ŻYCZENIA NOWOROCZNE I NA CAŁY KOLEJNY ROK

SAMYCH, BAJECZNYCH  PRZEŻYĆ W  SYLWESTROWĄ NOC, SZAMPAŃSKIEJ ZABAWY DO BIAŁEGO RANA W GRONIE RODZINY I PRZYJACIÓŁ. NIECH TEN NOWY 2018 ROK ZACZNIE SIĘ WESOŁO I TRWA TAK DO PRZEJŚCIA W KOLEJNY. ZDROWIA, SUKCESÓW W ŻYCIU RODZINNYM I ZAWODOWYM, ŻADNYCH POWODÓW DO ZMARTWIEŃ, TYLKO RÓŻNEGO RODZAJU ,, PREZENTÓW” OD BOGA, LOSU, FORTUNY, RODZINY. NIECH SIĘ RODZĄ DZIECI, WNUKI I PRAWNUKI, BO ONE POZWALAJĄ NAM PATRZEĆ Z OPTYMIZMEM W PRZYSZŁOŚĆ.

SERDECZNIE ŻYCZĘ TEGO WSZYSTKIEGO: ELŻBIETA:)

JUTRO WAŻNA DATA: OGŁOSZENIE STANU WOJENNEGO W POLSCE

Pozwólcie proszę, że przywołam własne wspomnienia z dnia 13 grudnia 1981 roku zamieszczając tekst sprzed trzech lat. Nic więcej nie chcę dodawać do słów napisanych wcześniej, bo jest to esencja tamtych przeżyć.

13 GRUDZIEŃ 1981

Każdy z nas pamięta ten dzień inaczej. Rano w niedzielę powitał nas głos generała,  wojskowy, przerażająco spokojny.

Moi rodzice mieszkali na wsi, a mama obchodziła imieniny 9. grudnia. Ponieważ co roku zbierała się na tę uroczystość cała rodzina, uzgodniliśmy spotkanie na sobotę 12. grudnia. Goście dopisali frekwencją, a imieniny były wyjątkowo wesołe i dostatnie. Nie wracaliśmy w nocy do swojego domu, spaliśmy u rodziców. Zamierzaliśmy poleniuchować dłużej, bo impreza przedłużyła się, a przecież niedziela to dzień wolny od pracy. Rano obudziły nas rozmowy rodziców, zabarwione niepokojem i wzmożony ruch. W piżamach usiedliśmy przed telewizorem. W milczeniu i z przerażeniem na twarzach. Czułam to samo, co w okresie wczesnego dzieciństwa podczas burzy. Zawsze kiedy moja mama okazywała oznaki strachu, my dzieci też baliśmy się. Teraz czułam ten sam lęk.

Jaruzelski spokojnym, wyważonym głosem przeczytał informację o wprowadzeniu STANU WOJENNEGO. Chociaż siedzieliśmy licznie wpatrzeni w ekran, nikt nie wiedział, co nas Polaków czeka w najbliższym czasie. Złu znanemu da się zaradzić, ale jak przygotować się na wielką niewiadomą? W ponurych nastrojach spędziliśmy niedzielę. Już ten nasz pobyt u rodziców stracił blask. Rozmowy nie kleiły się. Każdy miał swoje własne myśli i z nimi musiał się uporać. Po obiedzie zaczęliśmy rozjeżdżać się do swoich domów. W poniedziałek czekał nas normalny (jeśli można mówić w tej sytuacji o normalności) dzień pracy. Było już bardzo ciemno, kiedy opuściliśmy dom rodziców. Mróz był w tym dniu dosyć solidny, ale nam w samochodzie nie było źle. Ja siedziałam obok męża z przodu, a nasz mały synek na tylnej kanapie. Po kilku kilometrach zatrzymał nas patrol wojskowy z karabinami w rękach. Chodziło o kontrolę dokumentów. Wpadłam w panikę, bo nie miałam ze sobą dowodu osobistego. Poczułam straszną bezsilność i obawę o bezpieczeństwo moich najbliższych. Na tylnej półce stała wytłoczka z jajkami od mamy. Do dzisiaj nie wiem czemu, ale przez moment pomyślałam, że przez to będziemy mieli kłopoty. Mąż uspokajał mnie i zapewniał, że nic nam nie grozi. Był spokojny i opanowany. Przecież to nasi, nic nam nie zrobią. Synek nie wiedział co się dzieje, więc cichutko siedział na swoim miejscu, jakby czuł powagę sytuacji. Mąż pokazał dokumenty i pozwolono nam jechać dalej. Droga nie była bezpieczna. Bez przerwy mijały nas czołgi i konwoje samochodów ciężarowych. Jechały w kolumnie. Ich ryku nie zapomnę nigdy. Wydawało się, że droga nie wytrzyma ich ciężaru i zamieni się w rozjechaną polną ścieżkę. Wyglądało to koszmarnie. Bałam się, że za chwilę zaczną wojnę. Tylko z kim? Żołnierze, część jechała samochodami, inni w czołgach, a pozostali szli pieszo. Jeden z nich, pewnie zdezorientowany jak my, zabłądził albo spóźnił się. Zatrzymał nas i zapytał:

     – Czy widzieliście kolumnę czołgów?

     – Tak, mijała nas kilka kilometrów wcześniej – odpowiedziałam.

Ruszył pieszo za nimi. Nie wiem ile drogi musiał pokonać, ale żal mi było tego młodego człowieka. Podobnie jak my był zaskoczony sytuacją. Pewnie  rozkaz wyrwał go z ramion matki albo żony i dziecka. Nikt nie czuł się dobrze w tym dniu. Ani cywile ani żołnierze. Wszyscy mieli trwogę w sercach. Przecież oni też byli czyimiś mężami, braćmi, ojcami i pewnie nie chcieli nikogo krzywdzić. Ale ich tragedia i nasza polegała na tym, że nikt nie wiedział, jakie rozkazy mogą dostać od zwierzchników. A wiadomo, żołnierz musi rozkaz wykonać.

Do domu dojechaliśmy bezpiecznie. Dobrze się stało, że nie doszło do masowego rozlewu krwi w czasie tych trudnych miesięcy. Oskarżamy, rozliczamy, chcemy więzić winnych. Niedługo nie będzie kogo rozliczać, bo ci co decydowali umrą śmiercią naturalną. Jednak trauma stanu wojennego będzie w nas żyła zawsze i wracała każdego roku 13 grudnia.

OBSERWACJE KOBIETY PRACUJĄCEJ Z DRUGIEJ STRONY LADY

4 października minie rok mojej pracy w sklepie piekarniczo-cukierniczym na stanowisku sprzedawca – kasjer. Chciałam podzielić się z Wami, Drodzy Czytelnicy najciekawszymi spostrzeżeniami i sytuacjami jakie spotkały mnie podczas obsługiwania klientów. Być może zainteresuje Was to co czuje i przeżywa sprzedawca. Każdy z nas robi zakupy, ale mało kto wie, co dzieje się tam gdzie nie mamy dostępu, czyli za kontuarem. Lubię swoją pracę i ludzi, których mam przyjemność obsługiwać, kłopoty zaś ,,zostawiam w domu”. Klienci, z reguły, widzą mnie uśmiechniętą i pozytywnie nastawioną do tego co robię. Myślę, że właśnie moja postawa i zachowanie ma ogromny wpływ na to jak postępują w stosunku do mnie. Wyznaję zasadę, że dobrego człowieka, szanującego innych, trudniej przychodzi skrzywdzić, komukolwiek. Chociaż nikt nie jest idealny i zdarzają mu się potknięcia, lubianemu łatwiej się wybacza, zapomina i przechodzi do porządku dziennego.                                                                                                                            

Przede mną w tym sklepie, przez sześć lat, pracowała pani, nazwijmy ją umownie Genia, bardzo lubiana przez klientów. Potem, po jej przeniesieniu, przez jakiś czas punkt obsadzano przypadkowymi ludźmi wypożyczonymi z innych cukierni Firmy. Ludzie tego nie tolerują, lubią mieć swoją panią w osiedlowym sklepie. Sami rozumiecie więc, że w takiej sytuacji, nastawienie kupujących do mnie było, mówiąc eufemizmem, nieprzychylne. Co więcej niektórzy, najbardziej zdesperowani w walce o powrót dawnej pani, robili wszystko by zniechęcić mnie do pracy w tym miejscu. Po prostu nie chcieli mnie tu i tyle. Byłam niewzruszona i zawsze równie grzeczna i uśmiechnięta. Wiedziałam, że po jakimś czasie ,,odpuszczą”, uznają mnie za swoją. Długo nie musiałam czekać, bo z każdym dniem ubywało frustratów, a atmosfera stawała się przyjemna przede wszystkim dla mnie. Teraz mogę, z pełną odpowiedzialnością, powiedzieć, że praca w sklepie to sama przyjemność.                                                                                                                          

Ale wróćmy do początków. Nieprzyjemnych incydentów, które zapamiętałam, nie było wiele, bo tylko dwa. Bardzo przykra, w dzień wigilii Bożego Narodzenia, miała miejsce nieprzyjemna sytuacja, której autorem był niezadowolony klient. ,,Wściekł się”, chyba tylko to słowo pasuje w tym momencie, o zupełnie błahą sprawę. Otóż przyjęłam zamówienie na rodzaj chleba, którego w tym dniu nie wypiekano. Podczas zamówienia nie wiedziałam o tym,  informacja z biura przyszła później. Nie miałam możliwości skontaktowania się z mężczyzną i wyjaśnienia. Dopiero w dzień odbioru pan dowiedział się, że towar nie jest w całości zarezerwowany. W jednej chwili zrobił się czerwony i tak zły, że nie potrafił opanować emocji, a niezadowolenie wyładował, nie przebierając w słowach, na mnie. Byłam spokojna i wyjątkowo opanowana, przeprosiłam, zaproponowałam inny asortyment, podobny do zamówionego. Nie uspokoiło to sfrustrowanego klienta, wymyślał i wyzywał bez końca. Nie wytrzymała tego długo cierpliwa pani stojąca za nim. Pewnie stwierdziła, że musi mi pomóc i zakończyć incydent. Zwróciła, grzecznie, uwagę mężczyźnie, że nie powinien w takim wyjątkowym dniu awanturować się z tak błahego powodu. Kolory na jego twarzy przeszły z jasno czerwonych w bordo, wtedy rozpętała się burza na dobre. Byłam przez moment pewna, że pan użyje laski, którą się podpierał i zbije ją i zapewne mnie też. Nagle opanował się, odpuścił i wyszedł nie kupując nic. Myślałam, że nigdy już nie zajrzy do naszej piekarni. Myliłam się, przyszedł zaraz po świętach, z czekoladą w ramach przeprosin. Do dzisiaj kupuje i jest jednym z milszych klientów. Przemyślał pewnie swoje zachowanie i uznał, że nie powinien tak postąpić. Przyjęłam przeprosiny i ,,prezent” też, czym sprawiłam przyjemność ,,odmienionemu” człowiekowi.                                                                                                         Druga przykra sytuacja miała miejsce niedawno. Klient był wyraźnie niezdecydowany co do ilości i jakości towaru, który chce kupić. Najpierw zażyczył bomby rumowe, wydrukowałam paragon. Potem drożdżówki, również na oddzielny kwit. Zakończył zakupy reklamówką, trzecim paragonem. Podsumowałam wszystkie kwoty i skasowałam należność, po czym podałam komplet dowodów  zakupu towaru. Pan wyszedł, nie zabierając paragonów, jak większość kupujących. W powyższej sytuacji doszukał się nieprawidłowości kolejny klient, który czekał  na zakup towaru. Do mnie nie powiedział nic, zadzwonił do właściciela Sieci, w której mam przyjemność pracować. Skłamał mówiąc, że nie dałam paragonu klientowi, a w ogóle sprzedałam towar bez rejestracji na kasie. Tak twierdził. Krótko potem zadzwoniła do mnie pani z biura i prosiła o wyjaśnienie sprawy. Wersja moja i pana różniły się diametralnie. Znalazłam pognieciony komplet połączonych trzech kwitów i przekazałam  jako dowód, że prawda jest po mojej stronie.                             

Więcej takich scen nie było. Drobne zgrzyty tak, typu ,,Genia wiedziała, że dla mnie chleba nie trzeba kroić, a pani nie wie”. Pomyślałam, że po sześciu latach też będę wiedziała więcej niż teraz, ale nie powiedziałam tego pani. Podałam chleb z uśmiechem i więcej przykrych uwag nie słyszałam. Inne ,,Genia miała w kącie stoliczek i krzesło, można było odpocząć porozmawiać, a pani nie ma, dlaczego?” . ,,Zawsze mogę zmęczonej osobie podać krzesło z zaplecza, kiedy poprosi, nie ma problemu”, ale nie może stać sprzęt w miejscu przeznaczonym dla klientów stojących w kolejce. Takie uszczypliwości i porównania do ukochanej poprzedniczki, wyeliminował czas całkowicie. Teraz wszyscy klienci są uprzejmi. W miejsce tamtych niegrzecznych uwag pojawiają się słowa typu: ,,Jak dobrze zaczynać z panią dzień, bo czuje się tu dobrą energię”, albo ,,Miłego dnia życzę” – słyszę od wielu wychodzących ze sklepu. ,, Dzień dobry” i ,,Do widzenia” mówimy sobie wszyscy. Rzadko wchodzi ktoś bez powitania i wychodzi bez pożegnania. To jest bardzo miłe, kiedy sklep jest pełen ludzi, a w tle słyszy się ,,dzień dobry”, ,,do widzenia”. Odpowiadam pomimo tego, że jestem zajęta, kroję chleb lub ważę ciastka. Tak trzeba. Podczas mniejszego ruchu rozmawiam z klientami. Pomimo, że jest wiele do zrobienia, staram się każdego wysłuchać. Zwłaszcza starsze osoby, samotne potrzebują podzielić się swoimi troskami z drugim człowiekiem. Oczekują pocieszenia w chorobie, usprawiedliwienia dla dzieci, które zapomniały o starej matce, ojcu. Sami rzadko ich winią, bo praca, dzieci, dom, to ich pochłania bez reszty, nie mają czasu dla samotnych Rodziców. Trzeba być taktownym, nie mówić wiele, słuchać, to wystarczy. Inni najchętniej chcieliby porozmawiać o polityce. To temat, który ucinam w zarodku. Nie mam nic na ten temat do powiedzenia.  

Dodam, na koniec, że pracuję na zmianę z bardzo młodą (22 lata) dziewczynką. W ciągu roku były trzy różne panie.  Dwie poprzednie krótko, zmieniły miejsce na polecenie właściciela. Renatka jest tu od ponad pół roku. Miła i uśmiechnięta ciągle. Nie zauważyłam żeby choć raz okazała komuś zdenerwowanie i niecierpliwość. Szybka i zwinna jak sarenka, chociaż ma poważne problemy ze zdrowiem. Klienci uwielbiają ją. Zatrudniona jest w Firmie trzy lata. Wędrowała w tym czasie od sklepu do sklepu. Zaliczyła wszystkie ( ponad 30) i w każdym miała problemy z załogą. Nikt nie chciał z nią pracować. Nie rozumiem dlaczego?  U mnie ma najwyższe noty za profesjonalizm, wiedzę, samodzielność, uczciwość, szacunek do ludzi i pozytywny stosunek do pracy, którą wykonuje.              

Pracuję i lubię tu przychodzić. Tyle na dzisiaj. Wrócę do tematu, może po kolejnym roku pracy?

 

UWIERZYCIE? SAMEJ TRUDNO MI TO ZROZUMIEĆ

Mam prawie 64 lata, a przeżywam najlepszy okres mojego życia. Kocham (od niemal 42 lat) tego samego człowieka. Co więcej? Prawie nic nie muszę.

Zapraszam do dyskusji wokół postawionej tezy. Swoją myśl rozwinę w odpowiedziach do zamieszczonych komentarzy. Nie chcę nic sugerować ani narzucać. Proszę wypowiedzcie się w oparciu o własne doświadczenia.

NAJPIĘKNIEJSZY DZIEŃ W ROKU

Z okazji zbliżającego się Dnia Matki Wszystkim: Rodzicielkom, Matkom, Mamom, Mamusiom, Mamuniom, Mateczkom, Mamulkom, Matulkom, Mamuśkom, Matuchnom, Matuleńkom, Matusiom, Mamkom składam najserdeczniejsze życzenia.                                                                         MATKA, TO SŁOWO MA WYJĄTKOWĄ WYMOWĘ.

Przeczytajcie proszę piękny wiersz napisany przez MAGNOLIĘ.

DLA CIEBIE MAMO WSZYSTKIE…

Matka to tylko jedno słowo ileż kryje w sobie treści. dała nam największy skarb- życie. Pamiętajmy o naszych matkach w dniu jej święta.

chciałabym ci mamo napisać wiersz śliczny
lecz każde słowo jest zbyt proste
moje serce się wciąż wyrywa
myśli krążą w głowie już wiem co ci powiem

kocham cię mamo i bardzo tęsknię
dziękuję za wszystko co mi przekazałaś
za wychowanie za nocne czuwanie
za ciepło i utulony sen za nauk pęk

czuję każdego dnia twe serce w moim
ku tobie płynie me ciche wołanie
choć jestem już dorosła
kocham ciebie wciąż tak samo

pragnę w dniu twego święta
przesłać ci bukiet miłości mojej
życzę ci pięknych, cudownych dni
cudownych pragnień, cudownych chwil

abyś miała wszystko co ci trzeba
zdrowie pomyślność z nieba
dziękuję ci mamo za to że jesteś
moim ramieniem w potrzebie

kochałam kocham i kochać ciebie będę ….

13.05.2009R

autor

MAGNOLIA

http://wiersze.kobieta.pl/wiersze/dla-ciebie-mamo-wszystkie-kwiaty-swiata-2758

PROSZĘ PRZYJĄĆ ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE

Z okazji zbliżających się  Świąt Wielkanocnych składam, Szanownym Czytelnikom i Komentatorom mojego bloga, najserdeczniejsze życzenia. Niech te wyjątkowe dni w roku będą przepełnione wiarą, optymizmem i radosnym, wiosennym nastrojem. Życzę by spotkania w gronie Rodziny i Przyjaciół zostały w Waszej pamięci jako czas dobroci i miłości wzajemnej. Zapomnijmy o troskach i goryczy dnia codziennego. Cieszmy się  wspólnym świętowaniem.

Elżbieta

TA JEDYNA PIOSENKA NASZEJ MŁODOŚCI I MIŁOŚCI

Przypuszczam, że każdy z nas ma w swojej pamięci ten  jedyny utwór, który towarzyszy mu  przez całe życie, każdego dnia, a wiąże sie z ukochaną osobą. Moja piosenka, to  grupy Smokie,  Living Next Door to Alice. Mój mąż, wtedy jeszcze syn właścicielki mieszkania, gdzie wynajmowałam pokój, budził mnie puszczając ten utwór z taśmy magnetofonowej, kiedy spałam w niedzielę zbyt długo. Był to jedyny dzień w tygodniu, kiedy mogłam odpocząć, w pozostałe pracowałam i uczyłam się, wracałam do domu o 21.00, a wychodziłam rano o 6.30. Oboje kochaliśmy tę piosenkę i lubimy ją do dzisiaj. Zawsze kiedy słyszę Smokie w tym utworze czuję dreszcz i aurę tamtych miłych, niepowtarzalnych chwil.

Proszę podzielcie się swoimi doświadczeniami na opisany temat. 



Smokie – Living Next Door to Alice (Official Video)

,,NIEROZPOZNANI” STRZEGĄ SPOKOJNEGO SNU POLEGŁYCH

Tekst dedykuję Tatulowi, dziękując za troskę i zainteresowanie. Polecam ciekawy blog prowadzony przez tego autora: 
http://tatulowe.blog.onet.pl

Gotowy wpis w wersji pamięciowej, a zdjęcia w telefonie czekały długo na opublikowanie. Wystarczyło zmaterializować myśli i zamieścić na blogu, ale i to wymagało czasu i uwagi, czego w ostatnim czasie, niestety, bardzo mi brakuje. Tatul zmobilizował mnie do pracy i powrotu do pisania.

Tym razem opowiem Wam o wycieczce rowerowej, która miała miejsce na progu zimy. Słońce w południe świeciło mocno, nawet czuło się ciepło jego promieni na plecach. Ostatni raz w 2016 roku postanowiłyśmy, z młodszą córką, wybrać się na  poznańską Cytadelę. To ulubione i wymarzone miejsce na przejażdżki rowerowe, a także niedzielne spacery dla całych rodzin. Tu można swobodnie poruszać się jednośladem po rozległym terenie, poprzecinanym asfaltowymi ścieżkami, biegnącymi wśród drzew. Są tam miejsca ciszy i spokoju i takie, których nie zapomnisz nigdy. Park Cytadela ma wiele atrakcji, dziesiątki rzeźb i pomników ale niewątpliwie  jedną z najciekawszych, dla mnie oczywiście, jest zespól rzeźb autorstwa Magdaleny Abakanowicz, nazwany ,,Nierozpoznani”. Ta plenerowa instalacja powstała w 2002 roku. Na całość składa się 112 dwumetrowych figur bez głów, odlanych z żeliwa. Odwiedzam to miejsce regularnie, kilka razy w roku i zawsze czuję ciarki na plecach, stojąc wśród tej pozornie nieuporządkowanej masy rzeźb. Ogromna ilość, wielkość, potęga pozwala mi uzmysłowić sobie o małości ludzkiego istnienia, jednostki. Ponad setka figur stoi na betonowym podłożu, otoczona pustą przestrzenią porośniętą trawą. Co dziwne, do monumentu nie prowadzi żadna wyznaczona droga. Każdy zainteresowany dociera do pozbawionych głów rzeźb ścieżką własną. Stajesz maleńki wśród idących w różnych kierunkach wielkoludów, zimnych i martwych. Każdy w rozkroku, gotowy rozdeptać cię jak mrówkę, a jednak idziesz. Wplatasz się w tłum, szukasz miejsca najbardziej zagęszczonego. Nie możesz momentami chwycić oddechu, stajesz się żywą częścią dzieła rzeźbiarki. Łączysz się z całością. Czy taki był pomysł artystki? Spowodować, by widz stal się, mimo własnej woli, elementem jej pracy? Takie zadanie mają pokazy performance, absorbować widza, angażować go.  Czy i tutaj mamy do czynienia z podobnym zadaniem, my odwiedzający ,,Nierozpoznanych”? Jedno jest pewne, nikt nie jest obojętny wobec tego co widzi.

Trudno, na pierwszy rzut oka, doszukać się w monumentalnym pomniku harmonii, regularności i ładu. Wydaje się, że każda z 112 postaci podobna jest do innej. Nic bardziej mylącego. Każda figura jest inna. Różni się strukturą powierzchni, kierunkiem marszu, kształtem kręgosłupa, który widać nie na plecach, a na części wewnętrznej powłoki klatki piersiowej. Żeliwne, bezgłowe rzeźby mają jedynie przód, zabudowane są tylko od strony frontowej. Reszta to pusta przestrzeń, wypełniona powietrzem, promieniami słońca, kiedy dzień jest pogodny, a niebo nad Cytadelą lazurowe. Przyglądając się całości widać, że Magdalena Abakanowicz szczegółowo przemyślała każdy element kompozycji. Nic nie jest tu przypadkowe. Inne emocje towarzyszą oglądającemu, który stoi z boku. Tu dominuje spokój i poczucie władzy nad całością. Kiedy wejdziesz w środek, między gęstniejącą masę zimnych figur, stajesz się jedną z nich. Poddajesz się całkowicie woli martwego tłumu. Nic już nie należy do ciebie, nawet myśli są jakby wspólne.  Porywa cię ta potężna zwarta całość, stajesz się jej częścią i nie masz nic do powiedzenia. Tracisz kontakt z rzeczywistością, przenosisz się w inny świat, w inny wymiar czasu. Czujesz ogromną siłę i moc tłumu, jego potęgi, która cię wchłania bez reszty. Idziesz nie robiąc ani jednego kroku, podobnie jak rzeźby Magdaleny Abakanowicz. Czasem masz wrażenie, że postaci ożywają w obecności człowieka. Jakby czerpały z niego część jego sil witalnych. Być może taki był zamysł artystki? Monument i widz wzajemnie się uzupełniają. Stanowią nierozerwalną całość.

Park Cytadela, to miejsce gdzie spoczywają tysiące poległych w walkach o wyzwolenie Poznania. Nie bez powodu monument ,,Nierozpoznani” jest postawiony właśnie tu, gdzie ziemia kryje setki bezimiennych bohaterów. To także miejsce wielu pomników i ciekawych miejsc, o czym napiszę w innym tekście. Zapraszam odwiedźcie Poznań i Cytadelę. Warto. Dzieło Magdaleny Abakanowicz porwie Was bez reszty, a emocje związane z jego oglądaniem zostaną w Waszej pamięci na zawsze. Tekst zawiera w większości moje osobiste przeżycia podczas obcowania z dziełem o nazwie ,,Nierozpoznani”. Chętnych do poznania danych encyklopedycznych odsyłam do strony:  https://pl.wikipedia.org/wiki/Nierozpoznani.

Zamieszczone zdjęcia są autorstwa mojej córki Marty.

 

 

20161120_134731

SERDECZNE ŻYCZENIA PROSZĘ PRZYJĄĆ

Wszystkim Gościom mojego bloga składam szczere i serdeczne życzenia świąteczne. Niech tegoroczne Boże Narodzenie, chociaż bez śniegu, będzie spędzane w magicznej aurze. Zdrowia przede wszystkim i pomyślności niech Wam nie brakuje. Wiernych i oddanych osób przy stole, miłych rozmów i humoru. Oczyszczenia i wyciszenia, momentu na zatrzymanie się i zadumę nad dniem dzisiejszym i jutrem, życzę z całego serca.

Elżbieta

WARSZAWO JESTEŚ PIĘKNA W GRUDNIU

Dzisiejszym tekstem, Moi Drodzy Czytelnicy, chcę Was przenieść w magiczny nastrój świąt Bożego Narodzenia. Warszawa w przepięknej szacie złocistej, zachwyca mieszkańców i przybyszów. Widziałam inne miasta europejskie udekorowane iluminacjami bożonarodzeniowymi (Paryż, Sztokholm) i mogę zapewnić, z pełną odpowiedzialnością, że nasza stolica wypada na ich tle znakomicie, za co składam pomysłodawcom wyrazy uznania.

W ostatni piątek sytuacja rodzinna kazała mi pojechać do stolicy, gdzie spędziłam całą sobotę i niedzielę. Chciałam podzielić się z Wami Kochani wrażeniami, a jest ich jak na dwa dni pobytu, mnóstwo i to samych pozytywnych. Śnieg, który powitał nas dużo wcześniej, przed wjazdem do miasta, zapowiadał ciekawy weekend.  Zawsze, od kiedy pierwszy raz odwiedziłam Warszawę, to miasto mnie zniewalało swoim pędem, tempem życia, architekturą, urodą. Tym razem do walorów, które wymieniłam wcześnie, doszły dekoracje świąteczne ulic, placów i domów.  Bogate, bajeczne, kolorowe, ociekające złotem i przepychem. Każda ulica w centrum (na obrzeżach nie zdążyłam być) mieni się światełkami. Regularna, zaprogramowana cyklicznie  zmiana barw. Od złotego, poprzez biały do intensywnie niebieskiego koloru, przenosi widza w inny, nieziemski świat. To trzeba zobaczyć, bo opisem trudno oddać urok i magię tego zjawiska.

Jak poinformowała mnie zaprzyjaźniona rodowita warszawianka, w tym roku jest inaczej niż w poprzednie lata. Bogaciej, dwa razy więcej światełek, nowe elementy upiększające, inna aranżacja. Centralna część dekoracji ciągnie się w dłuż Traktu Królewskiego i obejmuje  plac Zamkowy, Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat, plac Trzech Krzyży i Aleje Ujazdowskie, by osiągnąć swój cel przy Belwederze. Oprócz niezliczonej ilości światełek, ułożonych na każdej ulicy w inne kompozycje, spacerując minęliśmy dostojnego pawia, z rozłożoną lirą, na Alejach Ujazdowskich, w pobliżu Łazienek Królewskich. Zaś na placu Na Rozdrożu stoi intensywnie kolorowy autobus, z prezentami na dachu. Nie ma drzwi, otwarte wejście zaprasza dzieci do zabawy. Radość i krzyki zachwytu oznajmiają nam, dorosłym, że ten pomysł jest jak najbardziej trafiony. Przecież nie chodzi o to by tylko patrzeć i podziwiać, ale przy tej okazji sprawić mieszkańcom jak najwięcej radości, zwłaszcza dzieciom, którym niewiele potrzeba by śmiały się i reagowały spontanicznie. Żałuję bardzo, że nie miałam czasu na dotarcie do centralnego punktu miasta, placu przy Zamku Królewskim i Starego Rynku. Dziwy świąteczne, które tam oglądają mieszkańcy stolicy, ale również przyjezdni,z innych części kraju i spoza, mogą zawrócić w głowie, zapewne. Spacer po ulicach Warszawy, odświętnie udekorowanej, sprawił mi, mieszkance Poznania, wiele radości. U nas, jak to zwykle bywa na prowincji, ubogo, oszczędnie i nijak.

Jedno co zaskoczyło mnie negatywnie, podczas spacerów po stolicy, to dantejskie ciemności w Łazienkach Królewskich. Na głównej ścieżce, łączącej aleje Ujazdowskie z Czerniakowską, nie ma ani jednej latarni. W ciągu dnia, to nie przeszkadza. W okresie bożonarodzeniowym, kiedy co jakiś czas trasę oświetlają postaci z dawnych epok, też. Ale kiedy w pozostałym czasie roku przyjdzie wieczorem  znaleźć się w tym parku, groza wyziera zza każdego drzewa. Moje dzieci były dwa tygodnie wcześniej w Warszawie. Nie odważyły się przejść parkiem na drugą jego stronę. Ciemność, nawet na jego głównej ścieżce, chyba o nazwie Aleja Chińska, o ile dobrze pamiętam, zaprasza tylko najodważniejszych. Jak sobie radzą goście restauracji Belvedere? Poza tym małym zgrzytem widać gołym okiem, że Łazienki Królewskie są popularnym i ulubionym miejscem  mieszkańców i turystów. Mimo, że w sobotę i niedzielę pogoda niezbyt zachęcała do zabaw na świeżym powietrzu, mnóstwo ludzi było w parku. Dzieci lepiły bałwany, inne z rodzicami zjeżdżały na sankach, z górki przy  Pałacu Ujazdowskim. Bieganie po śniegu najwięcej radości sprawiało maluchom, które pierwszy raz w życiu miały okazję dotknąć i poznać biały, zimowy puch.

Niestety nie zrobiłam żadnego zdjęcia, bo skupiłam się na obserwowaniu i wymianie wrażeń z bliskimi. Nie chciałam by bieganie z aparatem zakłóciło mi piękno przeżyć. Wierzcie mi, jeszcze raz powtórzę słowa zawarte w tytule, ,,Warszawa jest piękna w grudniu”. Przekonajcie się sami jadąc na jeden z  grudniowych weekendów do stolicy.