnie ich popychając.

Obok, w koszu, odbywał się pokaz kolejny kolejnego uczestnika. Młody mężczyzna, również ubrany na czarno, siedział w koszu na śmieci, z dość sporą ilością bananów, które jadł. Najpierw robił to, jak każdy z nas. Obierał owoc, odgryzał kawałek i połykał. Ku zaskoczeniu obserwatorów, skórę rzucał pod kosz, na którym się usadowił. Kiedy żołądek, nie mógł więcej bananów zmieścić, jadł je, ale nie połykał, tylko wypluwał miazgę w pobliże pojemnika, by resztę, na którą nie mógł już patrzeć, rzucać obraną, pod nogi publiczności. Na tym pokaz się skończył. Zapewne ktoś z zdezorientowanych przechodniów, zadzwonił pod numer 112 i po chwili na miejsce przyjechała policja. Być może ten scenariusz, wpisany był w pokaz, nie wiem. Kuratorka performance spokojnie wytłumaczyła stróżom prawa co tu się dzieje, obiecała posprzątać chodnik, zostawili imprezę i odjechali.

Niedaleko kosza, na gołych płytach placu, siedząc po turecku, naprzeciw siebie, dwie kobiety, ubrane na czarno, uderzały młotkami w kamień, robiąc hałas, który towarzyszył wszystkim artystom od początku do końca ich popisów. Inna, młoda dziewczyna, podchodząc do publiczności, pocierała czymś o styropian, powodując nieprzyjemny odbiór tego dźwięku, przez poszczególne osoby. W tłumie wyczuć można było rozdrażnienie. Pewnego rodzaju prowokacja, ze strony artysty, wystawiała na próbę cierpliwość i spokój widzów. Żadna z osób obserwujących pokaz nie zareagowała agresywnie, ani słownie ani rękoczynem. Do tego momentu popisów, wszyscy twórcy pokazów performance prowokowali oglądających. Najpierw wszechobecna mąka brudziła, nierzadko, eleganckie ubrania. Potem zjadacz bananów, zapaskudził całe otoczenie kosza, na którym się ulokował. Hałas młotków i zgrzyt pocieranego styropianu, dopełniały całość. Publiczność poddawana była próbie wytrzymałości. Nikt nie odchodził oburzony, oglądaliśmy performance z zainteresowaniem, wciągając się, mimo woli, w popisy artystów.

Kolejny uczestnik, ubrany był w niezwykle kolorowy strój, wykonany z namalowanych przez siebie, w czasie studiów, obrazów. Swoją część performance zaczął od zrobienia, z grubego powroza, pętli o średnicy około 10 metrów, niedaleko przejścia na drugą stronę ulicy. W trzech miejscach postawił worki z lekkimi, kolorowymi kulami, różnej wielkości. Kolejno wysypywał zawartość worków. Zdecydowanie większa część kulek znalazła się w środku koła, ale kilka wypadło poza nie. Widzowie, dzieci, młodzież, kulki podnieśli. Jedni wrzucili je do środka przestrzeni, ograniczonej powrozem, a trzej chłopcy zabrali ze sobą. Asystentka artysty poprosiła o zwrot elementów należących do pokazu. Później performer pętlę zmniejszał, pociągając za końce powroza. Pomału zbierał kulki w jeden punkt. Wielką radość i zabawę urządziły sobie, w trakcie trwania przedstawienia, małe dzieci. Podnosiły kolorowe, lekkie bryły i rzucały przed siebie, piszcząc przy tym beztrosko.

Mój udział w przedstawieniu był pośredni, niezamierzony. Przyjechałam rowerem, który przypięłam w miejscu do tego przeznaczonym. Niestety, okazało się, że właśnie tu, jedna z uczestniczek pokazu będzie za chwilę sypała mąkę. Mój pojazd wraz z torbą zostały równo pokryte proszkiem, a całość zamiast czarnego koloru, stała się w kilka sekund biała. Na domiar złego zaczął padać deszcz. Gdyby był rzęsisty i dość mocny, zmyłby mąkę. Nie. Siąpił sobie niemrawo, przez kilka minut, tworząc na moim pojeździe skorupę jak naleśnik. Potem to wszystko przyschło i przybrało piegowaty wygląd. Wracając do domu nie zrezygnowałam z jazdy rowerem. Na siodło, założyłam foliową reklamówkę i spokojnie dojechałam do celu. Przechodnie, z delikatnym uśmieszkiem i zapewne jakimś komentarzem mijali mnie. Nie przeszkadzało mi to wcale. Zmyłam performance, z mojego roweru, jeszcze tego samego dnia.

WP_20160513_003

WP_20160513_014

WP_20160513_011

Zdjęcia własne autorki bloga.

NIEKTÓRYCH POSŁAŃCÓW, GŁOSZENIE ZŁYCH WIADOMOŚCI O INNYCH, USKRZYDLA

Kurier złego, głosiciel niedobrych wiadomości, donosiciel, fałszywy przyjaciel, nieszczery członek rodziny. Są tacy wśród nas. Żyją zadowoleni, tylko wtedy, gdy drudzy cierpią. Chętnie mówią, o tym co gnębi innych. Jeżeli nie mają nowych ponurych wieści, wracają do złych wydarzeń z przeszłości, nimi karmią siebie i słuchaczy. Starają się w ten sposób, by ludzie z ich otoczenia, nie byli bardziej zadowolone z życia od nich samych.

Czy postawiona teza ma według Was, Drodzy Czytelnicy, uzasadnienie? Proszę porozmawiajmy.

PRZESZŁOŚĆ ZAPISANA DROBIAZGAMI.

Przyszła pora na remont. Od 4. maja ekipa doprowadza nasze mieszkanie do przyzwoitego wyglądu. Jak zawsze przed działaniem, trzeba przejrzeć nagromadzone przez lata  rzeczy, niektóre zachować, inne uznane za nieprzydatne, wyrzucić. Nazbierało się tego, w szafkach korytarzowych, sporo. Likwidujemy je, więc skarby w nich zbierane, przez każdego domownika, trzeba poddać selekcji. Chciałam podzielić się z Wami, Drodzy Czytelnicy, wspomnieniami zapisanymi w przedmiotach, które pożółkły mocno od czasu, który je przygniata. Bez nich historia naszej rodziny, nie mogłaby zostać odtworzona z dokładnością co do dnia i miejsca, w którym się działa.

Każdy z nas ma potrzebę gromadzenia, zapisywania w pamiętnikach, zmieniania hobby, w zależności od tego co robi i wieku, w którym to się dzieje. Najstarsza pasja mojego męża, której ślady zachowały się, dotyczy lat sześćdziesiątych. Jako wielki fan motoryzacji, wycinał zdjęcia samochodów z czasopism i wklejał w zeszyt A4. Jest ich tam sporo, różne marki, z państw całego świata. Potem, kiedy byliśmy już małżeństwem, kleił modele samolotów. Pamiętam, były imponujące, stały w szeregu, na segmencie, pod samym sufitem. Jeden z nich, najbardziej atrakcyjny, zdobił telewizor. Niestety pracy przy tym było dużo, a cierpliwość modelarza, czasem wystawiana na wielką próbę. Żywot zaś takiego plastikowego cudeńka, wyjątkowo krótki. Żaden z nich nie zachował się do dzisiaj,  dawno się rozpadły i przeszły w stan niebytu, ale ich piękno pozostało w naszej pamięci.

Moje wspomnienia odczytałam z pamiątek, darowanych naszej rodzinie, z różnych powodów. W jednej z teczek życzenia z okazji naszego ślubu. Duże laurki z kwiatami, obrączkami, karetą i gołąbkami białymi, na stronie głównej. Od rodziny, znajomych, sąsiadów, z pracy. Między innymi nazwiska i imiona osób, które już odeszły, zostały z nami tylko w pamięci i zapisane na papierze. Trzy inne skoroszyty zawierają pamiątki Chrztu św. i I Komunii trójki naszych dzieci. Dalej albumy i karton z mnóstwem zdjęć. Najstarsze jeszcze z czasów młodości matki mojego męża. Potem nasze, jeszcze sprzed wspólnego życia. Moje z pobytu w górach, pamiątkowe z dedykacjami ,,Dla kochanej…..”, od kuzynek, kuzynów ich dzieci. Siostra i bracia, od dzieciństwa, przez czasy szkolne, potem wojsko i śluby. Komplety zdjęć komunijnych ich dzieci. Wcześniejsze z pięknymi sukienkami, w które ubrane były dziewczynki, chłopcy w ciemne garnitury. Później wszystko się zmieniło. Moje dziewczynki  szły w białych albach. Nie były obowiązkowe, wybór stroju należał do rodziców. Mało która mama skorzystała z tej możliwości, większość dzieci ubrana była równo. Główki różniły się tylko fryzurami i wiankami, których część była z żywego asparagusu, a inne kupione w sklepie, z sztucznych kwiatów.

Syn, w czasach dziecięcych i wczesnej młodości,  pasjonował się znaczkami pocztowymi. Do dzisiaj przetrwały, zachowane w idealnym stanie,  cztery klasery, wypełnione po brzegi zbiorami filatelistycznymi. Są tam kolekcje z całego świata. Wydaje mi się, że ich cała waga mieści się w sferze emocjonalnej i wspomnieniowej. Raczej nie mają wartości rynkowej. Niewiele kosztowały te kolekcje. Niektóre znaczki są bardzo piękne, dają w czasie oglądania zaspokojenie  potrzeb wyjątkowych estetów, ale majątku w nich  ukrytego, na pewno nie ma. Wspominamy ten okres zbieractwa bardzo miło. Pasja należała do naszego dziecka, ale zarówno ja jak mąż zaangażowani byliśmy w nią na równi z naszym dzieckiem. Kiedy syn był mały, znaczki kupowałam ja. Potem sam to robił. W klaserach umieszczali je mąż z synem, z wielką ostrożnością, jakby były to jedyne unikaty w światowych zbiorach kolekcjonerskich. Potem syn pokochał koszykówkę i jej poświecił czas poza zajęciami szkolnymi. Jego idolem był i jest do dzisiaj Michael Jordan. Znalazłam również pamiętnik syna, w sztywnej kartonowej oprawie, gdzie wpisali się, z reguły koślawymi literami, wszystkie dzieci z jego klasy. Pozwólcie, że zacytuję jeden z wierszyków, w książeczce zamieszczony przez Zuzię: ,,Na górze róże, na dole fiołki, a my się kochamy, jak dwa aniołki”.

Córki mają w swoich zbiorach pamiętniki, a młodsza także całą kolekcję pucharów, kubków, koszulek i statuetek, które dokumentują jej kilka lat życia. Cała Polska, każdy jej zakątek, od morza do gór, widnieje na pamiątkowych napisach, do tego rok, w którym wydarzenie miało miejsce.  Miło jest przeżyć ten czas, raz jeszcze. Prześledzić drogę triumfów i niższych lokat. Witaliśmy powracającą tancerkę zawsze na dworcu kolejowym, z symbolicznym kwiatkiem. Pamiętam jej oczy zmęczone, ale płonące jak dwa ogniki, w Noc Świętojańską, wyrażające radość i zadowolenie, z tego co było jej udziałem. Plastikowe i metalowe pamiątkowe przypinki, przywożone z każdego turnieju, pomagają umiejscowić w czasie te ważne, dla całej rodziny, wydarzenia. Każde wiązało się z jakimś niezwykłym przeżyciem, przygodą. Jednego razu spali na statku zacumowanym przy brzegu. Nie uwierzycie, ale moje dziecko przeżyło prawdziwą chorobę morską, podczas snu w bujającej się, wraz z całym statkiem, kajucie.

Teraz coś ekstra. Między drobiazgami znalazłam miniaturową książeczkę z roku 2008, zatytułwaną: Moje Prawa Podstawowe w Unii Europejskiej. Nie wiem skąd ona trafiła do mojego domu? Być może któraś z córek dostała ją w liceum lub na uczelni? Albo rozdawano je na ulicy? Postaram się to wyjaśnić. 

20160427_144350       20160427_144506

Zdjęcia własne autorki bloga

MAŁE FORMY LITERACKIE. WIATR I SOSNA

Tekst napisałam podczas ćwiczeń z dziennikarstwa, na trzecim roku studiów. W zadaniu, jakie postawiła przed nami prowadząca zajęcia chodziło o to, by  wymyślić krótkie opowiadanie z pogranicza literatury i publicystyki. Przedstawiam Wam swoją pracę.

Silny podmuch wiatru zaniósł ziarenko na szczyt, a matka Ziemia tchnęła w nie życie. Słońce pomogło ogrzać zimną kołdrę i zakiełkować. Pierwsze „listeczki” wyrosły w niedługim czasie; z ciekawością i bojaźnią spoglądały na świat figlarnymi oczami. Ciepło i miło. Wiatr szalejący po całym świecie, wracał i wyciszał się, by nie uszkodzić kruchych gałązek. Mała sosna z uwielbieniem patrzyła na ojca, a on czule otaczał ją swymi potężnymi ramionami, przynosił rosę, by zaspokoić pragnienie, a zbyt silne słońce zasłaniał chmurami. Drzewko rosło i nabierało siły. Gdy lato odeszło i zaczęła się jesień, dziecko poznało wiatr inny. Już nie muskał delikatnych gałązek, nie chronił drżących liści. Targał i chłostał ciało, liście rwał boleśnie i rzucał w przepaść. Chuda, obdarta roślina, bez cienia nadziei na pomoc, kuliła się, stawała coraz mniejsza, zastraszona i cicha. „Dziecko” najchętniej ukryłoby się w szczelinie, ale twarda skała trzymała jego korzenie. Zima, śnieg i ten bezlitosny wiatr pastwiły się nad  nim przez długie miesiące. Słonko, ciepłe i przychylne latem, odeszło, nie zaglądało, by sprawdzić, czy jeszcze trwa, istnieje. Tylko od czasu do czasu  promyk zaświecił, ale już nie ciepły, jak kiedyś. Krótkie, skute lodem dni, sosna  przeżyła w półśnie, w nadziei na  ujrzenie pierwszych oznak wiosny.

Przyszła wraz z wiatrem i słońcem nieśmiałym. Nikt nie chciał się wiatrowi – oprawcy sprzeciwić. Bo silny, bo ojciec – ma prawo krzywdzić, bić i szarpać. To on  karmi, uczy i wybiera kary za nieposłuszeństwo. Nie ważne, czy jest powód do bicia i lżenia. Ciągle zły i ogłupiony, nieszczęśliwy, pijany z nienawiści  -  bo sam. Otoczenie przyglądało się z boku i dawało przyzwolenie. Nierówna siła skazywała dziecko na przegraną. Ale ono chciało żyć i rosło, czas leczył połamane gałązki, liście latem zachwycały bujnością. Rany pojawiały się i szybko goiły, ale cierpienie zapamiętane nie znikało. Zawsze ze strachem witała sosna ojca, a on to czuł  i był coraz gorszy. Nie tylko szturchał, szczypał i bił mocno. Wyzywał i ranił słowami bolesnymi jak razy. Taka jest jego natura, to wiatr, pan całego świata, silny i bezwzględny, nie da odebrać sobie władzy.                                                                                                

Czas mijał szybko, minęło dwadzieścia lat. Z kruchej, zastraszonej rośliny wyrosła potężna sosna. Drzewo, które stawia opór bezlitosnemu wiatrowi, potężnej zimie i ulewie. Bicie i ból fizyczny zapomniała. Dały jej hardość i twardość skały. Nawet huragan niszczący wszystko -  brat wiatru -  nie złamie jej potężnych konarów. Stoi na znak, że nie dała się zniszczyć.. Nie wrogowi obcemu, a własnemu ojcu – tyranowi i katowi. A przecież  najczęściej – Ojciec, to ciepło, bezpieczeństwo i miłość. To troska i nauka, wskazywanie drogi. Rozmowa spokojna, wiara w dobro.

Dziś, to on potrzebuje jej pomocy. Stracił siły, jest stary, chory i słaby. Samotny, bezbronny i zależny od innych. Nikt nie wzrusza się jego losem, nie kochał i nie dostanie miłości, której nie dawał. Świat go opuścił, ale tkwi przy nim córka. Tylko ona, choć  przy każdym zbliżeniu do jego łóżka nie czuje nic, poza żalem. Jej ciało dawno wygojone, nie nosi śladu dawnej przemocy. Podobna do innych, a może piękniejsza. Jednak coś zdradza mroczną przeszłość. Oczy,  oczy granatowe,  kryją tajemnicę. Nie zgadnie jej nikt, kto nie doświadczył podobnych krzywd. Nie rozmawia o tym, co było – ze staruszkiem. Po co? I tak niczego, by to nie zmieniło. Czasu nie można cofnąć, on minął i piętno zostawił w duszy kobiety. Jest okaleczona na całe życie i nigdy nie pozbędzie się strachu i myśli o bólu jaki doświadczyła. Te pierwsze lata życia zadecydowały o reszcie. Nie umie kochać, być czułą i ufną. Nie nauczył jej tego ojciec- tyran.

Rodzina, jak dumnie i godnie to brzmi. Nikt nie wie ile łez, bólu i strachu  w sobie kryje. Bywa często,  że krzywdzą się nawzajem dorośli. Oprawca  – ojciec bije matkę na oczach własnych, wystraszonych dzieci. Chętnie „poużywałby” sobie na nich, ale rodzicielka bierze ciosy na siebie, broni jak lwica z narażeniem życia. Są też takie domy, gdzie ojciec jest surowy tylko dla  swych córek i synów, a matka to toleruje. Zezwala  tyranowi  pastwić się nad nimi. Nie broni sama i nie szuka pomocy u innych. Cicho akceptuje poczynania męża – ojca  psychopaty i udaje, że nic się nie dzieje. Bywa i tak, że dzieci mają dwoje oprawców i z nikąd pomocy. Pijani i dzicy z nienawiści  – swoje niepowodzenia, winę za biedę i marny los przelewają na swoje dzieci. One są workiem do bicia, przyjmą  – do czasu – każdy cios. Wyjątkowym nieszczęściem jest matka, bijąca swoje dzieci. Ona ostoja miłości, bezpieczeństwa, ciepła – sama staje się wrogiem rodziny. Ojciec nieobecny przez cały dzień, nie wie co dzieje się w domu. Cierpią dzieci, bo być może ona też była bita.

Człowiek, jak wiatr, jest zmienny. Raz silny, bezlitosny, niszczy wszystko na swej drodze. Kiedy indziej, delikatny ciepły i miły, Zefirek. Potępiamy ojców krzywdzących rodzinę, a w szczególności kiedy dotyka to dzieci. Przemoc,  na najmłodszych, jest niewybaczalna. Nie gódźmy się na to i reagujmy, kiedy wymaga tego dobro najmłodszych. Pamiętajmy, że nie robiąc nic, jesteśmy współwinni. Być może swoim zainteresowaniem, sprawimy, że przerażone oczy dziecka, staną się ufne i radosne.